W 1943 roku banderowcy zaczęli napadać na wszystkie wołyńskie wioski. Palili, grabili, mordowali. Na naszą Chiniówkę ( w pow. Zdołbunów- red)  napadli 5 czerwca (w Zieloną Sobotę) o godz. 3-ciej po południu . Ja z mężem i dwojgiem dzieci pojechaliśmy wcześniej do teściów we wsi Komaszówka w pow. Dubno, i dzięki temu pozostaliśmy przy życiu. Do Chiniówki już nigdy nie wróciliśmy. 
Mój wujek Piotr Wierzbicki mieszkał w Chiniówce pod lasem. Do niego pierwszego bandyci wpadli i zaraz wołali o pieniądze. Oddał im wszystko co miał, a na dodatek srebrny kieszonkowy zegarek. Wujenka miała duże złote kolczyki. Wyrwali je z uszu i kazali wujence położyć się na podłodze. Była u nich w tym czasie moja Matka. Wujenka powiedziała do Mamy: Kumo, te gady już nas zamordują.  Wtedy jeden ze zbirów uderzył ja kolbą w twarz, a gdy upadła, dostała jeszcze pięć pchnięć nożem. Moja Matka otrzymała osiem ciosów nożem, który przeszedł przez piersi na wylot. Wujek nie chciał położyć się na podłodze, więc banderowiec wbił mu nóż pod piersi, i pociągnąwszy ku dołowi rozpruł brzuch, i tak go pozostawiono. Mówiąc: Win i tak zdochne poszli dalej. W tej bandzie starsi wiekiem banderowcy mieli karabiny, a młodzi noże i siekiery. Młodszy syn wujostwa Wacław, próbował uciec; postrzelili go w nogę, a potem raz koło razu dźgali nożami. Starszy syn Marian widział bandytów w lesie i chciał rodziców uprzedzić, ale gdy przyszedł było już po wszystkim. Moja i jego matka jeszcze żyły, ale życie już w nich dogorywało, ojciec natomiast wył po prostu z bólu. To on opowiedział synowi o wszystkim ze szczegółami. Marian obwiązał ojca ręcznikami i wszystkie ciała pościągał do dołu po kartoflach, a sam uciekł do lasu. Bandyci buszowali jeszcze we wsi do północy. Skoro świt zaczęli ludzie wychodzić ze swoich kryjówek. Gdy zobaczyli tyle trupów i ogólne spustoszenie, podniósł się straszny lament. Wtórowały mu zwierzęta: wyły psy, rżały niespokojne konie, ryczały krowy tak, że słychać było te odgłosy na odległość 2 - 3 km. Gdy w sąsiednich wsiach: Daniłówce, Pasywie, Kudryniu i Budkach posłyszano je, ludzie już wiedzieli co się stało w Chiniówce i zaczęli uciekać.

