Zapada czerwcowy zmrok. Na pobliskich łąkach i polach, widocznych przez szybę, ściele się powłóczysta mgła. Bliski płaczu stoję na taborecie przy oknie i wypatruję powrotu rodziców, którzy od świtu do zmroku pracują w polu. Samotny komar brzęczy żałośnie, co mnie przyprawia o jeszcze bardziej tęskny nastrój. Jako pięcioletni malec z młodszą o dwa lata siostrą siedzimy całymi dniami w zamkniętym na klucz domu, mając za towarzyszy zabawy małe kocięta. Teraz siostra śpi w kącie z przytulonymi do niej czworonogami, utrudzonymi całodziennymi harcami. W gęstniejącym zmroku rozlega się wreszcie brzęk wleczonych przez krowy łańcuchów i głos mamy karcącej żarłoczną Kalinę, która korzystając z ostatniej okazji wyszarpuje przydrożną trawę. Wieczorne dojenie krów to prawie obrzęd. Mistrzynią ceremonii jest oczywiście mama. Obok niej stoi kolejka zgłodniałych: ja z siostrą, kotka z maluchami i Mopsik, spuszczony na noc z łańcucha. Po kolacji, składającej się z mleka i chleba, zasypiamy z siostrą kamiennym snem, ale rodzice długo jeszcze krzątają się w obejściu, by następnego dnia znowu wstać o świcie do ciężkiej pracy. Życie osadników kresowych w tamtych trudnych, kryzysowych czasach było wyjątkowo twarde, wymagało wiele znoju i mozołu, by utrzymać rodzinę, zapłacić podatki czy raty za kupiony grunt i odłożyć trochę grosza na budowę dachu nad głową. Dziadkowie, Jan i Dominika Sobczykowie, rodzice mamy, przybyli na Wołyń w 1922 roku. We wsi Radowicze, gmina Turzysk koło Kowla, kupili kilkanaście hektarów podmokłego, olszowego lasu, który w ciągu kilku lat zamienili w uprawne pola i użyteczne łąki. Postawili budynki i założyli wiśniowy sad, który stopniowo poszerzali o inne drzewa i krzewy owocowe. Dzięki wytężonej pracy wszystkich członków rodziny wkrótce zapewnili sobie znośne warunki bytowania. Rodzina dziadków była liczna. Dwaj synowie zostali w Kongresówce – Feliks administrował majątkiem hr. Gutowskiego w Krasnem koło Rejowca, a Kazimierz zatrudnił się jako ślusarz w Starachowickich Zakładach Zbrojeniowych.

