Urodziłam się jeszcze w 1912 roku, w wiosce Chiniówka w pow. Zdołbunów. (...) Była to polska wieś położona na wysokiej górze. Dokoła były skały, kamienie i lasy. Nie było we wsi wody, trzeba ją było wozić beczkami ze strumyka na dole. Ludzie żyli tu biednie ale wesoło. (...) Pewnego razu idąc do lasu na grzyby zobaczyliśmy, że cała droga do ukraińskich wiosek - Buszczy i Mostów - zasypana jest ulotkami: Byj Żidiw, Moskaliw, riż Lachiw, buduj Ukrajinu! Podpisany był na nich Stepan Bandera. Ludzie czytali, ale nie wierzyli temu. A banderowcy już się organizowali, potajemnie kopali w lasach schrony, budowali bunkry i magazynowali broń. W Buszczy mieszkał kowal narodowości polskiej, Roman Jasiński. Ukraińcy zamówili u niego dużą ilość noży i siekier. Kiedy zapytał: Po co wam tyle tego? Powiedzieli: pójdziemy na wojnę. Nakazali mu milczenie, bo za zdradę zostanie zabity. Nocami wywozili banderowcy te noże do cerkwi, gdzie ich batiuszka święcił je szczob dobre Lachiw rizały. Jasiński miał w Chiniówce brata i o wszystkim mu opowiedział, a brat powtórzył to nam. (...) W 1942 roku banderowcy zaczęli napadać na wszystkie wołyńskie wioski. Palili, grabili, mordowali. Na naszą Chiniówkę napadli 5 czerwca (w Zieloną Sobotę) o godz. 3-ciej po południu (W czasopiśmie “Na Rubieży” znaleźliśmy informację, że napad na Chiniówkę miał miejsce w lipcu 1943 r. o godz. 3-ciej nad ranem. Ale Chiniówka była zaatakowana 3-krotnie. Jeszcze w 1942 roku). Ja z mężem i dwojgiem dzieci pojechaliśmy wcześniej do teściów we wsi Komaszówka w pow. Dubno, i dzięki temu pozostaliśmy przy życiu.

Do Chiniówki już nigdy nie wróciliśmy.  Mój wujek Piotr Wierzbicki mieszkał w Chiniówce pod lasem. Do niego pierwszego bandyci wpadli i zaraz wołali o pieniądze. Oddał im wszystko co miał, a na dodatek srebrny kieszonkowy zegarek. Wujenka miała duże złote kolczyki. Wyrwali je z uszu i kazali wujence położyć się na podłodze. Była u nich w tym czasie moja Matka. Wujenka powiedziała do Mamy: Kumo, te gady już nas zamordują. 
Wtedy jeden ze zbirów uderzył ja kolbą w twarz, a gdy upadła, dostała jeszcze pięć pchnięć nożem. Moja Matka otrzymała osiem ciosów nożem, który przeszedł przez piersi na wylot. Wujek nie chciał położyć się na podłodze, więc banderowiec wbił mu nóż pod piersi, i pociągnąwszy ku dołowi rozpruł brzuch, i tak go pozostawiono. Mówiąc: Win i tak zdochne poszli dalej. W tej bandzie starsi wiekiem banderowcy mieli karabiny, a młodzi noże i siekiery. Młodszy syn wujostwa Wacław, próbował uciec; postrzelili go w nogę, a potem raz koło razu dźgali nożami. Starszy syn Marian widział bandytów w lesie i chciał rodziców uprzedzić, ale gdy przyszedł było już po wszystkim. Moja i jego matka jeszcze żyły, ale życie już w nich dogorywało, ojciec natomiast wył po prostu z bólu. To on opowiedział synowi o wszystkim ze szczegółami. Marian obwiązał ojca ręcznikami i wszystkie ciała pościągał do dołu po kartoflach, a sam uciekł do lasu. Bandyci buszowali jeszcze we wsi do północy. Skoro świt zaczęli ludzie wychodzić ze swoich kryjówek. Gdy zobaczyli tyle trupów i ogólne spustoszenie, podniósł się straszny lament. Wtórowały mu zwierzęta: wyły psy, rżały niespokojne konie, ryczały krowy tak, że słychać było te odgłosy na odległość 2 - 3 km. Gdy w sąsiednich wsiach: Daniłówce, Pasywie, Kudryniu i Budkach posłyszano je, ludzie już wiedzieli co się stało w Chiniówce i zaczęli uciekać. Kto miał konie, to coś tam jeszcze ze sobą zabrał, przynajmniej najpotrzebniejsze rzeczy a