Po paru dniach pobytu w Łucku wyjeżdża kompania nasza do Klewania. Droga wypada nam przez las. Po wszystkich krzakach i gałęziach drzew widzimy poprzewieszane białe kartki papieru. Zdziwieni tym zatrzymujemy auto i zdejmujemy parę ulotek z krzaków. Ulotki te są w języku ukraińskim, skierowane do ukraińsk[ich] Schutzmannów, którzy uciekli do lasu z bronią, i brzmią mniej więcej w ten sposób: „Ukr[aińscy] Schutzmanni, wy ulegliście zbrodniczej komunistycznej agitacji. Wracajcie do swych jednostek, wy nie będziecie karani, jeżeli do oznaczonego terminu wrócicie”. Po paru minutach jazdy spotykamy ukr[aińskich] Schutzmannów, którzy ulotki te rozwieszają. W Klewaniu stacjonuje tenże batalion ukr[aińskich] Schutzmannów w czarnych mundurach — znienawidzeni przez Polaków, bandyci. Po przyjeździe d[owód]ca przemawia do nas: „Znajdujemy się teraz na innym terenie. O wszystkim, co było w Rosji, musimy zapomnieć, gdyż ludność tutejsza jest kulturalna, nie ma tu partyzantów. Przyjeżdżamy tu dla ochrony Polaków, ale nie znaczy to, żeby ktoś z nas załatwiał jakieś osobiste porachunki z Ukraińcami”. Następnie apeluje do nas, byśmy postępowali z Ukraińcami sprawiedliwie, zabrania się stykać z nimi. Terror ukraiński po naszym przyjeździe wcale nie ustaje. Polacy w dalszym ciągu śpią w kościele, mieszkania ich rabują doszczętnie czarni Schutzmanni ukrai[ńscy] [zwani] krukami. W dzień pod byle pozorem aresztują Polaków, którzy przepadają bez wieści. Charakterystyczne jest to, że nie mają żadnej władzy zwierzchniej niemieckiej. D[owód]ca ich — major Ukrainiec, który jest całym bogiem w Klewaniu. Ludność ze łzami błaga nas o pomoc, której udzielić nie możemy.

