Postanowiłam opisać swoje wspomnienia. Dotyczą one mego miejsca urodzenia, t.j. małej wioski Sielec, na południe od Włodzimierza Wołyńskiego, dotyczą pierwszych lat szkolnych w szkole podstawowej w Sielcu, potem wojny w dniu 1 września 1939 r., następnie wejścia Rosjan w dniu 17 września 1939 i nowych porządków wprowadzonych przez okupanta. Przeżyłam okres dwóch lat władzy sowieckiej, potem znowu była wojna – wkroczenie Niemców 22 czerwca 1941, nowe przeżycia i wreszcie te najstraszniejsze -  w 1943 roku, gdy nad głowami Polaków na Kresach zawisło śmiertelne niebezpieczeństwo – śmierci od siekiery ukraińskich nacjonalistów.  Nie myślałam wcześniej o spisaniu moich wspomnień, a to dlatego, że w okresie istnienia PRL wydarzenia na Wołyniu w 1943 roku były tematem tabu, a po drugie, przy codziennych obciążeniach w pracy  zawodowej, prowadzeniu domu, wychowywaniu dzieci nie było zbyt wiele czasu na grzebanie w przeszłości własnej i mojej rodziny. Jeżeli w domu, wśród bliskich i znajomych z naszych stron wspominaliśmy ten straszny okres, to tylko po to, by wyrzucić z siebie nagromadzony bagaż przeżyć, uwolnić się od nich, odreagować.
 W mojej miejscowości ukraińscy nacjonaliści zamordowali kilka polskich rodzin. Wśród nich zginęli moi dziadkowie Józef i Stefania Witkowscy. Pod Łuckiem w Iwanczycach zginęła moje młodsza siostra Irena Morelowska po mężu Papowszek.  Czas upływa, moje pokolenie, które było świadkiem i uczestnikiem wojny w 1939 i przeżyło piekło rzezi nacjonalistów ukraińskich odchodzi powoli ...

Czytaj więcej...

Władek Urbański, o siedem lat starszy ode mnie, mój ulubiony kuzyn, wyróżniał się młodzieńczą urodą i inteligencją. W wieku 15 lat skończył z wyróżnieniem technikum mechaniczne w Brześciu. Dalsze plany studiów inżynieryjnych przerwała wojna. Latem 1942 r. byli ukraińscy koledzy w Kołkach ostrzegli go, że banderowcy czają się na jego życie. Schronił się czasowo w pobliskim majątku ziemskim w Omelnie, u starszej siostry Katarzyny (Dody), której mąż Marian Drozdowski pracował w zarządzie posiadłości. Majątek zaopatrywał w żywność garnizon niemiecki w Kołkach, był więc niejako pod ochroną. Banderowcy nie mogli jednak ścierpieć Polaka tam pracującego. Marian zauważył w porę kilku zbliżających się oprawców. W ostatniej chwili wyskoczył oknem w krzaki ogrodowe. Nie zdążył uciec Władek. Po niemal dwóch tygodniach jadącego konno Niemca z garnizonu do Omelna po swoją porcję słoniny i jajek, zatrzymało kilku wyrostków ukraińskich. Gestykulując sprowadzili go z drogi w zarośla. Niemiec często bywający w majątku poznał pod przykryciem gałęzi szlafrok Mariana Drozdowskiego, który zwykle nosił rano. Użyczył go Władkowi na czas pobytu. Dziadek Urbański z wnuczką Ireną, siostrą Władka, z narażeniem życia pojechali na wskazane przez Niemca miejsce. Zwłoki były poćwiartowane, wydłubane oczy, obcięty nos i język. Pochowano go na cmentarzu miejskim w Kołkach. (...)Ukraińscy nacjonaliści mordowali też i swoich. Ci, którzy sympatyzowali z Polakami i Żydami, udzielali im pomocy, bo tacy też się zdarzali, sami wkrótce żegnali się z życiem.

Czytaj więcej...

Z niepokojem obserwujemy politykę historyczną Ukrainy wobec Polski. Wzrasta gloryfikowanie OUN-UPA, niechęć do skonfrontowania się z prawdą o rzezi wołyńskiej, dochodzi do ataków na polskie placówki dyplomatyczne, a manipulacje faktami historycznymi w mediach coraz częściej podburzają przeciwko Polakom. Szczególnie agresywne i niebezpieczne są wypowiedzi przewodniczącego ukraińskiego Instytutu Pamięci Narodowej Wołodymyra Wjatrowycza.      Polacy, którzy jasno wyrażają swój sprzeciw, dostają wieloletni zakaz wjazdu na Ukrainę. Taki zakaz otrzymał prezydent Przemyśla Robert Choma, a ostatnio także pan Zdzisław Koguciuk, krewny pomordowanych przez UPA na Wołyniu, zasłużony działacz społeczny, walczący od lat o godne upamiętnienie ofiar banderowskiego ludobójstwa. W związku z tym Reduta Dobrego Imienia publikuje stanowisko wobec polityki historycznej, którą prowadzi obecny rząd Ukrainy. Dokument kierujemy do Kancelarii Prezydenta, Ministerstwa Spraw Zagranicznych oraz Ministerstwa Spraw Wewnętrznych i Administracji.

Czytaj więcej...

Rano (11.07.1943 r.) przez polską wieś, położoną pomiędzy dwiema ukraińskimi, przeszła grupa uzbrojonych Ukraińców w mundurach. Wstępowali do poszczególnych domów i polecili mężczyznom zaprzęgać konie i jechać do lasu, gdzie będą potrzebni partyzantom ukraińskim. W przypadku odmowy, każdego czekają represje. Mężczyźni, którzy rano nie zdążyli pójść do kościoła, zaprzęgali konie i jechali na wskazane miejsce. W ten sposób pozbawiono rodziny mężów i braci - dorosłych opiekunów. We wsi pozostały kobiety z dziećmi. Mój ojciec nie posłuchał polecenia. Gościliśmy w domu kuzynów. Już po przyjeździe, wujek stwierdził, że na drogach panuje ożywiony ruch. Kiedy otworzyły się drzwi i weszli uzbrojeni banderowcy - siedzieliśmy przy stole, przy niedzielnym obiedzie. Poznałam tego, który szedł rano na czele całej grupy. To był wysoki mężczyzna w wieku około 40 lat. - Wychodźcie z domu, tu będziemy walczyć z Niemcami i nie może być w pobliżu cywili. Mój ojciec odpowiedział - Nigdzie nie pójdziemy, sami sobie poradzimy, jak będzie taka potrzeba. Ukrainiec zdjął karabin z ramienia, odbezpieczył i rzekł: Jak nie wyjdziecie, wszyscy na miejscu zginiecie! Wyszliśmy z domu. Wokół pełno było uzbrojonych mężczyzn w cywilnych ubraniach. Skierowano nas z podwórka na drogę. Zobaczyłam naszych sąsiadów. Zwartym kordonem otoczyli nas Ukraińcy. Chwilę wcześniej, nasz kuzyn (Ukraińcy go nie znali) - powiedział do nich: Jestem Ukraińcem, co mam robić? Usłyszał odpowiedź. Zabieraj rodzinę i szybko stąd wyjeżdżaj!

 Ta rozmowa była dla mnie zaskoczeniem. Nie rozumiałam, dlaczego tak mówi.

Czytaj więcej...