W  Słobodarce   gmina Rożyszcze,   powiat  Łuck województwo Wołyń, moja rodzina mieszkała, chyba od zawsze. Tam urodziłem się ja, Stanisław  Sobolewski  w 1928 r. i mój ojciec  Sobolewski  Józef    w 1900 r. jak również  jego ,trzy siostry Julia , która  wyszła za mąż za Zalewskiego Zygmunta i zamieszkała w Łucku,  Maria  wydana za Wirkowskiego  Jana  ze  Słobodarki  i  Rozalię  która wyszła za mąż za Rodakowskiego Leona  z którym  w 1932 r wyjechała  do Kanady.   Ojciec ożenił się z Anną   Oderewicz , moją Matką  urodzona w 1901 r. w  Hołobach. Rodzice  posiadali i utrzymywali się z gospodarstwa rolnego.  Tato zajmował się gospodarstwem, a Mama   domem i wychowaniem  dzieci. A muszę tu wspomnieć, że oprócz mnie , by jeszcze dwie siostry – Regina ( ur.1927r),  Janina ( ur.1929r-już nie żyje)  i  brata  Edward ( ur.1934r).                                                                     Na bosaka, po Słobodarce… Przed wojną aby dotrzeć do Słobodarki  z jakiegokolwiek miejsca w  Polsce, należało przyjechać koleją do najbliższego miasta, a było nim Rożyszcze.  Z miasta  do  mojej miejscowości , można by rzec ,prowadziła prosta droga, która wiodła przez Topulno, wieś ukraińską, i  już była Słobodarka. Muszę jednak powiedzieć słowo o drodze, bo chociaż była dość szeroka, to bardzo piaszczysta. Latem jak była susza, to na drodze był jeden pył, jak dłużej popadało, to błoto i kałuże. Nie tylko z powodu poszanowania obuwia, ale ze zwykłej wygody najlepiej chodziło się na boso, co wszyscy powszechnie czynili. Droga prowadziła z Rożyszcza  przez Słobodarkę  ,prosto  aż do Sokóla. Na tej drodze pozostawiłem część mojego dzieciństwa. Chodzenie na bosaka  było  codziennością,  oczywiście w lecie, buty były raczej od święta i zimą. Oj  pamiętam te kałuże , które nie raz zaliczałem po burzy, to było niesamowite uczucie, które zostało w mojej pamięci do dziś! Tą  drogą  ganiałem , ze swoim rodzeństwem zarówno w tumanach kurzu jak i po błocie , oni  też  lubili. Domy  usytuowane  były  po jednej i drugiej strony blisko drogi. Zabudowa była  bardzo zwarta, można by powiedzieć, że stały jeden obok drugiego. Każde obejście  odgrodzone małym płotem, a wokół domów, kolorowo od kwiatów. Dużo domów było drewnianych, ale za to większości była pokryta  dachówką, gontem lub blachą.

Rodziny bogatsze, a do nich zaliczały się, przeważnie rodziny niemieckie posiadały domy murowane. Oczywiście nasza szkoła również była murowana. Wioska nie wyglądała biednie, mimo że  trafiały  się domy kryte strzechą. Na samym początku wioski po lewej stronie mieszkały rodziny niemieckie,  zaraz za nimi mieszkaliśmy  właśnie my. Wioska wyglądała  najbardziej  malowniczo wiosną i latem. W każdym gospodarstwie było dużo drzew owocowych, przeważnie wiśnie i śliwki rosły też jabłonie i  maliny. Żydzi bardzo często przychodzili do gospodarstw i kupowali wiśnie i śliwki. Po prawej stronie drogi, za budynkami były łąki, a pod koniec wsi - bagna, zarośla , które ciągnęły się aż do Sokóla. Natomiast po lewej stronie ,gdzie mieszkałem, za budynkami rozciągały się łąki i pola uprawne. Ziemia nie była urodzajna - piaszczysta. Obsiewano ją zbożami, sadzono ziemniaki i warzywa - to co było konieczne do życia dla rodziny i inwentarza. Za polami uprawnymi w oddali było widać las. Majątek Stępkowskiego znajdował po lewej stronie wioski prawie na końcu przed skrętem na Kol.HELEÓWKA - był to mały dworek z licznymi murowanymi budynkami gospodarczymi , a duży majątek znajdował się w Sokólu ,  dziedzicem był też Stępkowski / byli braćmi/. Prawie na końcu wsi mieszkał kowal o nazwisku Streczeń, a pamiętam to nazwisko , bo mieliśmy we wsi jeszcze jednego kowala o nazwisku Rak. Ponieważ ziemia nie najlepszej jakości, to oprócz zbóż, ziemniaków i warzyw, każdy prawie gospodarz siał len i  konopie .Len przerabiali na płótno, a z konopi robili powrozy i sznury. Jak już wspomniałem  przy każdym gospodarstwie były drzewa owocowe - to właśnie tam ustawiano ule - dlatego nikomu nie brakowało miodu, a nadmiar skupowali oczywiście Żydzi. A na łąkach, oprócz krów - pasło się bardzo dużo owiec, których też każdy gospodarz posiadał spore stada, z których otrzymywali wełnę, a kobiety robiły później dla całej rodziny swetry, skarpety, rękawice, czapki itd. Stolarzem znanym na całą okolicę był  Fabrycki,  mieszkał  tu również  zdun, którego nazwiska nie pamiętam, murarze których  było kilku i rymarze,  Żydzi,  którzy również skupowali skóry od gospodarzy. Jeżeli chodzi o kobiety-matki to one wiedziały jak uszyć ubrania dla domowników, jak zrobić płótno z lnu i z wełny  owczej "wyczarować" ciepłe ubrania. To one były krawcowymi, tkaczkami na swoich krosnach.

Kiedy na naukę przyszedł czas..

