Urodziłem się 29.07.1930 r. w Siomakach, chociaż rodzice, tak przypuszczam, mieszkali już w Rudni, w gajówce. Urodziłem się w Siomakach pod opieką matki leśniczego, która odebrała poród. Stosunki polsko-ukraińskie były b. dobre. Matka, prosta kobieta, często udzielała porad lekarskich ludności tubylczej (zioła, opatrunki, porady). Ojca szanowali, gdyż nigdy nie odmówił pomocy w potrzebie. Chyba dlatego obronili naszą rodzinę od wywózki na Sybir. Podobno w ludobójstwie nie brali udziału mieszkańcy Rudni ani Siomak chociaż tego potwierdzić nie mogę. (...) Wreszcie sierpień 1943 r. – docierają wieści o masowych morderstwach. W ostatnim dniu sierpnia jakaś kobieta, spokrewniona z rodziną w Siomakach, ostrzega i poleca ucieczkę do większych miast, informuje o masowych morderstwach. Moi rodzice z ostatniego sierpnia na 1-szy września czuwają całą noc, są zdecydowani opuścić Siomaki i wyjechać do Maciejowa lub Kowla, wszystko spakowane. Śpimy w odzieży. Matka czuwa rano. Śpię z bratem na jednym łóżku i nagle głos matki „uciekajcie, gdzie kto może, koniec naszego życia”. Wybiegam boso, po drodze chwytam czapkę, która leżała na stole maszyny do szycia, bez chwili namysłu biegnę przez podwórko za stodołę,  skąd, sikając (przepraszam), widzę pochylone osoby biegnące do domu sąsiada Jana Kasperkiewicza. Podobno wyrąbano ich (sąsiadów) siekierami, gdyż zastano ich śpiących (rodzice i czworo dzieci). W bestialski sposób podobno zamordowano Wiktorię Wolską, żonę Antoniego (str. 363 [książki „Ludobójstwo dokonane przez nacjonalistów ukraińskich na ludności polskiej Wołynia 1939-1945” W. i E. Siemaszków]): po przybiciu do stołu szewskiego, wygarnięto jelita i tak zostawiono do skonania. Podobno też Niewiarowską dobili szpadlami „grabarze”. O tych i innych zdarzeniach informował Polaków w Maciejowie Ukrainiec, który był kierowcą samochodu do transportu drewna tartacznego. Informował, drżąc o własne życie. Nazwisko nie jest mi znane. Po nagłym alarmie matki w dniu 1.09.1943 r., godz. ok. 605-610 rano, będąc już za stodołą, słyszałem strzał karabinowy, natychmiast zacząłem biec w stronę lasu odległego ok. 800 m.

Gdy uleciałem około 50-100 m, słyszałem drugi strzał z posesji mojego miejsca zamieszkania, gdy ubiegłem około 200-250 m, zaczęto strzelać do mnie, początkowo co kilka sekund, a później bardzo często. Biegłem po zaoranym polu, widziałem, że pociski padały 4-5 m przede mną (podrzucana ziemia). Poranienie lewej ręki odczułem, aż mną targnęło. Spojrzałem na ranę, wyglądała jak przekrojona słonina z gęsto nakrapianą kroplami krwi, która zaczęła się łączyć w krwawą ociekającą posokę. Ten postrzał otrzymałem, gdy ubiegłem ok. 350-400 m. W prawą rękę, kiedy byłem ranny nie odczułem, dopiero w Kowlu niemiecki lekarz sprawdził moje całe ciało, czy nie mam innych zranień i ujawnił to, czego ja nie czułem.