W Radowiczach znaleźli się dziadkowie z pięciorgiem dzieci: Heniem, Jankiem oraz trzema córkami, które niebawem powychodziły za mąż za przybyłych na Wołyń osadników. Najstarsza, Bronisława, wyszła za Stanisława Molendę, średnia Stanisława – moja mama – za Władysława Budzisza, najmłodsza Maria – za Jana Stefanowicza, wnuka powstańca z 1863 roku i syberyjskiego zesłańca. Ojciec mój urodził się w Czarnolesie – wsi niegdyś Jana Kochanowskiego, mama – dwa lata później w Garwolinie, gdzie dziadek administrował majątkiem. Ojciec, nie widząc zachęcających perspektyw na gospodarstwie w licznej rodzinie, w 1928 roku wyjechał na Wołyń – zachęcony przykładem brata ożenionego z Ukrainką i osiadłego w Turzysku oraz szwagra, Wincentego Gnysia, który kupił tam młyn wodny na Turii. Zaskarżony do sądu za spiętrzanie wody i zalewanie chłopom gruntów, Gnyś musiał młyn zlikwidować, ale za solidną rekompensatę kupił duże gospodarstwo rolne w Worczynie koło Włodzimierza. W Radowiczach ojciec poznał mamę i wkrótce pobrali się. W posagu mama otrzymała trochę gruntu, na którym rodzice zbudowali domek i gospodarcze pomieszczenia, a następnie założyli spory wiśniowy sad. Czasy były trudne, szalał światowy kryzys i bezrobocie. Rodzice tyrali od świtu do nocy, chwytając się każdej pracy, również u zamożniejszych gospodarzy. W tamtym trudnym okresie, 20 listopada 1930 roku, przyszedłem na świat. Dwa lata później urodziła się siostra Danusia. W drugiej połowie lat trzydziestych warunki materialne osadników znacznie się poprawiły, jak zresztą w całym kraju. Najszybciej dorabiali się Molendowie, bo mieli urodzajny grunt, a ciocia Bronia obszywała całą kolonię, czerpiąc z tego znaczny dochód. Nasze warunki również uległy znacznej poprawie. Ojciec otrzymał posadę gajowego w lasach hr. Stanisława Starczewskiego, a po roku został ich administratorem, co przynosiło nam znaczne korzyści: darmowy wypas krów w lesie i na łąkach, opał bezpłatny i niezłe pobory. Wkrótce mogliśmy dokupić trochę lepszych gruntów. W 1936 roku zamieszkaliśmy w specjalnie zbudowanej gajówce tuż obok wysokiego, wiekowego, rozłożystego dębu, na wzniesieniu, skąd rozpościerały się rozległe, piękne widoki. Z trzech stron ciągnęły się łąki, a za nimi sosnowe bory. Każdy z nich miał swoją nazwę u miejscowej ludności: Pergoniszcze, bo przepędzano przez nie stada na pastwiska, Świtka, gdyż w wyniku wycinania las miejscami miał znaczne prześwity i Duży Las, liczący do tysiąca hektarów. Lasy zawierały różny drzewostan. Dominowały dorodne, samosiejne sosny. Z czwartej, wschodniej strony, był otwarty teren na wieś Radowicze. Na pierwszym planie widoczne były zabudowania Polskiej Kolonii, a za nią kopuły cerkwi w centrum wsi. Obok nich stał młyn, napędzany gazem drzewnym, dudniący dniem i nocą na całą okolicę. Stanowił własność Antoniego Romankiewicza, Adama Bartoszewskiego i Iwana Laszki. Radowicze były dużą, rozległą wsią, ciągnącą się 6 kilometrów wzdłuż traktu Turzysk-Kupiczów. Składały się z centralnej ulicówki i peryferyjnych kolonii: Abramowca, Kolonii Czeskiej, Żukowa, Kolonii Polskiej, Koczek, gdzie mieszkaliśmy z dziadkami oraz Puhów. Abramowiec i Kolonię Polską zamieszkiwali Polacy, pozostałe skupiska były polsko-ukraińskie. Natomiast w Kolonii Czeskiej mieszkało kilkanaście rodzin czeskich, których przodkowie przybyli tutaj w latach 70-tych XIX wieku. Ze względu na licznie zamieszkałą ludność polską, już w XIX w. we wsi była czynna jedna z trzech kaplic