Mieczysław Kuziora pochodzi z miejscowości Łukowiec Wiśniowski w województwie stanisławowskim. — Urodziłem się 24 września 1938 r. — zaczyna swoją opowieść pan Mieczysław. — Byłem najmłodszy z dziesięciorga rodzeństwa. Nasza wioska była bardzo duża, miała aż 900 numerów i 7 sklepów, była właściwie miasteczkiem. Do Lwowa trzeba było jechać 75 km, a do Stanisławowa 72. Mieliśmy 7 km do rzeki Dniestr, którą trzeba było przemierzać promem... W tym miejscu warto wspomnieć historię rodziców pana Mieczysława. Ojciec Józef pochodził ze Stalowej Woli w woj. rzeszowskim, natomiast mama Helena od urodzenia mieszkała w miejscowości Douha na Kresach Wschodnich. Tak się złożyło, że obydwoje w 1913 r. wyemigrowali do USA i rozpoczęli pracę w Clifton-Passaic; Helena pracowała w chusteczkarni, a Józef w różnych fabrykach. Tam pewnego dnia poznali się i postanowili się pobrać. Już jako małżeństwo z dwojgiem dzieci powrócili do Polski w 1921 r. Zakupili 18 mórg gruntu, na którym powstał dom i gospodarstwo. Tak więc życie państwa Kuziorów przebiegało spokojnie przez niemal całe dwudziestolecie międzywojenne w II Rzeczypospolitej. — Rok przed moim urodzeniem do USA wyjechał jeden ze starszych braci — Jan, gdyż nie chciał iść do wojska, ojciec postanowił mu więc pomóc. Sprzedał krowę, kilka świń i kupił mu bilet do Ameryki — opowiada pan Mieczysław. — Życie przebiegało raczej w spokoju.