zaprowadzono mnie do czteroklasowej szkoły  w Słobodarce, która mieściła się w domu jednego  z mieszkańców naszej miejscowości, Giełażana.  Pierwsza nasza nauczycielka  nazywała się  Janina Tokarczykówna. Do szkoły tej uczęszczały dzieci wszystkich mieszkańców naszej wioski, a więc polskie , ukraińskie , niemieckie i żydowskie. Jedno co zapamiętałem, to ze dzieci żydowskie siedziały w osobnym rzędzie i nie przychodziły  na lekcje w szabas. Uczyliśmy się razem, bawiliśmy i nie było  widać jakiś specjalnych różnic, które przyniósł  dopiero późniejszy trudny dla nas wszystkich czas. Muszę tu jednak trochę się cofnąć, bo  pierwsze moje spotkanie z tą szkołą  miało miejsce  w 1936r lub 1937r   Dzieci, które miały przystąpić do  I Komunii św. - wstępne przygotowane  były  w szkole w Słobodarce . Nauczycielka uczyła nas katechizmu, a gdy przyszła wiosna - to ja i reszta moich kolegów i koleżanek zaczęła już uczęszczać do kościoła w Sokólu -/ to była nasza parafia / ok. 10 km. Przy okazji  trochę historii o Kościele w Sokólu, którą przekazał mi mój ojciec Józef. Mówił, że był on wcześniej   drewniany , ale uległ spaleniu  i dlatego  jeszcze  przed I wojną  światową  wybudowano duży murowany kościół, a pierwszym  proboszczem nowego Kościoła był ksiądz Tokarzewski. Na pamiątkę zakończenia wojny  „ wmurowano  w ścianę pocisk”. Także właściciel majątku w Sokólu, który znajdował się za kościołem też w swoim ogrodzie „postawił kilka pocisków „  z tej samej okazji.  Do Parafii  Sokól należało oprócz mojej wioski około  40 innych miejscowości. Tak więc – to była bardzo duża parafia  Muszę tu powiedzieć parę słów o tej miejscowości , bo często będę o niej wspominał. Sokól, wioska w przeważającej większości zamieszkiwana była przez Ukraińców. W środku wioski znajdował się Kościół Rzymsko-Katolicki pod wezwaniem Najświętszej Marii Panny Wspomożenia Wiernych, była Poczta i Posterunek Policji  i Restauracja, którą  prowadził Trosiewicz,  oprócz tego znajdował się tam duży majątek, którego właścicielem był Stępkowski,  następnie cmentarz i młyn parowy. Jak któryś z rodziców miał trochę wolnego czasu - to nas zbierali i jeździliśmy furmanką, ale to nie było często - tak więc chodziliśmy pieszo. Do I Komunii św. przystąpiliśmy w maju - było nas chyba 12 dzieci. Po zakończeniu uroczystości pierwszo-komunijnych w kościele, ksiądz proboszcz naszej parafii zaprosił dzieci komunijne na śniadanie do plebani. Plebania stała po lewej stronie kościoła - był to osobny budynek. Na śniadanie dostaliśmy od proboszcza po szklance kakao / którego smak i zapach do dziś pamiętam/ oraz po rogaliku z marmoladą. Po śniadaniu u proboszcza - rodzice nas zabrali i furmankami pojechaliśmy do swoich domów. Pamiętam imię i nazwisko mojego chrzestnego  Sobolewski  Kazimierz, był bratem ciotecznym mojego ojca Józefa, a mieszkał w Koniakowie, ale  matki chrzestnej nie pamiętam, a  uczestniczyli w tej podniosłej uroczystości. Z kościołem w Sokólu , związanych jest wiele innych wspomnień z dzieciństwa. Jeżeli chodzi o wspomnienia ze świąt: Święta Bożego Narodzenia , to wszystkie dzieci spędzały je w domu. Były srogie zimy i dużo śniegu, a do Kościoła było daleko. Nie było stać rodziców na kupienie ciepłych ubrań i butów. Dlatego tylko rodzice jeździli saniami do Kościoła. Pamiętam, że w drugi dzień Świąt Bożego Narodzenia - św. Szczepana wszyscy święcili owies. Natomiast  Święta Wielkanocne były bardziej radosne - bo było już cieplej i mogliśmy więcej przebywać poza domem. Pamiętam przygotowania do Świąt Wielkanocnych. W Niedzielę Palmową dzieci starsze z rodzicami święcili palmy - były one zrobione z gałązek wierzby, ozdobione suszonymi kwiatami i ziołami, a także papierowymi kolorowymi kwiatami i wstążkami. W Wielkim Tygodniu - rodzice mieli dużo pracy w przygotowywaniu się do Świąt: robiono wędliny, wędzono szynki, pieczono chleby i ciasta drożdżowe. A dzieci robiły pisanki .mieliśmy zrobione takie "dziubki" wkładany był wosk i podgrzewanym woskiem rysowaliśmy na jajkach różne kształty, następnie wkładane były do barwnika - przygotowanego z łusek cebuli i w tym były gotowane jajka. Po ugotowaniu i wyciągnięcia jajek z barwnika, zdejmowaliśmy wosk , gdzie został biały ślad, a reszta jajka była koloru czerwonego lub brązowego.  Przygotowanie pokarmów do święcenia Pokarm do święcenia wkładano do dużych koszyków uplecionych z wierzby tzw. "opałki". Opałki wyścielone były białym płótnem. Wkładano szynkę, kiełbasy, duży chleb, bułki drożdżowe, kilkanaście jajek nie malowanych i oczywiście pisanki ,sól, pieprz, chrzan.. To wszystko również było przykryte dużą serwetą lub płótnem. I tak wieczorem w Wielką Sobotę jechałem z moim ojcem do Kościoła w Sokólu - na czuwanie przy Grobie, gdzie stała Straż Grobowa i ministranci wśród nich byłem i ja. Mój ojciec całą noc śpiewał pieśni ze starszymi, aż do rozpoczęcia Mszy św. .Niektórzy mieszkańcy z mojej i innych wiosek przyjeżdżali na samą mszę św. rezurekcyjną. A po procesji na zakończenia następowało poświęcenie pokarmów - było bardzo dużo koszyków ustawionych w kościele i na placu przy kościele. Pamiętam, dużo kobiet ubranych w tzw. pasiaki bardzo kolorowe, które przyszły aż z Gaju - aby poświęcić pokarmy. Ksiądz chodził po kościele i po placu przy kościele i święcił pokarmy przyniesione  lub przywiezione przez mieszkańców. Po poświęcenia pokarmów wszyscy udawali się do swoich domów - aby spożyć Wielkanocne śniadania. To co było poświęcone w koszyku jedzono przez dwa dni Świąt Wielkanocnych.                                                                                                                             Równie  wspaniałe i podniosłe chwile które utkwiły mi w pamięci tak , jakby to było wczoraj święto  3-go Maja święto – wyjazd do kościoła w Sokólu. Starsi uczniowie wiezieni byli furmankami razem z dyrektorem szkoły Tokarczykówną.. Główna uroczystość była na placu kościelnym. Oprócz dzieci z naszej szkoły, przyjechały dzieci ze szkoły z Gaju wraz z kobietami, które ubrane były w stroje ludowe – były to stroje chyba opoczyńskie – bo pamiętam kolorowe – pasiaste peleryny i zapaski. Były bardzo piękne i kolorowe. Te kobiety stały obok dzieci z Gaju. Pamiętam, że na placu kościelnym stali już goście: Dziedzic z majątku w Sokólu – Stępkowski, dziedzic z Helenówki też nazywał się Stępkowski -  bo to była rodzina,  Komendant Policji i grupa Strzelców z Komendantem Michałem Banachem.  Przemawiał ksiądz. Dzieci śpiewały wojskowe piosenki i mówiły wiersze. Pamiętam, że przy śpiewaniu pomagał organista Franciszek, który razem z siostrą mieszkał obok Kościoła. Na koniec uroczystości Strzelcy oddali 3 honorowe salwy. Potem wszyscy  powrócili do swoich miejscowości- do domu. Długo rozmawialiśmy o wrażeniach z tego  wspaniałego dnia , bo dla nas to było coś nowego, czego nie ma na co dzień, ale tylko od święta. Innym tak doniosłym wydarzeniem , była wycieczka  do Łucka. Byłem wtedy w III klasie. Pociągiem z Rożyszcz  pojechaliśmy do Łucka. Tam zwiedzaliśmy Jednostkę Wojskową 24 Pułku Piechoty, która powstała po I wojnie światowej, w niej zwiedzaliśmy koszary, kuchnię, salę sportową. Byliśmy w Kinie – tytułu filmu nie pamiętam – ale to był film dla dzieci. Byliśmy też w Soborze, tj. Katedrze Prawosławnej i tam zapamiętałem, że nie było ołtarza, tylko przewodnik powiedział, że są tylko WROTA CARSKIE. Po zakończeniu zwiedzania Łucka – statkiem po rzece STYR  dopłynęliśmy do Czebenie  i dalej  pieszo, przyszliśmy  pod wieczór do swoich domów.To był wspaniały dzień, dlatego do dziś o tym wszystkim doskonale pamiętam.  Nie wiedziałem  jeszcze wtedy, że moja dalsza edukacja związana będzie z tak licznymi i zaskakującymi  wydarzeniami, że będę musiał bardzo szybko stać się dorosłym.                          