D[owód]ca nasz bowiem nie ma prawa mieszać się w rządy Ukraińców.  (...) Niezadowolenie wzrasta wśród nas coraz bardziej. Codziennie wieczorem słyszymy ze szkoły, gdzie koszarują Ukraińcy, śpiew — Smert’ Lachom. Donosimy o tym naszemu dowódcy, który rzekomo wzywa tych, co słyszeli i twierdzi, że wysyła o tym meldunek. Sprawa ta pozostaje bez echa. (...)Codziennie słyszymy o bestialskich mordach stosowanych na Polakach po okolicznych wsiach. Udzielamy im pierwszej pomocy, to znaczy dzieci, młodzi chłopcy, którzy zdołali uciec, dostają jeść, nocują, następnie odstawiamy je do Łucka, gdzie w dalszym ciągu mają się nimi zaopiekować władze niemieckie. Po każdej takiej wiadomości wyruszamy natychmiast na miejsce zbrodni. Ale działania te są bezcelową stratą czasu. Przyjeżdżamy furmankami w pełnym uzbrojeniu (3 granatniki, 2 ckm-y, 7 lkm-ów), ale dowódca nie ma żadnego planu, względnie unika potyczki, gdyż Niemcy panicznie boją się Ukr[aińców]. Wchodzimy do wsi, podczas gdy Ukr[aińcy] wszyscy uciekają przez pola w przeciwnym kierunku, nam zaś nie wolno za nimi strzelać. Zostają tylko stare baby i dziady, którzy nie mogą uciekać i ze łzami w oczach lamentują, przeklinając swych synów i braci. Kończy się na tym, że rekwirujemy z próżnego domu 2–3 świnie, parę krów i koni i karawaną wracamy z powrotem. Tak wygląda każdy wypad. Pewnego razu przybiega do nas dziewczynka dwunastoletnia z płaczem, że całe jej rodzeństwo wymordowali i około dwudziestu rodzin polskich błąka się po lasach i polach. Szybko przeprowadzamy alarm i wyruszamy furmankami na miejsce. Jest to wieś Stryłki, 4 km od Klewania, tu oczom naszym przedstawia się obraz straszny. Zgliszcza dymią się jeszcze. Napad był o drugiej w nocy. O jedenastej rano byliśmy na miejscu. Po przybyciu naszym zaczynają się schodzić ludzie, którzy zdołali uciec. Z lamentem przypadają do swych małych dzieci, które leżą w kałuży krwi. Większość pomordowanych spalona jest wśród gruzów. Znajdujemy też dużo ofiar leżących koło domów. Wszyscy są w okrutny sposób męczeni. Mężczyźni z oderżniętymi genitaliami, kobietom wpychają flaszki, kamienie. Obrzynają palce, języki, nosy, wbijają kołki drewniane w mózg lub szyję. Ustalić liczby pomordowanych nie sposób. Rekwirujemy ukr[aińskie] furmanki i ewakuujemy na nich resztę Polaków (około 30 ludzi). Po drodze przyłączają się inni Polacy. Kolumna wydłuża się coraz bardziej, niebezpieczeństwo napadu coraz większe. Ukraińcy, którzy na nasz widok wycofali się nie dalej jak 300 metrów w pole, obserwują nas. Widząc olbrzymią kolumnę fur, mają czas wyprzedzić nas i urządzić zasadzkę, tym bardziej że wciąż zatrzymujemy się i zabieramy nowych. Dojeżdżamy do cmentarza, skąd otrzymujemy gwałtowny ogień z trzech stron. Ukraińcy sieją z samych automatów (rosyjskie finki). Szpica pada na miejscu. Wywiązuje się ciężka walka — gdyż znajdujemy się na gołej i równej drodze — która trwa dwie godziny. Wyrzucamy wszystkie rakiety o pomoc, ale bezskutecznie. Z beznadziejnej sytuacji ratuje nas dopiero samolot, który przypadkowo zauważył walkę. Lecz nie mamy już rakiet i nie możemy mu wskazać celu. Toteż samolot ten zaczyna rzucać bomby lekkiego kalibru i ostrzeliwać z karabinu maszynowego na ślepo. Dwie bomby padają na tyły naszego taboru i ranią śmiertelnie dwóch naszych furmanów, cywilów. Samolot ten więcej sieje po nas jak po bandytach, którzy są całkiem ukryci, ale sam prestiż robi swoje i Ukraińcy w bezładzie zaczynają uciekać. Teraz mamy i cel otwarty i widzimy doskonale masy czarnych Schutzmannów, naszych sąsiadów, w hełmach i pełnym uzbrojeniu. Skierowujemy gwałtowny ogień na uciekających w bezładzie. Widzimy, że wielu z nich pada, ale nie możemy ścigać ich, mamy pięciu zabitych i dwóch rannych. Nie licząc cywilów, wśród których samolot również zrobił spustoszenie. Wracamy do koszar, po drodze strzelamy do każdej chałupy w okno. Na miejscu dowiadujemy się, że odgłosy walki słychać było doskonale, lecz dowódca kazał wartownikowi wypatrywać na horyzoncie czerwonej rakiety, którą przysłaniały wzgórza i drzewa. Na drugi dzień z Łucka wyjeżdża dowódca batalionu, opowiadamy mu przebieg walki i błędy dowódcy, który wysyła w zagrożone miejsce pluton ludzi i po zaatakowaniu tych czeka na rakietę, zamiast wysyłać pomoc natychmiast. W dalszym ciągu opowiadamy o naszych spostrzeżeniach, o tym, że wśród bandytów był cały batalion czarnych Schutzmannów z Klewania. W międzyczasie ludzie zeznali, że widzieli czarnych owego dnia, jak wyruszyli w pół godziny po nas w przeciwnym kierunku, gdzie później okrężną drogą stanęli naprzeciw nas. Dalej zeznają ludzie, że bezpośrednio przed napadem widzieli masy Ukraińców z pobliskich wiosek, którzy wchodzili do koszar Ukraińców i wynosili broń i amunicję stamtąd. Wszystko to opowiadamy dowódcy batalionu; wszczyna dochodzenie w tej sprawie, które — o ile nam wiadomo — nie odniosło żadnych skutków.

Fragmenty , anonimowej relacji polskiego policjanta z Schutzmannschaftsbataillon 202,  powstałej w marcu 1944 r.  Ze zbioru Wojciecha Bukata (znalazcy) — odnalezionego w 1996 roku, przekazanego Ośrodkowi KARTA przez Instytut Studiów Politycznych PAN. Zbiór zawiera dokumenty z lat 1943–44 pochodzące z Biura Wschodniego przy Departamencie Spraw Wewnętrznych Delegatury Rządu na Kraj, zajmującego się zbieraniem informacji z Kresów Wschodnich II RP.

 Wyszukał i wstawił: B. Szarwiło


Włamanie do serwisu

Strona odtworzona po ataku hakerskim. W przypadku dostrzeżenia braków i niespójności z poprzednią zawartością serwisu oraz w celu zgłoszenia ew. uwag prosimy o kontakt z nami.

Wołyń naszych przodków

wp10.jpg
Czytaj także

 

 

Rzeź Wołyńska

lud15.jpg

Szukaj w serwisie

Gościmy

Odwiedza nas 479 gości oraz 0 użytkowników.

Statystyki

Odsłon artykułów:
4961586