Po wioskach bandy UPA zaczęły grasować coraz częściej. Na noc uciekałyśmy z domu, poniewierałyśmy się po zbożach-konopiach i przeróżnych zaroślach. Po takich nocnych okropnych męczarniach wracałyśmy do naszych mieszkań pod wielkim strachem, żeby się trochę pożywić i odpocząć. Niedaleki nasz sąsiad, Ukrainiec Iwan Szeremeta (wszyscy go nazywali Iwasyk) przyszedł do nas i oznajmił, że zrobił nam u siebie w stodole kryjówkę, w której możemy spać między owocami. Z tyłu od ogrodu wykombinował taką ruchomą deskę, że w każdej chwili można było ją uchylić i uciec. Był to bardzo dobry chłopak, taki niepozorny, mały jak na swój wiek. Między Ukraińcami udawał mało rozgarniętego, niby niczym się nie interesował, a w gruncie rzeczy łapał ich każde słowo i zdawał nam relację z tego, co się dzieje we wsi. To właśnie on pierwszy przyniósł nam wiadomość o tym, że bandyci szykują obławę na dzień 29 czerwca ( 1943 r. -red) i wszystkich „Lachów” mają wybić. Naradziliśmy się z naszymi biednymi Polakami z Koszowa, co robić, gdzie i jak uciekać, żeby nie wpaść w ręce zbirów. Kilka rodzin polskich zdążyło jeszcze wyjechać do Skurcza, a dalej do Horochowa, gdzie były już organizowane polskie placówki obronne. My nie miałyśmy czym uciekać, bo bandyci nam już wcześniej wóz i konie zabrali. Rano wyłaziłyśmy z naszej kryjówki, kolejno z odstępami, żeby nas nie zauważono i żeby nie zdradzić, że Ukraińcy nas przechowują w swojej zagrodzie. Wszystkie cenniejsze rzeczy: kożuchy, buty, pierzyny, poduszki, lepsze ubrania zakopałyśmy, ale jak się okazało, szkoda było naszego trudu. Któregoś ranka stwierdziłyśmy, że wszystko zostało odkopane i zrabowane. Pewnego dnia patrzymy, podjeżdża pod naszą chałupinę bryka, na której siedzi kilku uzbrojonych bandziorów. Po krótkiej naradzie jeden dryblas zeskoczył z bryczki i kieruje się z pistoletem w ręku w naszą stronę. Struchlałyśmy ze strachu. Zapędził nas grożąc pistoletem do mieszkania. Mamusia miała jeszcze tyle siły i odwagi, że odezwa- ła się do niego, ażeby pozwolił nam jeszcze pomodlić się przed śmiercią.

Uklękłyśmy i zaczęłyśmy głośno „Pod Twoją obronę”. Po zmówieniu pacierza moja siostrzyczka Relunia zaczęła głośno płakać i mówić do niego po ukraińsku: „za szczo choczete nas pobyty? Szczo my wam zrobyły?”. Ja też zaczęłam go błagać, patrząc mu prosto w oczy. Łzy jak groch spływały nam po policzkach. Jedna Janeczka tylko stała jak skamieniała, z jakimś zacięciem na twarzy i nic się nie odzywała. Kiedy skończyłyśmy się modlić, raptem łapa zaczęła mu się trząść i rewolwer wypadł mu z ręki. Podniósł broń i nagle zmienił się, jakby stał przed nami całkiem inny człowiek niż ten, którego widziałyśmy jeszcze przed chwilą. Po krótkiej chwili oświadczył – nie mogę was zabić… po czym ostrzegł, żebyśmy uciekały jak najprędzej, bo przyjdą inni i śmierć będzie nieunikniona. „Chętnie bym wam pomógł – oznajmił – a szczególnie tobie”, wskazał na mnie ręką. Po tych słowach szybko odwrócił się i nie oglądając się za siebie, opuścił mieszkanie. Czy to nie był cud? Na pewno tak!

Fragment wspomnień: Ucieczka z piekła – Irena Justyna z domu Bąk, Koszów, pow. łucki, woj. wołyńskie.  Źródło: Świadkowie mówią, oprac. Stanisław Biskupski, Warszawa 1996, s. 120–121\

Wyszukał i wstawił: B. Szarwiło

 


Włamanie do serwisu

Strona odtworzona po ataku hakerskim. W przypadku dostrzeżenia braków i niespójności z poprzednią zawartością serwisu oraz w celu zgłoszenia ew. uwag prosimy o kontakt z nami.

Wołyń naszych przodków

wp1.jpg
Czytaj także

 

 

Rzeź Wołyńska

lud8.jpg

Szukaj w serwisie

Gościmy

Odwiedza nas 520 gości oraz 0 użytkowników.

Statystyki

Odsłon artykułów:
4961578