Banderiwcy spaliły Jasieniwku i Sokoliwku

Nasza babcia i prababcia Weronika Plicner z domu Garbacz była akuszerką we wsi Jasienówka w powiecie włodzimierskim na Wołyniu. Pomagała w przyjściu na świat miejscowym Polakom i Ukraińcom. Jej mąż Jan Plicner (wcześniej pisane „Plitzner”) pochodził z rodziny spolonizowanych osadników niemieckich. W swoich badaniach genealogicznych nie ustaliliśmy skąd przybyli. Dr Klaus Plitzner z Austrii poinformował nas, że nazwisko jest typowe dla Austrii i Bawarii. Pochodzi najprawdopodobniej od słowa „plitznen”, które w tyrolskiej gwarze oznacza „ostro chlać”. Tak pewnie nazwano przodka, który posiadał te cechy …Plitznerowie szybko zasymilowali się z miejscową ludnością i spolonizowali. Kiedy wybuchła II wojna światowa Weronika była już wdową z szostką dzieci – Władysławem, Walerym, Katarzyną, Józefą, Antoniną i Anną. Anna wyszła za mąż za Feliksa Wesołka, z którym przeprowadziła się do Włodzimierza. Feliks Wesołek byl synem Jana Wesołka, który zaginął robiąc interesy w Mandżurii, która przez pewien czas należała do carskiej Rosji. Zaginął bez wieści podczas bolszewickiej rewolucji. Władysław ożenił się i osiedlił w pobliskiej Sokołówce. Za mąż wyszły też Józefa i Antonina a Katarzyna wyjechała do USA z narzeczonym. Walerek został ze swą matką Weroniką w Jasienówce. Na Wołyniu mieszkało także wielu kuzynów Plicnerów o tym samym nazwisku. Jak pisaliśmy, Plicnerowie spolonizowali się. Prawdopodobnie ze względu na ich katolicyzm, bo na tym terenie, jak na całym Wołyniu, Ukraińców było kilkakrotnie więcej.

Czytaj więcej...

Dramatyczne wydarzenia w miejscowości Douha i nie tylko...

Mieczysław Kuziora pochodzi z miejscowości Łukowiec Wiśniowski w województwie stanisławowskim. — Urodziłem się 24 września 1938 r. — zaczyna swoją opowieść pan Mieczysław. — Byłem najmłodszy z dziesięciorga rodzeństwa. Nasza wioska była bardzo duża, miała aż 900 numerów i 7 sklepów, była właściwie miasteczkiem. Do Lwowa trzeba było jechać 75 km, a do Stanisławowa 72. Mieliśmy 7 km do rzeki Dniestr, którą trzeba było przemierzać promem... W tym miejscu warto wspomnieć historię rodziców pana Mieczysława. Ojciec Józef pochodził ze Stalowej Woli w woj. rzeszowskim, natomiast mama Helena od urodzenia mieszkała w miejscowości Douha na Kresach Wschodnich. Tak się złożyło, że obydwoje w 1913 r. wyemigrowali do USA i rozpoczęli pracę w Clifton-Passaic; Helena pracowała w chusteczkarni, a Józef w różnych fabrykach. Tam pewnego dnia poznali się i postanowili się pobrać. Już jako małżeństwo z dwojgiem dzieci powrócili do Polski w 1921 r. Zakupili 18 mórg gruntu, na którym powstał dom i gospodarstwo. Tak więc życie państwa Kuziorów przebiegało spokojnie przez niemal całe dwudziestolecie międzywojenne w II Rzeczypospolitej. — Rok przed moim urodzeniem do USA wyjechał jeden ze starszych braci — Jan, gdyż nie chciał iść do wojska, ojciec postanowił mu więc pomóc. Sprzedał krowę, kilka świń i kupił mu bilet do Ameryki — opowiada pan Mieczysław. — Życie przebiegało raczej w spokoju.

Czytaj więcej...

" Wszystko będzie nasze", powiedziała Ukrainka...

