W przeddzień pamiętnych wydarzeń z 30 sierpnia 1943 r. wśród mieszkańców wsi Wola Ostrowiecka krążyły nieprawdopodobne wieści o tym, że Ukraińcy zbierają się w swoich wioskach - Przekurce i Sokole, przygotowując się do wymordowania Polaków z Woli Ostrowieckiej i Ostrówek. Informacje te dotarły również do mojego ojca, Juliana Trusiuka, który wiosną 1943 r. przeniósł zabudowania wraz z domem mieszkalnym ze wsi Wola Ostrowiecka na kolonię w pobliżu Ostrówek, na wysokości cmentarza parafialnego odległego o około 400 metrów.  W niedzielę wieczorem do naszych zabudowań zaczęli przychodzić ludzie, w większości kobiety z dziećmi. Mężczyźni pozostali w Woli Ostrowieckiej, by w każdej chwili powiadomić nas o ewentualnym napadzie. Z chwilą ataku wszyscy znajdujący się w naszym gospodarstwie mieli jak najprędzej uciekać przez Ostrówki do Jagodzina. Odległość do wsi wynosiła około 1 kilometra, a teren porośnięty był krzakami, co miało stanowić osłonę dla ratujących się. Oprócz naszej rodziny, składającej się z sześciu osób (ojciec Julian Trusiuk, matka Stanisława, siostra Anastazja, młodszy brat Jan, babcia Marianna Waleczek i ja), schroniły się u nas rodziny: Jana Waleczka (jego żona Stanisława, córki: Maria i Eugenia, syn Henryk oraz bratowa mojej babci, Rozalia Waleczek), Józefa Waleczka (żona Marianna, córki: Maria i Katarzyna oraz syn Jan) i Jesionczaków (pięć osób dorosłych i ośmioro dzieci, w tym: Ewa Palec z domu Jesionczak i Hanna Jesionczak z domu Szwed z rocznym dzieckiem). Wszystkie te osoby w nocy z 29 na 30 sierpnia 1943 r. spały w naszej stodole. Za posłanie służyła im słoma rozścielona na klepisku. Czuwali tylko mężczyźni: mój ojciec Julian Trusiuk, Jan i Józef Waleczkowie. Natomiast Jan Palec był w Woli Ostrowieckiej. W chwili pojawienia się band ukraińskich miał nas o tym powiadomić. Podobnie na czatach we wsi był Julian Jesionczak. Noc minęła spokojnie. Skoro świt przybiegł Jan Palec z wiadomością, że Ukraińcy są już we wsi. Zaroiło się w stodole. Kobiety w pośpiechu zabierały rozespane dzieci i biegły w kierunku Ostrówek. Moje rodzeństwo i ja spaliśmy rozebrani.

