Rzecz o powstaniu i walkach Polskiej Samoobrony na Wołyniu 1943 -1945

Mało kto pamięta, bo mało o tym się mówi i pisze, o Samoobronie Polskiejktóra w 1943 r. odegrała niebagatelną rolę  w obronie życia ludności cywilnej zamieszkałej w jednym z największych województw kresowych.   W tym miejscu należy powiedzieć, że  po zajęciu Wołynia przez Niemców w 1941 r. nie u od razu dało się dobrze zorganizować konspiracji i tym  samym  stworzyć oddziałów  partyzanckich. Dopiero  sierpniu 1942 r. , kiedy Komenda Główna AK wydzieliła okręg wołyński z Obszaru nr 3 (Lwów) i podporządkowała go bezpośrednio sobie  pojawiła się szansa na odbudowę siatki konspiracyjnej zlikwidowanej podczas okupacji sowieckiej 1939-1941.. We wrześniu 1942 r. komendantem okręgu mianowano płk Kazimierza Bąbińskiego ps. „Luboń”. Okręgowym Delegatem Rządu został Kazimierz Banach ps. „Jan Linowski”, który przybył na Wołyń 21 listopada 1942 r. Wołyń i Polacy tam mieszkający nie byli przygotowani do tego co im przyniesie 1943 r. 17 - 21 lutego 1943 r. na III zjeździe OUN    ( w wiosce Tereberze  lub Wałujky koło Olecka w obwodzie lwowskim)  zapadła  decyzja  o "etnicznym czyszczeniu " Wołynia ( rzezi wołyńskiej).  Wołyń miał się stać poniekąd poligonem doświadczalnym dla   późniejszej akcji na terenach  ważniejszych pod względem strategicznym. Dość często pada pytanie : dlaczego Wołyń był pierwszy w realizacji zbrodniczych planów OUN?   Było kilka powodów, między innymi  ten, że na Wołyniu było znacznie mniej Polaków niż w województwach Małopolski Wschodniej i do tego niespodziewających się ataku ze strony ukraińskiej. Przed okupacją sowiecką (1939 1941) Polacy stanowili  tu mniejszość  szacowaną na   14- 16 %, a po  sowieckich  aresztowaniach i, deportacjach oraz niemieckich wywózkach na prace przymusowe, pozostało   już tylko koło 12%, gdy Ukraińców  było znacznie  ponad 60%. . Przy tym Wołyń leżał na uboczu, gdzie niemiecka władza poza głównymi miastami zdawała się być raczej słaba. To stwarzało dogodne warunki do tworzenia ukraińskiego  ruchu partyzanckiego.

Czytaj więcej...

APEL- DO SAMORZĄDÓW, PREZYDENTÓW, STROSTÓW I BURMISTRZÓW POLSKICH MIAST WSPÓŁPRACUJĄCYCH Z MIASTAMI UKRAINY

 My, świadkowie historii, którym udało się  uciec  spod siekier i wideł ukraińskich morderców, zwracamy się do prezydentów,  starostów i burmistrzów  polskich miast, do samorządów  współpracujących z ukraińskimi miastami, by wobec nasilających się na Ukrainie antypolskich nastrojów,  przeanalizowały raz jeszcze zasady współpracy i zerwały tę współpracę z tymi miastami, w których rozkwita ideologia banderowska, gloryfikująca ludobójstwo dokonane na Polakach  przez takich morderców jak Bandera, Szuchewycz, Kłaczkiwski i im podobni, a banderowskie czerwono - czarne flagi powiewają nad urzędami miejskimi.  Przypominamy doły śmierci, bez trumien, pożegnań, modlitw i krzyży, do których kaci wrzucali ciała naszych zamordowanych rodaków jak szczątki zwierząt. To  były ofiary Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów i Ukraińskiej Powstańczej Armii, formacji kolaborujących z Hitlerem i III Rzeszą. Tych dołów śmierci może być na polskich Kresach   5000 albo i dużo więcej.  A w nich bezimienni nasi bracia i siostry. Ofiar, jak podaje Ewa Siemaszko, na samym Wołyniu odkryto ok. 60 tyś., zaś na całych Kresach, jak podają  badacze z Wrocławia, ok. 200 tyś. Ale to i tak liczby szacunkowe, realnych może być znacznie więcej.