 

Wrzesień  1939 roku był taki piękny..

 i słoneczny, aż trudno było uwierzyć, że może coś się złego wydarzyć, a jednak stało się! Na początku  bardzo dużo ludzi uciekało do Rumunii przez naszą wioskę razem z Wojskiem Polskim. Zatrzymywali się  w lasach  w miejscowościach: Ugły,  Roziatyn,  Sokól  nad rzeką Styr,  Borowicze, Ołyka  i wtedy wojsko sowieckie doszło do tych wiosek i zaczęła się walka. Tego co widziałem i słyszałem też do końca mych dni nie będę w stanie zapomnieć. Bitwa zaczęła się 18 września 1939r. po południu i trwała całą noc, aż do rana. Rannych sanitarki woziły do Rożyszcz. Słyszałem strzelanie z dział do rana. Po południu prowadzili żołnierzy polskich około 50. W przedniej czwórce dwóch żołnierzy miało zabandażowane głowy, płaszcze mieli na ramionach. Za nimi ciągnęły konie działo 80 kaliber, na koniach siedzieli żołnierze sowieccy, za działem jechało 5 wozów, na wozach  leżały plecaki żołnierzy. Więcej nie było widać, bo przykryte było plandeką. Za wozami ciągnął koń kuchnię polową. Żołnierz sowiecki siedział na koniu. Tych żołnierzy doprowadzili do miasteczka ROŻYSZCZE – gdzie znajdowała się stacja kolejowa i załadowali do wagonów!. Żołnierze sowieccy nie dopuszczali żadnych cywili.  Jak prowadzili polskich żołnierzy , obstawiono całą trasę przemarszu, sowieckimi żołnierzami  z karabinami. .TO WSZYSTKO WIDZIAŁEM – BO STAŁEM PRZY SAMEJ ULICY. Widziałem też  jednego żołnierza  rannego – było to przed wioską. Zastrzelili go Sowieci – był w stopniu majora – miejscowi ludzie go pochowali  przy drodze. Niezapomniany dla mnie był też dzień 1 listopad  1939r – WSZYSTKICH ŚWIĘTYCH, wybraliśmy się w dużej grupie na cmentarz do Sokóla .Odwiedzaliśmy groby, ale wszystkich nie było. Kilkanaście grobów polskich rodzin usunięto, a na miejscu tym usypano dużą mogiłę. W tej mogile pochowani byli żołnierze sowieccy, którzy zginęli w bitwie z polskim wojskiem 18 września 1939r. Krzyże z tych grobów zostały wyrzucone za ogrodzenie cmentarza, były wszystkie zrobione z drzewa dębowego. Ludzie, którzy byli na cmentarzu, już  grobów swoich bliskich nie  odnaleźli. Natomiast na usypanej mogile żołnierzy sowieckich była ustawiona duża gwiazda..                                                           Z cmentarza poszliśmy pod Kościół /tj. ok. pół kilometra od cmentarza/. Tam wojsko nas zatrzymało mieli karabiny z bagnetami na ramionach. Na placu kościelnym było dużo ustawionych samochodów, bardzo dużo skrzyń i różnych pojemników. Na plebani było dużo wojska i na gospodarstwie księdza było dużo koni i wozów. Pamiętam jak jeden wojskowy podszedł do nas ”udierajtie riebiata damoj, bo budiem strielać” – UCIEKAJCIE DZIECI DO DOMU BO BĘDZIEMY STRZELAĆ. Drzwi  główne kościoła były zamknięte, tylko boczne od zakrystii były wyłamane. Po tych zajściach wróciliśmy do domów .    W tym samym roku tj. w 1939r  Władza Sowiecka zabroniła nam chodzić do Kościoła w SOKÓLU n/Styrem. To była moja parafia. Do Kościoła w Sokólu mieliśmy ok. 10 km . Kościół był pod wezwaniem Najświętszej Marii Panny WSPOMOŻENIA WIERNYCH. Ksiądz z naszej parafii  wyjechał po zamknięciu Kościoła. Zamknięty Kościół Sowieci przeznaczyli na magazyn. Po zamknięciu kościoła w Sokólu chodziliśmy do kościoła w Rożyszczach – mieliśmy ok. 5 kilometrów. Było to na jesieni. Wybrałem się do tego kościoła na mszę świętą. Mimo, że  była  to niedziela, to msza była cicha, bo  nie było organisty. W trakcie mszy świętej weszło do kościoła dwóch żołnierzy rosyjskich w czapkach  mocno pijanych, trzymając się pod rękę, al.  bez broni. Chodząc  po kościele i nachalnie pytali ludzi „gdzie jest Bóg wasz Bog” mówili, że chcą go  zobaczyć. Po chwili ktoś dał znać do Żyda komunisty, który mieszkał naprzeciw Kościoła, który  zgłosił  to do NKWD , zaraz przyjechali i zabrali żołnierzy. Jak zabierali ich z Kościoła to głośno krzyczeli, że ich „bog to Stalin” Okupacja sowiecka rozpoczęła się na dobre.  Na przełomie  1939-1940r Władza Sowiecka na mocy swoich ustaw włączyła moją wieś SŁOBODARKĘ do wsi HELENÓWKA STARA. Już przestała istnieć SŁOBODARKA. .Ale już w 1939r zakazano uczyć w języku polskim, a nauczycieli oraz całą inteligencję zaczęto wywozić na Syberię. Drugi etap mojej edukacji rozpocząłem w szkole w HELENÓWCE STAREJ. Było to w listopadzie w 1939r. Pamiętam, że, była to nowa szkoła. Do tej szkoły tak samo jak i w Słobodarce  uczęszczały dzieci polskie, żydowskie, ukraińskie i niemieckie oraz dzieci, których przywożono z domów dziecka z głębi Rosji. Pamiętam nawet imię dziewczynki – MARUSIA – siedziałem z nią przez jakiś czas w jednej ławce..  Dyrektor Szkoły i nauczyciele – byli to Rosjanie lub Ukraińcy. Pamiętam, że jedna Polska nauczycielka – uczyła śpiewu  ale po ukraińsku..  Z tego okresu zapamiętałem kilku kolegów  i koleżanek szkolnych, Michalina Koper, Janina Muklewicz, Wacław Trochimowicz , Jan Tański , Henryk Fabrycki   i  Michał Łach, który nawiasem mówiąc bardzo ładnie malował portrety.  