Po przebudzeniu, w tłoku, szumie i pośpiechu, niełatwo było się ubrać. Gdy wreszcie wydostaliśmy się na zewnątrz, dostrzegliśmy maszerujących Ukraińców. Szli polną drogą od strony północno-wschodniej w szyku wojskowym. Słychać było odgłos kroków i brzęk oporządzenia. Nie rozmawiali. Było ich bardzo wielu. Wyraźnie można było zauważyć, że chcą okrążyć Ostrówki. Nie zdając sobie sprawy z niebezpieczeństwa, przedarłem się przez szpaler maszerujących Ukraińców. Ojciec widząc, gdzie jestem, kazał zawołać mnie. Słysząc głos siostry, przecisnąłem się między napastnikami i pobiegłem w kierunku domu.  Ojciec przeczuwając zamiary napastników, kazał nam uciekać. Sam biegł za nami w pewnej odległości, razem z rodziną Jana Waleczka. Zatrzymaliśmy się dopiero przy rowie oddzielającym pole gryki i łubinu od ścierniska. W tym miejscu wszyscy padliśmy. Za nami biegły dwie staruszki: Marianna Waleczek (moja babcia) i jej bratowa, Rozalia Waleczek. Niestety, nie zdążyły do nas dobiec. Zatrzymał ich Ukrainiec na białym koniu. Słyszeliśmy, jak wypytywał o nas. Groził także, że ich zabije. Nic nie powiedziały, więc zabrał je ze sobą i od tamtej pory nikt nie wie, gdzie się podziały. Być może, zostały utopione w pobliskich torfowiskach. Widząc, co stało się ze staruszkami, ojciec nakazał wszystkim nie ruszać się, nie podnosić głowy i nie rozmawiać. W tej niewygodnej pozycji leżeliśmy kilka godzin. Było nas dwanaście osób: nasza rodzina (ojciec, matka, siostra Anastazja, brat Jan i ja), rodzina Jana Waleczka (żona Stanisława, córki: Eugenia i Maria, syn Henryk) oraz Hanna Jesionczak (z domu Szwed) z malutkim dzieckiem, które bardzo płakało. Dorośli poprosili Hannę, by schowała się w kopie z żytem na polu, w przeciwnym razie głos dziecka zdradzi nasze miejsce ukrycia i wszyscy zginiemy. Tak też zrobiła. Kiedy dziecko łkało, zatykała mu buzię piersią. Leżeliśmy na ziemi. Przez jakiś czas panowała wokół cisza, jakby się nic nie działo. Widać było stado krów pasących się koło cmentarza. Niepokój mojej matki o swoją matkę, którą zabrał Ukrainiec, ciągle nie dawał jej spokoju. W tej złowieszczej ciszy postanowiła dowiedzieć się czegoś od ludzi pasących krowy. Wbrew sprzeciwom wszystkich wstała z ziemi, przeżegnała się, poprosiła Matkę Boską o pomoc i poszła. Po pewnym czasie wróciła całkowicie załamana psychicznie. Jak wynikało z jej relacji, kiedy zbliżyła się do stada, zauważyła, że pilnujący nie są mieszkańcami Ostrówek. Byli to Ukraińcy uzbrojeni w karabiny, siekiery i kije. Popatrzyli na moją matkę jak na obłąkaną - zapewne tak wyglądała ze strachu. Podeszła do jednego z nich i spytała: "Czy nie widzieliście naszych?" Ukraińcy popatrzyli jeden na drugiego i z uśmiechem odpowiedzieli: "Nie". Gdy to usłyszała, nogi ugięły się pod nią. Odwróciła się i pomału zaczęła iść w naszym kierunku, cały czas modląc się i  czekając na strzał w plecy. Jak się później okazało, ci sami Ukraińcy, idąc za krową, która poszła w zboże, natknęli się na ukrytego Józefa Szweda (mąż Agnieszki) z dwiema córkami (w wieku 10-15 lat) i zabili ich. Po powrocie mamy i wysłuchaniu jej opowieści postanowiliśmy nie wychodzić z ukrycia aż do wieczora. Leżeliśmy bez jedzenia i picia cały dzień. Nikt nie śmiał upomnieć się o cokolwiek. Koło południa Ukraińcy szukali w łubinie ukrytych ludzi. W tym czasie baliśmy się nawet oddychać, by nie zdradzić miejsca ukrycia. Szukający nie przypuszczali, że na brzegu zasiewów, gdzie zaczynało się ściernisko, może być ktoś ukryty. W pewnym momencie w Woli Ostrowieckiej rozległy się karabinowe strzały i wybuchy granatów. Po chwili zaczęła palić się wieś. Pożar wybuchł od strony zachodniej, w okolicy szkoły podstawowej. Widać było czarne kłęby dymu, a następnie wysoko sięgające płomienie. Ogień przesuwał się do centrum wsi. Widok ten budził grozę i strach. Następnie rozpoczęła się strzelanina w Ostrówkach. Trwała kilkanaście minut. Wyglądało na to, że toczy się walka. Słychać było bez przerwy strzały z broni maszynowej. Leżąc w zbożu, nie mieliśmy pojęcia, co działo się we wsiach. Domyślaliśmy się tylko, że na pewno mordują ludzi. Z daleka dostrzegliśmy Ukraińców biegnących przez pola w pojedynkę lub po dwóch. Uciekali z Ostrówek w kierunku Woli Ostrowieckiej. Nawet tych baliśmy się, bo mogli przypadkowo natrafić na nas. W pewnym momencie ktoś zatrzymał się obok i odezwał się po polsku: "Żyjecie?" Ojciec odwrócił głowę (wszyscy leżeliśmy twarzą do ziemi) i odpowiedział: "Żyjemy!" Był to przyjaciel ojca, Józef Szwed. Zaczął mówić z płaczem, że cała jego rodzina zginęła. Opowiadał o tragedii rozgrywającej się w Woli Ostrowieckiej. Pocieszył go mój ojciec, mówiąc, że obok nas schowana jest jego córka z dzieckiem. Nie trzeba było jej wołać; słysząc głos ojca sama wyszła z ukrycia.  Zbliżał się wieczór. Postanowiliśmy uciekać przez Ostrówki do Jagodzina. Towarzyszył nam strach przed oprawcami. W krzakach, w pobliżu wsi, spotkaliśmy starszego człowieka, który wracał z Sokoła. Opowiedział nam, co się tam wydarzyło. Sam miał odstrzelone palce u nogi. Po zbadaniu sytuacji w Ostrówkach i stwierdzeniu, że nikogo tam nie ma, postanowiliśmy przejść przez wieś. Widok zabudowań, obok których szliśmy, budził grozę i niepokój. Ujadanie psów, pootwierane drzwi i okna, fruwające pierze, porozrzucane szmaty i książki. Wszystko to stanowiło przerażający widok. Do Jagodzina dotarliśmy pod wieczór. Dopiero tam zjedliśmy pierwszy tego dnia posiłek. Noc spędziliśmy w szkole między ocalonymi z rzezi. Następnego dnia przekroczyliśmy pieszo rzekę Bug.

Relacja Leonarda Trusiuka

  (Leonard Trusiuk urodził się w 1933 r. w Woli Ostrowieckiej. Obecnie mieszka w Zamościu)

Wyszukał i wstawił: B. Szarwilo


Włamanie do serwisu

Strona odtworzona po ataku hakerskim. W przypadku dostrzeżenia braków i niespójności z poprzednią zawartością serwisu oraz w celu zgłoszenia ew. uwag prosimy o kontakt z nami.

Wołyń naszych przodków

wp1.jpg
Czytaj także

 

 

Rzeź Wołyńska

lud17.jpg

Szukaj w serwisie

Gościmy

Odwiedza nas 430 gości oraz 0 użytkowników.

Statystyki

Odsłon artykułów:
4806454