Po przebiegnięciu 400-500 m zbiegłem w zaniżony obszar pola, gdzie już pociski mnie nie dosięgały i dalej dobiegłem do lasu, w którym dogonił mnie mężczyzna Polak [Bocheński?], ok. 25 lat z Siomak, żonaty z Ukrainką. Jego słowa to: „jesteś ranny?”. Szliśmy razem, on przodem, ja za nim – lasem, obierając kierunek Maciejowa. Gdzieś w pobliżu wsi Zaczernecze [gm. Maciejów], zagroda i pola otoczone lasem, [skąd] trzech mężczyzn woła nas, kiwając rękami, coś wołali – odległość ok. 300 m, idziemy w swoim kierunku, w pewnym momencie jeden z trzech zabiega nam drogę i wtedy ja przecinam drogę i uciekam w gąszcze leśne. Ów Polak ucieka drogą przed Ukraińcami – tak nastąpiło rozstanie: ja obrałem kierunek Kowla przez Śmidyń [gm. Maciejów], a mój towarzysz dotarł do Maciejowa. Ja, idąc bezdrożami wstąpiłem w Śmidynie do domu Emme, pani domu poczęstowała mnie chlebem z masłem i białą kawą. Ta kobieta była bardzo podenerwowana na mój widok. Pod piecem na ławie siedział mężczyzna, nie pamiętam czy był to senior, emerytowany gajowy, starszy przyjaciel mojego ojca czy też syn, nie pamiętam też kim była kobieta, ale chyba była to synowa Bronisława Emme. Podany chleb ugryzłem, jedyny kęs żułem, a połknąć nie mogłem. Postanowiłem iść dalej. Przy drzwiach stała roztrzęsiona w nerwach kobieta, nie chce mnie puścić, dopiero na drżący głos mężczyzny „puść go”, usunęła się od drzwi. Wyszedłem – podwórko, ogród i w pole – kierunek Kowel. Pani Emne mówiła, że są przygotowani do wyjazdu-ucieczki, ale już nie zdążyli, zostali wymordowani. Byłem chyba ostatnią osobą widzącą ich żywymi.

Przed Kowlem od strony zachodniej występują bagniska, które omija droga przez wieś, skąd dochodziły strzały z brani palnej. Podejrzewałem, że to Ukraińcy ostrzeliwują pociągi na linii Brześć–Kowel, bałem się tamtędy iść. Kuckiem siedziałem przy drzewie i krzaku na miedzy, na niewielkim wzgórku, poniżej orał mężczyzna w jednego konia i siarczyście klął, ale w języku rosyjskim (doskonale rozróżniałem wówczas rosyjski od ukraińskiego). Wiedziałem, że po inwazji niemieckiej w 1941 r. (22 czerwca) wielu żołnierzy sowieckich nie zdążyło uciec przed Niemcami i często przechowywali się w rodzinach ukraińskich. Nabrałem trochę odwagi i pytałem, jak ominąć wieś zagradzającą drogę do Kowla. Nie pytał o nic, widział dokładnie co jest, dał mnie wyczerpującą informację i dzięki niemu przez podmokłe bagniska dotarłem do Kowla.

Miasto Kowel leży na niewielkim piaszczystym wzniesieniu, wokół miasta są podmokłe bagna, dlatego też tory kolejowe na dużych odcinkach ułożone są na nasypach kolejowych. Taki nasyp jest też od strony zachodniej. Na tym nasypie na przejeździe kolejowym stał niemiecki żołnierz. Gdy doszedłem, spojrzał na mnie i kazał mnie szybko iść, pokazywał gestem ręki.

Tuż za nasypem kolejowym po prawej stronie drogi mieszkali moi chrzestni Helena i Feliks Kasperkiewicze, wywodzący się z Siomak, tu też trafiłem. Po krótkim lamencie i pytaniach, na które nie miałem odpowiedzi, słaby, na wpół przytomny z upływu krwi. Otrzymałem pierwszy opatrunek w postaci białej szmaty.

