Pańska Dolina była kolonią położoną w powiecie dubieński województwa wołyńskiego, liczącą 40 gospodarstw polskich, 11 ukraińskich i 2 czeskie. Na stałe mieszkało w niej około 175 Polaków. Sołtysem w chwili wybuchu wojny był Bronisław Poloszczanski. Jak podają różne źródła początki samoobrony w Pańskiej Dolinie sięgają przełomu 1942/1943 r., jednak w pełni ukształtowała się w maju 1943 r. po napadzie UPA na kolonię Wygoda i zabiciu w niej trzech Polaków. Podjęto rozmowy z Niemcami dzięki czemu zgodę na powstanie samoobrony wydał Kreislandwirt Wilhelm Schneider. Dowódcą placówki został Albert Kozłowski – "Jastrząb". Początkowo było kilkunastu obrońców kolonii, z czasem ich liczba wzrosła do 60. Zorganizowano system wart i patroli, miejscowość obwiedziono rowami strzeleckimi i bunkrami. Od sierpnia 1943 r. placówka miała również wsparcie oddziału partyzanckiego AK . Ośrodek samoobrony w Pańskiej Dolinie w szczytowych okresach stanowił schronienie dla ok. 500 Polaków. W kolonii przechowywano także 30 Żydów, co było powodem donosów ukraińskich do władz niemieckich, które często kontrolowały Pańską Dolinę w ich poszukiwaniu. Nie jednokrotnie trzeba było Niemców obłaskawiać łapówkami w postaci artykułów żywnościowych. Według przekazów polskich i ukraińskich Pańska Dolina stała się jednym z najmocniejszych ośrodków samoobrony na Wołyniu. Określano ją ”twierdzą” z powodu systemu obronnego. Ośrodek przetrwał do lutego 1944 roku, tj. do zajęcia tych ziem przez Armię Czerwoną i rozbrojenia go przez władze sowieckie. UPA przeprowadziła cztery nieudane próby rozbicia Pańskiej Doliny. Pierwszy napad nastąpił 22 czerwca 1943 r. w nocy i trwał do rana.

Obrońcy nie mieli strat, jednak spaleniu uległa większość budynków krytych strzechą. W tej walce wyróżniła się drużyna Zygmunta Toczki, która dzięki częstym zmianom stanowisk ogniowych, sprawiła wrażenie, że obrońców jest więcej niż w rzeczywistości.  Po napadzie  mieszkańcy Pańskiej Doliny zwrócili się o pomoc do Niemców i Gebietskomissar z Dubna wydał samoobronie 6 karabinów. Działanie to oczywiście było podyktowane usprawiedliwieniem  dla posiadania broni w ogóle. Samoobrona już  wcześniej dokonała zakupów broni od węgierskich i niemieckich żołnierzy. Obrońcy posiadali również uzbrojenie znalezione na pobojowiskach w 1941 roku(ok.150 sztuk).W  wybudowanej z cegieł strażnice stale dyżurował oddział bojowy z zarejestrowaną bronią a broń niezarejestrowana pozostawała w ukryciu, gdyż odkrycie jej przez Niemców pociągnęłoby surowe represje.

Drugi atak UPA miał miejsce 14 (lub 27) lipca 1943 r. i podobnie jak pierwszy trwał całą noc. Napastnicy dysponowali działkiem 45mm i moździerzem. Atak udało się odeprzeć dzięki dobremu przygotowaniu do obrony i posiadaniu wystarczającej ilości broni maszynowej i amunicji. Napastnicy mieli jednego zabitego, obrońcy trzech rannych. Trzeci atak na Pańską Dolinę przeprowadził 5 sierpnia 1943 r. kureń Maksyma Skorupśkiego. Użyto do niego trzech dział 75 mm, które oddały jednak tylko kilka strzałów. Obsługę jednego z dział zlikwidował celnym ogniem Albert Kozłowski. Po 4 godzinach walki, o świcie, upowcy wycofali się straciwszy kilku zabitych i rannych. Po stronie polskiej rany odniósł jeden członek samoobrony i kilka kobiet i dzieci. Czwarty atak miał miejsce po południu 22 września 1943 r. Zmiana pory napadu nie spowodowała zaskoczenia u obrońców. Upowców odparto kosztem 2 zabitych i czterech rannych. W pościgu za nimi zapuszczono się do wsi Zady, gdzie była ich baza, którą rozbito. [1]