Wokół panowała atmosfera przyjaźni, mam tu na myśli stosunki między Polakami i Ukraińcami — dodaje. Przyszedł w końcu pamiętny rok 1939, który przyniósł ze sobą tragedię II wojny światowej. Rodzina Kuziorów, tak jak inni Polacy, znalazła się w potrzasku okupantów..  (...) 1 marca 1943 r. oddziały UPA-OUN przystąpiły do powstania zbrojnego przeciw Niemcom, których Ukraińcy uznali za tzw. wroga przejściowego, gdyż głównym wrogiem był ZSRR, który miał dopiero nadejść. Na początku jednak trzeba było pozbyć się ludności polskiej, która mogłaby stanowić element sporny przy określaniu przyszłego państwa ukraińskiego, jakie banderowcy chcieli stworzyć. Uznali, że Polacy oraz inne grupy etniczne (Rosjanie, Żydzi, Ormianie) mogłyby im w tym przeszkodzić. Postanowili więc dokonać eksterminacji, czyli unicestwienia Polaków zamieszkałych w Małopolsce Wschodniej i na Wołyniu, a więc na terenach, które ze względu na zróżnicowanie etniczne mogły stać się spornymi przy ustalaniu granic po wojnie. Powyższe wydarzenia dały początek okrutnej zbrodni, która została dokonana na Polakach i o szczegółach której opowiada nam Mieczysław Kuziora. (...)  Niektórzy Ukraińcy byli w stosunku do nas bardzo uprzejmi. Ostrzegli np. mojego wujka, brata mamy: — Walenty, wyprowadzaj się! Ty jesteś takim dobrym Polakiem, nasi Ukraińcy będą was palić i mordować. Wujek, nie namyślając się wiele, przeprowadził się praktycznie z całym inwentarzem do nas. Miał m.in. dwa konie i trzy krowy — opowiada pan Mieczysław. Wieś Łukowiec Wiśniowski, do której uciekł przed prześladowaniami ze strony UPA wujek pana Mieczysława, ze względu na swą liczebność i fakt, że zatrzymywali się tam i broń przechowywali AK-owcy, była właściwie niedostępna dla band UPA, dla których atak na tę miejscowość wiązał się ze zbyt dużym ryzykiem. Stąd Łukowiec powoli stawał się enklawą dla wielu rodzin, które zdecydowały się uciec z najbardziej zagrożonych miejsc. — Nasz proboszcz ks. Galik jeździł po wsi na koniu, uzbrojony; był komendantem; młode chłopaki często chwytały u nas za broń w razie potrzeby. W Łukowcu robiło się coraz ciaśniej od uciekinierów, ale co ludzie mieli robić? Tak naprawdę to ci, którym udało się do nas uciec, należeli do nielicznych, banderowcy byli dobrze zorganizowanymi zbrodniarzami, przed którymi ucieczka nie była łatwa, a dla wielu okazała się już wręcz niemożliwa — wyjaśnia pan Mieczysław. W trakcie rzezi wołyńskiej porwania w biały dzień i zabijanie w lesie były na porządku dziennym. Pan Mieczysław wspomina: — Pamiętam, że na wiosnę 1943 r. z nastawni, która zamykała drogę przed przejazdem pociągu, został uprowadzony i zamordowany mężczyzna o nazwisku Lepionka. Ciało najprawdopodobniej zostało spalone. W okolicy znajdował się również młyn, do którego gospodarze udawali się po mąkę. Z opowiadań ojca wiem, że tego dnia w południe pojechało tam siedmiu gospodarzy. Ukraińcy z końmi i wozem już tam na nich czekali. Przemocą zaciągnęli wszystkich na wóz i zabrali nie wiadomo dokąd. Słuch o nich zaginął. Również w dzień Ukraińcy potrafili np. wejść do kościoła i podczas Mszy św. otworzyć ogień do modlących się ludzi. Wieczorem natomiast bardzo często widziano łuny nad okolicznymi wsiami, palonymi przez UPA — opowiada. W pamięci pana Mieczysława najbardziej zapisał się widok kilkunastu zmasakrowanych i powieszonych przez Ukraińców młodych mężczyzn. — Było ich chyba jedenastu. Pojechali z Łukowca na sąsiednie wsie, aby wziąć z obór trochę słomy dla inwentarza. Kiedy przejeżdżali przez las nad jeziorem, nagle otoczyli ich Ukraińcy z siekierami. Powiązali ich i zaczęli rąbać im głowy na pół, tak jakby wbijali tasak w arbuza. Półżywych i skręconych w agonalnych konwulsjach powiesili na drzewach i odjechali. Zabici bestialsko mężczyźni zostali odnalezieni po kilku godzinach. Chłopi przywieźli na wozach ciała do wsi. Złożono ich w zbitych pośpiesznie trumnach, które następnie ułożono przy kostnicy obok kościoła. Poszedłem z mamą zobaczyć, jak ich chowali. Z każdej trumny płynęły strugi krwi, tworząc na spadzie terenu szkarłatne jeziorko. Ks. Galik był bardzo przejęty ich śmiercią. Przerażenie odczuwało się na każdym kroku. Do dziś mam przed oczami ten obraz — wspomina pan Mieczysław. Do jednego