Maria Złoczowska – uratowane dziecko z pacyfikacji Majdanu

 Maria Złoczowska urodziła się w 1933 r. w Majdanie, w powiecie kopyczynieckim. Była jedynym dzieckiem Franciszka i Rozalii (z domu Hapen) Mamczurów.  Dziadkami ze strony matki byli Jan i Maria Hapenowie, natomiast ze strony ojca – Piotr i Rozalia Mamczurowie. Babcia Maria zmarła w roku mojego urodzenia i dziadek został sam. O dziadku Piotrze wiem tylko tyle, że brał udział w I wojnie światowej i walczył na froncie słoweńskim w okolicach rzeki Soczy przeciwko Włochom w szeregach austro-węgierskich” – wspomina pani Maria.

Brat jej ojca – Józef w 1939 r. służył w wojsku przy granicy z ZSRR w 4 Brygadzie Ochrony Pogranicza „Podole” w Batalionie Korpusu Ochrony Pogranicza „Kopyczyńce”. "Wujek opowiadał, że przed wojną w Związku Radzieckim była taka bieda, że ludzie nie zwracając uwagi na niebezpieczeństwo masowo przekraczali granice na Zbruczu. Wielu z nich przypłaciło to życiem, topiąc się w rzece. Uciekali przed stalinowskimi represjami, głodem i w poszukiwaniu pracy poza granicami kraju. Wujek na patrole wychodził razem z psem, którego bardzo lubił. Wilczur był posłuszny i dobrze wyszkolony. Tak się do siebie przywiązali, że po przegranej kampanii wrześniowej wujek zabrał go ze sobą do Majdanu”.

W latach 1930-1932 Franciszek Mamczur służył w „ułanach”(prawdopodobnie w 9 Pułku Ułanów Małopolskich w jednostce w Trembowli). Podczas służby wraz ze swoimi kolegami jeździł na wycinkę drzew, które wykorzystywano do budowy strażnic KOP, umocnień i obiektów wojskowych wzdłuż wschodniej granicy II RP. Matka Rozalia miała troje rodzeństwa: brata Piotra oraz dwie siostry Marię i Katarzynę Maria mieszkała w Oryszkowcach. Wyszła za mąż za Ukraińca Pawła Rybaka, z którym miała dwie córki Aleksandrę i Annę.„Ciotka nie była z nim szczęśliwa. Wyszła za mąż mając 18 lat. Myślała, że jej życie zmieni się na lepsze, bo teściowie mieli gospodarstwo. Tak naprawdę byli biedni jak większość rodzin. Teściowie ciągle się kłócili zaczepiali ciotkę. Cokolwiek by nie zrobiła, zaraz jej to wypominano. Cała ukraińska rodzina była wrogo nastawiona do Polaków, których nienawidzili”.

Ojciec Marii miał dwóch braci Józefa i Michała oraz siostrę Marię.„Michała Sowieci zabrali na Syberię. W 1941 r. wstąpił do armii Andersa, walczył na Bliskim Wschodzie, w północnej Afryce i we Włoszech. Pod koniec wojny trafił do Anglii, gdzie osiadł na stałe. Do zakończenia służby wojskowej pływał na okrętach wojennych. Zmarł na serce, kilka lat po zakończeniu II wojny światowej”.

Rodzina Mamczurów  z Majdanu mieszkała początkowo w starym, drewnianym domu, gdzie zamiast podłogi było klepisko, a dach zrobiony był ze słomy.

Czytaj więcej...

Wyrwać się z tego piekła

Rodzice Czesława Frączka – Jan i Maria z czwórką dzieci (Stefan, Jadwiga, Roman i Julia) przybyli na Wołyń w 1926 r. ze wsi Kamień Puławski w Lubelskiem. Osiedlili się we wsi Zapust Stary w gminie miejskiej Rożyszcze, w powiecie łuckim. To właśnie tu, w tej pięknie położonej wsi w zakolu rzek Styr i Konopelka, Jan Frączek za pieniądze zarobione podczas 7-letniej pracy w stalowni w Detroit (USA), kupił „osiem dziesięcin” ziemi od Niemca Landsmanna. Dysponował wtedy wcale pokaźną kwotą dolarów, ale wcześniej znaczną ich część nieroztropnie utracił! Odbyło się to w przededniu reformy monetarnej mającej na celu zwalczanie hiperinflacji - wprowadzonej przez ministra Władysława Grabskiego 28 kwietnia 1924 r. Jan Frączek, nie przywiązując wagi do wieści dochodzących z „wielkiego świata”, nieopatrznie wymienił swoje ciężko zarobione dolary na markę polską! A dla przykładu - przed reformą walutową knur kosztował 6 mln marek polskich! Natomiast stosunek wymiany marki polskiej na jednego złotego minister Grabski ustalił na 1,8 mln:1!