 Genowefy Halkiewicz:  Pańska Dolina była w okresie  międzywojennym polską wsią leżącą nieco na południe od traktu Łuck – Młynów – Dubno. Na jej obrzeżach mieszkało sześć rodzin ukraińskich. Cztery z nich w czasie tragicznych wydarzeń lat 1943/1944 sprzyjały nacjonalistom z OUN-UPA , dwie były przychylne Polakom. Pamiętam nazwisko jednej z tych przyjaznych – nazywali się Grabowscy. Dzieciństwo na Wołyniu zapamiętałam jako świat sielski, chociaż trudny i surowy. Nie było przecież pralek, lodówek, telewizorów, komputerów, a radio stanowiło zwiastun cywilizacji technicznej. Ale rodziny wołyńskie słynęły ze staropolskiej gościnności, z zachowania świątecznych obyczajów, z roztropności i dobrego gospodarowania. Był to region wieloetniczny :wśród moich  koleżanek z wczesnych czasów szkolnych były Polki i Ukrainki, Czeszki i Żydówki. Z perspektywy dziecka pamiętam też raczej harmonię niż konflikty. Placówka „Pańska Dolina” – po pierwszych napadach – została usytuowana na wybudowaniu Dąbrowa w trzech dużych gospodarstwach: Piotrowskich, Baranowskich i Kozłowskich ( moich dziadków ze strony mamy) Jej dowódcą został Albert Kozłowski (mój wujek) – pseudonim „Jastrząb”. Załogi placówek działały w ramach Armii Krajowej. Były dobrze zorganizowane . Żołnierze kontrolowali tereny wokół placówki i może dlatego w naszej okolicy było niewiele masowych mordów. Ginęli jednak ci, którzy wyruszali poza placówkę bez ochrony. Tak było na przykład w przypadku naszego krewnego Franciszka Rakowskiego i jego syna Edwarda – wówczas trzynastoletniego chłopca. Dziecko zasztyletowano u stóp ojca, który też został bestialsko zamordowany. Ginęli też partyzanci biorący udział w walkach. Spośród kilku ukraińskich napadów na Pańską Dolinę najlepiej pamiętam ten z 22 czerwca 1943 roku. Przewaga Ukraińców była przytłaczająca, byli wyposażeni w działo, a obrońców placówki pozostało niewielu, bo część z naszych wyjechała do miast, by zorganizować więcej broni i odwiedzić rodziny. Garstka tych, którzy zostali, dwoiła się i troiła, a w piwnicy kobiety i dzieci odmawiały różaniec – i tak przez całą noc. Nad ranem wpadł do piwnicy jeden z obrońców po ostatnią skrzynkę amunicji i poprosił byśmy modlili się dalej – już nie na kolanach, ale leżąc krzyżem. Modlitwa i walka okazały się skuteczne . Nasi chłopcy zwyciężyli, odparli napastników i zdobyli działo. Jeden z naszych zginął zabity w walce, a jeden  - ranny. Gdy myślę o tamtym dramatycznym epizodzie po latach, przypomina mi się sentencja paryskiego lekarza, doktora Racaniera, o modlitwie różańcowej: „Różaniec jest sznurem, który pociąga dzwon alarmujący całe niebo”. Ludzie konspiracji zdobywali broń różnymi sposobami, głównie od Niemców, płacąc złotem, bimbrem i żywnością. Było to niebezpieczne, ale największy problem wiązał się z dostarczaniem broni na placówki. Brałem udział w takim transporcie. Jechaliśmy kolumną furmanek. Nasz wóz zamykał szereg i właśnie w nim ukryta była broń i prasa konspiracyjna, zamaskowana sianem i kojcem z dwiema kozami. Zatrzymali nas Niemcy. Młodzi ludzie – partyzanci –tłumaczyli , że jedziemy na pole zebrać żniwa, a nadreprezentacja młodych mężczyzn wynika z tego, że stanowią oni ochronę przed Ukraińcami. Niemcy zarządzili jednak rewizję wszystkich wozów. Szukali nielegalnej broni. Przeszukiwali furmankę po furmance. Napięcie rosło. Tato i ja modliliśmy się gorączkowo, a ojcu wyrwało się westchnienie, że czeka nas za chwilę śmierć. Kiedy Niemcy zbliżali się do naszego wozu, ukryte pod sianem kozy podniosły straszny  hałas. Zmęczeni  już rewizją Niemcy, zaklęli i machnęli ręką. W ten sposób pojechaliśmy dalej, a ja miałem poczucie, że doświadczyłem cudownego ocalenia. Wołyniacy  przeżyli w czasie drugiej wojny światowej trzy różne okupacje. Wyzwalały one nie tylko wrogość, ale i ludzką solidarność. Nawet w czasie ludobójstwa pamiętam pomoc świadczoną przez Polaków żydowskim rodzinom – Żydzi ukrywani byli w stodołach, czasem w domach lub zamaskowanych kryjówkach. Na przykład w lesie moich dziadków wybudowano dwie ziemianki – schrony, zamaskowane poszyciem leśnym. Dostarczaliśmy tam regularnie żywność. Tak w atmosferze tragedii Żydów i Polaków trwaliśmy do wkroczenia armii sowieckiej na nasze tereny. [ 2]