Mordercy nigdy nie zostali za to ukarani. Stali się za to dzisiaj bohaterami Ukrainy.

Nie możemy pozwolić, by w tych miastach, z którymi współpracują polskie samorządy, nadal rozkwitał kult największego zbrodniarza ukraińskiego ludobójstwa, Stepana Bandery, OUN, UPA i Dywizji SS Galizien. 

Czytaj więcej...

Trzeba pamiętać i dzięki temu budować przyszłość dla naszych dzieci

W Przeglądzie Tygodnia Stanisław Janecki zwrócił uwagę, że Polska nie  jest pępkiem świata ale może być wykorzystana do realizacji interesów innych państw. A dr Ewa Kurek zaleca, by w wypowiedziach o stosunkach polsko- izraelskich posługiwać się opiniami Żydów. 
Wielka Hucpa. O pozorowaniu antysemityzmu i fałszowaniu historii - Norman G. Finkelstein:
„Kiedy ktoś obarcza Żydów odpowiedzialnością  za politykę izraelską, łatwo (i wygodnie) jest postponować to jako antysemityzm. Równie łatwo (i wygodniej) jest klasyfikować jako antysemityzm wypowiedzi o żydowskiej władzy. Żydzi zaliczają się obecnie do najbogatszej grupy etnicznej w Stanach Zjednoczonych, zaś wraz z władzą ekonomiczną zyskali też znaczącą władzę polityczną. Ich przywódcy wykorzystują tę władzę, często w dość obcesowy sposób, by wpływać na politykę USA względem Izraela. Przywódcy ci dyskontują tę władzę także w innych dziedzinach. Pod przykrywką starań o „odszkodowania za Holokaust”, amerykańskie organizacje żydowskie oraz pojedyncze osoby ze wszystkich szczebli rządu i segmentów społeczeństwa zawiązały spisek-to w tym przypadku właściwe słowo-aby szantażować Europę. To z powodu „żydowskich pieniędzy” administracja Clintona wzięła udział w tej akcji wymuszania haraczu, zapewniając decydujące wsparcie na każdym jej etapie - nawet ze szkodą dla amerykańskich interesów narodowych. I kto może na serio wierzyć, że prożydowska stronniczość wielkich mediów nie ma absolutnie nic wspólnego z obecnością wpływowych Żydów na wszystkich szczeblach tych mediów? „Bez wątpienia wśród producentów, reżyserów, szefów studiów i hollywoodzkich gwiazd występują znani Żydzi”, przyznaje sam Foxman.(…)
Jak już wspomniałem, w Stanach Zjednoczonych elity żydowskie cieszą się niesamowitym dobrobytem. Co nie powinno szczególnie dziwić, to połączenie świetnej pozycji ekonomicznej i politycznej zrodziło w nich poczucie wyższości. Kryjąc się pod płaszczykiem Holokaustu, elity owe udają - a w swym własnym solipsystycznym święcie był może naprawdę w to wierzą- że są ofiarami, zaś wszelką krytykę odrzucają jako przejaw „antysemityzmu”. I z tej zabójczej mieszanki ogromnej władzy, szowinistycznej arogancji, udawanego (bądź wyimaginowanego) poczucia krzywdy oraz osiągniętej dzięki Holokaustowi odporności na krytykę, zrodziła się straszna lekkomyślność i bezwzględność amerykańskich elit żydowskich. Tuż obok Izraela są one największymi inspiratorami antysemityzmu we współczesnym świecie. Głaskać je po główce to żadne rozwiązanie. Trzeba je powstrzymać” –zaleca Norman G. Finkelstein. 
Szkoda, że podobną grę prowadzą niektórzy nasi rodacy, świetnie ustawieni finansowo i politycznie, obecni w mediach, wśród producentów, reżyserów, aktorów, lekkomyślnie i bezwzględnie grają losem Polski i Polaków – głaskać ich po główce to żadne rozwiązanie, trzeba ich powstrzymać. Czy wystarczą racjonalne argumenty? A może przyczyną tego stanu rzeczy jest brak wiedzy i pamięci o historii Polski?
„Pamięć zawsze była ważnym motywem dla Żydów. W naszej tradycji jest 6 motywów, o  których trzeba pamiętać każdego dnia – mówił rabin zaproszony do Torunia na  Międzynarodową Konferencję „Pamięć i Nadzieja”. „Jednym z motywów jest pamięć o Amalekitach z Biblii, narodzie, który wyrządził nam  krzywdę.  Od tego czasu uważa się ich za naszych wiecznych wrogów. Nie chcemy o nich zapominać, dla Żydów symbolizują oni wrogów we wszystkich wiekach. Świat nie byłby lepszym miejscem,  gdyby zapomnieć o złu. Trzeba pamiętać i dzięki temu budować przyszłość dla naszych dzieci” – kontynuował rabin
My Polacy, jesteśmy bardzo krzywdzonym narodem przez odwiecznych wrogów, Niemców i Rosjan, narodem, który odradzał się niczym feniks z popiołów po kolejnych eksterminacjach, wypędzeniach na krańce świata, grabieżach, rekwirowaniu majątków czy zrównaniu ich z ziemią. Tylko, że  zbrodnie naszych wrogów nie stały się motywami pamięci dla budowania dobrej pamięci i przyszłości naszych dzieci. Nie są też motywami pamięci z okazji 100-lecia Odzyskania Niepodległości. 
Życzenia złożone przez Premiera 16 lutego Litwinom z okazji 100-lecia Odzyskania Niepodległości przeszły bez echa, bo wszyscy są zajęci wzajemnym okładaniem się w kolejnej wojnie polsko-izraelskiej – Tomasz Kuba Kozłowski  w DSH przedstawił starania Litwinów o uznanie ich niepodległości w 1918 roku i postacie, które odegrały znaczącą rolę. 
"Kilka dni temu ulicami Wilna szły marsze i pochody, odbywały się uroczystości w litewskim parlamencie, tłumy z narodowymi barwami i symbolami przypominały o tym szczególnym wydarzeniu sprzed 100 lat. Przez Litwę jak długa i szeroka przetoczyły się nie dziesiątki , nie setki a pewnie jeszcze więcej tego typu imprez i wydarzeń na wszystkie możliwe sposoby, by to stulecie zostało godnie pokazane. Wilno otrzymało specjalne iluminacje, oblicza się w komitecie organizacyjnym obchodów, że na Litwie w ciągu najbliższych tygodni odbędzie się około tysiąca rozmaitych imprez z okazji 100-lecia Odzyskania Niepodległości Litwy".  A jak my będziemy obchodzić 100-lecie Odzyskania Niepodległości? 