katolickich parafii Turzysk, pozostałe – w Dolsku i Różynie. W 1943 roku w Radowiczach mieszkało ponad 90 polskich rodzin, co stanowiło połowę mieszkańców. Nowe miejsce naszego zamieszkania było okropnym odludziem, ale szybko do niego przywykliśmy, a urokliwe krajobrazy otaczające gajówkę sprawiły, że niebawem bardzo je polubiliśmy. Środkiem łąk, nieopodal gajówki, płynął strumień, wpadający kilka kilometrów dalej do Turii. Był miejscem letnich uciech pastuchów, którzy spiętrzali tamą wodę i kąpali się całymi dniami, a po spuszczeniu jej łowili sakami dorodne okonie, miętusy, a czasami zdarzał się i szczupak. W czasie wiosennych roztopów i po dłuższych deszczach strumień zamieniał się w rzekę nie do przebycia bez łódki czy tratwy. Zdarzyło się, iż po lipcowej ulewie wody tak wezbrały, że odcięły od gajówki nasze krowy pasące się na łąkach. Trzeba było długo wędrować ze stadem w górę „rzeki”, by znaleźć miejsce do przeprawy. Wykorzystując sprzyjające warunki hodowaliśmy sporo drobiu: nośne zielononóżki i leghorny oraz indyki. Te ostatnie, miesiąc po wykluciu się, całym stadem wędrowały tyralierą przez trawiastą łąkę, wychwytując wszystko, co się ruszało i nadawało do zjedzenia. Trzeba było tylko chronić je przed lisami. Krowy wypasane na bujnych łąkach i leśnych polanach dawały sporo mleka, które przepuszczaliś- my przez wirówkę, a następnie na tej samej maszynie, po wymianie kilku elementów, robiliśmy masło. Co najmniej raz w tygodniu odstawialiśmy nabiał do Żyda Brunsteina w Turzysku. Odciągane mleko przeznaczaliśmy dla celów gospodarczych, głównie hodowli trzody chlewnej i wyrobu twarogu, którym szczególnie zajadały się indyki. Cały ciężar prowadzenia gospodarstwa spadał na mamę, która wkrótce od nadmiaru pracy zaczęła podupadać na zdrowiu. Moja i siostry pomoc była mizerna, mimo niewspółmiernie dużego wysiłku przy obrządzaniu inwentarza. Doraźnie pomagały mamie sąsiadki i chłopiec zatrudniony do pasienia krów. Ostatnim był Jakub, szesnastoletni Ukrainiec, odpowiedzialny i chętny do roboty. Ojciec od świtu do nocy był zajęty w lesie przecinką i wycinką drzew, wywózką oraz sprzedażą drewna opałowego i budulcowego, odnawianiem zasobów leśnych i głównie pilnowaniem lasu przed rozkradaniem. Prawie przez okrągły rok pracowali w lesie okoliczni mieszkańcy, otrzymując wynagrodzenie w drewnie, rzadziej w gotówce. Chętnych do pracy nie brakowało, zwłaszcza zimą, kiedy wywożono z lasu budulec do stacji kolejowej w Turzysku. Chłopi, Polacy i Ukraińcy, zabiegali na wszelkie sposoby, by ich zatrudnić, nawet za marne wynagrodzenie. Wielu rodzinom doskwierała bieda, brakowało chleba, zwłaszcza na przednówku. Biedni zapożyczali się u bogatych i odrabiali dług w dwójnasób w czasie prac polowych, młocki czy przy doglądaniu gospodarstwa. My w drugiej połowie lat trzydziestych nie mieliśmy powodu narzekać. Za zgromadzone w ciągu dwóch lat oszczędności dokupiliśmy trzy hektary urodzajnej ziemi, sprawiliśmy sobie radioodbiornik, zainstalowaliśmy piorunochron na wysokim sosnowym maszcie, kupiliśmy wiele rzeczy, o których dotychczas mogliśmy tylko marzyć. Wkrótce we wsi, jak grzyby po deszczu, zaczęły wyrastać maszty odgromników. Do ich instalowania zmuszały przede wszystkim częste pożary, wywoływane piorunami, ale i przykład też działał zachęcająco. Dnia 1 września 1938 roku rozpocząłem naukę w miejscowej szkole drugiego stopnia. Szkoła w Radowiczach miała dwie izby i nauka odbywała się na zmiany w