Głęboczyca znana także niekiedy jako Głęboczyce, to duża kolonia polska w gminie Olesk na Ziemi Włodzimierskiej na Wołyniu. Liczyła 70 gospodarstw w tym tylko cztery rodziny ukraińskie. Tradycyjnie rodziny polskie na Wołyniu, były wielopokoleniowe i wielodzietne, po temu w niektórych gospodarstwach żyło więcej niż jedna rodzina. Okres miedzywojenny to typowa wołyńska sielanka, ludzie żyli zgodnie i naprawdę szczęśliwie. Wszystko zmieniło się podczas demonicznej II wojny światowej. Oba bezwzględne totalitaryzmy: sowiecki i nazistowski b. szybko odmieniły serca spokojnej ludności ukraińskiej, która zatruta nadto przez nienawistną propagandę OUN – UPA, rzuciła się masowo mordować niewinną ludność polską na Kresach, a w tym i na Wołyniu. Niemal tradycyjnie zaczęło się od Żydów. Niemal wszystkie pogromy na Kresach, właściwie zawsze zaczynają się od pogromów ludności żydowskiej i tym razem było nie inaczej. Rzeźnikami byli Niemcy, a wydatnie wspierała ich w tych haniebnych mordach pomocnicza policja ukraińska. Po temu od 1942 r. wśród ludności polskiej w kolonii Głęboczyca, ukrywło się wielu Żydów. To kolejny dowód na poczciwość i ofiarność mieszkańców tej kolonii.

 Widziałem popa i procesję, słyszałem co śpiewali, a po czasie była ta rzeź diabelska

 Pan Dionizy Sobieraj: „Do 29 sierpnia 1943 roku z rodzicami i rodzeństwem mieszkałam we wsi Głęboczyce. Po zajęciu naszych terenów przez wojska radzieckie Ukraińcy pełnili u nich służbę jako policjanci oraz pracowali w urzędach. Po wejściu wojsk niemieckich Ukraińcy od razu służyli nowej władzy również jako policjanci. Od 1942 roku rozpoczęły się wywózki młodych Polaków na roboty do Niemiec. Do wywózek wyznaczała Polaków ukraińska policja. Z mojej rodziny został wywieziony mój brat Kazimierz.

Od 1943 roku zaczęły do nas docierać sygnały o  mordowaniu Polaków przez Ukraińców. Już od wiosny 1943 roku nie było możliwości opuszczenia naszej wsi, dokoła której były posterunki ukraińskie. W naszej wsi mieszkała kobieta o nazwisku Kicka, do której przychodził Ukrainiec, spoza Głęboczycy. Opowiadała, że przynosi jej ubrania z rabunków i morderstw w innych wsiach. W tym czasie przez naszą wieś przejeżdżali furmankami uzbrojeni Ukraińcy. Nie kryli się przy tym ze swymi zamiarami w stosunku do Polaków, śpiewając piosenkę, której treść pamiętam do dziś: â€˜Wyrezali my Żydów, Wyreżemy i Lachiw, od małego do starogo. Nie ostaniś ni odnogo’

W tym miejscu chciałbym także dodać, iż przypominam sobie, że w tym okresie Ukraińcy w pobliżu wsi Turyczany obok drogi prowadzącej do Głęboczycy usypali z ziemi kopiec i zatknęli krzyż prawosławny. Było to latem 1943 roku. Wtedy z kolegami ukradkiem zbliżyłem się do tego miejsca. Widziałem procesję ze sztandarami, szedł tam też pop ubrany w szaty liturgiczne. W czasie tej procesji Ukraińcy najpierw śpiewali pieśni cerkiewne, a następnie tę piosenkę, której treść wyżej zacytowałem.

Po zobaczeniu tej procesji uciekłem stamtąd i więcej już tam nie chodziłem. 22 sierpnia 1943 roku na polecenie Ukraińców mój ojciec wyjechał furmanką. Oprócz niego wyjechali także Winiarski, Małecki i Iwański. Wszyscy zostali zamordowani. Następnej niedzieli 29 sierpnia 1943 r. wcześnie rano pędziłem krowy na pastwisko. Tylko zdążyłem wyjść z podwórka, a tu jakiś mężczyzna w pobliżu ogrodu krzyknął â€˜Bulbowcy mordują’. Wtedy zauważyłem idących rzędem Ukraińców.