W listopadzie  1939r odbył się spis dzieci młodszych i starszych do szkoły w Helenówce Starej, do której ja i moje siostry były zapisane.. Początki nauki były bardzo trudne. Zabroniono nam mówić po polsku, tylko po rosyjsku i ukraińsku. Uczono nas poznawać litery i trudna była dla nas mowa po rosyjsku. Musieliśmy się uczyć od podstaw. Cofnięto klasy z 7 do 6-tej. Zmieniono czas o 2 godziny do przodu, tak więc trzeba było wstawać wcześnie do szkoły, a było jeszcze ciemno. W szkole nie było światła, tylko w kancelarii dyrektora, była duża lampa naftowa. Nauka rozpoczynała się po ciemku. Pierwsze godziny – to był wykład literatury rosyjskiej. Nie wolno było rozmawiać po Polsku na lekcji. Nauczyciel wzywał lub wyczytywał po rosyjsku. I tak  nie zapomnę jak, mnie wyczytywał   Sasza (Stanisław)  Józefowicz  no bo mojemu ojcu było na imię Józef. Dalsze lekcje to nauka pisania i czytania po rosyjsku. Jeden raz w tygodniu była nauka pisania i czytania po ukraińsku. Pamiętam straszną dyscyplinę. Nie wolno było w ogóle rozmawiać w języku polskim , nie wolno było przebywać w grupie kolegów i koleżanek. W Święta Bożego Narodzenia była normalna nauka, tylko w Nowy Rok był dniem wolnym od nauki.       W w 1040 roku w  szkole rozprowadzano książki, za które rodzice musieli zapłacić. Były to książki z literatury rosyjskiej – Lwa Tołstoja, Lermantowa, Puszkina oraz ukraińskiego poety Tarasa Szewczenki. O polskiej literaturze nie było nawet mowy. W  tym właśnie roku wprowadzono obowiązek  nauki trzech języków: rosyjskiego, ukraińskiego i niemieckiego. Języki te były dla nas ciężkie i niezrozumiałe. Nauka była  trudna , bo mało znaliśmy języka rosyjskiego. Musieliśmy się uczyć wierszy Puszkina i Tołstoja. Mowa w języku polskim była zabroniona i była surowa karana, jak który nauczyciel usłyszał. Nauczyciele byli z Rosji. Jeden nauczyciel był z Ukrainy i z nim można było dyskutować – bo była dla nas trochę zrozumiała mowa, bo przecież Ukraińcy mieszkali w naszej wiosce i często z nimi rozmawialiśmy. Pamiętam, że niektóre koleżanki płakały Do naszej szkoły sprowadzono dzieci z Domu Sierot z Rosji. Mieszkały w jednym z domów z opiekunami. Rozmowa z nimi była tylko o kołchozach i Stalinie, a o Bogu mówiły, że Boga nie ma – tylko Stalin rządzi i wszystko daje. Polskim dzieciom i mnie także dokuczały bardzo dzieci żydowskie – one miały oddzielne klasy do nauki. Większość dzieci żydowskich zapisywało się do Komsomolców i lepiej ich traktowano niż Polaków. Jedno co im się skończyło, to że dzieci żydowskie  musiały chodzić w soboty do szkoły a więc  w szabas co za polskich czasów ich nie obowiązywało. Pamiętam, że przychodzili do mnie w niedzielę po lekcje, a teraz tak nam dokuczali, ale o tym dobrym, co dla nich się robiło – tak szybko zapomnieli.  Pamiętam 1 Maja 1940r – był dniem wolnym od nauki. Zbierano dzieci na pochód do miasta Rożyszcze. Były to dzieci żydowskie, ukraińskie. Do miasta te dzieci pojechały furmankami. Polskim dzieciom nie wolno było brać udziału w pochodzie. Do  części  uczniów, która została w szkole  przemawiał po rosyjsku dyrektor  szkoły. Trudne czasy dla Polaków zaczęty się już w lutym 1940 roku. Władza sowiecka zakładała gminy /SILI RADY/ i w mojej miejscowości też znajdowała się gmina. Swoją siedzibę miała w budynku mieszkalnym u SIEMIŃSKICH, gdzie zajmowała dwa pomieszczenia. Przewodniczący Gminy nazywał się SAWCZUK. Z gminy dwóch przedstawicieli /urzędników/ i dwóch policjantów NKWD chodzili po wiosce i spisywali gospodarzy, którzy posiadali  większe majątki to znaczy posiadali dużo hektarów ziemi, dużo sprzętu do pracy w polu oraz bogato wyposażone domy. Wykaz tych właśnie najbogatszych gospodarzy /KUŁAKÓW/  dostarczano do Rożyszcz, gdzie znajdowała się siedziba NKWD. Tam po przeanalizowaniu  listy gospodarzy – wytypowanym gospodarzom, którzy zostali wyznaczeni na wywóz do Rosji – Policjanci NKWD konno powiadamiali rodziny, o szybkim spakowaniu najpotrzebniejszych rzeczy, głównie żywność i odzież. Gmina wyznaczała gospodarzy z wioski, aby rodziny, które  wyznaczono na wywóz – saniami  pod ochroną konną NKWD zawożono na stację kolejową do Rożyszcz, gdzie rodziny załadowano na wagony i wywożono na Syberię. Z mojej rodziny – ze strony mojego ojca w  na zesłanie  trafił  :Jan Czerniłowski – oficer z I wojny światowej z żoną Anną, dwoma córkami i synem Czesławem  oraz z matką żony. Zmarł na Syberii podobnie jak  matka jego  żony. Żona wraz z córkami wróciły z zesłania, ale już na Ziemie Zachodnie, a syn Czesław zaciągnął się do Armii gen. Władysława Andersa i pozostał w Anglii.  A z mojej wioski  pamiętam rodziny, które zostały wywiezione na Syberię: Łomnickich, Stępowskich i  Piałuchów .  Na Syberię  wywożono  przede wszystkim ludzi wykształconych, piastujących stanowiska urzędnicze, lekarzy, policjantów, byłych wojskowych  i nauczycieli, bardzo wielu  mieszkańców Rożyszcz i  w okolicznych wiosek  ( POMIESZCZYKI- tak ich Sowieci  nazywali )

