W  obawie o życie pod koniec kwietnia 1943 roku, część ludności Balarki  (gmina Silno, powiat Łuck –red)wyjechała do Huty Stepańskiej. Tam był silny ośrodek samoobrony, w kolonii pozostało już tylko 25 rodzin, w tym moja rodzina. Nie wyjechaliśmy, bo nie chcieliśmy zostawiać swoich domostw na pastwę losu. To jest nasza ziemia i mamy święty  obowiązek jej bronić powtarzał buńczucznie dziadek uczestnik 3 wojen. Liczył zapewne na jakąś pomoc z zewnątrz. Pomoc nie nadeszła. Świat przyglądał się obojętnie barbarzyńskiemu ludobójstwu ludności polskiej. Zawiedziony dziadek zdecydował się również wyjechać. Atak na naszą kolonię rozpoczął się w drugą niedzielę maja 1943 roku.Dokładnie pamiętam ten dzień: W samo południe wraz z ojcem i jego młodszym bratem  -Aleksandrem -  po obiedzie wypoczywaliśmy w sadzie. Dzień był słoneczny, upalny. Słońce miało tak silny blask, że aż raziło oczy. Gorące powietrze zastygło  bezruchu, że nawet liście osiki nie drżały. Wokół panowała, słodka, głucha cisza, jakby zatrzymał się czas. Ustał nawet szczebiot ptaków i kto żyw szukał cienia.Leżąc na ciepłej, pachnącej ziemi, w cieniu drzewa, słuchałem koncertu pasikoników w trawie. Czułem się senny. Nawet pies zasnął, uwiązany na łańcuchu przy budzie.Tylko ptactwo domowe leniwie snuło się po obejściu. W taki czas zapomina się o nie bezpieczeństwie. Błogi nastrój nagle i w brutalny sposób wdzierając się w ciszę niedzielnego popołudnia przerywał huk wystrzałów z broni palnej od strony puszczy.