zatłoczonych, łączonych klasach. Wiele dzieci, w tym i ja, musiało w obie strony przemierzać co dzień po dziesięć i więcej kilometrów, nieraz w słotę, ulewny deszcz, zawieje i tęgi mróz. Gdy głęboki śnieg pokrył okolicę, pokonanie tej drogi dla wielu młodszych uczniów okazywało się niemożliwe. Siedziałem wtedy w domu zasypanym śniegiem. Uczyłem się sam, czytając „Kurier Warszawski”, który przychodził do gajówki z kilkudniowym opóźnieniem. Dużym przeżyciem były dla mnie uroczystości kościelne w Turzysku. Najbardziej utkwiło mi w pamięci Boże Ciało w 1939 roku, połączone z przekazaniem wojsku karabinów maszynowych, zakupionych ze składek społeczeństwa. Mistrzem ceremonii był wójt, Ukrainiec, który pod palącym słońcem, w butach z długimi cholewami, biegał po boisku strasznie zaaferowany, wycierając co chwilę pot z twarzy i karku. Witał gości w czarnych garniturach czytając z kartki. Ktoś z oficjeli wygłosił patriotyczne przemówienie, dziękując gminie za ofiarność. Ksiądz pokropił karabiny maszynowe i wszyscy ruszyli procesją na trasę czterech ołtarzy. Przy każdym z nich kompania kowelskiego 50. pp im. Francesco Nullo oddała karabinową salwę, wywołując u zebranych dreszcz patriotycznego uniesienia. Była to najpiękniejsza i ostatnia uroczystość w polskim Turzysku. W niespełna trzy miesiące kraj ogarnęła wojenna pożoga i bezsilna rozpacz, a niebawem do miasteczka, jak na całe Kresy, przyszła nowa „władza” – czerwona okupacja. Inną atrakcją, ale tylko w maju, były urokliwe majówki – nabożeństwa przy przydrożnym krzyżu, czyli figurze świętej, jak to się wówczas mówiło. Odbywały się one przez cały miesiąc, co dzień późnym popołudniem, a kończyły o zmroku. Prowadził je z niemałą rutyną szanowany we wsi rolnik, Antoni Molenda, były alumn, któremu swego czasu zawróciła głowę późniejsza żona. I tak już zostało, chociaż rodzina, zwłaszcza rodzice, długo nie mogli pogodzić się z „dezercją” syna. Na majówkę przychodziło wiele wystrojonych, urodziwych dziewcząt, wzbudzających zachwyt równie wyelegantowanych kawalerów. Mnie, ośmiolatkowi, najbardziej podobała się już pełnoletnia Adela Rakowska, blondyna o dużych niebieskich oczach i długich, grubych warkoczach, no i oczywiście moja sąsiadka, szkolna koleżanka Irenka, stryjeczna siostra Adeli. W 1939 roku, w miejsce spróchniałego krzyża, Wincenty Szewczyk, miejscowy murarz, postawił żelbetową figurę z wnęką na wizerunek Matki Boskiej i flakony z kwiatami. Jako niemy świadek okupacyjnej apokalipsy stoi ona do dzisiaj w otoczeniu wysokich i grubych akacji. 24 czerwca odbyło się uroczyste zakończenie roku szkolnego. W dwóch salach zebrali się uczniowie sześciu klas, Polacy i Ukraińcy. Ścisk był okropny. Do klas kolejno przychodzili nauczyciele, by się pożegnać z uczniami: kierownik szkoły Jan Anioł, pani Maria Tokarska, ładna brunetka i Jan Kranz – młody, przystojny i bardzo lubiany przez uczniów i rodziców. Kranz pochodził z Poznańskiego i – jak większość początkujących wówczas nauczycieli – został skierowany do pracy na Kresach. Na uroczystość przyszedł w eleganckim oficerskim mundurze. Wyszywaną srebrem rogatywkę z dwiema gwiazdkami położył na stole. Czapka i mundur zauroczyły mnie – patrzyłem na nie, nie mogąc oderwać wzroku. Po krótkim przemówieniu kierownika szkoły rozdano nam świadectwa. Następnie kilku starszych uczniów deklamowało patriotyczne wiersze o prezydencie Ignacym Mościckim i marszałku Rydzu-Śmigłym, których portrety wisiały na przedniej