Olgierd Kowalski: Skręcamy w prawo. U kolegów znika napięcie. Zaczynają śpiewać. Widząc moją zdziwioną minę, śmiejąc się twierdzą, że tu już Polska. Zatrzymują nas czujki. Dojeżdżamy do Pańskiej Doliny. Jest już ciemno. Zatrzymujemy się pod budynkiem dowództwa. "Żbik" pośpieszył zameldować swój powrót. Po jakimś czasie wyszedł zadowolony, pouczył mnie jak się mam zachować rozmawiając z komendantem. Wprowadził mnie do izby, gdzie w otoczeniu kilku wojskowych siedział dowódca, którego nie trudno mi było rozpoznać, bowiem była już mowa o tym, że jest porucznikiem. W miarę poprawnie zameldowałem się jako przybywający ochotnik z prośbą o przyjęcie do oddziału. Por. "Olgierd" robił wrażenie mruka. Towarzyszący mu podchorążowie zadali w życzliwym tonie parę pytań. "Ile masz lat?" Dodałem sobie rok, ale nie wzbudziło to podejrzeń. Na tyle wyglądałem. "Jaki obierasz pseudonim?" Zawahałem się. Ktoś myśląc, śe nie wiem o co chodzi usiłował mi pomóc: "No, przybrane nazwisko, naprzykład: Czarny, Biały, Koń, Krowa..."Aby było szybciej podałem pierwszy z podpowiadanych. Zostałem "Czarnym". A teraz przysięga. Powtarzałem pewnie, choć ze wzruszeniem rotę przysięgi. Byłem szczęśliwy. Rusznikarz przeglądnął moją broń. Do karabinu miał zastrzeżenia. Nie podobał mu się podajnik. Otrzymałem inny, rosyjski. Oglądając pistolet, cmokał z uznaniem, podobała mu się moja duża siódemka - "czeska zbrojówka". Odmeldowałem się. Na kwaterze, ku mojemu zaskoczeniu spotkałem wielu kolegów i znajomych z Łucka. Pierwszy na którego się natknąłem to Rysiek Sykuła "Lampart". Uczęszczał on do tej samej szkoły powszechnej co ja, a należąc do "Orląt" nosił, budząc ogólną zazdrość prawdziwy wojskowy płaszcz. Następni to Staszek Narzymski "Lis", Zbigniew Janczewski "Zbych", "Żbiczek", Wacek Dawidowicz. Obecnie mój drużynowy kapral "Żbik" nie omieszkał zarekomendować mnie braciom Perkinom "Murowi" i "Niuśce", kolegom Stefana z Krzemieńca. Obaj byli w tej samej drużynie co ja. Starszy z braci "Mur" potężne brodate chłopisko, w futrzanej papasze, z dyndającym naganem, wyglądał bojowo, lecz zanadto przypominał ukraińskiego sotnyka. Wyjaśniło się, że skojarzenia miałem prawidłowe. Papacha i nagan zostały zabrane członkowi zlikwidowanego niedużego oddziału banderowców. Miało to miejsce parę dni temu. Nasz patrol pod dowództwem podch. "Gabriela" (Karol Biernat) poszukując możliwości przeprawy przez Styr znalazł się nocą na ośnieżonych nadrzecznych łąkach. Widoczność była dobra, więc już z daleka dostrzegli zbliżającą się ku nim uzbrojoną grupę mężczyzn. Wiadomym było, że na tym terenie znajduje się jeden, właśnie nasz polski patrol, więc zbliżająca się grupa musiała być nieprzyjacielska. Nasi słusznie założyli, że upowcy nie mogą spodziewać się w tym rejonie Polaków postanowili użyć podstępu. Szli więc spokojnie, rozmawiając między sobą głośno po ukraińsku. Gdy obie grupy znalazły się od siebie w odległości około 20 m, Ukraińcy przystanęli, nasi z rozpędu zrobili jeszcze parę kroków lecz zostali zatrzymani władczym głosem: "Stijte! Chto wy? SB?" (Stójcie, Kim jesteście? Służba bezpieki?) "SB", odpowiadają nasi chórem. "Kłyczka?" (hasło?), pyta dalej ten sam. Nie mogąc zrozumieć odpowiedzi, zbliżył się do połowy odległości dzielącej obydwie grupy. "Nie regulaminowo zachowujecie się, przecież w tym wypadku powinien ktoś od was też wyjść na spotkanie i ułatwić rozpoznanie", mówi oczywiście po ukraińsku. "Ale służbista!", ironizuje któryś z naszych. "Chodź do nas, sam rozpoznasz chłopaków, co boisz się?" Dowódca patrolu dał się sprowokować naszym, podszedł do