Tegoroczne lato było więc dla nas Wołyniaków, szczególnie gorące i krwawe. (1943- red) A w końcu przyszedł także i taki dzień, gdy o świcie mieszkający w okolicy Ukraińcy, napadli i bestialsko wymordowali polską ludność Teresina. Przebieg tych niezwykle tragicznych i przejmujących wydarzeń znam od naocznych świadków, którzy w ogromnej większości cudem dosłownie, uratowali się spod banderowskiego noża i siekiery.

Pan Kazimierz Umański:
Pierwszym, który opowiadał mi napad na naszą kolonię był Polak Kazimierz Umański, który cudem ocalał z rzezi i zdołał przedostać się do miasta. Gdy niedługo później spotkał mnie na ulicy Włodzimierza Woł., tak wspominał: „W ten krwawy ranek, którego nie zapomnę do końca mojego życia, spałem jeszcze w swoim pokoju, gdy nagle posłyszałem straszny pisk i płacz swojej mamusi oraz rodzeństwa, dochodzący z naszej kuchni. Mój młodszy brat Tadeusz, który spał tuż obok mnie, również się obudził. Nie wiele się zastanawiając skoczyłem przez okno na dwór i szybko pobiegłem do lasu, który oddalony był tylko 200 metrów. To był las Polaka Mikołaja Bojko, który dalej łączył się z lasem kohyleńskim. Następnie, tak szybko jak tylko mogłem, dotarłem do miasta Włodzimierz Woł.. Przez cały czas nie wiedziałem, co to były za rozpaczliwe piski, co tak naprawdę, wydarzyło się w moim domu i najważniejsze pytanie, które nie dawało mi spokoju: co stało się z moją rodziną?! Z domu uciekłem bowiem w tamtym momencie byłem prawie pewien, że to Ukraińcy napadli na nasz dom i mordują moich najbliższych. Dopiero potem dowiedziałem się także od innych ludzi, że na naszej kolonii był rzeczywiście straszny pogrom. Z mojej rodziny zginęli wtedy moja mama, mój brat Tadeusz i siostra Zofia.” 

Czytaj więcej...

21 kwietnia 2014 r. działacze Prawego Sektora z obwodu równieńskiego uczcili 71. rocznicę napadu Ukraińskiej Powstańczej Armii na miasteczko Janowa Dolina, podczas którego wymordowano ok. 600 polskich mieszkańców. Modlitwę w intencji upowców odmówił o. Ihor, dziekan Ukraińskiej Autokefalicznej Cerkwii Prawosławnej.  Strona ukraińska, uważa, że doszło tam do „jednego z największych zwycięstw” UPA, która zlikwidowała „bazę polsko-niemieckich okupantów Wołynia”. Ukraińscy historycy podają liczbę ofiar – po stronie „polsko-niemieckich okupantów” zginąć miało ok. 600 osób, przy 8 zabitych i 3 rannych po stronie UPA. Jest to jeden z przykładów fałszowania historii. W nocy z Wielkiego Czwartku na Wielki Piątek, czyli z 22 na 23 kwietnia 1943 roku, doszło do napaści, którą przeprowadzili ukraińscy szowiniści wywodzący się z band Ukraińskiej Powstańczej Armii i Ukraińskiej Policji Pomocniczej, a także czerń, czyli ukraińskie chłopstwo. Wokół Janowej Doliny zamykał się śmiercionośny krąg, który odcinał osadę od wszelkich potencjalnych dróg ucieczki. Atak rozpoczął się od ostrzelania karabinami maszynowymi, następnie niewielkie grupki napastników podkładały pod domy słomę, które podpalano i podsycano naftą. Jednocześnie wrzucano przez okna granaty. Polacy, którym udało się wydostać z płonących domostw, byli atakowani i zabijani za pomocą broni palnej, a także siekier i noży. W relacjach świadków pojawiały się makabryczne opisy zabójstw, których dokonano na niewinnych polskich cywilach. Ofiarą upowców padł też personel miejscowego szpitala, których  wyrżnięto siekierami, a następnie podpalono placówkę z będącymi wewnątrz pacjentami.

Czytaj więcej...