Moja mama robiła skarpety, rękawice na drutach, kupowała suchary i pakowała to w paczkę, aby wysłać rodzinie- bo wtedy korespondencja dochodziła, a  wiadomości  jakie od nich otrzymywaliśmy  były straszne.  A pisali, że w  lecie  żywili się jagodami i śledziami, bo przydział żywności był bardzo mały, a pracowali w lesie, tak kobiety jak i mężczyźni. Pisali również, jak ktoś zmarł - a była ziemia zamarznięta - to ciało przykrywali gałęziami i śniegiem. Adres pamiętam do dziś, gdzie zostali wywiezieni  zesłańcy  z  naszej wioski , jak i innych  miejscowości.   ARCHANGIELSKA OBŁAST  SOLWICZEŃSKIJ REJON - BARAK NR 3. Nas nie wywieźli, ale zaczęli jeszcze bardziej prześladować. Po wsiach  zaczęto zakładać kołchozy na ziemi zabranej „kułakom” ( tym co mieli jej więcej niż inni ) do tego  zabierano również bogatszym nawet  inwentarz .Zakazano  polskiej mowy, nie tylko  w szkołach ale sklepach, a nawet na ulicach. Zakładano sklepy o nazwie „kooperatywa”. Ja mieszkałem z rodzicami blisko  takiego sklepu , dlatego pamiętam jaki tam był towar: papierosy, wódka, mydło, beczki ze śledziami. Zapamiętałem  też ciastka o nazwie „Praniki” które,  kosztowały  50 kopiejek, cukierki i sprzęt domowy. W drugim korytarzu stała beczka z naftą i tablica z napisem „Karasim” Nafta. Zawsze była tam duża kolejka.. Co dzień przywożono gazety wydawane w języku rosyjskim i ukraińskim.  Pamiętam, że na pierwszej stronie było zdjęcie Stalina. Zabrali nam nawet  Święta Bożego Narodzenia, zniknęły z kalendarza, był normalny dzień pracy w urzędach , szkołach i kołchozach.   Wigilię Bożego Narodzenia robiono po kryjomu. Mało kto miał opłatek. NKWD chodziło po domach, przeprowadzano rewizje, nie wolno było spotykać się z sąsiadami, nie wolno było śpiewać kolęd, pozamykano kościoły i nie mogliśmy iść na Pasterkę Pamiętam, że  w  Nowy Rok było święto – wolne od pracy, to w kościele była w Rożyszczach była msza cicha, nie było organisty, ludzie wchodzili przez zakrystię ,bo główne drwi były zamknięte. Wzięły w niej udział przeważnie starsze kobiety . Była to bardzo krótka msza święta. Po tym nasz ksiądz przebierał się „po cywilnemu”. Widziałem, jak często chodził – może to śmieszne się komuś wydaje, ale chodził między ludźmi w kufajce, żeby milicja go nie poznała. Ksiądz mieszkał w prywatnym mieszkaniu , a jego utrzymaniem zajęli się  ludzie. Nie było więc świąt, rozmawiać można było tylko po rosyjsku lub ukraińsku, a nad wszystkim czuwało NKWD.  Przyjaźń   z Niemcami  nie trwała długo , Sowieci zaczęli szykować się do wojny i postanowili u nas wybudować lotnisko. Terenem jaki wybrali to były pola uprawne i lasy mieszkańców -gospodarzy Helenówki. Lotnisko /Agrom/ zaczęto budować w 1941r do 1942r – do czerwca.  Do prac ziemnych  sprowadzono 2 ciągniki na gąsienicach nazywane powszechnie „Stalińcami”  jeden do równania terenu, a drugi do karczowania lasów. Przy budowie lotniska pracowało dużo wojska , miejscowa ludność i z sąsiednich miejscowości około 100 osób dziennie ze swoimi końmi z wozami jak kto posiadał a pozostali wykonywali wszystko ręcznie. Praca trwała nieustannie nawet w niedzielę. Teren   był falisty i to trzeba było wyrównywać wszystko ręcznie.  W 1942r. Niemcy napadli na Rosję i prace zostały przerwane. Przez okres wojenny lotnisko nie było czynne. Nikt z mieszkańców Słobodarki – Helenówki nie spodziewał się, że był to początek  końca naszej miejscowości,  to  co zaczęło się dziać , zaskoczyło nas wszystkich. Stary Klasztor Sióstr Brygidek w ŁUCKU na Ukrainie służył w latach 1939-1941 za więzienie  NKWD.  Osadzono w nim kilka tysięcy osób, głównie Polaków i Ukraińców.  23 czerwca 1942r – dzień po napaści Niemiec hitlerowskich na ZSRR, strażnicy wyprowadzili więźniów na dwa dziedzińce. Na murze więziennym nagle pokazały się dodatkowe gniazda karabinów maszynowych. O ucieczce nie było mowy! Nagle ten mały skrawek ziemi zmienił się w piekło . Enkawudziści   strzelali z karabinów maszynowych do ludzi zgromadzonych na dziedzińcach. Mordy trwały przez całą noc i następny dzień. Zginęło kilka tysięcy osób. Świadków likwidacji więzienia w Łucku – dziś już chyba nie ma!  Ja jednak spotkałem właśnie wtedy naocznego  świadka tej wielkiej zbrodni. Był czerwiec 1942 – rano wybrałem się na zakupu do miasta Rożyszcze. Na przedmieściu niespodziewanie spotkałem  Ostapczuka  Wasyla , który mieszkał w Pożarkach   – 8 km od Rożyszcz . Poznał mnie, ponieważ razem chodziliśmy przed wojną do tej samej szkoły. Pamiętam, że Wasyl był malarzem – portrecistą /bardzo dużo malował do szkoły/ . Stał i płakał, nie mógł mówić ale  mówił;  „ Uciekłem z więzienia  w Lucku – po rynnie spuściłem  się na ziemię i uciekłem”. Szlochając ,cały  rozdygotany,  mówił dalej; „Strzelali z karabinów maszynowych do więźniów, strzelała też kobieta   Żydówka.  Na dziedzińcu przy murze był wykopany dół i do niego od razu wrzucano ciała zabitych więźniów.” Powiedział mi, że w tym więzieniu był przeszło rok. Pamiętam, że w rękach trzymał 2 obrazki oprawione w ramkach – Matkę Boską i Pana Jezusa – mocno płakał i powtarzał ciągle, że kobieta strzelała do więźniów. Po likwidacji więzienia w Łucku – klasztor był zamknięty. Okna były zakryte deskami. Za klasztorem w głębi parku stały budynki, a wśród nich stał duży budynek – był to Dom Biskupa i mieszkało tam dużo księży wraz z Biskupem. Razem z moim bratem ciotecznym  Wirkowskim  Janem jeździliśmy co tydzień ze zbiórką żywności z naszej wioski  do Domu Biskupa – każdy dzielił się tym co miał i my furmanką  zawoziliśmy co tydzień, lub co dwa tygodnie. Jak jechaliśmy przez  Kopaczówkę – wojsko niemieckie przeprowadzało rewizję na furmankach. Nam udało się przewieźć żywność bezpiecznie, ponieważ jeden z Niemców znał język polski, i dzięki temu udało nam się dostarczyć żywność. Właśnie wtedy pokazali nam księża  więzienie w klasztorze i miejsce gdzie byli  więźniowie po zastrzelenia wrzucani do dołów  – jedna wielka mogiła!!! Była ona po lewej stronie więzienia.                                                 

