Nie wiedzieliśmy, że słoneczny poranek 17 września 1939 r. przynosi Polsce nowy rozbiór, nowy dramat rozdarcia kraju przez dwóch zaborców, nową niewolę. Szliśmy z wiarą, że idziemy, by służyć Polsce, a tymczasem bez sensu pętaliśmy się po Polesiu i szukaliśmy niepotrzebnych wysiłków i przygód. (...)  Do Kowla było jeszcze 30 km. Niektórzy mieli poza sobą 36 godzin marszu, reszta 24, czekała całą noc bezsenna trzeba iść naprzód, by z gromadą nie stracić kontaktu. Przed Niesuchojeżami zabiegli nam drogę trzej wojskowi: dwóch oficerów i sierżant. Od rana oblegało ich na plebanii 120 dywersantów. Przysłali im kilkugodzinne "ultimatum. Teraz na wieść o zbliżaniu się "wojska" ukryli się, ale lada moment mogą zaatakować. Mieli ręczne granaty i karabiny. Wjechaliśmy do wioski, czy też miasteczka i zatrzymaliśmy się. Mały patrol ruszył na rozpoznanie. Około północy rozległa się salwa karabinów. Dwóch ludzi krzyknęło: jednego raniono w klatkę piersiową, drugiego w dłoń. Zrobiłem i natychmiast opatrunek. Klatka piersiowa została przestrzelona po lewej stronie. Wlot z przodu, około przedniej linii pachowej, wylot był w kącie łopatki. Ręka drugiego była dwukrotnie przestrzelona: w śródręczu i nadgarstku. Kość śródręcza sterczała w ranie, krwotoku nie było. Opatrunki z braku materiału założyłem prowizorycznie. Załadowałem rannych do karetki i odesłałem do szpitala kowelskiego. Na ogień napastników odpowiedziano karabinami i granatami. Po tym zapanowała cisza. Ruszyliśmy naprzód. O szóstej rano, 20 września wjeżdżaliśmy do Kowla. Tuż pod Kowlem natknąłem się na rozbity szpital polowy. Leżały stosy leków, opatrunków, poniszczonych przyrządów. Setki złotych walały się na drodze. Zabrałem dużo salolu, Dovera, piramidonu, morfinę i kamforę.

