Fot. archiwum rodzinne
Franciszek Waćkowski w mundurze Wojska Polskiego, ojciec Marysi i mąż Stefanii
Uściług nad Bugiem, jesień 1943. W oddali widać most graniczny, za nim już Generalna Gubernia. Ale po obu stronach przeprawy pilnują uzbrojone niemieckie patrole. Jak przejść na drugą stronę?
Rodzina Waćkowskich niedawno uciekła z Przebraża, leśnej osady, gdzie zorganizowała się polska samoobrona. Przebraże jako jedyne na całym Wołyniu odpiera jeszcze ataki ukraińskich nacjonalistów. Schroniło się tu kilkanaście tysięcy ludzi. Warunki tragiczne, ataki Ukraińców coraz zacieklejsze.
Franciszek Waćkowski i jego żona Stefania bali się, że osada padnie. Dlatego zdecydowali się przedostać do GG - do Koźmic pod Wieliczką, gdzie mieszka ich rodzina. Już wymyślili, jak przedostaną się na drugą stronę Bugu. On przeprawi się wpław, ona z miodem i smalcem pójdzie przez most "na bezczelnego". Ale jak ma przejść Marysia, 11-letnia córka?
Mają pomysł, ale ryzykowny. W Uściługu mieszka Ukrainiec - właściciel łąk po obu stronach rzeki. Dowiedzieli się, że będzie przewozić na drugi brzeg skoszone siano. Ma przepustkę. Plan jest taki: zawiną Marysię w gruby dywan, położą na furmance i przykryją sianem. Tak przejedzie na drugą stronę. Ukrainiec za przysługę dostanie dywan.

Trościanka na Wołyniu, klasa szkolna Marysi Waćkowskiej (siedzi w środku, trzyma kartkę), z tyłu wychowawczyni - Stefania Waćkowska.

Trościanka na Wołyniu, klasa szkolna Marysi Waćkowskiej (siedzi w środku, trzyma kartkę), z tyłu wychowawczyni - Stefania Waćkowska.
Fot. archiwum rodzinne
Stefania i Franciszek się jednak boją: a jak Ukrainiec wyda? Niemcy zastrzelą całą rodzinę, a on i tak weźmie sobie ten dywan.

Ale nie ma wyjścia. Dotąd ze wszystkich opresji wychodzili obronną ręką...

Cud w Iwaniczach i cud w ziemiance

Pierwszy cud zdarzył się we wrześniu 1939 r. w Iwaniczach - wiosce niedaleko Horodła, w której mieszkali. Oprócz Polaków żyli tam Ukraińcy, Czesi i Żydzi. Franciszek i Stefania uczyli w miejscowej szkole. Gdy weszli Sowieci, Ukraińcy z wioski pomagali im robić listy przeznaczonych do wywózki na Sybir. Franciszek, przedwojenny oficer rezerwy, uczestnik wojny w 1920 r., znalazł się na niej z całą rodziną.

Waćkowskich uratowały lewicowe poglądy. W Iwaniczach byli znani jako zapaleni społecznicy. Franciszek oprócz tego, że uczył w szkole, prowadził w cerkwi chór dziecięcy. Stefania pomagała nadganiać zaległości w nauce żydowskim dzieciom, które w sobotę nie przychodziły do szkoły. Douczała za darmo w niedzielę.

Ludzie to docenili i wybłagali komisarza, by wykreślił ich z listy. Waćkowskich na Sybir nie wysłano, ale Iwanicze musieli opuścić - dostali nakaz osiedlenia się nie bliżej niż 100 km od granicy. Wyjechali do Hołodnicy nad Styrem, gdzie Franciszek dostał pracę w szkole. Prawie dwa lata później niedaleko tej osady zdarzył się drugi cud.

Atak Niemiec na Związek Radziecki zastał Waćkowskich w małej wiosce. Walka trwała tam kilka dni. Wieś przechodziła z rąk do rąk. Waćkowscy próbowali schronić się w ziemiance wykopanej na terenie jakiegoś gospodarstwa, ale w środku był już ścisk. Żydowskie kobiety i dzieci siedziały w kucki. Poprosili, żeby wpuścić chociaż Marysię. Wpuścili. Stefania i Franciszek ukryli się pod stogiem słomy.

