Zbliżały się Święta Wielkanocne 1943 roku.

Niebawem zaczęto podpalać polskie wioski. Co noc widać było łuny pożarów. W dzień dochodziły wieści ile i gdzie spalono i wymordowano Polaków.

Niemcy, którzy stacjonowali w mieście zachowywali się tak, jakby nic się nie działo. Było im to widocznie na rękę.

Długie zimowe noce były straszne, już o zmroku wszystkie psy z miasta wyły, później robiło się czerwono od łun, które wychodziły na niebo. Tak było co noc. Rzadko zdarzała się noc normalna. Pożary pojawiały się coraz bliżej miasta. W końcu spalono most na Horyniu tuż przed miastem. Dochodziły wieści, że banderowcy szykują się na Janową Dolinę. Ludzie na noc zaczęli się grupować w domach, które uważali za bezpieczniejsze.  Dom Waleriana był również do takich zaliczony, ponieważ z tego końca ulicy było najbliżej do Horynia, na którym zresztą most był spalony. Logicznie rozumując spodziewano się, że Ukraińcy przyjdą do miasta od strony lasów. Dlatego od kilku miesięcy dom Waleriana był na noc wypełniany przez znajomych i rodziny z innych części miasta. U Waleriana i Anny w mieszkaniu na piętrze, stałymi lokatorami był brat Antek z rodziną tj. 6 osób. Teresa nawet lubiła ten tłok, w domu było jej choć trochę weselej, gdy przychodziło na noc tyle ludzi. O zagrażającym niebezpieczeństwie nie miała pojęcia.  Anna razem z dziećmi dużo się modliła. Codziennie, gdy byli sami klękali i na głos odmawiali pacierz i wiele modlitw z książeczki, do nabożeństwa. Terasa znała już na pamięć te wszystkie modlitwy. Była bardzo chuda i słaba, ciężko było jej długo klęczeć na podłodze, czuła się często bardzo źle. Resztkami sił trwała do końca modlitw, ale Anna była pod tym względem bardzo wymagająca. W niedziele wspólnie z dziećmi klęcząc śpiewała i odmawiała gorzkie żale. Teresa tak się tą modlitwą wzruszała, że bardzo płakała. Zapłakana klęczała i odmawiała za matką słowa modlitwy. Tak bardzo żal jej było Jezusa, którego męczono okrutnie. Po każdym takim nabożeństwie domowym miała podpuchnięte oczy od płaczu i w gardle ściskało z żalu.

Gienek przeżywał to w inny sposób, robił ołtarz ze stołu, stopień do ołtarza ze stołeczka. Zakładał na plecy chustkę kolorową, w ten sposób, że wyglądało jak ornat złożywszy pobożnie ręce naśladował księdza. To bardzo się Annie podobało, marzyła o tym, że w przyszłości syn będzie księdzem.

Zbliżały się Święta Wielkanocne 1943 roku.

Czytaj więcej...

JEDEN DZIEŃ WOJNY – WRZESIEŃ 1939

Kowel na Wołyniu – to moje miasto rodzinne. To także duża węzłowa stacja kolejowa. Mieszkamy w pobliżu torów, dworca, wiaduktu, rampy i innych obiektów kolejowych na tzw. II-gim Kowlu. Już w pierwszym dniu wojny o godzinie 5-tej rano pierwszy nalot samolotów niemieckich i pierwsza bomba, która pada 200 m od naszego domu, zabija podczas snu dwie moje koleżanki. Pogrzeb tych dziewcząt – pierwszych ofiar wojny był wielką manifestacją przeciw wojnie. Każdego dnia naloty bombowców niekiedy kilkakrotnie. Giną ludzie i w gruzach padają domy. Trzeciego dnia wojny przybył do Kowla pierwszy transport z rannymi z frontu z okolic Bydgoszczy. Jako harcerki – przede wszystkim mieszkające w pobliżu torów pełnimy dyżury na rampie kolejowej, gdzie wyładowują rannych żołnierzy i odwożą do szpitala. pomagamy w służbie sanitarnej i rannym. szare mundurki harcerskie mieszają się z mundurami żołnierzy i białymi fartuchami personelu sanitarnego. Widok okaleczonych żołnierzy, krwawych opatrunków i trudnych do opisania nieszczęść jest dla mnie ogromnym przeżyciem – bo zawsze widok ran przyprawiał mnie o drżenie kolan. nadszedł 10-ty września. Ojciec mój, jako pracownik kolei pełni nocny dyżur w samym środku parku kolejowego. O godzinie 6-tej rano słychać wycie syren alarmowych, a zaraz potem ciężki jęk zbliżających się bombowców. zaczyna się nalot – bombardowanie. Wszyscy jesteśmy w ogrodzie w rowach przeciwlotniczych. Potworny huk rozrywających się bomb jest bardzo blisko i trwa długo. Wreszcie samoloty odlatują. I naraz dookoła słychać krzyki, jęki i wołanie o pomoc. Ludzie krzyczą, że na ulicy Topolowej dużo zabitych i rannych. (Topolowa to ulica wzdłuż torów, wysadzana pięknymi topolami i wyłożona brukiem tzw. ”kocimi łbami”). Mój harcerski obowiązek każe mi bieg, gdzie wołają pomocy. Na drżących nogach, zaciskając rękami usta, żeby nie krzyczeć idę wzdłuż ulicy i patrzę na tę masakrę. Widok jest przerażający. Bez głowy leży dziewczyna, na drzewie wysoko zawieszona noga, dalej tułów w kolejarskim mundurze, kobieta przecięta na pół, obok oderwane ramię. Wzdłuż całej ulicy pełno makabrycznie zmasakrowanych trupów, bez twarzy, bez czaszki, bez kończyn. Poznaję dużo znajomych. Jak się później okazało, w czasie nalotu wszyscy skryli się pod tymi pięknymi topolami. Bomby padały gęsto wzdłuż wybrukowanej ulicy i oprócz rozpryskujących się odłamków z ogromną siłą rozrzucały kamienie i raziły ludzi i siekły wszystko wokół. Nie zapomnę nigdy tego widoku. Byłam odrętwiała z przerażenia. Wkrótce nadjechały sanitarki.