W 1931 r. urodziło mu się kolejne dziecko, syn Czesław, bohater niniejszego artykułu. We wsi Zapust Stary mieszkało wówczas około 40 rodzin, w tym zaledwie kilka rodzin polskich, ponadto rodziny niemieckie i ukraińskie. Już niedługo po napaści Niemiec hitlerowskich na Rosję Sowiecką, na Wołyniu i Podolu Ukraińcy podjęli starania, by pod bokiem hitlerowców stworzyć „Samostijną Ukrainę”, a gdy to im się nie udało, policja ukraińska i frakcja Stepana Bandery z OUN utworzyła formację zbrojną o nazwie Ukraińska Powstańcza Armia (UPA).

Wkrótce nacjonaliści ukraińscy z OUN-UPA, jak również „bulbowcy” z ugrupowania Tarasa „Bulby” Borowca, rozpoczęli masowe rzezie Polaków zamieszkujących na Wołyniu. Polacy stworzyli własną samoobronę spośród ludności cywilnej oraz oddziałów Armii Krajowej. W pobliskich miastach Rokitno i Dubno oddziały samoobrony były częściowo zakonspirowane i działały na przedmieściach z uwagi na załogi niemieckie. Placówkami samoobrony były także pojedyncze polskie wsie i kolonie, w tym Zapust Stary strzeżony przez lokalną grupę samoobrony. Czesław Frączek często szukał ze swoją rodziną schronienia w tej placówce przed atakami UPA i wiele razy nocował z bratem Romanem na łąkach i w zbożach położonych nad Styrem. Pewnego razu jego brat przeziębił się, zachorował na zapalenie płuc i w 1943 r. zmarł. Miał 21 lat.
Na początku stycznia 1944 r. wojska sowieckie przekroczyły w rejonie miasta Sarny przedwojenną granicę Polski, a w lutym pojawiły się już w Zapuście Starym. Front zatrzymał się na krótko na linii rzeki Styr, po czym krasnoarmiejcy poszli dalej.
W maju 1944 r. do Zapustu Starego wkroczyły oddziały polskie z I Dywizji im. Tadeusza Kościuszki. Zakwaterowali się w domach, stodołach i w namiotach rozstawionych na polach. Radość była wielka – Polacy odżyli. Ale w czerwcu 1944 r. wojsko polskie odjechało na front, a we wsi władza sowiecka zaczęła zaprowadzać swoje porządki.

Czytaj więcej...

Fala zabójstw nie ominęła Jasieńca

Alfreda Magdziak przed wojną mieszkała na Wołyniu. Najpierw w Bystrakach nad Bugiem, a potem we wsi Jasiniec w powiecie Horochów. Do dzisiaj z nostalgią wspomina tamte czasy. I piękną krainę beztroskiego dzieciństwa.

„Nasz dom był drewniany, kryty strzechą – mówi. – Budowany w węgły, z grubych pali. Do sieni wchodziło się przez niewielką przybudówkę. Dalej była kuchnia. Obszerna, z masywnym piecem. Pokój – za kuchnią – był tylko jeden. Znacznie bardziej okazałe były zabudowania gospodarskie. Stajnia, obora, stodoła, kurnik. Mieliśmy ponad 12 hektarów ziemi, w tym piękne łąki, i kawałek lasu. A przy samym domu pięły się w górę rozłożyste wiśnie.

Latem chodziłyśmy z siostrami do pobliskich lasów zbierać jagody i poziomki. Jesienią – grzyby. Było tego w naszych stronach mnóstwo. Pamiętam, że podczas tych wypraw lubiłam przystanąć na chwilę, popatrzyć w dal i głęboko wciągnąć w nozdrza zapach Wołynia. Leśnych owoców, wilgotnej leśnej ściółki, polnych kwiatów i pobliskiej rzeki... Nigdy później nie czułam już nic podobnego. Mój Wołyń, moja utracona ojczyzna...".

Nie pamięta, żeby przed wojną dochodziło do jakichś napięć czy konfliktów między Polakami a Ukraińcami. Między katolikami a prawosławnymi. Wprost przeciwnie – sąsiedzkie współżycie układało się według niej harmonijnie. Ludzie sobie pomagali, odwiedzali się przy okazji świąt i innych uroczystości.

„Wszyscy żyliśmy w zgodzie i pokoju – wspomina. – Oczywiście także z naszymi sąsiadami Ukraińcami, których w Bystrakach mieszkały dwie rodziny. Zupełnie nie zwracaliśmy uwagi na to, że ci ludzie są innej nacji. Chodzili sobie do cerkwi. I tylko to odróżniało ich od Polaków".

Wojna brutalnie położyła temu kres. Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów dążyła do tego, aby Wołyń po wojnie znalazł się w granicach „samostijnej Ukrainy". Państwo to miało być jednak „czyste jak łza". Czyli pozbawione mniejszości narodowych, przede wszystkim Polaków. W 1943 roku rozpoczęły się mordy.

Fala zabójstw nie ominęła Jasieńca. Na oczach pani Alfredy – wówczas 17-letniej dziewczyny – rozegrała się straszliwa tragedia.