Losy mojego dziadka Franciszka Paszkowskiego oraz mojej mamy Genowefy, jednej z jego córek, związane są z małą wioską Frankpol na Wołyniu. Dziadek był tam sołtysem - rozpoczyna opowieść pan Witold. Paszkowscy prowadzili kilkunastohektarowe gospodarstwo i przez to uchodzili za najzamożniejszą rodzinę w swojej wsi i okolicy. Był wieczór, 17 czerwca 1942 r., kiedy do ich domu wpadł jedenastoletni bratanek sołtysa z wiadomością, że trzeba uciekać, bo nadciągają "banderowcy". W mgnieniu oka wyskoczyli na podwórze. Najpierw uciszyli psa. "Gdzie wasze dobra, baćko" - krzyczeli. Chodziło im o złoto, porcelanę, kożuchy, zboże. Nikt do końca nie jest już w stanie odtworzyć dokładnego przebiegu tych zdarzeń. Błysk ostrzy noży, przeraźliwy krzyk, płacz, wzywanie Boga i... śmiertelna cisza. Dziesięcioletniej wówczas Geni zadano kilkanaście ciosów nożem w plecy. Następnego ranka sąsiedzi dokonali makabrycznego odkrycia: przy studni trzy zakrwawione ciała kobiet. - Babci Franciszce, jej szwagierce Michalinie oraz dziewczynkom Loni i Geni kazano położyć się twarzą do ziemi w pobliżu studni. W zbożu zaś znaleźli ciała sołtysa i jego syna Kazika - opisuje Witold. Przy studni nie było ciała dziesięcioletniej Geni. Ślady krwi prowadziły do domu. Pod zakrwawioną pierzyną sąsiedzi znaleźli żyjącą jeszcze dziewczynkę. Wozem przetransportowano ją do niemieckiego szpitala w Horodnicy. Po wielu operacjach trafiła pod opiekę swojej starszej siostry Losi oraz jej męża Klemensa. - Jako dziecko często przysłuchiwałem się wspomnieniom przy okazji rodzinnych spotkań: ciocia Losia, wuj Klemens, moi rodzice opowiadali historie, których wówczas nie rozumiałem - wspomina Witold Ziółkowski.

Czytaj więcej...

 Halina Kopacz z Zdołbunowa  opowiada, śpiewnie zaciągając, jak jej ojciec, Włodzimierz Holec, jeszcze jako nastolatek poznał w 1929 r. w Janowej Dolinie matkę Helenę. On był z pochodzenia Czechem, ona - Polką. Pobrali się w styczniu 1936 roku. W grudniu na świat przyszła Halina, w 1940 - młodsza siostra Krysia. Janowa Dolina była ślicznym miasteczkiem, położonym wśród lasów. Drewniane, dwupiętrowe domki, tylko jeden blok z cegły. Rodzice wynajęli mieszkanie w domu należącym do gospodyni Niemki. W czasie okupacji na domku zawisła kartka, że mieszkają tu etniczni Niemcy - volksdeutsche. - W Wielki Piątek 1943 r. nad miasteczkiem pojawił się samolot. Zrzucał ulotki. Po polsku i po ukraińsku napisano tam: „Zrobimy dla Lachów pieczenie”, to znaczy „pieczone mięso” - wspomina pani Halina. - Nikt w to nie wierzył. Zapada cisza. Z oczu starej kobiety płyną łzy.- A potem z czterech stron zapaliło się nasze miasteczko - mówi cicho. Ojciec wybiegł przed dom. Tam bagnetem zakłuł go kolega-zmiennik z pracy, Stepan. Z okna płonącego domu naprzeciwko sąsiadka wyrzuciła córeczkę, przyjaciółkę i rówieśniczkę Halinki. Dziewczynka widziała, jak stojący przed domem mężczyzna nabija sześciolatkę na widły i wrzuca w ogień. Tamtej nocy Ukraińcy z UPA wymordowali 600 polskich mieszkańców, paląc ich domy. Z pożogi ocalały tylko cztery budynki, w których mieszkali Niemcy. Rano Helena zabrała z mieszkania obrazy, krzyż i bukiecik kwiatów. Chwyciła córki za ręce. Teść i bracia męża wyjęli drzwi z chlewa, położyli na nim ciało Włodzimierza. Na placu, gdzie miał stanąć kościół, wykopano dół, do którego zwożono zamordowanych. - Widziałam kawałki ludzi - płacze pani Halina.  Osobno nogi, głowy, ręce, części ciała. Od tamtego dnia nie jem mięsa....

Czytaj więcej...