Czytaj więcej...

"Job waszu mać, Polaki!"

Rodzina 72-letniego dziś Michała Sawosza ze Stargardu cudem ocalała z banderowskich pogromów. Mieszkali w powiecie Luboml, koło miasta o tej samej nazwie, we wsi Sawosze. Stało tam może trzydzieści chałup, połowa - polskich, połowa - prawosławnych. W Sawoszach Polak czy Ukrainiec, do wojny różnic nie było. Sawosze od Kątów dzieliło półtora kilometra, rzeka Hapa i kanał przeciwczołgowy zbudowany przez Rosjan. Właśnie Kąty Ukraińska Powstańcza Armia wymordowała i spaliła na początku. W 1943 r. Michał Sawosz miał 12 lat. Była noc z niedzieli na poniedziałek, 25 na 26 lipca. Starszy brat nad ranem wrócił "z panien", zapukał w okno. - Pali się!
Ojciec, matka, jeszcze jeden brat i Michał wybiegli przed dom. Kiedy usłyszeli z oddali "Job waszu mać, Polaki!", zaczęli uciekać. - Moja rodzina i służąca sąsiada uciekaliśmy do zagajnika, który nazywano Płoskie - opowiada Michał Sawosz. - Ojciec i bracia przed nami, ja z matką zostaliśmy nieco w tyle. Biegliśmy przez wysokie, odrastające ze ściętych olch, młode pędy. Matka miała na głowie białą chustkę i chyba dlatego jeden z banderowców, na koniu i z karabinem, nas zauważył i dopędził. Zapytał po ukraińsku: "Co wy za naród?" "Ukraińcy" - skłamała matka. "Wracać do domu, Polaków bijem" - uwierzył i odjechał.
Potem słyszeli, że jedną kobietę w polu zastrzelili. Wiedzieli także, że ukraińscy nacjonaliści z siekierami i nożami przeszli przez Kąty. Ponieważ noc była ciepła, kilku mieszkańcom, którzy spali w stogach siana w budynkach gospodarczych, udało się uciec. Przed świtem UPA spaliła wioskę. Niemcy przyszli później złupić zapasy i zabrać zwierzęta. Tej samej nocy Ukraińcy urządzili rzeź w Jankowcach, Ostrówce i Woli. W Ostrówce był kościół i szkoła. Do tych budynków spędzili mężczyzn. Potem ich zamordowali. Kobiety i dzieci pognali pod las i kazali się kłaść na ziemi, jedno obok drugiego i strzelali do nich. Jeszcze zanim wstało słońce Michał wraz z rodziną dotarli do Starego Jagodzina. Zamieszkali u brata matki o nazwisku Weremko. Zaraz za nimi przybiegła do wioski kobieta. Ludzie ją obskoczyli, a ona wyciągnęła przed siebie białą, splamioną krwią chustkę. - Patrzcie, tyle po mojej rodzinie zostało - łkała. Ponoć nosiła tę chustę przy sobie do śmierci. Od tej pory wszyscy Polacy codziennie wieczorem zjeżdżali wozami w dół wsi, nad rzekę. Niektórzy byli uzbrojeni. W wiosce na straży zostawało dwóch mężczyzn. Niedaleko biegły tory kolejowe z Lubomla prowadzące przez Chełm aż do Lublina. Po jednej stronie leżały Kupracze, Stary i Nowy Jagodzin; po drugiej stronie Terebejki i Rymacze. Polacy z tych wiosek zorganizowali się w partyzantkę i skryli w lesie, niedaleko Starego Jagodzina. Do partyzantów chodził starszy brat Michała.