Okazało się, że najgorsze było …

dopiero, przed mieszkańcami naszej miejscowości. W  Słobodarce i Helenówce Starej mieszkało oprócz rodzin polskich, parę rodzin niemieckich  i bardzo dużo rodzin żydowskich. Dzieci z rodzin żydowskich jak wcześniej wspomniałem  chodzili ze mną do szkoły.  Żydzi byli właścicielami sklepów, warsztatów krawieckich, stolarskich, szklarskich. Prowadzili handel obwoźny.  Jednak jak pamiętam  rodziny polskie i żydowskie  żyły  bez żadnych konfliktów.   Po wkroczeniu w 1942r. wojsk niemieckich na tereny wschodnie, zaczęło się prześladowanie Żydów. Niemcy zaczęli organizować getto w mieście Rożyszcze. Założono go na przedmieściu Miasta. Teren był ogrodzony drutem kolczastym, a teren strzeżony był przez Policję Ukraińską, która została utworzona zaraz po wejściu Niemców. Pamiętam, że  najpierw dużo młodzieży żydowskiej  zabrano z getta i wywieziono  w nieznane mi miejsce. Starzy  Żydzi ukradkiem wychodzili z getta i przychodzili  nocą po żywność do naszej wioski po żywność. Polskie rodziny dzieliły się z nimi tym co mieli, a tamci wracali   ponownie do getta. Na jesieni w 1942r Niemcy zaczęli likwidować getto w Rożyszczach i samochodami zaczęli wywozić Żydów za miasto, gdzie były okopy – doły jeszcze z I wojny światowej i w tak przygotowane już doły – wszystkich Żydów rozstrzelano z broni maszynowej i tam  ich zakopano. Dobrze pamiętam , że tych dołów było  co najmniej kilka. Po paru dniach Niemcy posypywali te mogiły wapnem. Mogiły znajdowały się za miastem z dala od drogi głównej, która prowadziła do Kopaczówki i Łucka. Zniknęli nasi sąsiedzi Żydzi i ich dzieci, moi szkolni koledzy z Słobodarki i Helenówki.  W międzyczasie znikali również, co prawda winny sposób, inni nasi sąsiedzi Niemcy. Hitler zarządził, aby wszystkie rodziny niemieckie , osiadłe na Wołyniu, ściągnąć do Niemiec. W mojej wiosce też było kilkanaście rodzin niemieckich. Był  nakaz, aby kobiety z dziećmi i starsi  w wagonach osobowych transportem  ze stacji kolejowej w Rożyszczach  wywieźć do Niemiec. Jak się okazało mieliśmy wiadomości, że te rodziny osiedlały się w Hrubieszowie i Zamościu, na tych gospodarstwach, gdzie byli Polacy ,wcześniej wysiedleni lub wymordowani.  Wiem  to, ponieważ jedna niemieckich rodzina napisała kartkę do sąsiada naszego , gdzie mieszkają i, że budynki nie są dobre. Natomiast zostali mężczyźni z tych rodzin niemieckich i oni mieli do dyspozycji parę koni i wóz i zabierali ze sobą, co mogli załadować na wóz. Pamiętam,  że od mojego ojca, Niemiec o nazwisku Janc kupił konia, bo miał tylko jednego. Brali zboże, mąkę i różne potrzebne rzeczy. Natomiast nie wolno im było brać inwentarza żywego. Więc zabijali, przeważnie świnie, wkładając  solone  mięso do beczek  i zabierali je ze sobą. Kolumnami  po 10 – 15 wozów wyjeżdżały. Pamiętam było to przed Świętami Bożego Narodzenia ,bo była ziemia już zamarznięta. Mówili, że jadą do Zamościa. Po niedługim czasie przyszła wiadomość, że wszystkich mężczyzn zabrano do wojska. A dlatego wiem , bo została w mojej miejscowości jedna starsza kobieta, Niemka która opowiadała o ich losach. Właśnie do niej przysłano zdjęcie, na którym była grupa żołnierzy ubranych w mundurach niemieckich , a byli to nasi  znajomi,  jeszcze nie tak dawno mieszkający obok nas. W miejsce tych rodzin niemieckich, które opuścili moją wioskę i inne wioski i kolonie , przyjechał transport z Chełma  i okolic, rodzin ukraińskich, ponoć  przeważnie ochotników. Dodam tu, że jeszcze za sowieckiej okupacji,  specjalna komisja która przyjechała z Niemiec , w asyście NKWD,  jeździła po wioskach by dokonać  spisu rodzin niemieckich. Powszechnie mówiono, że w tym czasie na Wołyniu było ok. 2-3% ludności niemieckiej. Po tej wymianie pozostaliśmy już tylko my i Ukraińcy. Była niedziela 11 lipca 1943r. Przed Cerkwią w Sokólu było około 100 Ukraińców. Przemawiał Pop dłuższy czas i mówił również, aby „wyrżnąć Lachów”. Po przemówieniu wszyscy poszli pod nasz Kościół, otworzyli drzwi kościoła, rozłożono słomę i podpalono. Starsze kobiety ukraińskie, na kolanach prosiły, aby nie podpalali Kościoła. Ale to nic nie pomogło. Zrobili to co zaplanowali.  Jak Kościół został spalony ,zostały tylko mury i  opalona konstrukcja dachu .  Drewniana wieża, na której były zawieszone trzy dzwony;  jeden duży i dwa małe ,też  została spalona Dzwony legły  w spalonym wnętrzu kościoła , zabrali je potem Niemcy wywożąc w nieznanym nikomu kierunku ,nikt  nie wiem co się z nimi stało! W tym samym dniu w miejscowości   Wiszenki   gm. Rożyszcze  p. Łuck również zniszczono mały drewniany katolicki kościółek na obrzeżach wioski, bo wioska była zamieszkała w większości przez Ukraińców. Następnie były w Rożyszczach , ale wzmożone posterunki Samoobrony przy kościele, powstrzymały  banderowcy , którzy wystrzelili tylko kilkanaście rakiet zapalających, ale nie udało się uszkodzić  kościoła. Ten okres charakteryzował się wzrastająca liczbą mordów nacjonalistów ukraińskich na ludności polskiej.  