Resztę leków rozdałem uciekinierom objaśniając do czego służą. Zbyteczną morfinę potłukłem , by nie dostała się w niepowołane ręce. W Kowlu panował niesamowity bałagan. Ogromne masy wojska stłoczone w koszarach, oficerowie latający bez celu i sensu w najwyższym stopniu podnieceni, tabory, konie, broń, ogólna panika. Przyczyną było zbliżanie się wojsk rosyjskich, W nocy z 19 na 20 września przednie straże sowieckie zjawiły się w okolicach miasta. Podobno prowadzono rokowania o oddaniu miasta, a armia polska wycofywała się w kierunku Włodzimierza. Po obozie rozeszła się pogłoska, że rzekomo gen. Olbrycht uzyskał zgodę Rosjan na wycofanie się Polaków na Węgry. Uważano wiadomość za pewną. Fałszywa wieść zaważyła gruntownie na mych planach. Już w Kamieniu zdecydowałem się ma przedostanie się do Węgier. W Kopalu chciałem pozbyć się munduru i w przebraniu z naszym wózkiem i junakami iść na południe Polski. Wobec rzekomej ugody z Sowietami nie było sensu samemu wybierać się w ryzykowną podróż, lecz lepiej przejść z całą armią. Popełniłem błąd nie do darowania, trzeba było doczepić się do jakiejkolwiek formacji, gdyż puste żołądki natarczywie dopominały się o swe prawa. Zacząłem szukać szpitala. Ubiegłego dnia, gdy w garnizonie koszyrskim zapytałem o szefa sanitarnego, popatrzono na mnie, jak na wariata, a jeden z oficerów wybuchnął śmiechem. W Kowlu przekonałem się, że pytanie moje istotnie wyglądało naiwnie, wśród tłumów żołnierzy plątały się siostry, podchorążowie ze szkoły zawodowej C.W.San., lekarze, poszukując jak ja, władz sanitarnych. Nagle spostrzegłem plutonowych Niemyjskiego i Królika. Była to kompania gospodarcza C.W.San. z kpt. Nowakiem. Zaraz dopisano mnie do składu kompanii jako podchorążego sanitarnego bez przydziału. Gorzej jednak było z junakami. Nikt o nich nie dbał i nie chciał przyjąć. Dużo plątało się żołnierzy bez formacji, o których nie troszczono się, choćby zdychali z głodu. Pełne wozy jedzenia, a obok ludzie wynędzniali, głodni, obdarci. Jedynie dzięki wielkiej karności żołnierzy w armii polskiej nie doszło w Kowlu do rabunku. Mimo rozprzężenia w kadrze oficerskiej młodsze części naszej armii trzymały się dobrze i możne byłoby jeszcze masy żołnierskie zużytkować w polu. Dalsze dnie zerkały i z nich więzy dyscypliny. W Werbie regularny żołnierz stał się już opryszkiem. Musiałem rad nierad podzielić się swą racją chleba, dość dużą trzeba przyznać, z junakami. Również ofiarowałem im kilka papierosów, które w tych dniach były cenniejsze nawet niż chleb. Wpakowaliśmy się z naszym wózkiem do taborów C.W.San, i czekaliśmy na jazdę do Budapesztu. Nad miastem krążyły bombowce sowieckie, rozrzucające ulotki. Na dworcu widać było pociągi idące do Brześcia i Lublina, które zabierały tłumy uciekinierów. Kowel w czasie wojny wrześniowej stał się rendez-vous pół Polski. Jeśli kogoś zapytało się, gdzie spędzał czas wojny, bardzo czysto wymieniał Kowel. Choć przez parę godzin musiał tam bawić. Teraz na wieść o pochodzie Czerwonej Armii wszyscy rzucili się bezładnie do ucieczki na zachód. Pamiętano rok 1917 i 1920, czerezwyczajkę i na wpół dzikie hordy azjatów, więc nie myśląc o niczym, pchali się ludziska do wagonów, sądząc, że unikną przeznaczenia. Plotkowano, że Brześć i Lublin są w polskich rękach pod władzą gen. Kleberga. Równie ci się oszukali, którzy w tym dniu jechali do gen. Kleberga, jak i my rojąc o Budapeszcie. Część junaków postanowiła skorzystać ze sposobności i popędzała na dworzec. Odszedł Kaźmierczak, Sniadowski, Węgrzynowski i Dardas. W gruncie rzeczy ucieszyłem