Zofia Kowalczyk ma dzisiaj ponad 85 lat. Mieszka w kamienicy w centrum Rzeszowa. Ale serce i pamięć pozostały w maleńkiej kolonii Świętocin na Wołyniu. Tu pani Zofia urodziła się, spędzała szczęśliwe, beztroskie dzieciństwo. Stąd też w 1943 roku musiała wraz z rodziną uciekać przed oddziałami Ukraińskiej Powstańczej Armii, rugującymi Polaków z ich gospodarstw na dawnych kresach II Rzeczypospolitej.  Pani Zofia z sentymentem wspomina swoje dzieciństwo. Jej tato – Karol – był wojskowym. Mieli czterohektarowe gospodarstwo, świnie, krowy. Ojciec z wojska wyniósł zamiłowanie do koni, które hodował na zawody jeździeckie. W okolicy mieszkała liczna rodzina, gospodarująca na swoim. Każdy wzajemnie sobie pomagał. Wspólnie obchodziło się święta, maszerowało do oddalonych o kilkanaście kilometrów kościoła i cerkwi.  – Żyło nam się bardzo dobrze. Niczego nie brakowało, ani jedzenia, ani miłości w domu. Żyło się spokojnie  – wspomina Zofia Kowalczyk. Młodzi posługiwali się językiem polskim, w przeciwieństwie do starszych, którzy na co dzień używali ukraińskiego. W okolicy żyło też kilku Żydów, jeden miał sklep, inny woził naftę i cukierki. Wszyscy zginęli z rąk Ukraińców jeszcze przed rozpoczęciem rzezi na Polakach.   Pani Zofia wspomina, że obecności Niemców w okolicy w ogóle się nie odczuwało. Garnizony stały jedynie w miastach, we Włodzimierzu, Kowlu, Maciejowie. W teren praktycznie się nie zapuszczali. Bali się. We wsiach rządzili Ukraińcy, którzy po wkroczeniu hitlerowców przejęli faktyczną władzę administracyjną na tych terenach. Wojna jednak jeszcze jakby omijała okolicę. Najbardziej widocznym znakiem zawieruchy był los miejscowych Żydów, masakrowanych już od chwili wejścia Niemców. Pani Zofia do dzisiaj ma przed oczami widok ciał dwóch pięknych, młodych Żydówek. Podobno pochodziły z Warszawy, tu być może szukały schronienia. Gdy je rozpoznano, najpierw zgwałcono, potem bestialsko zabito.

   Dramat zaczął się w 1943 roku, gdy dowództwo Ukraińskiej Powstańczej Armii i ich polityczne ramię – Organizacja Ukraińskich Nacjonalistów – podjęły decyzję o zmuszeniu ludności polskiej do opuszczenia terytoriów mających w przyszłości wejść w skład samostijnej Ukrainy.

   Jednym z najbliższych sąsiadów był Ukrainiec o nazwisku Kasian.

   – Wspaniały człowiek. Bardzo nam zawsze pomagał, podobnie jak i inni sąsiedzi – wspomina pani Zofia. To jemu i jego synowi rodzina Kowalczyków zawdzięcza życie. Kobieta wspomina ten tragiczny, sierpniowy dzień – niedzielę. Wszyscy siedzieli w domu. Jedna z sąsiadek – Ukrainka Musórka poszła do oddalonego sklepu po zakupy.

   – W pewnej chwili wpada do domu i mówi „wasza Leonka nie żyje”. Mojej mamy siostra. Jej mąż w tym czasie był na robotach w Niemczech. Po jakimś czasie patrzymy, a w drzwiach pojawia się Leonka. Cała zakrwawiona, głowa cała w zakrzepniętej krwi. Jakby ktoś jej kapelusz nałożył – opowiada pani Zofia. Okazało się, że na drodze trafiła na banderowców, którzy przyszli z innych okolic. Na jej oczach zatłukli widłami jej dzieci: jedno miało 9 miesięcy, drugie trzy latka. Ona ocalała tylko dlatego, że straciła przytomność. Oprawcy myśleli, że nie żyje. Gdy oprzytomniała, przykryła ciała dzieci chustą. Oszalała ze strachu i bólu przesiedziała w pobliskich krzakach całą noc, by wreszcie ruszyć do Kowalczyków. Ojciec podjął decyzję, by uciekać do Maciejowa, najbliższego miasteczka, gdzie stacjonowali Niemcy.