grupy. Rozpoczęła się z dowódcą patrolu "Czornym" przyjazna rozmowa. Nasi wytłumaczyli mu, że hasła nie znają, bowiem pochodzą z odległej wsi, a tam obowiązuje inne hasło. Do rozmowy włączył się podch. "Gabriel". Po pierwszych jego słowach dowódca ukraińskiego patrolu wzdrygnął się, zbladł i jakby chciał uciekać. Przytrzymano go dyskretnie. Później wyjaśniło się, że po głosie poznał on "Gabriela", razem kończyli podchorążówkę chyba we Lwowie. Skończyła się zabawa. Ktoś każe "Czornemu" przywołać pozostałych członków patrolu. "Chłopci piszły" (chłopcy poszli), mówi on zmienionym głosem. "Ty jak skurwysynu wołasz?", szepce mu ktoś do ucha. "Wołaj po kolei". "Siryj idy siudy" (Szary chodź tu), wykonuje polecenie. Wywołany zbliżył się przygadując: "A mówiłem ci, że nie ma czego się bać, a tyś się niepokoił". Szybko rozbrojono resztę. Z wyjątkiem dowódcy wszystkich rozstrzstrzelano nad brzegiem rzeki. "Czornego" przyprowadzono na Pańską Dolinę. "Karol, wszystko co wiem powiem, tylko nie męczcie mnie...", prosił już po polsku "Gabriela". "To ci mogę obiecać z czystym sumieniem, bo my w odróżnieniu od was, nikogo nie męczymy, nawet takich rizunów jak ty". "Czornego" po przesluchaniu rozstrzelano, a jego rewolwer (nagan) i papachę nosił teraz "Mur". Do późnej nocy siedząc na pryczy przesłuchiwałem się rozmowom i opowiadaniom. Siedzący obok mnie "Żbiczek" "pacyfikował" koszulę, wyszukując i rozgniatając paznokciami wszy. Widząc moją zgorszoną minę, pocieszył mnie, że to jest nieuniknione, że już jutro mnie też oblezą, bo lubią świeżą krew i czystą bieliznę. "Wiesz", zwierzył mi się podkpiwając sam z siebie, "pierwszą znalezioną wesz strącałem słomką. Wygląda na to, że ty zachowasz się podobnie". Pomijając ten aspekt dotyczący abnegacji wszystko było ciekawe wręcz pasjonujące. Szybko poznałem historię naszego oddziału. Powstał on w pierwszej połowie 1943 roku, jako dyspozycyjny oddział partyzancki przeznaczony do obrony ludności polskiej. Zorganizowano go na placówce samoobrony w Antonówce. Początkowo liczył około 25 młodych chłopców członków konspiracji z pobliskich wiosek i Łucka. Dowódcą zalążka tego rozrastającego się oddziału o kryptonimie "Łuna" (tak brzmiał też kryptonim Inspektoratu) został mianowany "cicho-ciemny" por. Jan Rerutko ps. "Drzazga". Oddział ten w sierpniu 43 r. zgodnie z rozkazem inspektora wzmocnił załogę Przebraża i odegrał znaczącą rolę przy odpieraniu zmasowanych ataków UPA na to skupisko ludności polskiej. W rejonie Przebraża skoncentrowane były również liczne oddziały partyzantki radzieckiej, z którą do pewnego czasu współpraca układała się poprawnie. Dzisiaj wiemy, że jesienią 1943 r. Komitety Centralne Komunistycznej partii Ukrainy i Białorusi podjęły uchwałę o podporządkowaniu sobie wszystkich oddziałów partyzanckich znajdujących się na tych terytoriach. Sowieckie oddziały partyzanckie nie przebierając w środkach zaczęły realizować te uchwały. Pierwszym symptomem o grożącej oddziałowi zagładzie ujawnił się w czasie przeprowadzonej z inicjatywy sowieckiej, wspólnej akcji mającej na celu włączenie do partyzantki sowieckiej stacjonującego w pobliżu niemieckiego garnizonu, składającego się z zwerbowanych w obozach jenieckich ochotników narodowości azerskiej. "Łunie" wyznaczono rolę pomocniczą, tzn. zamknięcie pierścienia okrążenia. Realizując tę koncepcję, żołnierze zajęli korzystną pozycję na położonym na wzgórzu cmentarzu. Na wszelki wypadek wybito w okalającym murowanym ogrodzeniu otwory strzelnicze i wyryto okopy. Wyglądało na to, że przedobrzono sprawę. Sowieci dogadali się z Azerami, którym obiecano