O ile Ukraińcy byli w różnym stopniu i do czasu przydatni okupantowi tu na miejscu, to nas Polaków potrzebowano w Rzeszy. Na mocy Rozporządzenie Generalnego Gubernatora  w gminie naszej Rożyszcze , Komisariat Policji Niemieckiej przekazywał  sołtysom każdej wioski zapotrzebowanie osób na roboty przymusowe do Niemiec. Najwięcej było zapotrzebowania na ludzi młodych. Deportacją do Niemiec objęto także młodzież szkolną, jak i osoby dorosłe. Surowe represje stosowane przez okupanta powodowały, że część ludności nie chcąc się narażać na poważne konsekwencje najbliższej rodziny  wyjeżdżała do Niemiec.  Sołtys jeździł po wiosce  i robił wykaz osób, którzy wyjadą na roboty do Niemiec. Nazywał się Wasyl Kołodziej. Wybierał ludzi młodych z rodzin wielodzietnych, nie pytając o zgodę najbliższych oraz starszych na których było zapotrzebowanie przez Niemców.  Z  wykazu jaki miał sołtys , została wytypowana moja siostra Janina. Miała wtedy 13 lat. Na przymusowe roboty do Niemiec wyjechała wraz z innymi koleżankami z klasy  oraz  wielu  innych znajomych, niektóre nazwiska pamiętam  do dziś, a byli to:  Wirkowski  Jan, brat cioteczny , Szulakowski Feliks i  Sienkiewicz Julian .  Wszystkim, którzy otrzymali „BILETY” na roboty do Niemiec, przywożono na stację kolejową do Rożyszcz  skąd  transportem kolejowym ,niekiedy w nieludzkich warunkach,  wywożono do III Rzeszy. Podróż czasem trwała nawet i dwa tygodnie, tak opowiadano.  Olbrzymia większość deportowanych na roboty Polaków cierpiała z powodu głodu. Byli pozbawieni prawa zakupu jakichkolwiek artykułów sprzedawanych ludności niemieckiej. Polacy mieszkali w ciasnych, nie ogrzewanych i słabo oświetlonych izbach, na strychach ,a nawet  w piwnicach. Nierzadko przydzielano Polakom miejsce w pomieszczeniach gospodarskich ,szczególnie tym co pracowali w gospodarstwach rolnych. A ci, którzy pracowali poza rolnictwem mieszkali we wspólnych pomieszczeniach ,barakach, salach tanecznych, lub remizach strażackich, nie dostosowanych do celów mieszkalnych. Z Polakami nie zawierano żadnych umów, nie mieli także wyboru miejsca pracy. Długość dnia pracy Polaków regulował sam pracodawca. Najgorzej przedstawiała się sytuacja w mniejszych lub średnich gospodarstwach rolnych oraz w gospodarstwach domowych, gdzie pracowali  w charakterze służących. Moja siostra  Janina na robotach w Niemczech  była od 18 marca 1942r do 29 maja 1945r. Pracowała w ARNSHAIM pow. Luckau. Najbliższe miasta to KIRCHNAIN  i DOBERLUK. Pracowała w gospodarstwie rolnym w charakterze robotnika rolnego  10 do 12 godzin dziennie bez przerwy w niedziele i święta. Właściciel gospodarstwa bardzo źle traktował siostrę jak i innych młodych ludzi, którzy zostali przydzieleni do tego gospodarstwa. Byli często bici, stosowano różne kary, a jeszcze częściej  byli głodni! W latach 1945 – 1946  trwały migracje powrotne Polaków, którzy byli wywiezieni na przymusowe roboty do III Rzeszy. Siostra  powróciła  w maju 1945r. ale już do  obecnej Polski. Po powrocie zamieszkała w Wałbrzychu, gdzie podjęła pracę. Rodzinę  odnalazła przez Czerwony Krzyż. Rodzina po wysiedleniu z Ziem Wschodnich zamieszkała w Wilkowie woj. Opolskie i tak siostra  powróciła do domu. Ona przebywała na robotach w Rzeszy , u nas nastało piekło , zgotowane przez  nacjonalistów ukraińskich. Była niedziela 11 lipca 1943r. Przed Cerkwią w Sokólu było około 100 Ukraińców. Przemawiał Pop dłuższy czas i mówił również, aby „wyrżnąć Lachów”. Po przemówieniu wszyscy poszli pod nasz Kościół, otworzyli drzwi kościoła, rozłożono słomę i podpalono. Starsze kobiety ukraińskie, na kolanach prosiły, aby nie podpalali Kościoła. Ale to nic nie pomogło. Zrobili to co zaplanowali.  Jak Kościół został spalony ,zostały tylko mury i  opalona konstrukcja dachu .  Drewniana wieża, na której były zawieszone trzy dzwony;  jeden duży i dwa małe ,też  została spalona Dzwony legły  w spalonym wnętrzu kościoła , zabrali je potem Niemcy wywożąc w nieznanym nikomu kierunku ,nikt  nie wiem co się z nimi stało! W tym samym dniu w miejscowości  WISZENKI  gm. Rożyszcze  p. Łuck również zniszczono mały drewniany katolicki kościółek na obrzeżach wioski, bo wioska była zamieszkała w większości przez Ukraińców. Następnie były w Rożyszczach , ale wzmożone posterunki Samoobrony przy kościele, powstrzymały  banderowcy , którzy wystrzelili tylko kilkanaście rakiet zapalających, ale nie udało się uszkodzić  kościoła. Ten okres charakteryzował się wzrastająca liczbą mordów nacjonalistów ukraińskich na ludności polskiej.   Gdyby nie fakt, że mieszkańcy mojej wioski szybko  zrozumieli o pojawieniu się realnego zagrożenia i starali się zapobiec tragedii, to dziś nie było by komu opowiadać o Słobodarce i Helenówce .  Stosunkowo szybko powstała u nas placówka samoobrony .A było nas około 100 osób. Dowódcą naszej Placówki Samoobrony w Słobodarce był sierżant Michał  Banach, przedwojenny Komendant  Strzelców Polskich. Siedziba  mieściła się w budynku Sienkiewicza  Antoniego.  Główna Baza Placówek znajdowała się w miejscowości PRZEBRAŻE , najbardziej znanym ośrodkiem samoobrony na Wołyniu. 