Daniłówka, Wołyń 1943 r.

Daniłówka była typowym futorem. Ledwie kilkanaście chat i tylko parę rodzin ukraińskich i polskich. Nikt nie odróżniał kto jest kim. Jedni drugim się kłaniali, jedni drugich prosili na wesela, a na przednówku jeden drugiego wspierał ziemniakami albo chlebem. Tak było do czasu, aż na niebie pojawiły się łuny. Ledwie puścił mróz a śnieg trochę stopniał, kiedy Przytomscy zaczęli wchodzić na wzgórze za domem. Franek wspinał się za rodzicami i stał z nimi w ciemnościach. Okolica była poszarpana, pełna nierówności, wąwozów, górek. To łąka, to las. Powietrze czyste. Głos niósł się z daleka. Cisza, a tu nagle rozlegał się strzał. Trochę jak grzmot. Tylko chmurki żadnej nie było na niebie. Potem drugi. Kanonada i krzyki. A potem pojawiały się łuny. Żarzyły się aż do świtu. Franciszek nasłuchiwał, ale wydawało mu się, że to dzieje się gdzieś daleko. U stóp wzgórza stał pogrążony w ciemnościach i zaspany futor. Kiedyś matka zobaczyła łunę inną niż wszystkie. Jakby krzyż na niebie. Może banderowcy palili jakąś wioskę, w której chaty były tak ustawione? A może to tylko wyobraźnia? Od tej pory mówili między sobą, że wydarzy się coś złego. Ojciec wbił w futrynę cztery podkowy, przez drzwi przełożył gruby drąg. – Gdyby ktoś nieproszony chciał wejść do środka, to teraz tylko przez okno, a wtedy siekierą przez łeb i trup. Żaden się nie odważy. Chyba, że poleją naftą. To wtedy koniec. Na ogień ratunku nie ma – tłumaczył. Banderowcy od pewnego czasu bywali we wsi i w dzień, i w nocy. Kiedyś przyszło ze dwudziestu. Grzecznie poprosili o nocleg. W chałupie by się nie zmieścili, więc Przytomski przyszykował im legowiska w stodole. Zaniósł chleb, wodę i trochę ziemniaków z olejem. Z początkiem marca we wsi rozeszła się wieść, że Staszek Krasicki, kuzyn Franka, ma ukrytą broń. Nikt nie wie ile w tym było prawdy, ale któregoś dnia banderowcy zabrali go do Majdanu na przesłuchanie. Trochę go postraszyli, trochę obili, ale jeszcze tego samego dnia puścili wolno. Kiedy chłopak wracał, powiedział Polakom pracującym w lesie, że jak będą słyszeć strzały, to mają uciekać. – Banderowcy szykują się na Polaków – ostrzegał. Sam wrócił do chałupy i położył się spać na piecu. A oni przyszli po zmroku. Walili do drzwi, uciekł do sadu. Ale tam już czekało kilku. Do Przytomskich przyszła wtedy spłakana ciotka. – Staszka mi zabrali. Nikt się nie odważył iść za nim w ciemność. Dopiero nad ranem poszli szukać. Leżał cztery kilometry od domu. Bandyci zabili go oszczędnie, jedną kulą. Włożyli lufę w usta i wystrzelili. Nie umarł od razu. Czołgał się jeszcze, próbował ratować. Franek zapamiętał, że małe sosenki wokół ciała były połamane. Jakby kuzyn czepiał się ich w ostatnich chwilach życia. Od śmierci Staszka Krasickiego, Przytomscy przestali nocować w domu. Ludzie z innych wsi przynosili wieści, że Ukraińcy mordują nie tylko mężczyzn, ale nawet kobiety i niemowlęta. Co dzień rano ojciec szedł w pole, a matka pracowała w obejściu. Chłopcy paśli krowy albo