ścianie. Siedziałem obok Waldka Bartoszewskiego, wesołka i pupila nauczycieli, syna Adolfa Bartoszewskiego, opiekuna miejscowego koła Związku Strzeleckiego. Waldek dowcipkował, chichotał, a mi było markotno. Pomagając rodzicom w gospodarstwie, myślami wracałem do wydarzeń minionego roku szkolnego, które wydawały mi się coraz milsze i coraz bardziej atrakcyjne w zestawieniu z szarą, znojną codziennością. Ponure były tamte wakacje. Ludzie z niepokojem wczytywali się w gazety, z drżeniem słuchali niepomyślnych radiowych wiadomości, przekazywanych następnie z ust do ust. Znajomy Ukrainiec, który często przychodził do nas, by posłuchać radia, powiedział: – Źle się dzieje, będzie wojna. Są tacy, co się cieszą, ale jeszcze i będą żałować. Sąsiadka Wasikowa, matka kilkorga dzieci, rozpowiadała po wsi, że widziała na niebie duży ognisty krzyż, co miało wróżyć wielki rozlew krwi, a więc wojnę. Tymczasem żniwa szły pełną parą. Wiedzeni trwożnymi przeczuciami ludzie pracowali spieszniej niż zwykle. W połowie sierpnia i u nas zbiory zbóż były ukończone. Znajomy Ukrainiec dużą młockarnią, napędzaną silnikiem spalinowym, w ciągu dnia wymłócił nam zboże. Ziarno bez zwłoki zostało odstawione furmankami do Brunsteina w Turzysku. 23 sierpnia ojciec otrzymał kartę mobilizacyjną. Dostali je również wujkowie Molenda i Stefanowicz oraz wielu innych mieszkańców Radowicz. Następnego dnia o świcie ojciec pożegnał się tylko z mamą, by nas z siostrą nie budzić i udał się pieszo do macierzystego 50. pułku piechoty w Kowlu. Teraz cały czas słuchaliśmy z mamą radia, przyjmując większość wiadomości jako niepomyślne. W ostatnich dniach sierpnia przyszedł list od ojca, z którego wynikało, że pułk jest w drodze na zachód. Odpisaliśmy wspólnie z mamą, życząc mu zdrowia i szybkiego powrotu. Listu tego ojciec nie otrzymał. Wiele lat później dowiedziałem się, że 27. Kowelska (wołyńska) Dywizja Piechoty, dowodzona przez gen. bryg. Juliusza Drapellę, w skład której wchodził między innymi 50. pułk piechoty, w ostatnich dniach sierpnia wyładowała się na stacji Ocypel i w tamtym rejonie zastała ją wojna. W toku przebijania się na południe poniosła 2 września ciężkie straty w starciu z korpusem pancernym Guderiana pod Świekatowem i Trutnowem, gdzie 56 pp został rozbity. Rozbitkowie, wśród których był i mój ojciec, przedarli się pod Świecie, skąd niektórym udało się przepłynąć Wisłę, a następnie forsownym marszem dotrzeć pod Toruń i dołączyć do głównych sił 27 Dywizji. Ojciec z resztkami swego pułku brał udział w ciężkich walkach pod Brześciem Kujawskim i nad Bzurą, gdzie po przegranej bitwie dostał się do niewoli. 1 września, w piątek, obudziłem się wcześniej niż zwykle. Zaniepokoiła mnie nieobecność mamy. Obiegłem obejście, ale nikogo nie spotkałem. Zbierało mi się na płacz, gdy spostrzegłem mamę idącą od dziadków. Wybiegłem naprzeciw. – Wojna! – powiedziała mama płacząc.

Fragment wspomnień Feliksa Budzisza opublikowanych pt. : "Łuny nad Wołyniem" Moje wojenne dzieciństwo, Tom 13 © Fundacja Moje Wojenne Dzieciństwo, 2004. Wyszukał i wstawił B.Szarwiło

 


Włamanie do serwisu

Strona odtworzona po ataku hakerskim. W przypadku dostrzeżenia braków i niespójności z poprzednią zawartością serwisu oraz w celu zgłoszenia ew. uwag prosimy o kontakt z nami.

Wołyń naszych przodków

wp8.jpg
Czytaj także

 

 

Rzeź Wołyńska

lud1.jpg

Szukaj w serwisie

Gościmy

Odwiedza nas 483 gości oraz 0 użytkowników.

Statystyki

Odsłon artykułów:
4961590