Wówczas szybko wróciłem i poinformowałem mamę i rodzeństwo. Kiedy uciekaliśmy zauważyłem, jak jakiś Ukrainiec uderzył babcię Franciszkę Kazańską ostrzem siekiery. Nie zatrzymując się, uciekałem dalej. Resztę mojej rodziny dogoniłem na skraju wsi. Tam już było dużo ludzi. Wszyscy uciekaliśmy na łąkę. Wkrótce jednak zobaczyliśmy na drodze uzbrojonych Ukraińców. Wtedy prawie cały tłum cofnął się w stronę zabudowań. Nasza rodzina schroniła się w rowie i nim przesuwała się stronę drogi, pozostali zaatakowani zostali przez Ukrainców na koniach. Nie widzieliśmy masakry, ale słychać było przeraźliwe krzyki. Nam udało się szczęśliwie dotrzeć do krzaków. Po jakimś czasie doszliśmy do rzeki Turii, skąd blisko było do domu mamy siostry. Razem z Kubickimi dotarliśmy do Włodzimierza.” [16]

Zatem już od 1943 r. policjanci ukraińscy nękali ludność polską nocnymi rewizjami w poszukiwaniu broni i przechowywanych Żydów. W marcu 1943 r. nacjonaliści ukraińscy zamordowali leśniczego Jana Chodorowskiego. [1]

Pani Lucyna Szubert wspomina: „W naszej wsi i najbliższych okolicach już od pierwszych dni 1943 r. zaczęły się nasilać represje i aresztowania. Mężczyźni i starsza młodzież ukrywali się w zakamarkach zabudowań, piwnicach, na polach, lub w lesie. Aresztowania i rewizje miały miejsce co dnia, bywały i nocami. Zakazane było poruszanie się pomiędzy wsiami. Nie mogliśmy odwiedzać się wzajemnie, kontaktować z ludźmi z innych osiedli”. [3] A pan Jan Winiarski z Głęboczycy napisał po wojnie: „Widziałem nagminne szykanowanie ludności polskiej, szukanie broni, wywożenie młodzieży do Niemiec, mordowanie Żydów”. [4]

 

Miał połamane ręce i nogi oraz wydłubane oczy

 

Pani Konstancja Szczepańska pisze: „Pierwsze represje i mordy  w naszej wsi Głęboczyce rozpoczęły się wczesną wiosną  1943 r. po rozbrojeniu załogi niemieckiej przez bandę UPA i spaleniu dworu dziedzica Krzyżanowskiego. Sam dziedzic wyjechał ze swojego majątku, około roku wcześniej. Po tym napadzie nasiliły się rewizje i represje w stosunku do ludności polskiej. Mój mąż Władysław chodząc często po lesie, znajdował zakopane ciała pomordowanych Polaków. Powiadamiał rodziny. Pewnego dnia znalazł zmasakrowane ciało chłopca z naszej wsi Tadeusza Iwańskiego, aresztowanego kilka dni wcześniej. Miał połamane ręce i nogi, wydłubane oczy. Pogrzeb po wcześniejszym  zezwoleniu urządziła mu matka” [5]

Tak oto na oczach zastraszanej, prostej, bezbronnej ludności, drogą przez Głęboczycę nacjonaliści ukraińscy zwozili zwabionych, uprowadzonych, schwytanch, co mężniejszych na kolonii i w całej okolicy Polaków, po czym w pobliskim lesie i na gliniankach mordowali skrytobójczo, stosując b. często okrutne tortury.