puszczenie w niepamięć współpracy z Niemcami. Znienacka z wioski wysypała się tyraliera umundurowanych Azerów, ostrzeliwująca nasze pozycje i zdecydowanie zbliżająca się do naszych stanowisk. Nasi zakładając, że nastąpiło jakieś nieporozumienie, nie kwapili się z otwieraniem ognia, ale na wszelki wypadek zajęli stanowiska obronne. Próbowano powstrzymać atak machając przyjaźnie, ale gdy to nie poskutkowało i atakujący zbliżyli się na niebezpieczną odległość otworzono skuteczny ogień. Padali ranni i zabici. Tyraliery zaległy, a przybyli w tepędy sowiece przeprosili za oszybku tj, pomyłkę. Niebawem dowódca radzieckiego oddziału partyzanckiego płk. Prokopiuk, zaprosił por. "Drzazgę" na uroczystości z okazji 26 rocznicy Rewolucji Październikowej. Por. "Drzazga" zaproszenie przyjął. Podczas przyjęcia oficer polityczny oddziału Prokopiuka zaproponował por. "Drzazdze" podporządkowanie się partyzantce radzieckiej. Por. "Drzazga" odmówił i w drodze powrotnej zginął wraz z towarzyszącymi mu partyzantami. W oddziale nastąpiło duże rozprężenie. Prawie połowa żołnierzy opuściła oddział. Skierowany tam przez Dowództwo Okręgu por. "Olgierd" po zakończeniu dochodzenia w sprawie śmierci por. "Drzazgi", przeprowadził uszczuplony oddział na placówkę w Pańskiej Dolinie. Tu nastąpiła reorganizacja. Oddział został zasilony przez co aktywniejszych żołnierzy samoobrony. Spowodowało to wyraźny rozdźwięk między dowództwem placówki a dowódcą oddziału. Zagrożenie ze strony UPA nie zmalało, i Samoobrona nie bardzo chciała i mogła się zgodzić z odejściem doświadczonych żołnierzy. Placówka w Pańskiej Dolinie dla ukraińskich nacjonalistów był przysłowiową solą w oku. Próbowali więc zniszczyć ją zbrojnie, lecz własnymi siłami odparto skutecznie wszystkie ataki. Donosili Niemcom, że wieś współpracuje z sowiecką partyzantką, że ukrywa Żydów. To ostatnie było prawdą. Istotnie mieszkało tu parę żydowskich rodzin. Wszyscy znaleźli zatrudnienie w piekarni. Dotychczas jakoś szczęśliwie przetrwano wyzyty Niemców. Jest już 20 grudnia 1943 roku. Żyjemy przygotowaniem do odmarszu. Ktoś mi proponuje, żebym zobaczył jak powodzi się na placówce Żydom. Wszyscy pracują w piekarni. Uważam, że to normalna rzecz i nie ma w tym nic sensacyjnego do oglądania. Leniwie toczy się dyskusja. Ktoś wspomina jak w czasie przemarszu z Przebraża rozniesiono jakąś wartownię UPA. Raptem słyszymy jakiś rejwach na podwórzu. Wypadamy zaciekawieni. Podekscytowany kapral "Borys" (Jerzy Kozłowski) tłumaczy podnieconym głosem, że jadąc z Młynowa udało mu się okrężną drogą wyprzedzić kolumnę Niemców, że lada moment Niemcy zjawią się tu. Dociera to do kogoś władnego. Nie chcąc narażać wsi na konflikt z Niemcami, wybywamy, ruszając przez ośnieżone pole do lasu. Niemcy widzą nas, ostrzeliwują z kilku armat. Jakieś wydaje mi się to wszystko niepoważne. Gwizd pocisku, wszyscy padają, a pocisk wybucha gdzieś daleko. Nie mam ochoty poddawać się psychozie stada, i padać pokornie przed każdym gwizdem. "Mur" przywołuje mnie do porządku: "Padaj, gdy słyszysz gwizd, przecież oni wstrzeliwują się i każdy pocisk jest coraz to celniejszy", tłumaczy mi jak belfer. W duchu przyznaję mu rację. Przy każdym nadlatującym pocisku posłusznie ryję w śnieg. Docieramy do lasu. Niemcy ze swoich armat zabili jednego chłopaka, "Mewę", którego nie udało się nam zabrać. Konny zwiadowca "Błyskawica" ledwo wyrwał się z niemieckiego osaczenia. W końcu Niemcy pojechali gdzieś dalej. My wracamy na swoje kwatery. "Borys" nie mogąc pogodzić się z tym, że wyprowadzono oddział pod obstrzał, pyskuje na cały regulator.[3]