   – Doszliśmy do lasu, a tam słychać było strzały. Tatuś powiedział, że teraz nie możemy iść. Poszliśmy do jednego znajomego Ukraińca. Siedzieliśmy u niego do nocy, ale bał się. Mówił, że i nas, i jego zabiją. Poszliśmy w krzaki, gdzie siedzieliśmy wiele godzin, potem znów wróciliśmy do domu.

 Schowali się w stodole, w ukrytym pomieszczeniu, gdzie ukrywano też przed rekwizycją świnię. Mama i troje dzieci. Ojciec ukrywał się w innym miejscu ze sztyletem w ręku. Mówił, że jak przyjdą ich mordować, to zdąży jeszcze położyć trupem ze dwóch bandytów. Słyszeli, jak po gospodarstwie chodzili banderowcy. Zabrali psa i kury, rozkradli wszystko, co było w domu, nawet piec był rozebrany.

  – Któregoś dnia do naszej kryjówki przyszedł, z narażeniem własnego życia, młody Wasyl od Kasiana i mówi do ojca: Karol, musicie uciekać, bo będą palić stodołę, spłoniecie żywcem. I tato znów powiedział: idziemy do Maciejowa.
– Wyszliśmy wieczorem, doszliśmy do lasu i całą noc szliśmy. Pod Maciejowem tata wyrzucił nóż, bo bał się, że Niemcy go zabiją, widząc uzbrojonego. W miasteczku przy kościele patrzymy, a tam tyle narodu! Ludzie pouciekali z sąsiednich wsi – mówi pani Zofia. Tam dostali coś ciepłego do jedzenia. Niemcy i miejscowi Polacy załatwiali prowiant i organizowali transport dla uciekinierów. Załadowano ich na węglarki i przewieziono co Chełma.

  – Dopiero za Bugiem poczuliśmy się bezpieczni. Też byli Ukraińcy, ale nie było mordów. (...)  – Z mojej rodziny mieszkającej na Wołyniu zginęło 26 osób – skrupulatnie wylicza pani Zofia. Tylko u najbliższej kuzynki matki zamordowali oboje dorosłych i czwórkę dzieci. Panią Zofię i jej rodzinę ocaliła ucieczka. Kobieta podkreśla jednak, że nie ma żalu do Ukraińców jako narodu. Ludzi nie powinno się oceniać według przekonań, czy narodowości, ale według czynów. Dla niej Ukrainiec ma twarz młodego Wasyla, chłopaka z sąsiedztwa, który ocalił jej życie. Po ucieczce nie miała nawet okazji mu podziękować. Pochłonęła go wojenna zawierucha, ślad po nim zaginął. Można tylko przypuszczać, że podzielił los tysięcy swych rówieśników, przymusowo wcielonych do sotni UPA lub Armii Czerwonej, spoczywających dziś gdzieś w bezimiennych mogiłach.

 

Fragment artykułu : " Przeżyłam rzeź wołyńską". Wyszukał i wstawił B.Szarwiło za: http://www.podkarpackahistoria.pl/2015/12/przezylam-rzez-wolynska/


Włamanie do serwisu

Strona odtworzona po ataku hakerskim. W przypadku dostrzeżenia braków i niespójności z poprzednią zawartością serwisu oraz w celu zgłoszenia ew. uwag prosimy o kontakt z nami.

Wołyń naszych przodków

wp11.jpg
Czytaj także

 

 

Rzeź Wołyńska

lud18.jpg

Szukaj w serwisie

Gościmy

Odwiedza nas 366 gości oraz 0 użytkowników.

Statystyki

Odsłon artykułów:
4961617