Pani Lucyna Szubert: „15 sierpnia 1943 r. przyszło do nas czterech uzbrojonych w karabiny upowców. Wyznaczyli ojca na podwodę. W tym samym dniu razem wyjechali do lasu: ojciec Stanisław Sobieraj, Grela Adam, Wieniarski Michał, Iwański Adam i Lipert. Na każdym wozie siedziało po kilku Ukraińców z bronią. Dowiedzieliśmy się potem, że furmani zaraz po wyjeździe ze wsi zostali związani i już do domów nie powrócili. Zamordowano ich w okolicach staweckiego lasu. W tym czasie jawnie, nie kryjąc się z zamiarami, śpiewali piosenkę: â€˜Polaków wyriżem, Ukrainu zbudujem’.” [6]

Pani Konstancja Szczepańska: „Tuż przed samym dniem 29 sierpnia 1943 r., można było zauważyć dziwne zachowanie się Ukraińców w stosunku do ludności polskiej. Omijali oni znajomych, nie chcieli rozmawiać, wcześniej tego nie było” [7]

   

Mama zaczęła krzyczeć i przestała, gdy ojczym uderzył ją siekierą w głowę, co widziałem

 

29 sierpnia 1943 r. zbrojna grupa Ukraińskiej Powstańczej Armii (UPA), wspierana przez chłopów ukraińskich z sąsiednich wsi, dokonała napadu na kolonię Głęboczyca, podczas którego zginęło około 250 Polaków. Po otoczeniu wsi, tak by nikt nie mógł uciec z masakry, przystąpiono do mordowania, głównie siekierami, widłami, szpadlami, kijami. Nad ofiarami jak zwykle zresztą znęcano się diabelsko, ucinając ręce, nogi, język itp. Co do przebiegu masakry relacje świadków są na ogół zgodne. Atak nastąpił o świcie nad ranem, około 4.00. Na dworze było jeszcze szaro. Większość mieszkańców Głęboczycy została zaskoczona w śnie.Inni zaalarmowani strzałami i przeraźliwymi krzykami tych, którzy już byli mordowani pośpiesznie opuszczali domy i uciekali.

Wspomina Eugeniusz Sobieraj mieszkaniec Głoboczycy: „W niedzielę 29 sierpnia 1943 r. rano, kiedy słońce jeszcze nie wzeszło, mój ojciec Antoni obudził mnie pośpiesznie. Wybiegliśmy na podwórko i usłyszeliśmy rzadkie strzały na naszej kolonii. Z jednego kierunku dobiegł nas krzyk kobiety: ‘O Jezu, Jezu!’ i zaraz zamilkł, z innej strony rozległ się śmiertelny jęk żeńskiego głosu: ‘Jezus, Maria, ratuj!’ i natychmiast ucichł. U Jana Zamrzyckiego słyszałem niesamowity, głośny pisk i krzyk dzieci, który za chwilę także zamilkł.

Wtedy mój ojciec Antoni, matka Ewa, siostra Regina, brat Lucek oraz stryj Marceli z żoną i dwojgiem dzieci zrozumieliśmy, że upowcy mordują Polaków i zaczęliśmy uciekać w kierunku Jagodna. Stryj Marcel przypomniał sobie, że ma zakopany karabin pod gruszą. Więc on, ojciec i ja wróciliśmy, żeby wziąć tę broń. Ale do gruszy nie doszliśmy, ponieważ byli już tam Ukraińcy. Wróciliśmy biegiem do mamy i reszty rodziny. Zobaczyliśmy ich wszystkich pomordowanych w rowie. Mama i stryjenka Marcelowa były przebite widłami w brzuchy, jeszcze się ruszały. Dzieci tak samo zakłute, mocno zbroczone krwią, były już martwe.