W końcowych dniach sierpnia 1943 roku, w niedzielę wczesnym rankiem, przed samym wschodem słońca, rodzice moi zajęci byli porannym obrządkiem inwentarza. Reszta rodziny jeszcze spała. W tym czasie z wielkim krzykiem i w rozpaczy przybiega nasza babcia, Anna Zymon, i mówi w przerażeniu, że Ukraińcy w naszej wsi Głęboczycy mordują Polaków. Wtedy rodzice bez zastanawiania się chwytają śpiące nieletnie rodzeństwo, a nas, starszych zrywają z posłania, ojciec mówi zaś do mamy: „Uciekajcie wąwozem w kierunku rzeki Turii”. Sam natomiast siada na konia i woła za nami, że postara się zatrzymać bandę UPA. Ojciec mój był legionistą. Teraz zdaję sobie sprawę, że starał się odwrócić uwagę bandy od nas, tak abyśmy mogli odbiec jak najdalej. Wiedział, że było nam ciężko, bo każdy z nas, starszych, za rękę ciągnął młodszego. Banda całą uwagę zwróciła na ojca, zaczęła go ostrzeliwać z broni palnej. My w tym czasie odbiegliśmy w kierunku rzeki. Uciekaliśmy ile tchu w piersiach. Po drodze słyszeliśmy, jak banda mordowała sąsiadów Zamrzyckich. Widzimy, jak ryzuny z siekierami po podwórzu ganiają za dziećmi sąsiada, jak strzelają za nimi z karabinów. Wszyscy, całą grupą, słyszymy przerażający płacz jego dzieci i rozpaczliwy krzyk sąsiadki Zamrzyckiej, o ratunek wołającej. Nie było dla nas wytchnienia ani czasu na zastanawianie się. Ile tylko w każdym z nas było sił, biegniemy. Na nasze szczęście dobiegliśmy do rzeki. Szukamy brodu, ale tak by nie zostać zauważonym pomiędzy szuwarami i krzakami. Po przejściu rzeki mamy wszystko mokre. Zziębnięci i zmęczeni przedzieramy się przez nadrzeczne krzaki i wysokie szuwary do lasu – już jesteśmy bezpieczniejsi, bo maskuje nas dość duża mgła. W lesie trochę zwalniamy biegu. Babcia obie rodziny, swoją i naszą, kieruje w stronę wsi Stawki, na kolonię stawecką, do naszego wujka Franciszka Tatysa. Całe szczęście, że już idziemy przez las. Strach przed zarąbaniem siekierą nieco słabnie.

Czytaj więcej...

Co stało się 2 czerwca roku 1943 ?

Wujka i ciotkę Materkowskich dlatego ominęła napaść na Hurby w których mieszkali, gdyż w przededniu napadu przyjechali do Kamiennej Góry po świnie szwagra Bronka, aby wywieźć je z Kamiennej Góry,  o ironio, do Hurbów, uważanych za bezpieczniejsze, gdyż większe.  Gdyby wcześniej to zrobili, mogliby paść ofiarą tamtego napadu, a tak napad na Hurby przeżyli w Kamiennej Górze.

Zboże, zwłaszcza żyto, było już wysokie. Niektórzy kosili  już trawę. Podsypywali  radłem ziemniaki. Ktoś wracał po południu z młyna. Ktoś pasł krowy. Dzieci do południa uczyły się w szkole. 2 czerwca roku 1943 to był wtorek. Zwykła codzienna krzątanina, jak to we wsi, może uśpiła ich czujność.

Niektórzy tego wieczoru już spali po ciężkiej pracy.

Kochankowie cieszyli się swoją obecnością, gdy nagle posłyszeli dobijanie się do drzwi.

Ktoś nie mógł zasnąć, zmagając się z reumatycznym bólem stawów. Nie spał ktoś chory, bo bolała go zaatakowana chorobą część ciała.

Ktoś wracał późno do domu i był już blisko od wsi, gdy zobaczył te dziesiątki cieni skradających się w kierunku zabudowań. Jeśli zrozumiał, co grozi jego wsi i w porę się wycofał, jeśli nie dał się zaskoczyć złowieszczym postaciom, może tego dnia uratował swoje życie.

Polacy czuli się bezpiecznie w Hurbach, gdyż była to największa polska wieś w tej okolicy, położona z dala od innych. Z trzech stron otaczały ją lasy przechodzące w pola uprawne otaczające wieś. Od południa bagniste łąki i  błotniste torfowiska, od zachodu zbocza Gór Krzemienieckich, od północy schowana była w lasy, sięgające pod Dubno. Hurby, to była wielka wieś, a równocześnie jakby oaza ciszy i spokoju. Chodziły od kilku miesięcy słuchy,  że ta czy inna polska wieś została napadnięta. Niektórzy mówili, że jest to wynik jakichś porachunków sąsiedzkich. Ale Hurby to była wielka wieś.

Czytaj więcej...

GTranslate

plbebgzh-TWhrcsdanlenetfrgldeelhuitjalvltnoptrorusrskslessvukyi

Włamanie do serwisu

Strona odtworzona po ataku hakerskim. W przypadku dostrzeżenia braków i niespójności z poprzednią zawartością serwisu oraz w celu zgłoszenia ew. uwag prosimy o kontakt z nami.

Wołyń naszych przodków

wp8.jpg
Czytaj także

 

 

Rzeź Wołyńska

lud1.jpg

Szukaj w serwisie

Gościmy

Odwiedza nas 317 gości oraz 0 użytkowników.

Statystyki

Odsłon artykułów:
6259754