się, że na moją porcję i wózek przypada mniej osób. Tchorek na przemian z Kalinowskim mieli powozić, ja z Włodarskim paradowaliśmy na siedzeniu tylnym. Tabory powolutku opuszczały Kowel. Około południa wojska rosyjskie znalazły się na rogatkach miasta, pociągi odeszły. Nakazano pośpiech. Zaczęło się potworne widowisko: setki wozów rzuciło się naprzód, pędząc i najeżdżając się nawzajem. Na próżno oficerowie usiłowali opanować sytuację. Rozkazy ginęły wśród krzyków, rżenia koni, tętentu kopyt, hałasu motorów, stukotu kół. Wydawało mi się, ze wpadłem w wir, w którym kotłuje się tysiące ludzi, zwierząt, wozów i maszyn. Na próżno staraliśmy się utrzymać z C.W.San. Dwie olbrzymie platformy zniszczyły nam wóz. Koń i my cudem wyszliśmy z życiem. Byliśmy sami z bagażem na środku rozszalałej rzeki. Nie wiedzieliśmy, co robić. Hałas odbierał nam zdolność myślenia. Z Kowla było słychać wystrzały armatnie: wojska rosyjskie zajęły miasto. Na ratuszu powiewała czerwona chorągiew. Tu tłum zdezorganizowanych taborów, tam już oni. Na domach przedmieścia też czerwone szmaty. Żydzi roześmiani gromadzili się z boku. Trzymali czerwone kwiaty. Spluwali ostentacyjnie na nasz widok. Lekceważące śmiechy. Jeden taszczył chleb i sól. Boże ! i na to musiałem spokojnie patrzeć. żądza zemsty. Co robić?! Piechotą nie mam sił iść. Doganiamy C.W.San. Wozy zapchane. Wsadzam na jeden Kalinowskiego i Tchorka. Włodarski gdzieś znikł. Znalazł jakiś wóz i jedzie nim. Ja wskoczyłem na wóz z 10 dywizji piechoty. Woźnica grzeczny pozwolił jechać. C. W.San. blisko. Odetchnąłem spokojniej. Jedziemy dalej. Grupy żołnierzy idą znużone do Kowla. Obiad. Skąpy. Wystarałem się zupy dla chłopców. Jedziemy dalej. Nagle usłyszałem, że ktoś woła: Tadzio Gorzkowski. Przesiadłem się na jego wóz i dowiedziałem się, że jest lekarzem 10 dywizji. Cofali się bezładnie od Łodzi przez Garwolin. Sprowadziłem junaków i oddałem Włodarskiego pod opiekę wujaszka. Tadzio obiecał się nami zająć i słowa swego dotrzymał. Co mógł, to starał się nam zrobić. W nocy przybyliśmy do Turzyska i tu zatrzymaliśmy się na nocleg. W Turzysku przyszło załamanie psychiczne. Straciłem całą energię. Zmęczenie, brak jedzenia, przejścia moralne, napięcie nerwów przez ostatnie dnie i możność niemyślenia, które zrzuciłem na Tadka, spowodowało, że znalazłem się w półśnie, zajęty jedynie zagadnieniem jedzenia. Łaziłem po polach i ogrodach, wyrywając marchew i ogórki, żebrałem po kuchniach żołnierskich o łyżkę strawy C.W.San. odjechał, a Tadzio nie mógł łatwo zdobyć żywności dla 5 ludzi. Przeszedłem wtedy tyle upokorzeń, że wstyd mi aż o nich myśleć. Podoficerowie żywnościowi igrali z naszymi nerwami, szykany na każdym kroku. Dużo "dodatków" dostawało się z zupą. W drugim dniu pobytu w Turzysku dowiedzieliśmy się, że wydają chleb w piekarni dla bezdomnych" żołnierzy. Miałem już nowych trzech junaków. Poszedłem. Zameldowałem się  jako podoficer JHP z drużyną V 43-ciej Samodzielnej Kompanii. Osób podałem liczbę dwanaście. Otrzymałem 12 porcji chleba więcej niż szczupłych. Pod oknami piekarni stał ogon steranych głodem i drogą żołnierzy. Małe racje - ćwierć kilograma na głowę w budziły w nich oburzenie. Padały obraźliwe słowa pod adresem oficerów. Groźby. Sytuacja stawała się poważna. Słychać było głosy: " strzelaj do s...synów i sami bierzmy chleb", "żony ich żrą konserwy, a my chleba nie mamy", "sprzedali nas", "złodzieje", "precz z oficerami". Postawa tłumu z każdą chwilą stawała się groźniejsza. Bałem się, że mi chleb zabiorą. Wymknąłem się chyłkiem unosząc z junakiem zdobycz pod