Na moment przystanęliśmy przy nich ale widzieliśmy, że nic im nie pomożemy. A tu za nami pędził banderowiec na koniu. Zaczęliśmy uciekać w kierunku gospodarstwa diaka na Jagodnem. Stryjek Marcel odłączył się od nas i pobiegł na grzęzawisko, które było niedaleko. Od tamtej pory nigdy go nie widziałem. Ja z ojcem wpadliśmy na drogę, która była ogrodzona łozowym płotem od gospodarstwa diaka, aż do łąki, na której zostało zamordowane moje rodzeństwo. Gdy Ukrainiec na koniu nas dogonił, ja automatycznie przeskoczyłem przez łozowy płot do sadu, oglądając się, co dzieje się z tatą. Jeździec pędząc na koniu uderzył ojca grubym kijem lub siekierą, ponowił ciosy kilka razy, ojciec upadł. Leżącego bandyta uderzył jeszcze kilka razy, potem ruszył w moim kierunku. Byliśmy w sadzie, nie mógł mnie dogonić. Przebiegłem przez drogę i wlazłem w kopę zboża. Straciłem świadomość. Gdy się obudziłem była noc. Widocznie dostałem wtedy ataku padaczki, która mnie prześladuje do dziś”. [8]

Młody chłopak tak zapamiętał te wydarzenia: „Tej nocy spałem w kuchni, a mama z moim ojczymem Ogniewczukiem w sypialni. Obudziłem się rano i słyszałem, że ojczym wstał i wyszedł na dwór. Popatrzyłem przez okno i zobaczyłem iż bierze siekierę, która była przy pieńku na podwórzu i wraca z nią do mieszkania. Wtedy otworzyłem okno i wyskoczyłem na zewnątrz. Chwilę zatrzymałem się przy oknie pokoju. Wtem mama zaczęła krzyczeć i zaraz przestała, gdy ojczym uderzył ją siekierą w głowę, co widziałem. Wtedy ten człowiek wyskoczył z chaty i zaczął mnie gonić ale ja mając 14 lat byłem młody i uciekłem.

Ten Ogniewczuk wydawał wyroki śmierci na Żydów, Cyganów, a później Polaków. Każdego skazanego przywozili naszym traktorem do glinianki nad Turią, położonej za obejściem Grelii i tam go zabijali. Widział to mój wujek Ulański, który mieszkał po drugiej stronie rzeki. Za rzeką Turią na przeciwko Grzesiaka mieszkał Ukrainiec Trochim, którego Polak bardzo lubił. W dzień napadu Grzesiak i jego żona, zbiegli do ich sąsiada Trochima, ten zamiast ukryć polskie małżeństwo albo sam je zamordował, albo wydał je oprawcom” [9]

 

Krzyczał do dziecka: czy nie wiesz gdzie dzisiaj jest twoje miejsce

 

Niektórzy mieszkańcy Głęboczycy uniknęli śmierci, gdyż nie nocowali tego dnia w swoich domach. Wspomina pani Lucyna Szubert zamieszkała obecnie w Koszalinie: „Tę noc cała nasza rodzina spędziła w konopiach. Zbudził nas krzyk sąsiadki Adamkowej: â€˜Uciekajcie bo wszystkich mordują’. Było nas pięcioro i mama. Zerwaliśmy się do ucieczki. Pobiegliśmy do sąsiada Ukraińca w b. podeszłym wieku. Ten chwycił widły i wypędził nas z podwórka. Wtedy popędziliśmy do lasu. Po drodze spotkaliśmy dużą grupę ludzi uciekających w tym samym kierunku. Pod lasem moja mama zatrzymała nas na chwilę i skierowała wzdłuż skraju zarośli. Spotkani ludzie pobiegli w głąb lasu, a za nimi ruszyli upowcy. Dopędzili biedaków i mordowali siekierami, bo strzałów nie było słychać. My zaś ile tchu i sił biegliśmy brzegiem lasu w kierunku wsi Orlechówka, tam spotkaliśmy jadące wozy z Niemcami, którzy wybrali się po żywność. Wraz z nimi dotarliśmy do Włodzimierza”. [10]

Pani Ograbek Katarzyna: „Noc z 28 na 29 sierpnia 1943 r. była bardzo niespokojna. W oddali słychać było rżenie koni, wycie psów i odgłosy strzałów. Wyszłam z mężem na podwórko. Ojciec, mama, siostra i brat zostali w domu. Ja i mąż nie wróciliśmy do mieszkania. Ukryliśmy się na strychu w oborze. Nad ranem usłyszeliśmy hałas na podwórku, krzyki mojej rodziny i głośne rozmowy Ukraińców. Chciałam zejść i zobaczyć, co się dzieje ale mój mąż mi nie pozwolił.