Maks Skorupski: Już drugi tydzień nasz kureń na Dubneńszczyźnie. Bogate wioski i gościnna ludność czyniły nasz pobyt przyjemnym. Codziennie przychodziło nam zmieniać miejsce postoju dlatego, że przygotowywaliśmy się do akcji i nie chcieliśmy zdradzić swojej obecności przed Niemcami. Sztab planował atak na niemieckie garnizony w trzech miejscach jednocześnie: na rejonowy ośrodek Demidówkę, Bokójmę (folwark) i Młynów (folwark) oraz pałac grafa Chodkiewicza. Aparat wywiadowczy oddziału zebrał wszystkie potrzebne dane. Plan był gotowy. Każda sotnia przemieszczała się w pobliże wyznaczonego dla niej obiektu. Podział był taki: sotnia Berkuta miała atakować Demidówkę, sotnia Doksa Bokójmę, a sotnia Jurka - Młynów. Ze mną miał być sztab kurenia i prowydnyk Dubneńszczyzny, tutejszy zastępca Eneja - Czernyk. Oprócz broni, którą mieliśmy nadzieję zdobyć na Niemcach, w Młynowie mieliśmy zabrać konie pod wierzch i siodła dla konnicy UPA (w Młynowie była hodowla koni). Niespodziewany naskok na te trzy punkty dawał pewność zupełnej dezorientacji Niemców, a tym samym naszego sukcesu. Dla jeszcze większego wrażenia jeden rój miał ostrzelać Dubno. O planie akcji byli powiadomieni staniczni. Niespodziewanie na kilka godzin przed zamierzoną akcją przybył goniec z Dubna i powiedział, że na stacji kolejowej rozładowuje się większa ilość wojska oraz wyładowywane są czołgi. Wskazywało to na przybycie świeżych sił niemieckich i przeprowadzanie akcji przez nas stało się niebezpieczne. Dowództwo kurenia odwołało akcję. Na drugi dzień otrzymaliśmy wiadomości, że część nowo przybyłych wojsk niemieckich zatrzymała się w okolicznych wsiach w pobliżu Dubna. Z jednej strony powinniśmy zniknąć z terenu Dubneńszczyzny, a z drugiej - żal było wracać do obozu, nie przeprowadziwszy żadnej akcji. Wtedy na naradzie oficerów podjęto decyzję jeszcze tej samej nocy zlikwidować polskie gniazdo - "twierdzę", którą oni stworzyli we wsi Pańska Dolina. Piękna księżycowa noc. Sotnie kurenia otoczyły wieś z trzech stron. Rozpoczęła się strzelanina - Polacy z murowanych budynków i bunkrów silnie się ostrzeliwali. Nasza artyleria Berezy, która składała się z trzech armatek 75 mm, okopała się na polu przy skrzyżowaniu. My już w wyobraźni widzieliśmy ruiny polskich budynków. Ale póki co armaty jeszcze milczały. Po godzinie zawziętego boju stało się dla nas oczywiste, że bez artylerii nie zdołamy wziąć Polaków. Dobrze uzbrojona i profesjonalna obrona wskazywała, że Pańska Dolina rzeczywiście była "twierdzą". Kurinny Jurko dał rozkaz naszej artylerii otworzyć ogień, zaświstał w powietrzu pierwszy pocisk i rozerwał się ze dwa kilometry za budynkiem.