z dramatycznych wydarzeń doszło w miejscowości Douha, skąd, jak wiemy, pochodziła mama pana Mieczysława. Prawdopodobnie mieszkało w niej 6 polskich rodzin. — Był tam kościół i plebania. Ksiądz otrzymał od kogoś wiadomość, że banda UPA jest już blisko. Postanowił więc stawić jej opór wraz z grupą 41 mieszkańców na plebanii. Była ona murowana. Proboszcz kazał obić okiennice i drzwi wejściowe blachą. Po krótkim czasie w budynku zebrali się już wszyscy mieszkańcy — dzieci, kobiety, młodzi mężczyźni i dziewczęta, a także starsi; wraz z księdzem 42 osoby. Ukraińcy najpierw podpalili wieś, następnie otoczyli plebanię. Rozpoczęli ostrzał, Polacy uzbrojeni w karabiny zaczęli się bronić. Kule świstały złowrogo nad głowami zamkniętych na plebanii i wystraszonych śmiertelnie kobiet i dzieci. Natomiast młodzi mężczyźni, ryzykując utratę życia, odpierali ataki przez lekko uchylone i obite blachą okna. Ta wymiana ognia nie trwała długo. Kilku pachołków ukraińskich z całym impetem podbiegło do budynku, jak najbliżej się dało, i oblało benzyną ściany i uzbrojone blachą drzwi. Budynek w ciągu kilku sekund stanął w płomieniach, temperatura wewnątrz zaczęła rosnąć, a dym dusić broniących się jeszcze Polaków. Kiedy żar zrobił się nie do zniesienia, Polacy instynktownie otworzyli drzwi i okna, chcąc uciec z płonącego budynku. Na zewnątrz byli już bardzo łatwym celem dla Ukraińców, którzy strzelali do nich jak do kaczek. Kto nie zginął od strzału, spłonął żywcem. Na prawdziwy cud zakrawa fakt, że jedna osoba przeżyła ten atak. To był młody mężczyzna; wyskoczył z okna i zawiesił się na kolanku od rynny, nie dawał znaku życia. — Podech! — krzyknął do komendanta jeden z Ukraińców. Myśląc, że to trup, zostawili go w spokoju i odeszli — opowiada z przejęciem pan Mieczysław. Chyba do najbardziej wstrząsających opisów należą wymyślne sposoby zadawania śmierci przez Ukraińców dzieciom. — Mama opowiadała mi, że doszło do takiego wydarzenia w Dousze. Dzieci bawiły się w piasku. Nagle Ukrainiec podszedł do nich, chwycił jedno z dzieci i nadział na ostry koniec sztachety płotu. Dziecko zaczęło krzyczeć wniebogłosy i zanosić się z bólu, a ten banderowiec stał i z diaboliczną satysfakcją się przyglądał. Coś strasznego. Podbiegła do niego jakaś Ukrainka i zaczęła zaklinać: — Co ty robisz temu maluszkowi?! Po niedługim czasie dziecko zmarło. Jeszcze inni UP-owcy przebijali dzieci widłami. Nabijali je na nie jak snopek. Taka sytuacja miała miejsce 3 km od Łukowca, w Nowosielcach. Ok. 16 maluchów poszło kąpać się nad stawek. Miały po 5, może 6 lat. Ukraińcy zaczaili się na nie jak wilki. Wyczekali moment, gdy dzieci znalazły się na polanie. Powychodzili ze zboża i ruszyli na nie. Gdy tylko znaleźli się przy wyjącej z przerażenia grupce, zaczęli kłuć bez opamiętania. Krew bryzgała im po twarzach. Kiedy przywieziono do wsi te zakłute na śmierć niebożęta, rozległ się lament. Nawet nie było czasu opłakiwać ich dłużej, trzeba je było szybko pochować. Terror sięgał zenitu — snuje budzącą przerażenie historię pan Mieczysław. — Wierzy mi pan? — pyta. (...) W 1945 r., kiedy zakończyły się działania wojenne, rodzina Kuziorów opuściła na zawsze Wołyń i osiedliła się na Pomorzu Zachodnim.  (....) Za komuny o zbrodni wołyńskiej, podobnie jak o Katyniu, nikt nic nie mówił. Ludzie się bali. Do dziś wielu, którzy ocaleli, prześladuje pamięć o tamtych wydarzeniach. Ale mówić trzeba, ku przestrodze dla potomnych, zwłaszcza przez fakt, że na Ukrainie zbrodniarze z UPA nadal są czczeni jako bohaterzy, a to nie byli bohaterzy, tylko okrutni mordercy — kończy swą opowieść pan Mieczysław.

Fragmenty wspomnień Mieczysława Kuziora za; https://opoka.org.pl/biblioteka/I/IH/niedziela201351-wolyn.html

wyszukał i wstawił B. Szarwiło- "ku pamięci".


GTranslate

plbebgzh-TWhrcsdanlenetfrgldeelhuitjalvltnoptrorusrskslessvukyi

Włamanie do serwisu

Strona odtworzona po ataku hakerskim. W przypadku dostrzeżenia braków i niespójności z poprzednią zawartością serwisu oraz w celu zgłoszenia ew. uwag prosimy o kontakt z nami.

Wołyń naszych przodków

wp8.jpg
Czytaj także

 

 

Rzeź Wołyńska

lud6.jpg

Szukaj w serwisie

Gościmy

Odwiedza nas 417 gości oraz 0 użytkowników.

Statystyki

Odsłon artykułów:
6503707