Rano (11.07.1943 r.) przez polską wieś, położoną pomiędzy dwiema ukraińskimi, przeszła grupa uzbrojonych Ukraińców w mundurach. Wstępowali do poszczególnych domów i polecili mężczyznom zaprzęgać konie i jechać do lasu, gdzie będą potrzebni partyzantom ukraińskim. W przypadku odmowy, każdego czekają represje. Mężczyźni, którzy rano nie zdążyli pójść do kościoła, zaprzęgali konie i jechali na wskazane miejsce. W ten sposób pozbawiono rodziny mężów i braci - dorosłych opiekunów. We wsi pozostały kobiety z dziećmi. Mój ojciec nie posłuchał polecenia. Gościliśmy w domu kuzynów. Już po przyjeździe, wujek stwierdził, że na drogach panuje ożywiony ruch. Kiedy otworzyły się drzwi i weszli uzbrojeni banderowcy - siedzieliśmy przy stole, przy niedzielnym obiedzie. Poznałam tego, który szedł rano na czele całej grupy. To był wysoki mężczyzna w wieku około 40 lat. - Wychodźcie z domu, tu będziemy walczyć z Niemcami i nie może być w pobliżu cywili. Mój ojciec odpowiedział - Nigdzie nie pójdziemy, sami sobie poradzimy, jak będzie taka potrzeba. Ukrainiec zdjął karabin z ramienia, odbezpieczył i rzekł: Jak nie wyjdziecie, wszyscy na miejscu zginiecie! Wyszliśmy z domu. Wokół pełno było uzbrojonych mężczyzn w cywilnych ubraniach. Skierowano nas z podwórka na drogę. Zobaczyłam naszych sąsiadów. Zwartym kordonem otoczyli nas Ukraińcy. Chwilę wcześniej, nasz kuzyn (Ukraińcy go nie znali) - powiedział do nich: Jestem Ukraińcem, co mam robić? Usłyszał odpowiedź. Zabieraj rodzinę i szybko stąd wyjeżdżaj!

 Ta rozmowa była dla mnie zaskoczeniem. Nie rozumiałam, dlaczego tak mówi.