płaszczem. Chleb zjedliśmy. Był znośny. Piernik w porównaniu z tym, który mieliśmy żreć w Werble. Jedliśmy nie dopieczony chleb i surowizny brudnymi łapami, a w wojsku szalała czerwonka. Jakoś Bóg nas strzegł. Zupy, choć cholerne, za przeproszeniem, lury zmiataliśmy z wielkim apetytem. To najważniejsze, że były gorące, bo zimne noce zaczynały się dawać we znaki. Szczególnie z 21 na 22 września myślałem, że skostnieję. Wałęsałem się do trzeciej rano, po tym wpakowałem się na godzinę do jakiejś budy i przespałem się nieco. Staliśmy w rzeźni miejskiej i halach targowych. Panował niesamowity brud. Wychodek przeznaczony dla personelu rzeźni przedstawiał koszmarny widok. Żołnierze licznie chorujący na czerwonkę zanieczyszczali teren. W dniu 21 września dowiedziałem się prawdy: tanki sowieckie otoczyły nas, o Węgrzech nie ma co marzyć, jesteśmy w niewoli, w Werbie pod Włodzimierzem rozbrajają armię, a co po tym - nie wiadomo. Na wieść o tym utopiłem swą broń w studni. Nie mogłem nic innego uczynić. Przynajmniej broni im nie oddałem. Wiadomość o niewoli przyjąłem obojętnie. Silne ciosy moralne wymierzone poprzednio, brak złudzeń, co do zalet naszej rozpadającej się armii, o której miałem tak wielkie mniemanie, głód, chłód stępiły moją wrażliwość na nowe wstrząsy. Jedynie obóz w Werble zrobił jeszcze na mnie wrażenie w tej "kalwarii". Nie zastanawiałem się nawet nad skutkami niewoli. Można powiedzieć, że nie zdawałem sobie sprawy ani teraz, ani we Włodzimierzu, ani w chwili ucieczki w Kiwercach. Po czasie wydaję się sobie jako człowiek niezbyt przytomny, kierujący się wyłącznie zwierzęcym instynktem. Moje posunięcia były nie wynikiem myślowego procesu, ale odruchem obronnym. W czasie swego pobytu w Turzysku widziałem się ze swą komendą z JHP. Jechał Chciuk, dwaj dygnitarze z Warszawy, Zieliński, Sobczak, Sonnenberg, i paru junaków. Szlify mieli zdarte przez Ukraińców. Z łap bandyckich uwolniły ich sowieckie wojska. Kazano im dołączyć się do armii w Kowlu. Poza nimi spotkałem dwóch, kolegów z Poznania: Wawrzyniaka i Urbana. Pierwszego jako zwykłego szeregowca - ochotnika, drugiego - jako porucznika. Na drugi dzień chwilę rozmawiałem z Wojtkiem Gadomskim. Szukał Heli w Warszawie i nie znalazł. Wstąpił do wojska i jechał z Warszawy z brygadą kawalerii. Wreszcie ostatnim napotkanym znajomym był sierżant Dyrkacz, szef X drużyny w naszej kompanii w Podchorążówce. W okresie mego pobytu w Szkole Podchorążych, a zwłaszcza w czasie stażu na urazówce; obdarzał mnie wielką sympatią i bardzo lubił ze mną rozmawiać. Ogromnie się ucieszył na mój widok. Podczas rozmowy wciąż biadał "Co to się stało, panie Kryński, co to się stało?! Trzecia wojna w moim życiu i nic podobnego nie widziałem! Co to się stało?!" Uciekał po całej Polsce ze szpitalem polowym, który w ogóle się nie rozwinął. Siedział teraz bezradnie na wózku. Nic w nim nie zostało z szybko biegającego podoficera, który budził nas rano w czasie pobudki. "Nie nauczyliście nas na ćwiczeniach bojowych porządnie uciekać, mówiłem mu, a przydałoby się teraz". Biednemu Włodziowi w głowie się nie mieściło, że "dziarska" armia zostanie tak rozbita i będzie uciekać w popłochu. Podobno za nami jechał kpt. Zaleski, nasz dowódca I Kompanii. Tak gloryfikował wojsko, jego karność, spójność, wartość moralną. Teraz z bólem serca zapewne patrzył i myślał w pustce swych słów na wykładzie. Członki, sprawiały się źle, bo głowa nie dopisała. Dnia 22 września przybyliśmy do Werby, miejscowości oddalonej o kilka kilometrów od Włodzimierza Wołyńskiego. Do wsi samej właściwie