Czytaj więcej...

Pozostało w pamięci

Joanna Zamościńska - Kucałowa to jedna z ostatnich żyjących jeszcze kobiet, walczących w szeregach 27 Wołyńskiej Dywizji Piechoty Armii Krajowej. Pochodzi z legendarnych Zasmyk w powiecie kowelskim, w których zaczynały się tworzyć jej pierwsze oddziały. Urodziła się w tej wsi w 1923 r. i czasy wojenne pamięta doskonale. Jej mama Anna z domu Urban pochodziła z Presieki – wsi, w której większość mieszkańców stanowili Ukraińcy. Ojciec Bronisław był rodowitym mieszkańcem Zasmyk, w których Zamościńscy stanowili mocno osadzoną i rozgałęzioną rodzinę.

– Moi rodzice byli rolnikami. Posiadali w Zasmykach gospodarstwo o powierzchni dwunastu hektarów – wspomina. – W 1937 r., dokupili jeszcze dwa hektary od Onufrego Łukasza, który wyjeżdżał do Kowla i likwidował gospodarstwo w Zasmykach. Jakoś w nich mu się nie wiodło i liczył, że w Kowlu się lepiej urządzi. Mój ojciec, gdy zawierał związek małżeński z mamą, miał 32 lata i był już dojrzałym mężczyzną. Wynikało to z faktu, że piętnaście lat znajdował się poza domem. Odbywał służbę wojskową w carskiej armii i walczył w I wojnie światowej. Bił się, jak mi opowiadał, m.in. na froncie fińskim. W końcówce wojny dostał się do niewoli na Węgrzech, w której spędził wiele czasu. Mama, gdy wychodziła za ojca, miała 24 lata. Moja rodzina była bardzo liczna i znana w Zasmykach. Wynikało to z faktu, że we wszystkich jej odnogach było zawsze dużo dzieci. Babcia Zamościńska miała piętnaścioro dzieci. Za moich czasów żyło ich dziewięcioro, pięć córek i czterech synów. Najstarsza córka miała na imię Eleonora, żona Wielgata, Maria, która wyszła za Wojdaka, Bronisława żona Słowika, Zuzanna Urbanowa, której mężem został brat mojej matki. Najmłodsza córka babci, zapamiętana przeze mnie, miała na imię Eufemia. Wyszła ona za Michalskiego. Synowie mieli imiona: Bronisław, Franciszek, Karol i Antoni. Najstarszym z nich był właśnie mój ojciec. W Zasmykach część rodziny Zamościńskich mieszkała na sąsiednich posesjach.  Obok nas stał dom dziadka Władysława i babci Zuzanny z domu Piątkówny. Dalej znajdowało się gospodarstwo stryja Karola, ożenionego ze Stefanią Witkowską, pochodzącą z rodziny, która na Wołyń przybyła z Wielgomłynów w powiecie radomszczańskim. Nieco dalej w Zasmykach mieszkał jeszcze jeden Bronisław Zamościński, stryj mojego ojca. Po drugiej stronie drogi w Zasmykach mieszkał jeszcze Bazyli Zamościński syn Jana Zamościńskiego, nieżyjącego już, jednego z czterech braci mojego dziadka. W domu miałam jeszcze brata Bogusława, któremu później w dowodzie osobistym, wydanym po wojnie zapisano imię Bolesław. Takie bowiem podał dla zatarcia konspiracyjnych śladów i pod tym imieniem funkcjonował w Polsce.

Czytaj więcej...

GTranslate

plbebgzh-TWhrcsdanlenetfrgldeelhuitjalvltnoptrorusrskslessvukyi

Włamanie do serwisu

Strona odtworzona po ataku hakerskim. W przypadku dostrzeżenia braków i niespójności z poprzednią zawartością serwisu oraz w celu zgłoszenia ew. uwag prosimy o kontakt z nami.

Wołyń naszych przodków

wp4.jpg
Czytaj także

 

 

Rzeź Wołyńska

lud9.jpg

Szukaj w serwisie

Gościmy

Odwiedza nas 436 gości oraz 0 użytkowników.

Statystyki

Odsłon artykułów:
7214595