Wszystko zaczęło się 17-18 czerwca mówi Tadeusz Filipczak  ( urodzony w 1928 r. w miejscowości Czaruków  pow. Łuck). Mieszkałem z rodzicami w kol. Chrobrów gmina Czaruków. Od wiosny 1943 r. wszyscy mieszkańcy naszej wsi nie spali  już w swoich domach, ale po krzakach, w polu a niektórzy w wykonanych przez siebie schronach. Niepokojące wieści o mordach ukraińskich band dochodziły ze wszystkich stron. Wspomnianego czerwcowego dnia mordu dokonano i u nas. Napadnięty został Jan Michałek z dziewczyną. Jego zamordowano a ona zdołała uciec na stację kolejową  w miejscowości Nieświt, gdzie znajdował się wojskowy posterunek niemiecki. Ojciec zdecydował, że od tej pory rodzina moja będzie jeździć na noc do kościoła położonego właśnie w tej miejscowości. Wydawało się , że tak będzie bezpieczniej. Nie wiedzieliśmy, że napad na naszą miejscowość był przygotowany przez UPA na 19 czerwca. O tym fakcie powiadomił nas ukraiński sąsiad Siańko Klepiec w chwili kiedy paliły się już Jeziorany Szlacheckie. Tata w tym czasie był u Michałka pomagał przy wykonaniu trumny dla zamordowanego Janka. Nie było na co czekać, natychmiast z mamą uciekliśmy do stryja Edwarda Filipczaka skąd już razem z nim do Budek Osieckich, gdzie mieszkał  brat stryjenki Bolesław Konopko. Stamtąd wszyscy razem uciekliśmy do Torczyna, gdzie stacjonowało wojsko niemieckie. W czasie napadu zamordowano 13 Polaków, jedną Czeszkę, 2 Rosjan i Ukraińca Siańko Klepca za to, że uprzedził Polaków o napadzie. W Torczynie przebywaliśmy koło miesiąca, gdzie zebrało się więcej uciekinierów z polskich wsi. Nie można było jednak przebywać tam dłużej dlatego pod eskortą Niemców kolumna ocalałych z rzezi Polaków została przeprowadzona do Łucka.  W tym dużym mieście wydawało się być bezpiecznie, ale były problemy nie tylko z mieszkaniami ale i wyżywieniem znacznej liczby uciekinierów z różnych stron Wołynia. Nasza rodzina podobnie jak i inne pozostawiły swoje gospodarstwa bez opieki ale do ostatniego dnia pobytu zadbane, a więc np. obsiane zbożami.

Dlatego też w czasie żniw rodzina moja postanowiła wrócić po zbiory. W grupie osób które wyruszyły był również mój dziadek z babcią. Żniwiarze cały dzień pracowali bez zakłóceń i wydawało się, że wszystko będzie dobrze. Jednak kiedy wszyscy zbierali się do powrotu, moi dziadkowie pozostali chwilę dłużej by dokończyć zbioru. Gdy skończyli ruszyli samotnie w drogę powrotną ale daleko nie ujechali. Banderowcy zaskoczyli ich na drodze. Dziadka wrzucili jak kłodę drewna na wóz siadając na nim a babcie przywiązali do wozu i tak ją ciągnęli. Jak dojechali do gospodarstwa oboje wrzucili do studni, prawdopodobnie już nie żyli. To nie był odosobniony przypadek, w tym czasie na całym Wołyniu trwało już polowanie na Polaków w sposób otwarty i w najgorszej formie.

Wspomnień wysłuchał i wstawił B. Szarwiło


GTranslate

plbebgzh-TWhrcsdanlenetfrgldeelhuitjalvltnoptrorusrskslessvukyi

Włamanie do serwisu

Strona odtworzona po ataku hakerskim. W przypadku dostrzeżenia braków i niespójności z poprzednią zawartością serwisu oraz w celu zgłoszenia ew. uwag prosimy o kontakt z nami.

Wołyń naszych przodków

wp2.jpg
Czytaj także

 

 

Rzeź Wołyńska

lud3.jpg

Szukaj w serwisie

Gościmy

Odwiedza nas 357 gości oraz 0 użytkowników.

Statystyki

Odsłon artykułów:
6605525