Wiosną 1944r. wojska sowieckie  wróciły na nasze tereny, a front niemiecki wycofał się za Rzekę Bug. Sowieci  wrócili na wcześniej budowane  lotnisko,  które teraz intensywnie wykorzystywali. Z tego lotniska samoloty brały udział w bombardowaniu  niemieckich pozycji wojsk, które znajdowały się na  terenie centralnej Polski.  Skład amunicji i bomb znajdował się  w lesie położonym niedaleko lotniska. Były tu zarówno  samoloty bojowe,  uzbrojone były tylko w karabiny maszynowe,  jak i powszechnie znane  dwupłatowe  zwiadowcze  „ KUKURYŹNIKI” , oraz   samoloty dwuosobowe ,bojowe  tzw. „STANBUŁY”. Te wszystkie samoloty leciały na front. Pamiętam, że  piloci  mówili o różnych nazwach samolotów  ale powszechnie mówiono ; „STRYPKI” (  strupki, albo lepiej  pryszcze, ze względu na uciążliwe nękanie Niemców). Dużo samolotów podczas działań bojowych zostało uszkodzonych, ale  którego tylko dało się naprawić, znowu startował na front. Gdy front przesunął się z naszego lotniska wszystkie samoloty odleciały na tereny niemieckich lotnisk. W mieście Rożyszcze  był „WOJENKOMAT” ( Wojskowa komenda uzupełnień, armii).Zarządzono mobilizację do I Armii Wojska Polskiego, wszystkich mężczyzn od 18-tego do 60-tego roku życia i samotnych kobiet, na ochotnika.  Tu znajdowała się stacja kolejowa i transportem kolejowym wysyłano powołanych do wojska , do Rosji do  Sum  skąd  po przeszkoleniu  ( a trwało  to około 2 miesiące) i umundurowaniu  wysyłano na front. „Ochotników”, którzy  zgłosili się do Szkoły  Oficerskiej, lub posiadali już stopnie wojskowe, wysyłano na szkolenie  do Riazania. Mój ojciec Józef też wstąpił do Armii Polskiej i  służył do 1945r. Wielu z naszej Placówki też zostało powołanych do wojska. Mnie i jeszcze innych ze względu na nie ukończeniu 18 lat oraz mężczyźni  po 60-tym roku życia , nie wzięto do wojska. Dlatego pozostaliśmy  w obronie cywilnej ludności. Oczywiście  Sowieci  wprowadzili własne porządki, i nie nazywała się to już samoobrona , a „Istriebitielnyje  Bataljony” potocznie zwane „Strypkami” W naszym oddziale było ok.40 osób. Naszą siedziba dalej mieściła się w budynku u Sienkiewicza. Były cały czas warty- przy Placówce warta alarmująca, na początku, w środku i na końcu wioski. Udzielaliśmy ochrony rodzinom, które uciekały z wiosek, gdzie dalej napadały bandy UPA przed zamordowaniem i schroniły się w naszej wiosce. Natomiast cały sztab  mieścił się w Rożyszczach. Było w nim właśnie sporo żołnierzy tych "starszych"  którzy podejmowali decyzje w sprawie pomocy ludności cywilnej. Dzieci-sieroty  zawoziliśmy do Łucka do sióstr zakonnych, które zapewniały im opiekę, pamiętam,  że było dużo tych  sierot. Natomiast samotnym matkom  z dziećmi  jak również osobom  starszym, przeważnie pomagaliśmy   osiedlić  się w pozostawionych  wolnych budynkach w Rożyszczach  gdzie było znacznie  bezpieczniej. Kiedy zaczęto wysiedlać rodziny polskie z ziem wschodnich , a zaczęło się to wiosną 1945r.,to 8 maja 1945r rozwiązano   Istriebitielnyje  Bataljony    i musieliśmy zdać posiadaną broń.  Rozpoczęło się przesiedlanie ludności  polskiej z ziem wschodnich, z naszego Wołynia. Do biedy, nędzy, jaką przyniosła wojna, doszło brutalne wydziedziczenie, które jak na ironię nazwano „repatriacją”. W rzeczywistości była to ekspatriacja – nieubłagane wykorzenienie Polski z tamtych terenów. Każda rodzina, która otrzymała „ Kartę Ewakuacyjną „ oprócz rzeczy niezbędnych, które posiadała w domu, zabierała też zwierzęta domowe, o ile je  posiadała. Te zwierzęta musiały być wyszczególnione właśnie w tej „ Karcie” podobnie jak i sprzęt rolniczy. Każda rodzina ze swoim „dobytkiem” musiała się dostać na stację kolejową w Rożyszczach. Następnie  po załadunku  na wagony  naszego majątku  i rodzin ruszyliśmy w nieznane. Rodziny z małymi dziećmi lub nie mające zwierząt, jechały w zakrytych wagonach, natomiast  reszta, a przeważnie  byli to mężczyźni ze swoimi zwierzętami i sprzętem gospodarczym jechali w  tych otwartych . Ja też jechałem w otwartym wagonie. Pamiętam, że transport składał się z około 40 wagonów. Cały nasz transport zatrzymał się na stacji w Mikulczycach  ,  tam  musieliśmy wyładować „nasz dobytek” i  rodziny z wagonów na rampę. Postój trwał około tygodnia. Następnie załadowano nas do innych wagonów, którymi  dotarliśmy do celu, to znaczy do Namysłowa  woj. Opolskie , gdzie też czekaliśmy kilka dni.  A było to w końcu maja 1945 roku. Po rozładunku  rodziny  przybyłe  tym transportem  zajmowały gospodarstwa  w okolicznych wioskach, w których mieszkały  jeszcze rodziny niemieckie. Po opuszczeniu tych domów i  gospodarstw przez  Niemców ,  zasiedlali je Polacy. Zachowaliśmy dla potomnych „Ewakuacyjny List-12900-Karta ewakuacyjna”, dowód podróży z „Kresów Wschodnich” na nowe „Kresy Zachodnie”. Nigdy już tam nie wróciłem, ale w 2008 r. miałem możliwość obejrzeć  tamte strony na zdjęciach i stwierdziłem, że  nie ma już mojej  Słobodarki , o której tu opowiedziałem.

Wstawił: B.Szarwiło


GTranslate

plbebgzh-TWhrcsdanlenetfrgldeelhuitjalvltnoptrorusrskslessvukyi

Włamanie do serwisu

Strona odtworzona po ataku hakerskim. W przypadku dostrzeżenia braków i niespójności z poprzednią zawartością serwisu oraz w celu zgłoszenia ew. uwag prosimy o kontakt z nami.

Wołyń naszych przodków

wp7.jpg
Czytaj także

 

 

Rzeź Wołyńska

lud5.jpg

Szukaj w serwisie

Gościmy

Odwiedza nas 328 gości oraz 0 użytkowników.

Statystyki

Odsłon artykułów:
5910021