Leżałam skulona pod ciałem martwej mamy. Uzbrojeni banderowcy stali nade mną. Całe szczęście uznali, że nie żyję - opowiada pani Józefa Bryg. Strach. Towarzyszył mi przez całe życie. Jeszcze wiele lat po wojnie, za każdym razem gdy wchodziłam do mieszkania, zaglądałam ostrożnie pod wannę. Sprawdzałam czy przypadkiem ktoś się tam nie schował i nie będzie próbował mnie skrzywdzić. Bałam się własnego cienia. Niepokój właściwie mnie nie opuszczał.

To jest właśnie piętno Wołynia i Galicji Wschodniej. Piętno ocalałych.

Kiedy wracam dziś do tamtych strasznych dni – przede wszystkim przypomina mi się strach. Wszechobecny, paraliżujący, ściskający za gardło. Ciążący w trzewiach niczym kamień. Nie pozwalający spać, jeść, myśleć. Żyć.

Ten strach narastał. Aż stał się nieodłączną częścią naszego życia. Zaczęło się od pogłosek o pierwszych mordach na Polakach. I od wrogich spojrzeń i nieprzyjaznych pomruków naszych ukraińskich sąsiadów. Potem nocami obserwowaliśmy na horyzoncie krwawe łuny. To paliły się inne polskie wioski.

A wśród nas narastała psychoza. Czy nas też czeka śmierć? Kiedy przyjdzie nasza kolej? Choć byłam dzieckiem, doskonale wyczuwałam nastroje rodziców. Widziałam, że się boją. Pamiętam, że całymi godzinami wysiadywałam w oknie i wpatrywałam się w drogę. Idą już po nas czy nie idą? Przeżyjemy ten dzień czy nie?

Coraz częściej chowaliśmy się w piwnicy, albo w ogóle nie nocowaliśmy w domu. Śmierć bowiem często przychodziła nocą.

Pewnego dnia ktoś rzucił nam na podwórko granat. Mama wpadła w panikę. Natychmiast zabrała dzieci – czyli mnie i starszego o cztery lata braciszka - i uciekła do siostry. Ale ile jednak mogliśmy tam mieszkać… Gdy się trochę uspokoiło, wróciliśmy do domu.

Za dnia ludzie we wsi skupiali się w grupki. Rozglądali się nerwowo i przekazywali sobie szeptem kolejne mrożące krew w żyłach wieści. Tego zarżnęli piłą, tamtego zarąbali siekierą. Temu obcięli genitalia. Tamtej piersi. Kogoś spalili, kogoś wrzucili do studni.

Trudno nawet opisać jaki to miało wpływ na ludzką psychikę. Na nasze nerwy. Wystarczy powiedzieć, że nocami bałam się nawet wyjść do sławojki na siusiu. Bo tam też mógł przecież czaić się morderca z siekierą i nożem.

To był strach połączony z wyczekiwaniem. Wyczekiwaniem na co? Na śmierć.

Idź, zabij!

Pierwszych spalili Soplów. Dobrze znaliśmy ten dom i tę rodzinę. Mieszkali niedaleko nas, czyli w pobliżu miasteczka Podkamień w województwie tarnopolskim. My mieszkaliśmy w kolonii Palikrowy.

Na Polaków padł blady strach. Ale nie tylko na Polaków. Banderowcy nie oszczędzali również rodzin mieszanych. Jedną z takich historii nawet zapamiętałam. Dotyczyła czteroosobowej rodziny. Mama Polka, ojciec Ukrainiec. Plus dwójka dzieci – syn i córka.

W takich przypadkach obowiązywała zasada, że synów chrzciło się w cerkwi, a córki w kościele. W efekcie dziewczyna wyrosła na Polkę, a chłopak na Ukraińca. Po pewnym czasie syn przystał do bandy banderowców i pewnego dnia zaproponował ojcu, żeby we dwóch… zamordowali matkę i siostrę. Takie były bowiem instrukcje organizacji. Tylko przez mord można było zmyć hańbę, jaką było pokrewieństwo z „Laszką”.

Ojciec poprosił syna o czas do namysłu. Nazajutrz powiedział, że jest gotów na zamordowanie żony i córki. Wtedy ten mu wręczył pistolet. Idź, zabij! Kiedy już zbliżali się do sypialni żony, nagle ojciec odwrócił się i… wpakował kulę synowi. Uśmiercił go na miejscu.

Nie wiem, jakie były ich dalsze losy. Czy udało im się ujść z życiem, czy też banderowcy ich dopadli i zamordowali. Historia ta dobrze ukazuje koszmar, który rozgrywał się na Wołyniu i w Galicji Wschodniej. Aż trudno uwierzyć, jak nieludzka była ta ideologia. Ideologia, która nakazywała ludziom mordować najbliższych.

