W niedzielę 19 grudnia podekscytowany Stefan przyjechał z kościoła sańmi, w towarzystwie trzech młodych mężczyzn. Najniższy z nich Zbyszek (ps. "Żbik") był kolegą szkolnym Stefana jeszcze z Krzemieńca. Rodzice "Żbika", jako osadnicy wojskowi zostali wywiezieni w głąb ZSRR, a jemu zaś jakoś udało się uniknąć wywózki. Kiedy rozpoczęły się rzezie Polaków, wstąpił do niemieckiej policji. Z otrzymaną bronią zdezerterował i przebywa obecnie na placówce w Pańskiej Dolinie. Przed nami, a zwłaszcza przed Stefanem nie miał tajemnic. Należy do konspiracji. Obecnie załatwia jakieś sprawy w Łucku. Zostawią więc na godzinę u nas konie. Bulwersującą była wiadomość, że w Pańskiej Dolinie przebywa chwilowo silny polski oddział partyzancki, który lada dzień wymaszeruje na koncentrację pod Kowel. Słowem jedyna, niepowtarzalna okazja dołączenia do oddziału, niestety dla Stefana nie do wykorzystania, bowiem stan jego zdrowia był kiepski (niedawno potrącił go samochód). "Ja pojadę", powiedziałem zdecydowanie, "mam własną broń", dodałem z dumą. To wywarło wrażenie. Partyzanci, po krótkiej naradzie zaakceptowali mój pomysł. Rodzice tak byli zaskoczeni moją decyzją, że prawie nie oponowali. Zresztą, ja sam też byłem tym zaskoczony, ale słowo się rzekło... Chcąc ograniczyć bolesną i trudną dyskusję z Rodzicami, energicznie krzątałem się przy pakowaniu rzeczy. Rodzicom, mimo iż byli gorącymi patriotami, na pewno ciężko było wypuszczać z domu "pisklaka". Chyba na tyle mnie znali, że zdawali sobie sprawę z tego, że dyskusja ze mną już nic nie da. Patrzyli błagalnie na Stefana, ten jednak nie próbował odwodzić mnie od podjętego zamiaru. Niebawem wrócili partyzanci. Wypili pośpiesznie coś gorącego i usadowiwszy się w saniach, niecierpliwie czekają na mnie. Boże! Jak trudno się rozstać! Jak ciężko podnieść głowę, by spojrzeć w załzawione oczy, a gardło ściśnięte, że trudno wymówić pożegnalne słowa. Ucałowałem wszystkich i niewiele widząc zająłem swoje miejsce.

Nie oglądając się wyjechaliśmy za bramę. Bocznymi ulicami i drogami na skróty wyprowadziłem sanie na dubieńską szosę. Pomału zapadał zmierzch. O tej porze droga była pusta. Przed Podhajcami krótka narada. Trzeba wyjąć z ukrycia broń i przygotować się na wypadek zaczepki ze strony mieszkańców wsi. Wiem, że koledzy mają niemieckie pozwolenia na broń. Ja nie, a do tego mam przy sobie skradziony niemieckiemu kolejarzowi pistolet. Jeśli nas zatrzymają Niemcy, co robić? Boję się pytać... "Chyba najpierw wylegitymują kolegów, a ja będę udawał, że szukam swojego pozwolenia, może się uda", odpowiadam sobie na to pytanie. Ale wykrakałem! Z naprzeciwka nadjeżdża ciężarowy wóz z żandarmami. Siedzę skamieniały. Z obydwu stron ośnieżone pola. Daleko nie ucieknę. Samochód mijając nas zwalnia. Dyskretnie obserwuję go. Zatrzymał się po przejechaniu około stu metrów. Stoją, widocznie się naradzają. Nie ulega wątpliwości, że widzieli u nas broń. Spokojnie jedziemy dalej. Po chwili Niemcy kontynuują przerwaną jazdę. Nic nie mówię, ale cieszę, się, że się udało, mogło być całkiem źle. Skręcamy w prawo. U kolegów znika napięcie. Zaczynają śpiewać. Widząc moją zdziwioną minę, śmiejąc się twierdzą, że tu już Polska. Zatrzymują nas czujki. Dojeżdżamy do Pańskiej Doliny. Jest już ciemno. Zatrzymujemy się pod budynkiem dowództwa. "Żbik" pośpieszył zameldować swój powrót. Po jakimś czasie wyszedł zadowolony, pouczył mnie jak się mam zachować rozmawiając z komendantem. Wprowadził mnie do izby, gdzie w otoczeniu kilku wojskowych siedział dowódca, którego nie trudno mi było rozpoznać, bowiem była już mowa o tym, że jest porucznikiem. W miarę poprawnie zameldowałem się jako przybywający ochotnik z prośbą o przyjęcie do oddziału. Por. "Olgierd" robił wrażenie mruka. Towarzyszący mu podchorążowie zadali w życzliwym tonie parę pytań. "Ile masz lat?" Dodałem sobie rok, ale nie wzbudziło to podejrzeń. Na tyle wyglądałem. "Jaki obierasz pseudonim?" Zawahałem się. Ktoś myśląc, śe nie wiem o co chodzi usiłował mi pomóc: "No, przybrane nazwisko, na przykład: Czarny, Biały, Koń, Krowa..." Aby było szybciej podałem pierwszy z podpowiadanych. Zostałem "Czarnym". A teraz przysięga. Powtarzałem pewnie, choć ze wzruszeniem rotę przysięgi. Byłem szczęśliwy. Rusznikarz przeglądnął moją broń. Do karabinu miał zastrzeżenia. Nie podobał mu się podajnik. Otrzymałem inny, rosyjski. Oglądając pistolet, cmokał z uznaniem, podobała mu się moja duża siódemka - "czeska zbrojówka". Odmeldowałem się. Na kwaterze, ku mojemu zaskoczeniu spotkałem wielu kolegów i znajomych z Łucka.

Fragment wspomnień: Olgierda Kowalskiego  >> Wspomnienia grudzień 1943 - maj 1945<< wyszukał i wstawił: B. Szarwiło


GTranslate

plbebgzh-TWhrcsdanlenetfrgldeelhuitjalvltnoptrorusrskslessvukyi

Włamanie do serwisu

Strona odtworzona po ataku hakerskim. W przypadku dostrzeżenia braków i niespójności z poprzednią zawartością serwisu oraz w celu zgłoszenia ew. uwag prosimy o kontakt z nami.

Wołyń naszych przodków

wp8.jpg
Czytaj także

 

 

Rzeź Wołyńska

lud3.jpg

Szukaj w serwisie

Gościmy

Odwiedza nas 389 gości oraz 0 użytkowników.

Statystyki

Odsłon artykułów:
6720691