Po około 10 minutach wszystko ucichło, na podwórku zrobiło się spokojnie. Dlatego postanowiłam zobaczyć co się stało. Gdy wyszłam na dwór, zauważyłam kilku Ukraińców w obejściu u sąsiada, który właśnie wyprowadzał konia. Jeden z banderowców spłoszył zwierzę a potem uderzył gospodarza jakimś ostrym narzędziem tak, że jego głowa potoczyła się po ziemi. Gdy to zobaczyłam wpadłam do domu, aby ostrzec swoją rodzinę. Jednak było już za późno! Całe mieszkanie pokryły kałuże krwi. Mój ojciec Jan Krakowiak leżał w progu przebity bagnetem, mama Karolina Krakowiak rozciągnęła się na łóżku zalana krwią, z drugiego pokoju dochodziły jęki siostry.

Przestraszona uciekłam stamtąd, wróciłam do męża i o tym wszystkim opowiedziałam. Gdy mąż to usłyszał, wyrwał słomę z dachu, tak abyśmy mogli obserwować, co się dzieje. Za kilka minut tamci znów wrócili na nasze podwórko. Wtedy poznałam jednego z nich. Był to nasz sąsiad Wołodia Tarasiuk oraz inni z sąsiednich wsi. Grupa ta wykopała dół pod progiem naszego domu, a potem zniosła zwłoki moich rodziców i ośmioletniego brata Stefana Krakowiaka  i wrzuciła do tego dołu. W trakcie tego wyszła z domu moja siostra Ania lat 11. Usiadła na drzewie i patrzyła, co robią Ukraińcy z naszymi bliskimi, bardzo płacząc. Nagle przyjechał banderowiec na koniu i zaczął krzyczeć na pracujących, dlaczego tutaj jeszcze nie skończyli, że dawno powinni być w następnej zagrodzie.

Potem zauważył moją siostrę Anię, zsiadł z konia i zaczął na nią wrzeszczeć i spytał: ‘Czy nie wiesz gdzie dzisiaj jest twoje miejsce’, potem złapał ją za włosy, doprowadził do domu i kazał położyć się na ciałach naszych rodziców, ale nie chciała. Wtedy uderzył ją szpadlem w głowę, zachwiała się i wpadła do dołu, ale jeszcze żyła. Oni jednak zasypali dół.

Gdy skończyli, poszli do następnej zagrody naszych sąsiadów Sławskich. Widziałam jak zakopali osiem pomordowanych osób. W pewnym momencie jeden z oprawców złapał małe dziecko za nóżki i uderzył głową o słup, a potem wrzucił do dołu. Zostaliśmy w oborze jeszcze na noc, bo baliśmy się, że kiedy wyjdziemy z ukrycia, złapią nas i zabiją. W dniu 30 sierpnia ukraińscy oprawcy wrócili do Głęboczycy, aby ograbić domy, w których wymordowali wcześniej Polaków. Na drabiniaste wozy, zaprzężone w cztery konie, ładowali wszystko, co miało jakąkolwiek wartość: ubrania, pościel, meble i inne sprzęty domowe. Zabrali także bydło, konie i inny inwentarz.Gdy odjechali, uciekliśmy w nocy 30 sierpnia. Początkowo ukrywaliśmy się w grobowcu na cmentarzu. Na drugi dzień przedostaliśmy się do Maciejowa, a potem do Chełma”. [11]