W jednej chwili stało się jasne - to napad.  Zrazu ujrzeliśmy  palące się chałupy sąsiadów. Ojciec zauważył, że bandyci używają kul zapalających. Schroniliśmy się błyskawicznie w chacie, gdzie pod ścianą w rogu izby, przerażona matka tuliła płaczące siostry. Chwila wahania, co robić i błyskawiczna, jednomyślna decyzja, należy uciekać w kierunku rzeki na  bagna i olsy. Wybiegamy z domu, i biegniemy z górki przez wieś  w kierunku starego koryta rzeki. Widzę palące się zagrody. Słyszę świst kul nad głową i okropne krzyki przerażonych ludzi uciekających w tym samym kierunku. Staram się trzymać w pobliżu matki, która na ręku niesie dwuletnią siostrę Alfredę. Obok biegnie ojciec niosąc siostrę Teresę. Jestem piekielnie zmęczony, nad głową świszczą kule, lęk paraliżuje ciało, bolą okaleczone, bose stopy, nie mam siły biec, potykam się o radliny ziemniaków i raz po raz padam.  Matka, słaniając się na nogach, podnosi mnie. Ojciec nawołuje: szybciej i szybciej!  Chcę odpocząć, zrobić siusiu - błagam-  Rób w spodnie -  prosi matka. - Nie mogę nie potrafię, - odpowiadam płacząc. Biegnąc, czuję jak z każdym  krokiem narasta okropny ból brzucha, wydaje się, że za chwilę coś pęknie. Nagle ulga, mam pełne spodnie. Krańcowo wyczerpani, nie mamy już siły biec dalej, chronimy się więc w chacie stryja mojego ojca, która jeszcze się nie pali. On sam nie chce uciekać i namawia nas na pozostanie. Twierdzi, że nic złego nie zrobił Ukraińcom, więc nie musi przed nimi uciekać, jego synowie są innego zdania i błagają go, żeby uciekał. Stryj mojego ojca pomylił się strasznie i przepłacił to życiem, nie wiedział biedny, że Ukraińcy zakładają wymordowanie wszystkich Polaków, bez żadnych wyjątków, od niemowląt po starców. Ukraińcy nie tylko nie oszczędzali swoich sąsiadów Polaków ,ale również swoich rodzin z małżeństw polsko-ukraińskich. Zdarzało się bardzo często, że wymuszali, aby mąż Ukrainiec zabił swoją żonę Polkę. I  na odwrót. Żona Ukrainka musiała zabić swojego męża Polaka.  W chacie u stryja ojca czuliśmy się w miarę bezpiecznie do pewnego momentu. Kiedy kule  zaczęły wpadać przez szyby do środka i zaistniała obawa, że od którejś z kul zapalających chata stanie w płomieniach, ogarnął nas strach.- Uciekajmy! - Rozpaczliwie błagam rodziców. Rodzice też musieli się bać, skoro postanowili uciekać dalej. Kilkaset metrów, które pozostały nam do bagien, przebiegliśmy pod gradem kul. Jedynie jakiś cud sprawił, że nie trafiono w nikogo z nas, chociaż wiele osób zginęło lub zostało rannych.Na bagnach brodząc po pas w wodzie, posuwaliśmy szybko się w kierunku koryta rzeki. Bagna znaliśmy dobrze, niejeden raz chodziliśmy tamtędy do rzeki. W miejscach, gdzie było głębiej  skakaliśmy z kępy na kępę. Parę razy, jak nie mogłem trafić na twardszy grunt, zapadałem  się po uszy i wyciągano mnie z wody. Czułem na sobie zapach mułu i zgniłych liści. Byłem przemoczony do suchej nitki, a z ubrania ociekała strumieniami woda z błotem. Ukraińcy ostrzeliwali teren, ale na bagna nie zapuszczali się. Dla nas  znających teren, olsy i bagna stanowiły naturalne zabezpieczenie przed wrogiem. Na bagnach przesiedzieliśmy do wieczora, aż ustały strzały. Po wyjściu z ukrycia, ujrzeliśmy w oddali czerwoną łunę roztaczającą się nad całym widnokręgiem. To płonęła nasza kolonia , a nad nią unosiły się kłęby gęstego dymu, łącząc czarnym, długim welonem  ziemię z niebem,  zasłaniając zachodzące słońce, wyglądało to upiornie. Chaty z drewna pokryte słomą spłonęły szybko, tylko kikuty kominów  stały w miejscu i wyły z bólu, głaskane czerwonymi językami płomieni. Dym kłębił się i wirował wywołując napady kaszlu. Zatykaliśmy usta i nosy stojąc bezradnie w bezpiecznej odległości od ognia, który rozgrzewał powietrze do białości i palił twarze. Czułem smród dymu, spalonych ciał ludzi i zwierząt. Słyszałem łomot własnego serca i przeraźliwe  krzyki mieszkańców. Nie miałem już siły dłużej stać. Padłem obolały na ziemi jak pień drzewa odcięty od korzeni, głodny i spragniony w strachu, że wrócą i nas zabiją jak zabili tamtych.Czekaliśmy, aż dym opadnie i każdy z nas szukał wzrokiem swojej chaty, licząc po cichu, że jakimś cudem chociaż częściowo ocalała od pożaru. Niestety złudzenia szybko prysły,  pozostała skrzecząca rzeczywistość. Cudu nie było, ogień  zabrał nam wszystko, nie było czego ratować. Idąc w kierunku Huty Stefańskiej aby szukać schronienia przechodziliśmy obok jeszcze dymiących się zgliszczy zagrody stryja, który postanowił pozostać, widziałem zwęglone jego ciało na popiołach chaty. Zakłuty bagnetami przez Ukraińców, spłonął wraz z chatą. Świadkami jego śmierci byli synowie ,którzy uciekli w ostatniej chwili niezauważeni przez okno z tyłu domu  na bagna. Wędrując dalej skrajem wioski usłyszeliśmy z jedynej ocalałej od ognia chaty wołanie konającej kobiety. Chata była niska i przez okno bez trudu było widać pod łóżkiem leżącą w kałuży krwi kobietę pokłutą nożami. Umierając prosiła o pomoc. To była Janka Horoszkiewicz -  nasza krewna. Schroniła się pod łóżko bo bała się że wrócą i będą ją dalej torturować. Zmarła  na drugi dzień po przewiezieniu  do szpitala w Rafałówce, przed śmiercią zdążyła opowiedzieć przebieg wydarzeń. Czułem, się niedobrze, miałem dość podobnych widoków, byłem słaby, wyczerpany, niezdolny do dalszej drogi, wymiotowałem. Tym brutalnym i okrutnym napadem ukraińscy barbarzyńcy zmusili mnie do oglądania tak okrutnych scen. Miałem wtedy pięć lat, a pamiętam  tak wiele brutalnych i krwawych epizodów, które prześladują mnie do dzisiaj we wspomnieniach i śnią się po nocach. Zdarza się, że krzyczę we śnie budząc przerażoną rodzinę.

 Fragment wspomnień  : Edwarda Horoszkiewicza: zaprezentowany w ramach autorskiego odczytu pt: „ Zbrodnie OUN- UPA  na Wołyniu w latach okupacji” - Klub Historyczny im. gen. Stefana Roweckiego „Grota”  w Kaliszu. Wyszukał i wstawił B. Szarwiło


Włamanie do serwisu

Strona odtworzona po ataku hakerskim. W przypadku dostrzeżenia braków i niespójności z poprzednią zawartością serwisu oraz w celu zgłoszenia ew. uwag prosimy o kontakt z nami.

Wołyń naszych przodków

wp12.jpg
Czytaj także

 

 

Rzeź Wołyńska

lud2.jpg

Szukaj w serwisie

Gościmy

Odwiedza nas 505 gości oraz 0 użytkowników.

Statystyki

Odsłon artykułów:
4518609