nas nie wpuszczono, kazano pod gołym niebem oczekiwać na dalsze rozkazy. Przestrzegano, że otaczają nas artyleria i tanki sowieckie. Najmniejszy odruch "nielojalności" mógł spowodować masakrę oddziałów zamkniętych w Werbie. Noc była zimniejsza, niż poprzednie, w dzień padał deszczyk, na dworze mgła i wilgoć. O leżeniu na wozie nie myślałem. Szukałem ogniska, by ogrzać zziębnięte członki. Przy jednym uprzejmi żołnierze zrobili mi miejsce, dali odrobinę słomy, bym nie siedział na mokrej ziemi. Tej nocy przydała się moja medycyna. Miałem sporo bandaży, maść borną, nieco opatrunków ze skrzynki Tadzia i, już w Turzysku, zrobiłem parę opatrunków na okaleczone i otarte nogi. Jeden z żołnierzy mówił mi, że jestem trzydziestym z rzędu lekarzem, którego prosił o pomoc. Inni nie chcieli czy też nie mogli mu opatrzyć okaleczonych nóg. Tu w Werbie, gdy dowiedzieli się, żem lekarz i mogę pobandażować im nogi, zaraz zaczęli się zgłaszać do mnie Przez wdzięczność kopali mi kartofle i piekli w ognisku. Całą noc wsuwałem pieczone ziemniaki, sycąc dokuczliwy głód. Nikt nie spał, rozmawialiśmy o katastrofie. Skarżyli się ma dowódców armii i wyższych oficerów, którzy porzucili formacje i wiali z rodzinami na wschód. Wymieniali również dzielnych i bohaterskich, lecz twierdzili, że to wyjątki. Oskarżenie ich nie miało cech brutalnych i rewolucyjnych, słów nienawiści do Polski nie wyrzucali ssij z siebie z jadem, jak to słyszeliśmy później w wagonie. Czuło się w nich ogrom żalu za zmarnowane bez celu i sensu siły, za zawiedzione nadzieje, żalu, że ich oszukano, mamiono. Nie szło o głód i poniżenie, ale o bezcelowość cierpienia, Noc przy ognisku w Werbie - noc smutku, buntu i żalu ustąpiła dniu, w którym obóz przemienił się w jaskinię zbójców. Stanęła przede mną wizja scen z Nieboskiej Komedii. Od rana 23 września w obozie w terbie czuć było wzmagający się stan rozprzężenia. Bezładny odwrót, głód, zimne noce, widok zapchanych wozów oficerskich wiozących ich rodziny demoralizowały żołnierza coraz bardziej z każdą chwilą. Niektórzy z oficerów wpadli na kapitalny pomysł sprzedawania państwowych sucharów. Zarobili nieźle. Okoliczni chłopi sprzedawali chleb za koce, mydło, a nawet wozy z końmi i siodła. Nikt niczym się nie krępował. Strzelano w górę "na wiwat", rzucano dla figlów granatami. Od czasu do czasu krążyły nad nami sowieckie samoloty. Moskale obawiali się buntu nierozbrojonej jeszcze armii. Sytuacja stawała się denerwująca. Baliśmy się, by sprowokowani głupimi zaczepkami bolszewicy nie otworzyli ognia artyleryjskiego i lotniczego. Głód stawał się nie do zniesienia, gdyż kuchnie polowe już nie gotowały. Kupiony za drogie pieniądze chleb z kartofli był na wpół surowy z domieszką gliny, słomy itp. Wymieniliśmy u jednego chłopa zapasy mydła na biały bochenek chleba. Około południa zaczęły się potworne sceny rabunku taborów. Pozwolono kraść. Tłumy rozjuszonego głodem żołdactwa rzuciły się na tabory. Nie rozbierano zapasów, lecz je rozrywano. Nikt nie patrzył na drugiego, lecz brał. Inni rzucali się na zdobywcę skarbów i wydzierali mu je. Miałem wrażenie, że znalazłem się wśród pierwotnej dziczy. Wykrzywione twarze, dzikie wrzaski, bijatyki robiły potworne widowisko. Około godziny czwartej po południu nadjechały rodziny oficerskie, a z nimi stary, emerytowany generał. Prowadzący ich kapitan rozpoczął z innym oficerem kłótnię, kto pierwszy ma jechać. Żołnierze zrobili z nich przedstawienie, podrażniając ich obu jak w cyrku. Padały soczyste uwagi pod adresem rodzin spokojnie spoczywających w wozach z konserwami