 Ukraińcy dopędzili je i zarąbali na moich oczach

 Lucjan Metrzelski po wojnie mieszkający w Przemyślu wspomina: „Za Polski przedwrześniowej mieszkałem wraz z rodzicami i rodzeństwem we wsi Głęboczyce. Ojciec posiadał średnie gospodarstwo rolne. Nadeszła okupacja hitlerowska, a wraz z nią szerzący się nacjonalizm ukraiński. Powstały bandy UPA głoszące śmierć ludności polskiej na tych terenach.Nad ranem 1 września 1943 r. we wsi Głęboczyce wszystkie zabudowania polskie zostały otoczone przez miejscowych rezunów, uzbrojonych w siekiery i widły. Zaskoczeni Polacy zaczęli uciekać. Ale napastnicy dopadali ich i zarąbywali. Ja miałem wtedy 15 lat. W zamieszaniu wyskoczyłem z domu. Za mną podążyły dwie moje siostry. Ukraińcy dopędzili je i zarąbali na moich oczach. W domu zginęli rodzice i pozostałe rodzeństwo, to znaczy: Metrzelski Stanisław lat 53, Metrzelska Helena lat 43, Metrzelska Zofia lat 18, Metrzelska Helena lat 16, Metrzelska Marcela lat 7, Metrzelska  Krystyna lat 4, Metrzelska Henryka lat 2, Metrzelski Hieronim lat 6.

Ja uciekłem w pole z najbliższym sąsiadem Janem Mamotem. Za nim biegł też jego syn Marian, dopadli biedaka i zabili. Z rodziny Mamota banderowcy zamordowali: Mamot Franciszka lat 40, Mamot Bronisława lat 6, Mamot Helena lat 3, Mamot Marian lat 9, Mamot Władysława           lat 14.

Władysław Siemaszko i Ewa Siemaszko w monumentalnym dziele: „Ludobójstwo dokonane przez nacjonalistów uraińskich na ludności polskiej Wołynia 1939 – 1945” przy tej miejscowości podają, że ustalono nazwiska 199 osób, Polaków zamordowanych 29 sierpnia 1943 r. i w kilku dniach następnych. Dalej przytaczają wszystkie te osoby z imienia i nazwiska w układzie alfabetycznym.

Na koniec warto jeszcze dodać, że b. duża liczba Ukraińców brała czynny udział w ludobójstwie na Polakach. Napad na Głęboczycę był częścią większej akcji UPA na zachodzie Wołynia. Tego samego dnia wymordowano inne pobliskie miejscowości polskie. Niestety wydaje się, że większość Ukraińców popierała to demoniczne, wołyńskie ludobójstwo, choć zdarzały się i chlubne wyjątki, gdy dwoje dzieci, chłopiec lat 6 i dziewczynka lat 2, zostały dobrodusznie uratowane przez sprawiedliwego Ukraińca Aleksandra Kuszneruka i w 1944 r.  przekazane do PCK w Chełmie Lubelskim. [2]

Po dziś dzień nic niewiadomo, by na terenie dawnej polskiej kolonii Głęboczyca, przeprowadzono ekshumację kości męczenników Wołynia i Kresów. A przecież nie trzeba wydaje się nikomu tłumaczyć dlaczego jest to wciąż niespełnionym obowiązkiem państwa polskiego oraz Kościoła katolickiego, którego wierni Owi nie zostali godnie pochowani, po dziś dzień, choć od zbrodni ludobójstwa upłynęło już de facto 74 lata.

Powższe opracowanie to fragment Pracy Magisterskiej autora bloga S.T. Roch, napisanej pod kierunkiem Prof. dr hab. Mieczysława Tanty, obronionej 9 maja 1997 r. w IH UW, zatytułowanej: „Zbrodnie nacjonalistów ukraińskich popełnione na Polakach w powiecie Włodzimierz Wołyński w latach 1939 – 1944”


Włamanie do serwisu

Strona odtworzona po ataku hakerskim. W przypadku dostrzeżenia braków i niespójności z poprzednią zawartością serwisu oraz w celu zgłoszenia ew. uwag prosimy o kontakt z nami.

Wołyń naszych przodków

wp5.jpg
Czytaj także

 

 

Rzeź Wołyńska

lud1.jpg

Szukaj w serwisie

Gościmy

Odwiedza nas 454 gości oraz 0 użytkowników.

Statystyki

Odsłon artykułów:
4961600