Ciągle wracam do tych wydarzeń z 16 lipca 1943 r., jak musieliśmy się wszyscy zgromadzić w szkole. To była ta słynna samoobrona, to był początek obrony. W szkole było bardzo dużo ludzi, także spoza Huty Stepańskiej. […] Byliśmy tam do 18 lipca, a potem wyszedł rozkaz, żeby się wycofać do Sarn, bliżej kolei, tam gdzie byli Niemcy. Został zorganizowany sposób ewakuacji. Szybko wróciliśmy do domu, każdy co mógł, to wziął. Tylko ja nie zdążyłam wejść na furmankę, bo postanowiłam jeszcze wrócić do domu po mój obrazek, który dostałam na I komunię. Biegłam za furmanką, ale było bardzo dużo ludzi. Bardzo dużo widziałam, biegnąc, za furmanką. Mama krzyczała i wyciągała ręce, żeby mnie wciągnąć na ten wóz, ale nie zdążyłam, bo straszny tłum był. Widziałam bardzo dużo pomordowanych. Pamiętam, że napadnięto na nas w trakcie tego wycofywania się. Jak słyszałam te krzyki i strzały banderowców: „Ura, ura, rezać Lachiw”, to ja ze strachu przeskoczyłam przez rów, bo zobaczyłam, że niektórzy uciekają do lasu. […] Tam zgubiłam but i ten obrazek. Uciekałam w sukieneczce, w której byłam przyjęta do I komunii, tylko przefarbowanej na niebiesko. […] Zobaczyłam wtedy kobietę z rozciętym brzuchem, nieżywą, przy niej dziecko siedziało, płakało. Widziałam też innych martwych ludzi. Gdy biegłam do lasu, zobaczyłam mojego wujka, brata ojca, który biegł z narzeczoną – złapała mnie za rękę i tak żeśmy szli dzień, noc i jeszcze dzień, aż do Sarn. […] Pamiętam, że jak wycofywaliśmy się z Huty tą trasą, to po bokach byli nasi partyzanci i osłaniali. […] Było tam wielu zgromadzonych uciekinierów. Rozeszła się wiadomość, że wszyscy z taboru zginęli. Byliśmy przekonani, że moi rodzice również. Z tych Sarn pod opieką ciotki i wujka dotarliśmy koleją do Równego, właziło się na wagony z węglem, które jechały z głębi Rosji do Niemiec.

[…] Ciotka z wujkiem chcieli wstąpić do partyzantki i nie wiedzieli, co ze mną zrobić. Ktoś podpowiedział, że starsze mał- żeństwo chce zająć się dzieckiem. […] Umyli mnie, wyszykowali i ciotka z wujkiem prowadzili mnie w Równem do tej rodziny. Całą drogę się modliłam, żeby się nie spodobać. A miałam warkocze do samego pasa, wyglądałam więc efektownie. To było starsze małżeństwo, podobałam się im, ale im zależało, żeby to był ktoś starszy, aby zajął się nimi, pomógł im. A ja miałam niecałe 10 lat. Ta pani się popłakała, wyposażyła mnie w jedzenie, jakieś tobołki i wróciliśmy. I wtedy się okazało, że przyszła wiadomość, że rodzice żyją i są w jakimś obozie w lesie. I ta osoba, która przywiozła tę wiadomość, zabierze mnie do nich. Z powrotem pojechaliśmy do Sarn. Tam czekała na mnie sąsiadka. Byłam mocno zdziwiona, dlaczego w lipcu jest ubrana w futro. Pamiętam, że jak mnie powitała, to otuliła mnie tym futrem. Dopiero potem się dowiedziałam, że jak się ucieka, to bierze się to, co ma się najcenniejszego. Jechaliśmy furmanką czy bryczką. Gdzieś w lesie było obozowisko, ale przy jakieś wsi. Ci wszyscy, którzy ocaleli, byli zagospodarowani przez te parę dni. Ojciec zaczął swoją działalność – reperował buty. Na cześć mojego przyjazdu ojciec upiekł barana. Po jakimś czasie przewieziono nas do Równego. To były jakieś opuszczone koszary, była segregacja, badanie. A pod koniec sierpnia wywieziono nas do Niemiec, do pracy. Nagranie zostało zrealizowane przez OBEP IPN Gdańsk (Piotr Szubarczyk), czas nagrania: 62 minuty.