Gdy Niemcy w końcu wyparli czerwonoarmistów, znaleźli ziemiankę. Zdesperowane Żydówki zatkały otwór wejściowy do schronu workiem z butami. Gdy Niemcy próbowali go wyrwać, przestraszone kobiety trzymały z drugiej strony. Żołnierze wygrali w tej szarpaninie, a gdy zobaczyli, kto jest w środku, wsadzili w otwór ziemianki lufy automatów i pruli seriami do wnętrza. Potem zawalili wejście ziemią i poszli.

Stefania i Franciszek dopiero w nocy wyczołgali się spod siana i poszli do ziemianki. Rękami zrobili przekop i dostali się do wnętrza. Marysia leżała między trupami, nawet niedraśnięta.
Otoczone Kołki, lato 1943
Kolejny cud zdarzył się w Kołkach, w powiecie łuckim, gdzie Franciszek dorabiał jako kościelny organista. Pewnego dnia niemiecki oficer powiedział Stefanii, że za trzy dni garnizon opuści miasteczko, bo oddziały OUN-UPA mają je zablokować.
- Jeśli nie uciekniemy, koniec z nami - pomyślał Franciszek. Lasy wokół Kołek pełne były oddziałów ukraińskich nacjonalistów, które puszczały z dymem polskie wsie.
Waćkowscy widzieli w nocy łuny pożarów, rano pod kościół zajeżdżały furmanki z porąbanymi zwłokami Polaków. Leżeli w skrzyniach - osobno ręce, nogi, głowy, nosy, języki, genitalia, okaleczone korpusy. Chowano ich we wspólnych mogiłach.
Franciszek wiedział, że Polacy, którzy są w Kołkach, żyją jeszcze tylko dlatego, że w mieście stacjonuje niemiecki garnizon. Gdy wyjedzie, czeka ich ten sam los. Dzięki informacji oficera mieli trzy dni, by się uratować. Uradzili, że trzeba uciekać do Przebraża. Ale jak, skoro dookoła miasta stacjonują bandy.
Znalazł się śmiałek, który zdecydował się zaryzykować wyprawę do Przebraża. Rano wsiadł na konia i ruszył w las. I to, że dotarł, to był czwarty cud. W nocy przyjechali uzbrojeni ludzie z Przebraża i mnóstwo furmanek. Polacy, osłaniani przez niemieckich żołnierzy, zapakowali na nie, co tylko mogli, i truchtem, obok wozów, uciekli.
Cudowne wyzdrowienie pod tablicą
Przebraże jest osadą otoczoną zasiekami, okopaną i patrolowaną przez polskich wartowników. Mnóstwo uciekinierów, niewielu ma dach nad głową. Waćkowscy nocowali pod gołym niebem i wtedy właśnie Marysia zachorowała. Wysoka gorączka. Kaszel. Odwodnienie. Rodzice przykrywali córkę, czym mogli, ale jej stan z każdym dniem się pogarszał. Ale zdarzył się kolejny cud - ktoś dał Waćkowskim szkolną tablicę. Taką obrotową - po zapisaniu z jednej strony można było ją obrócić i pisać na drugiej. Ale można było ustawić ją ukośnie i tak właśnie zrobili Waćkowscy. Przystawili ją do ściany jednego z budynków, boki osłonili kocami. Pod takim zadaszeniem położyli córkę. Deszcz już na nią nie padał. I pod tą tablicą wyzdrowiała.
Uściług nad Bugiem - dwa ostatnie cuda
Franciszek spróbuje pierwszy. Pożegnał żonę i córkę, idzie za miasto, gdzie bród na rzece. Stefania jest roztrzęsiona. Każe Marysi położyć się płasko na dnie furmanki i drżącymi rękami przykrywa ją dywanem. Ukrainiec widłami nakłada siano. Marysi jest niewygodnie, ale oddycha.
Zanim wóz z sianem, dywanem i Marysią ruszy przez most, na drugą stronę próbuje przejść Anna. Już dawno obmyśliła, jak to zrobi.
Dziarskim krokiem podchodzi do pierwszego Niemca i podaje mu butelkę. - Bitte! - mówi głośno. Wartownik jest wyraźnie zaskoczony, ale bierze flaszkę. Przygląda się jej i zanim cokolwiek zdąży powiedzieć, Stefania jest już przy następnym żołnierzu.
- Bitte! - mówi, wręczając mu butelkę smalcu. Kolejnemu daje miód. Idzie i jak Święty Mikołaj rozdaje prezenty. Wartownicy są zdziwieni, ale biorą butelki. Ci na końcu mostu też.
Po chwili kobieta jest po drugiej stronie. Franciszek też - udało mu się przeprawić. Na most wjeżdża teraz wóz z sianem i Marysią. Furmanka zatrzymuje się, Ukraiński woźnica odkłada bat, wyciąga z kieszeni przepustkę i podaje wartownikowi. Dwóch innych podchodzi do wozu z boku. Gdy ściągają z ramion karabiny z bagnetami, Stefania ma ściśnięte gardło.
Marysia leży nieruchomo pod dywanem. Domyśla się, co się dzieje. Wstrzymuje oddech. Nagle czuje na ciele uderzenia - nie są mocne. Jakby kuksańce. Ostrza bagnetów nie przebiją dywanu. Po chwili czuje, jak wóz znów rusza.