przede wszystkim żywność. Ale ci, którzy koni nie mieli... Jedni uciekali do Szumska, inni do Mizocza lub Ostroga. Nie wszyscy jednak mieli szczęście dojechać, ponieważ banderowcy czyhali na nich na drogach; mienie rabowali a ludzi mordowali. Mój wujek zanim umarł, męczył się straszliwie aż do godziny 7-mej rano. Jego syn Marian uciekł z najmłodszym, 13-letnim bratem Jankiem do Mizocza, ale zginął tam później z rąk banderowców. Bo gdy nie było już Polaków we wioskach, banderowcy zaczęli napadać na miasteczka. Wyrządzono nam - Polakom wielką krzywdę. Zabrano ziemię i cały dorobek z dziada pradziada. Zatarto nawet ślady, że mieszkali tam Polacy. Ileż tam zostało studni zapełnionych polskimi dziećmi, ile kości pomordowanych ludzi tylko dlatego, że byli Polakami. A przecież tam była Polska, przed zaborami i po zaborach. Obecnie Polacy litują się, pomagają Ukraińcom, a w podzięce za to nowe pokolenie banderowców wyciera sobie buty polską flagą i depcze groby. Nie mówię że wszyscy Ukraińcy to diabły, bo byli wśród nich także ludzie uczciwi, którzy mordować nie chcieli. Ale wielu z nich do tego zmuszono, albo także mordowano “za zdradę, za sprzyjanie Lachom”. 
Od teściów z Komaszówki także trzeba było uciekać. Dnie jakoś się przeżyło, ale noce były czerwone i wieś spodziewała się napadu. Uratowała się dzięki małżeństwu Lewickich. Mąż był Polakiem a żona miejscową Niemką. Wyjechali oboje z Komaszówki do Dubna, gdzie ona pracowała u Niemców. Posłyszawszy rozmowę, że tej nocy planowany jest napad na Komaszówkę, Lewicka uprosiła swoich niemieckich pracodawców, by ratowali niewinnych ludzi i przyjechali w nocy do wsi. 
W Komaszówce młodzi dorośli mężczyźni pełnili straż na dworze, a w domach gromadziły się tylko kobiety z dziećmi i starcy. Niemcy spełnili prośbę Lewickiej, przyjechali i powiedzieli ludziom: Nie bójcie się, bo przyjedzie tu niebawem wojsko z Dubna. W tym czasie była we wsi ukraińska “rozwiedka”, która miała dać rakietą sygnał do napadu. Usłyszawszy, że przyjechali do wsi Niemcy, a wkrótce pojawi się wojsko, zabrali gospodarzowi dwa konie i pognali do lasu żeby bandę powstrzymać. Rano konie wróciły (z ukraińskiej wioski Obhów) białe od piany i rżały przestraszone, więc ludzie zaczęli przygotowywać się do ucieczki. Ci, którzy nie mieli własnych koni nic poza dziećmi nie zabrali, ratowali tylko życie. Wyjechali do Dubna, gdzie również nie mieli spokoju, ponieważ Niemcy urządzali łapanki i wywozili ludzi do przymusowej pracy w Rzeszy. My wyjechaliśmy do Galicji, do miasta Brody. Tamtejsi ludzie nie wierzyli, że na Wołyniu dzieją się takie straszne rzeczy. Mówili: U nas tego nie będzie, bo tu rodziny polskie pomieszane są z ukraińskimi. Ale niebawem i tam zaczęły się podobne mordy i pożary. W Brodach zamieszkaliśmy w pożydowskiej kamienicy w pobliżu kościoła. Front zbliżał się i coraz głośniej słychać było armatnie strzały. [...] Jak już wspomniałam, uratowaliśmy się z mężem i dziećmi przed rzezią w 1942 roku dzięki temu, że 5 czerwca (w Zieloną Sobotę) wybraliśmy się rano do teściów w pow. Dubno, a banderowcy napadli na naszą CHINIÓWKĘ o godz. 3-ciej popołudniu. Gdy wracaliśmy od teściów do domu, spotkaliśmy trzy osoby z sąsiedniej wioski, które nam powiedziały: Zawracajcie, bo Chiniówki już nie ma. Została spalona i dużo ludzi wymordowano. Więc zaraz zawróciliśmy, a ja po paru dniach pojechałam do Mizocza, gdzie schronili się ci, co się z Chiniówki uratowali. I dopiero od nich dowiedziałam się o wszystkim i kogo zamordowano.