bawili się w ogrodzie. Zanim zapadł zmrok wszyscy musieli być w domu. W ciszy jedli kolację, potem ojciec brał dwie płachty i wymykali się na drogę. Żadnych chichotów, rozmów. Jeden za drugim szli w kierunku lasu. Droga była pogrążona w ciemnościach, ale znali każdy kamyczek, wybój, gałązkę. Oddalali się od wsi na dwa, czasem trzy kilometry. Potem skręcali w las i szli jeszcze kilkaset metrów. Płachty kładli w jakieś zagłębienie, zgarniali liście pod głowę zamiast poduszek. Nocą las wydaje się dziecku straszny. Każde słowo czy głośniejszy oddech odbijają się echem. Każdy odgłos zwierząt, skrzypienie drzew, wywołują mocniejsze bicie serca. Marzli, bo przecież był marzec, a oni mieli na sobie tylko spodnie i jakieś cienkie koszuliny. Pacierz szeptali pod nosem, ale i tak wydawało im się, że modlitwa jest zbyt głośna. W końcu ze strachu i zmęczenia zasypiali. Ojciec był obok. Czuli się bezpieczniejsi, kiedy wpatrywał się w ciemność. Ale sam przecież też musiał wypocząć a nikt nie śpi w całkowitym milczeniu. Każdy czasem zachrapie, jęknie, a dziecko zapłacze. Wtedy Franek się budził i do rana czuwał z otwartymi oczami, albo chował głowę pod płachtę, aby nic nie słyszeć. Któregoś dnia, kiedy wracali z lasu, zobaczyli, że dogasa dom ciotki Krasickiej. Wąska smuga dymu unosiła się nad zimnym już pogorzeliskiem. Od tej pory ciotka z córkami mieszkały razem z nimi. Do lasu też chodzili wspólnie. – Staśko, a może uciekajmy? Może do Stożka? Albo do Krzemieńca? – proponowała Klementyna. – Oj, matka, gdzie my pójdziemy? Za co będziemy żyć w tym mieście? Kto nas przygarnie? Jak dzieci wyżywimy? – odpowiadał ojciec i dodawał: – Może się uspokoi. Kto my jesteśmy? Zwykłe biedaki. Po co nas krzywdzić? Minął zimny marzec, deszczowy kwiecień, nadszedł maj. Noce w lesie były już do zniesienia. Przytomscy oswoili się ze skrzypieniem drzew, pohukiwaniem ptaków. Nie marzli już tak bardzo, a łuny się oddalały. Tamtego dnia też wrócili o świcie. Matka przygotowała śniadanie, a potem Franio poszedł z siostrą paść ich dwie krowy. Weszli na wzniesienie, położyli się na trawie i spoglądali na wioskę. Wokół było pięknie, pachniało już latem. Franek przekomarzał się z Jadzią. Około południa przyszły na wzgórze kuzynki Krasickie. Przyniosły coś do jedzenia. Nagle jedna z nich zauważyła furmankę z obcymi wyjeżdżającą z lasu. Kilku mężczyzn z bronią zeskoczyło z wozu i poszło do wsi. Ten, który pilnował koni, dostrzegł Frania i ruszył w ich stronę. – Uciekajmy, bo nas pobiją! – krzyknęła kuzynka. Pędem ruszyli w kierunku cerkwi. Franek ledwie nadążał. Siostra i kuzynki o głowę wyższe od niego, dawały długie susy. Za krawędzią wzgórza wpadli w gęste krzaki i ukryli się w zagłębieniu. Jak długo tam siedzieli? Frankowi wydawało się, że ledwie chwilę, ale to było dobre pół godziny. Wtedy usłyszeli strzał. Potem kolejne. – Na drodze jacyś pobici leżą – szepnęła Jadzia zsuwając się na dno rowu. Franek zerwał się i ruszył do domu. Biegł po trawie. Dobiegł do krawędzi łąki. Zszedł na