 Wówczas kuzyn zaprzągł dwa konie do wozu. Trwało to chwilę. 
W tym samym czasie mój ojciec podszedł do jednego z Ukraińców, starszego grupy. Wiem, że znał wszystkich, którzy pojawili się w naszym domu. Długo z nim rozmawiał, o coś go prosił. Ukrainiec odepchnął ojca. Ojciec nie dał za wygraną, złapał go za ramiona i powtarzał prośbę. 
Nie wiedziałam o co chodzi. Kuzyn wyjeżdżał już na drogę, kiedy ten sam Ukrainiec podniósł rękę go góry i powiedział: Stój!  Weźmiesz tych dwoje dzieci i podwieziesz do środka wsi, gdzie stoi krzyż. Tam dzieci zostawisz. Ojciec chwycił mnie na ręce i posadził na wozie. Pochylił się ponownie, podniósł mojego trzyletniego brata i także posadził na wozie. Ja chwyciłam go za szyję i ze łzami w oczach wołałam, że nie chcę nigdzie jechać, bo przy rodzicach czuję się bezpieczna. Siedząc już na wozie zauważyłam, że wielu Ukraińców było przepasanych pasami, za którymi były zaciśnięte siekiery i łopaty. W rękach mieli broń. Dojechaliśmy do krzyża. Poprosiłam cicho - Wujku stań! On na to - cicho siedź i ani słowa! Przeraziłam się i siedziałam cicho z bratem przykryta ojca marynarką. Krzyż stał pośrodku wsi, na skrzyżowaniu dróg. Za krzyżem dalej biegła droga. Z pierwszego gospodarstwa wyskoczyli banderowcy i kazali nam zajechać na podwórze. Zaczęli wypytywać kuzyna o narodowość i o to, co robił w Orzeszynie. Dalej utrzymywał, że jest Ukraińcem i przywiózł kobiety ze swojej wsi, które poszły do Sokala (leżał Sokal na terenie Galicji) aby nadać paczki na poczcie dla swoich mężów i synów, którzy byli na robotach przymusowych w Niemczech. 
Kuzyn tłumaczył, że tutaj zna Polaków i zatrzymał się, czekając na powrót kobiet. Banderowiec rozchylił marynarkę i zapytał mnie: Czego płaczesz? Ja nic nie odpowiedziałam. Odpowiedział na pytanie kuzyn. - Płacze, bo matka poszła do Sokala i boi się, że nie spotka się z matką.
Zostawili mnie w spokoju. Starałam się nie płakać, brat mnie obserwował. Nie chciałam, żeby się wystraszył. Ukraińcy wypędzili z gospodarstwa młodego syna gospodarza i dołączyli do grupy Polaków, których pędzili. Przykryłam brata marynarką. Wśród bandytów rozpoznałam ojca ukraińskiej koleżanki. To w pewnym sensie mnie uspokoiło. Nie przypuszczałam, że mógłby mnie rozpoznać ze szkodą dla mnie. Grupa pędzonych Polaków zbliżyła się do lasu. Ludzie byli otoczeni w ścisłym kręgu, na czele szli banderowcy. Jeden z Ukraińców podszedł do kuzyna i zawołał o papierosa. Wcześniej wujek schował polskie dokumenty do buta, a później pod siano. Kuzyn podał papierosy, strasznie trzęsły mu się ręce. Zaobserwował to banderowiec i zagadnął wujka: Czemu ci się ręce trzęsą? - A bo dzieje się coś niedobrego - odrzekł wujek. 
- Jak ty Polak, to ci się mogą ręce trząść. Jak ty nasz, to się nie bój. Ukrainiec zapytał jeszcze wujka, czy zna sołtysa w Samowoli? (wieś ukraińska leżąca obok Orzeszyny).
- Znam - odpowiedział wujek. Nazywa się Perfeniuk.
- Pojedziesz tam i u niego poczekasz na nas - nakazał Ukrainiec.
Wujek nie czekał, że ktoś zmieni zdanie. Konie były wyprzęgnięte. Zaprzągł tylko jednego. Byle szybciej uciekać. Czy zwierze czuje? - zastanawiałam się, bo koń poszedł jak błyskawica. 
Pierwsza grupa ludzi z naszej wsi podchodziła na skraj lasu. Orzeszyna leżała blisko Bugu. Wokół wsi były okopy przygotowane przez Sowietów, przed napaścią Niemców na Związek Radziecki. Okopy były okazałe, wzmocnione belami drewna Mogły się w nich pomieścić ludzie i konie. 
Odjeżdżając w przeciwnym kierunku usłyszałam krzyk rozdzierający niebiosa. Kuzynka zatkała mi uszy dłońmi. (...)

P.S. Zofia Szwal, z domu Olaszczyk, urodzona w Orzeszynie, pamiętnego dnia, który pozbawił ją rodziców, miała dziesięć lat. Uratowała się cudem, wychował ją Dom Dziecka w Zamościu. 
Pierwszy raz po wojnie była w Orzeszynie w 1967 r. Nie ma jej wioski, tylko rośnie las, niemy świadek największej dla niej tragedii, i miejsce, gdzie spoczywają kości najbliższych. Postawiła tam dębowy krzyż. Na ekshumację, nie ma zgody. Taka jest racja stanu.

 

Fragment wspomnień:  Zofii Szwal, wyszukał i wstawił: B. Szarwiło za: http://www.zamosconline.pl/text.php?id=2422&rodz=wiad&tt=wolyn-druga-rzez-niewiniatek

 


Włamanie do serwisu

Strona odtworzona po ataku hakerskim. W przypadku dostrzeżenia braków i niespójności z poprzednią zawartością serwisu oraz w celu zgłoszenia ew. uwag prosimy o kontakt z nami.

Wołyń naszych przodków

wp5.jpg
Czytaj także

 

 

Rzeź Wołyńska

lud9.jpg

Szukaj w serwisie

Gościmy

Odwiedza nas 533 gości oraz 0 użytkowników.

Statystyki

Odsłon artykułów:
4814896