Więcej wystrzałów nie było. Ja z Jurkiem podchodzimy do Berezy i przed naszymi oczami rysuje się taki obrazek: artylerzyści szamoczą się koło armatek i nie mogą załadować pocisku... nie wchodzi. Bereza z kluczem odkręca i dokręca gwintowane pokrętła. Po jakimś czasie pociski zostały załadowane. "Ognia!" Pociągnęli za postronki przywiązane do mechanizmu spustowego armatki. Wszystkie trzy pociski wryły się w ogrodzenia znajdujące się przed okopanymi armatkami. Jeden z pocisków wybuchł w pobliżu stanowisk naszych strzelców. Armatki były pozbawione przyrządów celowniczych, strzelały "prostym celownikiem" przez lufę. Bereza ryczał z rozpaczy - pierwsze jego wystąpienie z "baterią" było nieudane.

Po wystrzale dwie armatki całkowicie przystały funkcjonować. Jurko rozkazał trzecią sprawną armatkę przeciągnąć na pierwszą linię strzelecką i okopać. Odległość do budynku wynosiła 150 metrów. Kulami zapalającymi zapalono budynki kryte słomą i one jasno oświetlały murowane "twierdze". Bereza, ustawiwszy obiekt w środku koła lufy, pociągnął za postronek. Głośny