drogę. Krew jeszcze nie wsiąkła w piasek, stała w kałużach. Nie płakał. Patrzył. Tyle późniejszych nocy – także w dorosłym życiu – stał na tej drodze. Tyle razy we śnie spoglądał na leżącą na ziemi najstarszą siostrę. Miała rozerwaną głowę. Na rękach trzymała trzyletniego Andrzejka. Brat dostał kulę w skroń. Potem Franek zobaczył ojca leżącego bez życia. Wielokrotnie później próbował przypomnieć sobie jego twarz. Jakie miał oczy, brodę, nos? Był niski? W jednej chwili stracił wtedy pamięć. Już na zawsze zatarło mu się wspomnienie ojca sprzed morderstwa. Dalej wszystko działo się jak we śnie. Ktoś pochylił się nad ciotką, która jeszcze żyła. Zaniesiono ją do chałupy. Franek doszedł do domu, usiadł na progu i płakał. Po chwili stanęła przed nim matka. Jeszcze nie wiedziała. – Mamuś, tam na dole... Nasi, pobici są. Ojciec leży pobity i Andrzejek pobity. Klementyna zaczęła lamentować. – Boże, Boże...myślałam, że polecieli za mną. Czemu nie polecieli? Kiedy banderowcy zjawili się we wsi, lepiła pierogi. Adaś, który tej nocy nie wyspał się w lesie, drzemał na piecu chlebowym. Bandytów zobaczyła pierwsza. Nie kryli się. Trzech ludzi z bronią chodziło od chaty do chaty, zbierali Polaków. Rzuciła na ziemię fartuch i krzyknęła: – Uciekajmy, bo nas pomordują! Ojciec popatrzył przez okno. – Czekaj matka. Jest tylko trzech. Przyjdą, pójdą. Mało razy tak było? Ale ona nie czekała. Otworzyła okno do sadu i wpadła między drzewa. Za nią pobiegli Władek i Stefan. Myślała, że także Gienia, a ojciec złapał Andrzejka i ukryli się w sadzie. Jednak Staśko tego nie zrobił. Wierzył, że Ukraińcy ich nie skrzywdzą. Tymczasem banderowcy zebrali polskie rodziny i poprowadzili na drogę. (...) Po egzekucji przed ich domem zebrali się ukraińscy sąsiedzi. Nieśmiało pytali, gdzie mają pochować ciała. Milcząco wskazała miejsce w ogrodzie. Pod dwoma wysokimi topolami wykopali trzy groby. Jeden musiał być naprawdę duży, bo Mikołaj Przytomski był ogromnym chłopem. Tamtego dnia zabito w Daniłówce 13 osób. Trumien nie było. Klementyna przykryła ich tylko kapą z łóżka. Franek nie patrzył, jak do grobu wrzucają ciało jego ojca. Matka wysłała ich do lasu. Późnym popołudniem bandyci znów pojawili się w futorze. Od razu uciekła do dzieci. Tylko ciotka Anna Krasicka konała w ich domu do wieczora, powtarzając: – Najpierw Genię strzelił, potem Andrzejka, Staśka. Przytomscy nic ze sobą nie mieli. Ani jedzenia, ani ubrań. Do domu było blisko, ale kto by tam poszedł? Banderowcy mogą siedzieć we wsi i ciągle na nich czekać. Z pobliskich Budek kuzynka przynosi im jedzenie. Są otumanieni ze strachu. Nie potrafią podjąć żadnej decyzji. Zostać czy uciekać? Po prostu siedzą w lesie i płaczą. Trzeciego dnia słyszą jakieś głosy. Wkrótce rozpoznają, że to Ukraińcy. Podchodzą coraz bliżej. – Nie będziemy się rozdzielać – decyduje matka. Pod rozłożystym drzewem tulą się do siebie. Franek zamyka oczy. A tamci się zbliżają. – Idź tam! Zobacz! Gdzie te Lachy? – mówi któryś banderowiec, może dowódca.