To co zapamiętałam: 
- z drugiej rodziny Wierzbickich - Piotra, on Stanisław i 2 dzieci, 
- Władysława Wojciechowskiego z synem, 
- Stanisława Wysockiego porąbali siekierą, 
- całą rodzinę Hrynowieckich: [...] (sprostowanie z marca 2008r. Anety Kaczmarek na podstawie wywiadu ze swoim dziadkiem Ludwikiem Hranowickim (dawniej Hrynowiecki): Zamordowani zostali Władysław i dwoje dzieci: Wacław i Stasia, natomiast Franciszką z synem Ludwikiem uciekli, a Marysię przygarnęła Ukrainka, która podawała ją za swoją córkę).
- Adama Przewłockiego porąbali, 
- jego brata Józefa Przewłockiego z żoną i 3 dzieci, 
- Elizę Przewłocką torturowali, potem powiesili. 
Zamordowano dużo osób z rodzin Czechowskich
- Stanisława, jego syna, synów i 2 dzieci, 
- dwie jego rodzone córki, Leontynę i Bronisławę, które były żonami Ukraińców. Bronisława była żoną należącego do bandy Petra Przewłockiego, którego dziadek był Polakiem. Na koniec przywieziono ich do ukraińskiej wioski Mosty i tam mordowano. Ona zginęła, a on podobno odzyskał zdrowie i po wojnie dużo ludzi widziało go w Polsce (pod zmienionym nazwiskiem). 
- z drugiej rodziny Czechowskich, Janin i jej dzieci. 
Dużo też osób zginęło z rodziny Adaszyńskich
- Wiem, że zamordowana została Rozalia Adaszyńska (żona  Romana) i jej 3 dzieci, także inni, ale nie wiem kto. 
- W rodzinie Szpakowskich zginęli: mąż, ż ona, syn i córka. 
Z rodziny Naumowiczów
- Zygfryd zastrzelony został przez Petra Przewłockiego; sama widziałam, jak prowadził Zygfryda pod karabinem koło mego domu  do lasu. (Tam gdzie droga prowadziła do wsi Kudry). Potem  usłyszałam strzały, a po kilku minutach Petro wracał już sam. Wstąpił do mego domu, poprosił o wodę do picia i zapytał po 
ukraińsku o męża: de czołowik? Znałam go dobrze, zawsze  mówił po polsku, był nawet kilka razy u mnie w domu, a później  stał się bandziorem. 
- Florian, s. Aurelego, 
- Mieczysław z żoną i dziećmi, oraz 
- Bolesław Jarmoliński (s. Pawła i Heleny). 
Dowiedziałam się wtedy od ludzi, że ciała wymienionych tu osób  były porżnięte i porąbane siekierami. 
Chciałabym jeszcze dodać kilka informacji o członkach mojej rodziny, którzy zginęli z rąk banderowców. 
- Julian Lewicki z Komaszówki , pow. Dubno, ojciec mego ciotecznego brata, pojechał z kuzynem Józefem Markowskim po drzewo do lasu i ślad po nich zaginął. Ani koni, ani wozu, ani ludzi.  Znaleziono tylko czapkę i chustkę do nosa. Marian Wierzbicki,  (który był naocznym świadkiem konania w męczarniach swego  ojca Piotra, Matki Franciszki i mojej Matki Rozalii Wierzbickiej) uciekł z Chiniówki, zabierając żonę, dwoje dzieci i najmłodszego  brata, 13-letniego Janka. Wyjechał z nimi do Mizocza. Tu Janek Wierzbicki i jeszcze czworo innych dzieci, pognali za miasto  krowy na pastwisko. Złapali ich banderowcy, przebili dzieciom nożami brzuchy, nanizali na kolczasty drut i owinęli wokół telegraficznego słupa. A na koniec podziobali jeszcze te biedne dzieci nożami. Konały w strasznej męce. 

 Fragmenty wspomnień Anastazji Paszkowskiej wyszukał i wstawił : B. Szarwiło za: http://wolyn.ovh.org/opisy/chiniowka-11.html