„Leżałam na ziemi – wspomina. – Na twarzy i dłoniach czułam ostre kolce świeżego ścierniska. W ustach gorzki smak piasku, duszący zapach wysuszonej słońcem ziemi. Przede mną znajdował się niewielki płotek, a za nim podwórko naszego domu.

Stał na nim mój tata i dwie moje siostry. Irka i Paulina. Wokół nich uzbrojeni mężczyźni. Część miała broń palną – karabiny, pistolety, część siekiery i noże. Ojciec próbował ich do czegoś przekonywać, prosił. Ale oni nie słuchali. Do moich uszu dolatywały tylko przekleństwa, obelgi".

Czytaj więcej...

Przez Radomle przeszedł pierwszy oddziałek sowieckiej piechoty

 

     Radomle. Malutka drewniana wieś po wschodniej stronie zadybskich lasów.

     Jedyny murowany dom z dala od wsi, pod lasem, zwolniony przez oddział Trzaska, zajął  2 marca nowo utworzony pluton Gromu –  4-ty gospodarczy.

     Właściciel tego murowańca – rzeczy bardzo rzadkiej w wołyńskim wiejskim budownictwie – mówiono, że w Ameryce dorobił się pieniędzy na wystawienie tak okazałych budynków – uciekł zawczasu. Z pewnością w świniarzyńskie lasy, do centrum partyzantki ukraińskiej, razem z ludnością zajętych teraz przez zbrojnych Polaków ukraińskich wsi. Całe dostatnie obejście było teraz do dyspozycji plutonu, który rządził się w nim jak szara gęś. Gdyby właściciel mógł zajrzeć teraz do swego domu, jęknąłby na widok niesłychanego bałaganu i brudu w schludnym niegdyś obejściu.

     Pośrodku obrzydliwie zaśmieconego podwórza zarzuconego słomą, kupami popiołu, szmatami, kościami i skórami porżniętych zwierząt, na dwu ogniskach przy studni parowały gotującą się strawą dwa duże kotły. Krzątał się przy nich dyżurujący kucharz. Opodal dwaj chłopcy piłują grubą kłodę sosnową wyciągnąwszy ją z szopy, gdzie oczekiwała zapewne lepszego losu. Dźwięczy stal piły, kłoda prycha trocinami, kiwają się nad nią ci dwaj bez pośpiechu. Trzeci rąbie. W stodole otwartej naprzestrzał dwaj taboryci kręcą z konopnych kłaków sznur na postronki do uprzęży. Za sztachetowym ogrodzeniem przechadza się zgarbiony pod karabinem, zziębnięty alarmowy. Zamiast obserwować podejście od lasu gapi się na ruch na podwórzu. Sień domu huczy od gwaru: dyżurująca drużyna obiera kartofle. Języki obracają się żwawiej niż noże i scyzoryki. Chłopcy syci, wyspani – plotą trzy po trzy    i co chwila rechocą zdrowym, donośnym śmiechem. W cebrzyku rośnie powolutku biała górka obranych ziemniaków.

     Izby – duża i mniejsza – zatłoczone klatkami prycz od podłogi do sufitu. Ciasnota, jak      w kurniku, jak w łodzi podwodnej. W większej izbie na wolnym skrawku podłogi niewielki stół. Aż podskakuje od zamaszystych uderzeń kartami. Grze czworga przygląda się drugie tyle, choć gra nieciekawa – w tysiąca. W kuchni identyczne zagęszczenie. Część stołu, tyle ile trzeba na rozłożenie zeszytu okupuje kronikarz Jantar. Na całej reszcie guzdraniana bez przerwy: Zuch tnie połeć słoniny – będzie przetapiać na smalec, Gwóźdź rozrabia mąkę na placki, Syrena znalazł na strychu liście samosadu – tnie na machorkę. Od płyty bucha gorąco, tutaj ogień płonie calutki dzień.  Bez przerwy ruch: baniaki, garnki, menażki wchodzą na płytę jedne po drugich, właściciele doglądają ich osobiście - trwa istny konkurs pitraszenia. Niewielu zadowala się zawsze spartaczoną grochówką czy krupnikiem z kotła. (...)

Czytaj więcej...

GTranslate

plbebgzh-TWhrcsdanlenetfrgldeelhuitjalvltnoptrorusrskslessvukyi

Włamanie do serwisu

Strona odtworzona po ataku hakerskim. W przypadku dostrzeżenia braków i niespójności z poprzednią zawartością serwisu oraz w celu zgłoszenia ew. uwag prosimy o kontakt z nami.

Wołyń naszych przodków

wp7.jpg

PAMIĘTAJ PAMIĘTAĆ

Czytaj także

 

 

Rzeź Wołyńska

lud8.jpg

Szukaj w serwisie

Gościmy

Odwiedza nas 482 gości oraz 0 użytkowników.

Statystyki

Odsłon artykułów:
8541110