Serce wali głośno, a tamci są tak blisko, że przez gałązki widać ich buty. Ukrywający się czują zapach dymu z papierosów. Wstrzymują oddech… Wreszcie Ukraińcy odchodzą. Franek już wie, że im las gęstszy, tym bezpieczniejszy. Klementyna decyduje, że nie ma na co czekać i postanawia iść do Białokrynicy. Tam mieszkają znajomi ojca. Może im pomogą.

Zaczyna padać deszcz. Franek ma przesiąkniętą koszulkę i poranione stopy, ale nie czuje ani zimna, ani bólu. Tylko przerażenie i smutek. Droga do miasta prowadzi między łąkami. Jest noc, ale iść na otwartej przestrzeni strach. Jednak nie mają wyboru. Po kilkunastu minutach widzą na drodze jakąś postać. Nie mają gdzie się schować, a jeśli to banderowiec mogą stracić życie. Mężczyzna zbliża się do nich. Zatrzymują się, ale on nie podnosi nawet głowy. Niczym zjawa przechodzi obok bez słowa. Klementyna stoi przerażona i trzyma Franka za rękę. Patrzą przed siebie, na niebie znów widać łuny. Ruszają dalej przez ciemność między pożarami.

Fragment wspomnień z książki: " Wołyń, historie dzieci ocalonych z pogromu". Wyszukał i wstawił B. Szarwiło

GTranslate

plbebgzh-TWhrcsdanlenetfrgldeelhuitjalvltnoptrorusrskslessvukyi

Włamanie do serwisu

Strona odtworzona po ataku hakerskim. W przypadku dostrzeżenia braków i niespójności z poprzednią zawartością serwisu oraz w celu zgłoszenia ew. uwag prosimy o kontakt z nami.

Wołyń naszych przodków

wp9.jpg
Czytaj także

 

 

Rzeź Wołyńska

lud4.jpg

Szukaj w serwisie

Gościmy

Odwiedza nas 492 gości oraz 0 użytkowników.

Statystyki

Odsłon artykułów:
6133946