Mężczyźni z naszej kolonii nie chcieli z założonymi rękami czekać na śmierć. Zorganizowali patrole, wystawiali na noc czujki. Ojciec w tych dniach rzadko bywał w domu. Do nas schodziły się zaś sąsiadki z dziećmi i razem nocowaliśmy w piwnicy. Bo piwnicę mieliśmy największą w całej okolicy.

Miała pełno zakamarków i winkli. Wejście było dobrze zakamuflowane w podłodze. Na nim jeszcze, dla niepoznaki, tata stawiał beczki i słomieniaki z grochem, zbożem czy mąką.

Niestety mama chorowała na serce. Zamknięta w ciemnej, dusznej piwnicy mdlała. Trzeba było wtedy czym prędzej otwierać klapę, a to nie było proste, bo przecież stały na niej ciężary. Przy okazji wszystko wysypywało się z beczek.

Wyciągaliśmy więc mamę i ją cuciliśmy. Była to mordęga, która powtarzała się co noc. Od tamtej pory mam klaustrofobię.

Nadeszła nieuchronna katastrofa. Pewnej niedzieli usłyszeliśmy, że uzbrojeni banderowcy zbliżają się do naszej wsi. Był marzec 1944 roku, śnieg leżał jeszcze na łąkach. Ojca nie było w domu, bo akurat stał gdzieś na warcie. Przybiegli do nas przerażeni sąsiedzi i od razu zaczęli zbiegać do piwnicy.

Mama – jak się miało okazać na nasze nieszczęście - uznała jednak, że piwnica nie jest pewnym schronieniem. Wraz z innymi mieszkańcami wsi popędziliśmy do oddalonego o kilka kilometrów Podkamienia. Schroniliśmy się w klasztorze ojców Dominikanów, którego prastare, potężne mury dawały złudzenie bezpieczeństwa. Na terenie klasztoru znajdował się już tłum polskich uchodźców. Z Wołynia i z okolicznych – zagrożonych zagładą – wiosek. Do dziś mam przed oczami cały ten tłum. Mężczyźni, kobiety, dzieci. Bezbronni, przestraszeni, bezradni.

Razem zaczęliśmy się modlić… Spodziewany atak jednak nie nastąpił. Ktoś przyniósł wieść, że to nie żadni banderowcy, tylko polskie wojsko na koniach. Fałszywy alarm! Odetchnęliśmy z ulgą i wyszliśmy poza mury. Ruszyliśmy w drogę powrotną do naszej wsi. Okazało się jednak, że to nie było polskie wojsko… To naprawdę była UPA…

Martwe oczy

W Palikrowach zaczął się pogrom… A my znaleźliśmy się w jego centrum… W panice wbiegliśmy na teren obejścia znajomej. Miała obszerną stodołę, a w niej piwnicę. Wskoczyliśmy do środka, było już tam trochę ludzi. Cały czas dochodzili nowi. Patrzyliśmy na siebie w niemym przerażeniu. Jak się okazało wśród nas była kobieta, która była w zmowie z banderowcami. Gdy tylko rozległ się pierwszy wystrzał z pistoletu – to musiał być umówiony wcześniej znak - zaczęła się drzeć w niebogłosy.

Usłyszeli ją natychmiast. I przyszli.

- Dawaaaaaaaaj! Dawaaaaaaaaj! – oprawcy wygonili nas na łąkę.

Banderowcy byli straszni. Mundury, wysokie buty, pistolety maszynowe i karabiny. Złe, nienawistne spojrzenia. Byliśmy przerażeni. Wkrótce na łące zebrał się spory tłum – byli to niemal wszyscy mieszkańcy Palikrowów. Otoczyli nas i zaczęli wszystkim sprawdzać dokumenty. Ukraińców kierowali na jedną stronę, a Polaków na drugą. Ukrywających się w wiosce Żydów spędzili za rów. To była selekcja przed egzekucją.

Ukraińców puścili wolno, a wokół nas zaczęli rozstawiać karabiny maszynowe. Mama – jak zwykle - trzymała mnie na plecach w chuście. Dzięki temu wszytko świetnie widziałam. I zobaczyłam, że w ostatniej grupie schwytanych Polaków banderowcy przyprowadzili mojego tatę. Mój braciszek szlochał i cały się trząsł. Ukraińcy zbili go podczas drogi karabinowymi kolbami, bo nie podobało im się, że głośno płakał.

