Sielanka skończyła się w dramatycznych okolicznościach 9 lutego 1943 roku. Tutaj oddajemy już głos pani Irenie... "Siedzieliśmy wspólnie z mamą i rodzeństwem w ciepłej kuchni. Ojciec poszedł na tzw. wieczórki, czyli pogaduszki do sąsiada. Nagle usłyszeliśmy ujadanie psów, mama akurat odmawiała różaniec i przez okno zobaczyła, że pod lasem zaroiło się od ludzi z furmankami i końmi. Kto to? Co się dzieje? Może to partyzanci? Do mieszkania weszli trzej uzbrojeni mężczyźni, na czapkach mieli gwiazdki. Ich twarze były zmęczone, spocone i brudne. Jeden powiedział: zdrastwujtie, kuda chaziaj, nam drogu pokazat. My ruskie partyzanty. Mama odpowiedziała, że nie wie, kiedy mąż wróci. A ja, piętnastoletnia dziewczyna, patrzyłam im w oczy, nieco przekrwione i rzucające błysk strachu. Stali tak i spoglądali na nas w milczeniu". Po chwili "goście" powtórzyli, że są partyzantami i będą bić Niemców. Gdy rzekomi partyzanci wyszli, mama pani Ireny, która znała język rosyjski stwierdziła, że nie byli to Rosjanie, a ojciec, który miał kontakty z partyzantami, nie mógł się nadziwić, że to niby partyzanci, a okolicznych lasów nie znają. Rodzina tej nocy nie przespała. Złe przeczucia niestety się sprawdziły. Rankiem przyszła ranna kobieta i powtarzała: "Idźcie, zobaczcie na Paroślę, tam same trupy, mój mąż, moje dziecko". Kobieta mdlała. Po opatrzeniu opowiedziała, co się stało. Rankiem przyszli uzbrojeni mężczyźni, przedstawili się jako ruscy partyzanci, na czapkach mieli gwiazdki. Zachowywali się spokojnie, zażądali jedzenia i picia. Na zakończenie - jak powiedzieli w zamian za gościnę - zaproponowali mieszkańcom, aby powiązali się w domach sznurami. Po to, aby Niemcy, gdy się dowiedzą, że gościli partyzantów, krzywdy im nie zrobili. A oni wyślą na koniu posłańca do Antonówki, który zawiadomi Niemców i powie, co paroślanom zrobili "partyzanci".

Mieszkańcy Parośli uwierzyli. Po kilku minutach bandyci rozeszli się po domach i siekierami rozpoczęli rzeź. To była jedna z pierwszych na wołyńskiej wsi. Pani Irena relacjonuje opowieść kobiety: "Mój mąż rozwiązał się i próbował bronić, bez skrupułów rozszczepili głowę na połowę, a moje trzyletnie dziecko uderzyli deską. Ja schowałam się pod łóżko. Oprawcy byli pijani. W naszym domu odbywały się spotkania AK i słyszałam, jak Józio Jankiewicz prosił - nie zabijajcie mnie siekierą, jestem żołnierzem AK, zastrzelcie mnie. Słyszałam krzyki z pobliskich domów, gdzie bandyci, a nie żadni partyzanci, zabijali ludzi. Nie wiem, ile to trwało, zemdlałam". 
Ojciec pani Ireny z wujkiem pojechali do Parośli. Po kilku godzinach przywieźli pierwszych rannych. Służącą rodziny Żołądziejewskich, która słyszała, jak najpierw na oczach rodziców zamordowano pięciu ich synów, a na końcu pozbawiono życia. Dziesięcioletnia Danusia, córka sołtysa z Parośli, otrzymała cios siekierą w policzek...      - Kolejnym razem przywieźli Józia, mojego kuzyna, z wnętrznościami na wierzchu, zastrzelony - wspomina pani Irena. Dlaczego? Miał studiować we Lwowie... Nie mogłam uwierzyć, może to zły sen...? Opowieść pani Ireny obfituje w drastyczne opisy. Wtedy także dowiedzieli się, jak niewiele brakowało, aby ich spotkał ten sam los. Oto watażka innej bandy miał zrobić to samo w Wydymerze. Odmówił i... powiesili go kumple z tego samego "oddziału". Gnębiła ich świadomość, że "partyzanci", którzy byli w ich domu, byli najprawdopodobniej mordercami wracającymi z Parośli. Ludzie w Wydymerze potracili głowy, jedni jechali do Parośli po swoich bliskich, inni chcieli uciekać. Rozpoczęło się nocowanie po domach, w większych grupach, z wystawionymi strażami. Nocami na niebie widać było łuny płonących sąsiednich wsi, docierały wieści z Dębowej Góry, Zarzeczycy. Gdy jakiś chłop zaczął wygrażać Polakom, ludzie w popłochu zaczęli uciekać do lasu. We wsi postawiono pięć krzyży z napisem "Jezu ratuj nas!". Była to ofiara dla odwrócenia nieszczęścia. Mężczyźni strzegli dobytku, kobiety na noc przenosiły się do Antonówki... W takim przerażeniu żyją do lipca. Tworzy się samoobrona, co chwilę alarmy o tym, co dzieje się w sąsiednich wsiach, Hucie Stepańskiej, Wyrce i wieści, że "ofiar niedużo, bo nasi bronili się dzielnie". 30 lipca napady na Perespę, Sunię, Kolonię, Prórwę, Załawiszcze... W sumie 30 wiosek zostało spalonych i zrównanych z ziemią. 31 lipca był też napad na Wydymer. Nikt nie zginął, obronili się. Banderowcy nie spodziewali się oporu, zostawili ciała dziesięciu swoich. Niestety wycofując się podpalili wieś pociskami zapalającymi. Pozostały tylko zgliszcza.

   Ze wspomnień: Ireny Bylińskiej  z domu Brzozowskiej , za: http://plus.gazetalubuska.pl/kresy/woj-wolynskie/a/koniec-raju-w-wydymerze,7436845  Wyszukał i wstawił: B. Szarwiło


Włamanie do serwisu

Strona odtworzona po ataku hakerskim. W przypadku dostrzeżenia braków i niespójności z poprzednią zawartością serwisu oraz w celu zgłoszenia ew. uwag prosimy o kontakt z nami.

Wołyń naszych przodków

wp4.jpg
Czytaj także

 

 

Rzeź Wołyńska

lud10.jpg

Szukaj w serwisie

Gościmy

Odwiedza nas 537 gości oraz 0 użytkowników.

Statystyki

Odsłon artykułów:
4814900