w rękach. Powoli postawa żołnierzy stawała się agresywna, padały słowa propozycji dobrania się do wozów oficerskich. Obaj oficerowie spostrzegli powagę sytuacji i szybko pogodziwszy się, puścili wozy naprzód. W godzinę później za Werbą władze rosyjskie rozbroiły oddziały, z którymi jechałem. Kazano wysiadać z wozów, zabrać rzeczy i iść czwórkami do Włodzimierza. Muszę przyznać, że zachowywali się uprzejmie. Pasów nie zabierano, rewizję przeprowadzano delikatnie, bez śladu brutalności. Moje pierwsze wrażenie wytworzyło raczej korzystną opinię o wojsku sowieckim. Później zmieniłem zdanie, ale mniejsza z tym. Szedłem, jako podchorąży, z podoficerami, a na stacji, mimo sprzeciwów Tadzia, przyłączyliśmy się do żołnierzy. Uważałem, że w kraju, gdzie rządziły rady robotników, chłopów i żołnierzy, bezpieczniej będzie przebywać z prostymi żołnierzami. Stłoczono nas po 40 osób. Noc przeszła koszmarnie. Brak jakiegokolwiek kubła i niemożność wyjścia z wagonu powodowało, że ludzie załatwiali się na miejscu, którym stali. Kilku było chorych na czerwonkę. Panował niesamowity zaduch. Mieszał się smród niemytych od wielu dni ciał i odchodów. Żołnierze, robotnicy z Łodzi, częściowo komuniści, klęli Polskę, drwili z ojczyzny i religii. Nic świętego nie było dla tej hołoty. We Włodzimierzu powiedziano nam że w Kowlu można wysiąść i każdy będzie mógł iść do domu. Tymczasem pociąg szybko minął Kowel i począł jechać w stronę Równego. Żołnierzom nie podobała się jazda na wschód i na przystankach spokojnie wysiadali i wiali przed siebie. Komendant pociągu nie uważał, żołnierzy nie pilnowano. Postanowiliśmy z Tadkiem i Januszem Włodarskim wysiąść w Kiwercach i pójść do brata Tadka, inż. Stanisława Gorzkowskiego, inspektora lasów państwowych na Wołyniu. Reszta junaków miała jechać do Równego i czekać na nas, by razem postanowić, co dalej czynić. Nie docenialiśmy powagi naszej sytuacji, jechaliśmy nie na wycieczkę, lecz do niewoli do Rosji. Spokojnie wysiedliśmy w Kiwercach, pożegnaliśmy towarzyszy do następnego dnia i po odjeździe pociągu poszliśmy do inż. Gorzkowskiego. Na drugi dzień pociągi szły zaplombowane, w miastach robiono obławy zbiegów. Nieliczni, na szczęście, z naszego transportu znaleźli się w obozie w Szepietówce. Sobczak w czasie spotkania w Brześciu mówił mi, że Kalinowski spotkał w Równym Chciuka i razem zwiali do Lwowa. Na drugi dzień byliśmy już cywilami. Nasza wojskowa kariera skończyła się.  (...)  Czy jednak dziś ktoś zrozumie rozpacz dwudziestopięcioletniego podchorążaka tułającego się po kraju, nie mogącego pomóc swej ginącej ojczyźnie, patrzącego na ruinę swoich ideałów. Dziś ojczyzna - to pusty dźwięk, to frazes z książki, a dla nas w tamtych dniach, to było coś wielkiego i bardzo drogiego, coś, co nam zabrano  sponiewierano, coś, dla czego się ginęło na polu walki i dla czego niektórzy w chwili jej upadku a rozpaczy odbierali sobie życie. Może dzisiejsi młodzi ludzie rozumieją, co to jest tragedia osobista, lecz nie są w stanie pojąc, czym może być uczestnictwo w tragedii narodu.

 Fragmenty wspomnień Stefana Kryńskiego wyszukał i wstawił: B. Szarwiło, za:  http://www.lwow.home.pl/wrzesien39. html


Włamanie do serwisu

Strona odtworzona po ataku hakerskim. W przypadku dostrzeżenia braków i niespójności z poprzednią zawartością serwisu oraz w celu zgłoszenia ew. uwag prosimy o kontakt z nami.

Wołyń naszych przodków

wp8.jpg
Czytaj także

 

 

Rzeź Wołyńska

lud5.jpg

Szukaj w serwisie

Gościmy

Odwiedza nas 331 gości oraz 0 użytkowników.

Statystyki

Odsłon artykułów:
4697032