Kto miał konie, to coś tam jeszcze ze sobą zabrał, przynajmniej najpotrzebniejsze rzeczy a przede wszystkim żywność. Ale ci, którzy koni nie mieli... Jedni uciekali do Szumska, inni do Mizocza lub Ostroga. Nie wszyscy jednak mieli szczęście dojechać, ponieważ banderowcy czyhali na nich na drogach; mienie rabowali a ludzi mordowali. Mój wujek zanim umarł, męczył się straszliwie aż do godziny 7-mej rano. Jego syn Marian uciekł z najmłodszym, 13-letnim bratem Jankiem do Mizocza, ale zginął tam później z rąk banderowców. Bo gdy nie było już Polaków we wioskach, banderowcy zaczęli napadać na miasteczka. Wyrządzono nam - Polakom wielką krzywdę. Zabrano ziemię i cały dorobek z dziada pradziada. Zatarto nawet ślady, że mieszkali tam Polacy. Ileż tam zostało studni zapełnionych polskimi dziećmi, ile kości pomordowanych ludzi tylko dlatego, że byli Polakami. A przecież tam była Polska, przed zaborami i po zaborach. (...) Od teściów z Komaszówki także trzeba było uciekać. Dnie jakoś się przeżyło, ale noce były czerwone i wieś spodziewała się napadu. Uratowała się dzięki małżeństwu Lewickich. Mąż był Polakiem a żona miejscową Niemką. Wyjechali oboje z Komaszówki do Dubna, gdzie ona pracowała u Niemców. Posłyszawszy rozmowę, że tej nocy planowany jest napad na Komaszówkę, Lewicka uprosiła swoich niemieckich pracodawców, by ratowali niewinnych ludzi i przyjechali w nocy do wsi. 
W Komaszówce młodzi dorośli mężczyźni pełnili straż na dworze, a w domach gromadziły się tylko kobiety z dziećmi i starcy. Niemcy spełnili prośbę Lewickiej, przyjechali i powiedzieli ludziom: Nie bójcie się, bo przyjedzie tu niebawem wojsko z Dubna. W tym czasie była we wsi ukraińska “rozwiedka”, która miała dać rakietą sygnał do napadu. Usłyszawszy, że przyjechali do wsi Niemcy, a wkrótce pojawi się wojsko, zabrali gospodarzowi dwa konie i pognali do lasu żeby bandę powstrzymać. Rano konie wróciły (z ukraińskiej wioski Obhów) białe od piany i rżały przestraszone, więc ludzie zaczęli przygotowywać się do ucieczki. Ci, którzy nie mieli własnych koni nic poza dziećmi nie zabrali, ratowali tylko życie. Wyjechali do Dubna, gdzie również nie mieli spokoju, ponieważ Niemcy urządzali łapanki i wywozili ludzi do przymusowej pracy w Rzeszy. My wyjechaliśmy do Galicji, do miasta Brody. Tamtejsi ludzie nie wierzyli, że na Wołyniu dzieją się takie straszne rzeczy. Mówili: U nas tego nie będzie, bo tu rodziny polskie pomieszane są z ukraińskimi. Ale niebawem i tam zaczęły się podobne mordy i pożary. W Brodach zamieszkaliśmy w pożydowskiej kamienicy w pobliżu kościoła. (....)  Jak już wspomniałam, uratowaliśmy się z mężem i dziećmi przed rzezią w 1943roku dzięki temu, że 5 czerwca (w Zieloną Sobotę) wybraliśmy się rano do teściów w pow. Dubno, a banderowcy napadli na naszą CHINIÓWKĘ o godz. 3-ciej popołudniu. Gdy wracaliśmy od teściów do domu, spotkaliśmy trzy osoby z sąsiedniej wioski, które nam powiedziały: Zawracajcie, bo Chiniówki już nie ma. Została spalona i dużo ludzi wymordowano. Więc zaraz zawróciliśmy, a ja po paru dniach pojechałam do Mizocza, gdzie schronili się ci, co się z Chiniówki uratowali. I dopiero od nich dowiedziałam się o wszystkim i kogo zamordowano.
To co zapamiętałam: 
- z drugiej rodziny Wierzbickich - Piotra, on Stanisław i 2 dzieci, 
- Władysława Wojciechowskiego z synem, 
- Stanisława Wysockiego porąbali siekierą, 
- całą rodzinę Hrynowieckich: [...] (sprostowanie z marca 2008r. Anety Kaczmarek na podstawie wywiadu ze swoim dziadkiem Ludwikiem Hranowickim (dawniej Hrynowiecki): Zamordowani zostali Władysław i dwoje dzieci: Wacław i Stasia, natomiast Franciszką z synem Ludwikiem uciekli, a Marysię przygarnęła Ukrainka, która podawała ją za swoją córkę).
- Adama Przewłockiego porąbali, 
- jego brata Józefa Przewłockiego z żoną i 3 dzieci, 
- Elizę Przewłocką torturowali, potem powiesili. 
Zamordowano dużo osób z rodzin Czechowskich
- Stanisława, jego syna, synów i 2 dzieci, 
- dwie jego rodzone córki, Leontynę i Bronisławę, które były żonami Ukraińców. Bronisława była żoną należącego do bandy Petra Przewłockiego, którego dziadek był Polakiem. Na koniec przywieziono ich do ukraińskiej wioski Mosty i tam mordowano. Ona zginęła, a on podobno odzyskał zdrowie i po wojnie dużo ludzi widziało go w Polsce (pod zmienionym nazwiskiem). 
- z drugiej rodziny Czechowskich, Janin i jej dzieci. 
Dużo też osób zginęło z rodziny Adaszyńskich
- Wiem, że zamordowana została Rozalia Adaszyńska (żona Romana) i jej 3 dzieci, także inni, ale nie wiem kto. 
- W rodzinie Szpakowskich zginęli: mąż, ż ona, syn i córka. 
Z rodziny Naumowiczów
- Zygfryd zastrzelony został przez Petra Przewłockiego; sama widziałam, jak prowadził Zygfryda pod karabinem koło mego domu do lasu. (Tam gdzie droga prowadziła do wsi Kudry). Potem usłyszałam strzały, a po kilku minutach Petro wracał już sam. Wstąpił do mego domu, poprosił o wodę do picia i zapytał po 
ukraińsku o męża: de czołowik? Znałam go dobrze, zawsze mówił po polsku, był nawet kilka razy u mnie w domu, a później stał się bandziorem. 
- Florian, s. Aurelego, 
- Mieczysław z żoną i dziećmi, oraz 
- Bolesław Jarmoliński (s. Pawła i Heleny). 
Dowiedziałam się wtedy od ludzi, że ciała wymienionych tu osób były porżnięte i porąbane siekierami. 
Chciałabym jeszcze dodać kilka informacji o członkach mojej rodziny, którzy zginęli z rąk banderowców. 
- Julian Lewicki z Komaszówki, pow. Dubno, ojciec mego ciotecznego brata, pojechał z kuzynem Józefem Markowskim po drzewo do lasu i ślad po nich zaginął. Ani koni, ani wozu, ani ludzi. Znaleziono tylko czapkę i chustkę do nosa. Marian Wierzbicki, (który był naocznym świadkiem konania w męczarniach swego ojca Piotra, Matki Franciszki i mojej Matki Rozalii Wierzbickiej) uciekł z Chiniówki, zabierając żonę, dwoje dzieci i najmłodszego brata, 13-letniego Janka. Wyjechał z nimi do Mizocza. Tu Janek Wierzbicki i jeszcze czworo innych dzieci, pognali za miasto krowy na pastwisko. Złapali ich banderowcy, przebili dzieciom nożami brzuchy, nanizali na kolczasty drut i owinęli wokół telegraficznego słupa. A na koniec podziobali jeszcze te biedne dzieci nożami. Konały w strasznej męce. 