wybuch... i część chaty osunęła się na ziemię.  Strzelcy byli zachwyceni efektem. Znowu - drugi wystrzał, trzeci: ucichł wrogi "maksym". Za czwartym wystrzałem razem z wystrzelonym pociskiem o mało co nie poleciała lufa, -armatka rozerwała się na części. W tym momencie straciliśmy nadzieję na zdobycie Polaków. Dwugodzinny bój nie dał żadnego pozytywnego skutku. Zaczęło się rozwidniać. Prowydnyk  Czernyk dał rozkaz do odwrotu. W czasie akcji strzelec Gruszka został ranny w nogę. Prowydnyk Gruzinów, Alosza, wysłany na rozpoznanie do wsi Paszczycha, - zginął w spotkaniu z Niemcami. Pochowano go w Rożku koło mogiły Lytwyna. W drodze do obozu odwiedziłem mogiłę Lytwyna. Brzozowy krzyż i świeże

kwiaty ozdabiały jego grób. Odmówiwszy modlitwę za spokój jego duszy, na świeżym drewnie krzyża napisałem datę moich odwiedzin i zostawiłem napis "Lytwyn! Spoczywaj w spokoju, duszą zawsze jestem z Tobą. Maks." Oprócz paru worków dobrych jabłek, nic więcej nie zdobyliśmy w czasie rajdu na Dubneńszczyźnie. W drodze do lasu, przy przekraczaniu linii kolejowej, węgierskie posterunki bez żadnych przeszkód dały nam wolną drogę. To były pierwsze początki UP-owsko - węgierskiego porozumienia. Długo po powrocie gromada strzelecka śmiała się ze sprawności artylerii Berezy. Najbardziej artystycznie potrafił o tym opowiadać oficer polityczno - oświatowy naszego kurenia Hnat. Podczas naszej nieobecności Krzemieniecki kureń   przeprowadził akcję na Mizocz, ale tak samo jak w naszym przypadku, skończyła się niepowodzeniem. Zdarzyło się jakieś nieporozumienie: w drodze na akcję jedna z sotni ostrzelała grupę sztabową Eneja; wzięli ją za Niemców, bo była ubrana w niemieckie mundury. W następstwie został ranny w nogę szef sztabu grupy major Gołubenko. Zaraz po naszym powrocie do lasu sztab wydał rozkaz dwóm kureniom wykonać drugą akcję na Mizocz i zdobyć cukrownię (wiszniowiecki cukier skończył się, ranni odczuwali brak cukru).

W tym czasie ilość oddziałów w lesie osiągnęła poważną liczbę. Razem z sanitarnymi i gospodarczymi jednostkami można było naliczyć około 2000 ludzi. [4]

 

[1]    -Władysław Siemaszko, Ewa Siemaszko, Ludobójstwo dokonane przez nacjonalistów ukraińskich na ludności polskiej Wołynia 1939-1945, Warszawa 2000, ISBN 83-87689-34-3.

-Grzegorz Motyka, Ukraińska partyzantka 1942-1960; Warszawa 2006. ISBN 83-7399-163-8

[2]Fragment wspomnień Genowefy Halkiewicz  opublikowane w „Dzieci Kresów II” L. Kulińskiej

[3]  Fragment wspomnień: Olgierda Kowalskiego- Wspomnienia   grudzień 1943 - maj 1944     Część I http://docs5.chomikuj.pl/182406764,0,1,Wspomnienia-Akowca.rtf

[4] Fragment pamiętnika Maksyma Skorupskiego rozdział „PAŃSKA DOLINA I MIZOCZ”

http://lib.oun-upa.info/skorupski/part3.html -Tłumaczenia dokonał :Wiesław Tokarczuk


Włamanie do serwisu

Strona odtworzona po ataku hakerskim. W przypadku dostrzeżenia braków i niespójności z poprzednią zawartością serwisu oraz w celu zgłoszenia ew. uwag prosimy o kontakt z nami.

Wołyń naszych przodków

wp6.jpg
Czytaj także

 

 

Rzeź Wołyńska

lud12.jpg

Szukaj w serwisie

Gościmy

Odwiedza nas 543 gości oraz 0 użytkowników.

Statystyki

Odsłon artykułów:
4814905