Zaraz chrzestna zabrała mnie pieszo na drugą stronę (wschodnią) Kowla do mojej ciotki (siostry matki) Józefy. Córki ciotki, Stefa i Włada, pracowały w koszarach niemieckich w Kowlu, miały też dostęp do przychodni lekarskiej niemieckiej, tam też zostałem doprowadzony, gdzie otrzymałem pierwszą pomoc (ok godz. 1230) – zastrzyk przeciwtężcowy (chyba) i pierwszy opatrunek. Niemiecki lekarz kazał mnie rozebrać do naga, szukając innych zranień i wtedy dopiero sam dowiedziałem się, że jestem ranny również w rękę prawą. Następnie tenże lekarz skierował mnie do szpitala w Kowlu, gdzie przeleżałem 2 i pół doby nieprzytomny. Gdy po kilku dniach zacząłem chodzić, widziałem się z Jadwigą Kasperkiewicz, córką Józefa – leżała na oddziale zakaźnym, która zmarła w 1945 r. w szpitalu psychiatrycznym w Chełmie.

Wróćmy do Siomak 1.09.1943 r. godz. 6. Ja uciekłem. Matka była w drzwiach przybudówki–wiatrołapu. Jak mówiła, widziała napastnika z karabinem, cofnęła się do mieszkania, była w koszuli i krótkim kożuchu, otworzyła właz do piwnicy pod podłogą kuchni, weszła i zatrzasnęła właz, ukryła się za beczkami.

Matka słyszała, jak jeden z bandytów kazał matki szukać, bo widział jak cofała się do domu. Jeden z Ukraińców wszedł do piwnicy, zapalał zapałki (tak opowiadała moja matka),  drzwi były pootwierane, był przewiew, zapałki gasły. Poszukujący Ukrainiec albo naprawdę matki nie widział, czy też nie chciał widzieć. Padło podejrzenie, że moja matka uciekła do komory, z komory na strych, a ze strychu do obory i do ogrodu (mieszkanie i obora pod jednym dachem). Banda morderców szybko dokonała rabunku i odeszli. Gdy nastąpiła cisza, matka wyszła z ukrycia, zobaczyła ojca leżącego przed domem na wznak, twarz i oczodoły były zalane krwią, przy trupie siedziały dwa nasze domowe pieski. Ciało brata leżało przy brzegu podwórka, matka odwróciła ciało brata, był martwy – gdzie był trafiony, matka nie umiała określić. Po tych oględzinach poszła do sadu, gdzie stały stogi późnego owsa, tam przesiedziała cały dzień, a nocą dotarła do Maciejowa.

W Kowlu mieszkał też Jankowski, syn Jankowskiego i żony Heleny (str. 362 [książki „Ludobójstwo dokonane przez nacjonalistów ukraińskich na ludności polskiej Wołynia 1939-1945” W. i E. Siemaszków]). Zaraz 2.09.1943 r. pojechał pociągiem z Kowla do Maciejowa, żywiąc nadzieję, że tam dotarli jego rodzice. Wiedział już, że jeden syn Janaczków i córka Józefa Kasperkiewicza dotarli do Kowla. Jankowski spotkał w Maciejowie moją matkę i powiedział o tym, że syn uratował się.

Matka moja przybyła do Kowla 2-go lub 3-go września 1943 r. i 3-go 09. przyszła ze swoją siostrą do mnie do szpitala. Musiałem wyglądać bardzo zmieniony, skoro matka doprowadzona do mojego legowiska w szpitalu w pierwszej chwili zaprzeczyła, że jestem jej synem, nie poznała.

Po miesięcznym pobycie w szpitalu, mieszkałem wraz z matką u ciotki Józefy Kosik w Kowlu, a pod koniec października pociągiem towarowym (w platformach, leżąc) dotarliśmy do Chełma

Fragment wspomnień które spisał : Janaczek Henryk .

Ze zbiorów E. Siemaszko wyszukał i wstawił B. Szarwiło


Włamanie do serwisu

Strona odtworzona po ataku hakerskim. W przypadku dostrzeżenia braków i niespójności z poprzednią zawartością serwisu oraz w celu zgłoszenia ew. uwag prosimy o kontakt z nami.

Wołyń naszych przodków

wp12.jpg
Czytaj także

 

 

Rzeź Wołyńska

lud4.jpg

Szukaj w serwisie

Gościmy

Odwiedza nas 590 gości oraz 0 użytkowników.

Statystyki

Odsłon artykułów:
4688108