 ( P/w to fragment wspomnień Anastazji Paszkowskiej)

 Mój Dziadek (prawdziwe imię Lucjan, w Polsce - Ludwik) w czasie napadu na Chiniówkę (twierdzi, że to było tydzień przed Zielonymi Świątkami) uratował się razem z Witoldem Czechowskim (jako 12 - letni chłopcy). Przed napaścią razem paśli krowy, kiedy zobaczyli banderowców, zapędzili krowy do obór. Ludwik pobiegł na pole ostrzec ojca Władysława, żeby nie wracał do domu, bo tam są banderowcy, ten jednak stwierdził, że nic nie zawinił i nie ma się czego bać. Po powrocie do domu Władysław został zamordowany razem z 10 letnią córką Stasią, a dom doszczętnie spalony. Brat dziadka Wacław został zabity rok wcześniej. Ludwik Hrynowiecki i Witold Czechowski, uciekli do lasu. Schronienie znaleźli u Ukraińca mieszkającego w Przymurówce, który nazywał się... (ze względu na bezpieczeństwo tej rodziny, dane zostały utajnione - admin). Tam byli jedną noc i musieli uciekać. Od lata 1943 roku, do lata 1944 roku Ludwik Hrynowiecki ukrywał się w bunkrze, który znajdował się pod górą. W sumie ukrywało się tam ok. 14 osób: Maria Hrynowiecka z synem Ludwikiem, Janina Kucharska (miała wtedy ok. 15 lat, jej rodzice i brat zostali zamordowani), Józefa Wojciechowska z dziećmi: Frankiem, Anielą i Ryśkiem i żona Mariana Wierzbickiego - Rozalia z dziećmi córką i synem Witkiem.

Fragment ze wspomnień Ludwika Hrynowieckiego - spisała  wnuczka Aneta Kaczmarek. Wyszukał i wstawił: B. Szarwiło , poprawił  również datę napadu z 1942 na 1943 za:

Za: http://wolyn.republika.pl/opisy/chiniowka-11.html


Włamanie do serwisu

Strona odtworzona po ataku hakerskim. W przypadku dostrzeżenia braków i niespójności z poprzednią zawartością serwisu oraz w celu zgłoszenia ew. uwag prosimy o kontakt z nami.

Wołyń naszych przodków

wp6.jpg
Czytaj także

 

 

Rzeź Wołyńska

lud4.jpg

Szukaj w serwisie

Gościmy

Odwiedza nas 616 gości oraz 0 użytkowników.

Statystyki

Odsłon artykułów:
4688123