Wrocław, lato 1945 r.
Na ulicy kłębi się tłum. Ludzie stoją w ścisku na chodniku, wychylają się za krawężnik. - Zaraz ma nadjechać - słychać w tłumie.
Marysia też jest ciekawa, jak będzie wyglądał pierwszy tramwaj w mieście.
Waćkowscy w czerwcu, miesiąc po upadku Festung Breslau, przyjechali z Koźmic. Mieszkają u ciotki Eugenii, siostry Stefanii, na Klosterstrasse (dziś Traugutta). Ciotka ma jeszcze ogródek w dzielnicy Bischofswelde (dziś Biskupin). Marysia pierwszy raz w życiu zobaczyła tam brzoskwinie. Bardzo jej smakowały.
Najbardziej jest zdziwiona tym, że w mieszkaniu ciotki Eugenii jeden pokój zajmuje Niemka. Czeka na wyjazd. Marysia o Niemcach nie ma dobrego zdania, ale ta jest uprzejma i miła. Życie z nią pod jednym dachem wygląda jednak dziwnie.
Ciotka wyciąga na przykład z szafy adamaszkowy obrus należący do Niemki i podaje na nim obiad. A potem ten sam obrus bierze Niemka i też na nim biesiaduje. Ciotka używa jej talerzy, sztućców, a nawet pościeli i ręczników.
Jak może brać cudze rzeczy?!
Kilka dni temu Marysia pierwszy raz w życiu była z ciotką w teatrze. Na scenie Teatru Liebicha przy Gartnerstrasse koncert dała sopranistka Barbara Kostrzewska. Przedwojenna gwiazda warszawskich scen wystąpiła w błękitnej sukni ze srebrną szarfą. Jej arie publiczność przyjęła owacyjnie. Oszołomiona Marysia też klaskała i klaskała. A teraz czeka ją następne przeżycie - zobaczy pierwszy w mieście tramwaj.
Powoli się zbliża. Cały udekorowany polskimi flagami. Motorniczy ma rogatywkę, a pasażerowie wiszą u drzwi zatłoczonych wagonów jak winogrona. Gdy przejeżdża obok tłumu, słychać pomruk zadowolenia. Marysia też się cieszy.

W tym mieście jej się po prostu podoba.

PS

Maria Berny, z domu Waćkowska, po wojnie skończyła pedagogikę na Uniwersytecie Wrocławskim. Została działaczką kulturalną - organizowała festiwale chopinowskie i moniuszkowskie oraz wrocławskie święto kwiatów. Była dyrektorką Biura Wystaw Artystycznych i Klubu Międzynarodowej Prasy i Książki. Po 1989 r. senator SLD dwóch kadencji. Nadal mieszka we Wrocławiu.

Źródło: Gazeta Wyborcza      Autor; Mirosław Maciorowski