Oprawcy najpierw kazali Żydom rozebrać się do naga. Po wykonaniu rozkazu ci nieszczęśni ludzie zaczęli się modlić. Wyglądało to upiornie. Był niesamowity ziąb, a oni nie mieli na sobie żadnego ubrania. Cali dygotali z zimna, oczy zwrócili ku niebu. Zaraz odezwały się pierwsze wystrzały, a Żydzi zaczęli padać jeden po drugim na ziemię. Śnieg zrobił się czerwony od krwi.

Po prostu nie mogłam uwierzyć w to co widzę. Nie mogłam uwierzyć, że to dzieje się naprawdę. Ogarnęła mnie zgroza. Potem oprawcy wzięli się za Polaków. Zaczęli ustawiać nas trójkami. Rozległy się jęki, szlochy, krzyki. Błagania. Teraz już wiedzieliśmy, co nas czeka. Nie było ratunku. I nie było litości. Mieliśmy zginąć.

Na łące stał tłum Polaków, jak się później dowiedziałam ponad trzysta pięćdziesiąt osób. Nie łatwo jest zgładzić tak dużą grupę ludzi. Rozstrzeliwania trwały więc bardzo długo. Musieliśmy patrzeć na śmierć naszych sąsiadów, znajomych… Serie z broni maszynowej, krzyk mordowanych, przekleństwa katów. Sceny iście dantejskie.

Kiedy nadeszła nasza kolej, rodzice milczeli. Ja cały czas siedziałam w chuście, kurczowo wpijając się w plecy mamy… Ludzie stojący bezpośrednio przed nami zaczęli padać na ziemię, huk wystrzałów stał się ogłuszający… Kule zaczęły świstać obok nas…

Nagle niebo zawirowało mi nad głową i poczułam potężne uderzenie. Zorientowałam się, że leżę na ziemi, przygnieciona ciałem mamy. Mama miała ręce szeroko rozrzucone na boki. Nie ruszała się. Obok usłyszałam straszne jęczenie. To jęczał mój tata.

Wyjrzałam spod futra mamy i zaczęłam błagać go szeptem:

- Tato, tatusiu cicho… cicho…

Prosiłam go, zaklinałam, ale on coraz bardziej jęczał. Był ciężko ranny. Wtedy usłyszeli go Ukraińcy. Jeden z nich stanął nad ojcem. Wycelował z karabinu i dobił go na moich oczach. Kula trafiła w głowę. Uchem i ustami buchnęła gęsta krew, zalewając mu całą twarz. Schowałam się głębiej pod futro mamusi.

Leżałam nieruchomo udając trupa. Spod ciała mamy wystawała mi jedna noga. Bałam się zmienić pozycję, bo wydawało mi się, że banderowcy zapamiętali jak leżę. Jeżeli zobaczą, że coś się zmieniło – zorientują się, że żyję i mnie zamordują.

Cały czas w duchu się modliłam. Odmawiałam „Pod Twoją obronę uciekamy się, święta Boża Rodzicielko” i „Aniele Boży stróżu mój…”. Bo tylko tyle umiałam. Jak kończyłam jedno, zaczynałam drugie. I tak na okrągło.

Ile to mogło trwać – nie wiem. W końcu banderowcy sobie poszli pozostawiając za sobą łąkę usłaną ciałami rozstrzelanych ludzi. Po kilku godzinach odważyłam się wyjrzeć z kryjówki. Mimo, że był już wieczór, było jasno jak za dnia. To Palikrowy stały w ogniu. Na tle szalejących płomieni widać było uwijające się czarne postacie, skakały niczym malutkie chochliki. To Ukraińcy plądrowali wieś.

Szkoda naboju!

Stanęłam na nogi i zaczęłam szarpać mamę za rękę i krzyczeć:

- Mamusiu, wstawaj! Musimy iść, uciekać! Wstawaj.

Do mojej świadomości nie dochodziło to, że mama nie żyje. Potem dowiedziałam się, że dostała postrzał prosto w głowę, w potylicę. Ręce miała rozłożone jak na krzyżu. Pewnie w ostatniej chwili życia chciała mnie uchronić przed nadlatującą kulą.

Nagle spostrzegłam, że w kierunku pastwiska idzie dwóch mężczyzn. Pewnie usłyszeli, jak krzyczałam. Szybciutko z powrotem wczołgałam się pod mamę - starałam się odtworzyć pozycję, w której wcześniej leżałam. I zamarłam. Dwaj banderowcy zaczęli strzelać do rannych. Widocznie nie tylko ja przeżyłam masakrę.

W końcu stanęli nade mną. Byłam przerażona. Serce waliło mi jak oszalałe. Bałam się poruszyć, drgnąć, oddychać. Zacisnęłam mocno powieki, czekając na huk pocisku. Czekając na śmierć.

Jeden z banderowców powiedział, patrząc na mnie:

- Szkoda naboju. Ona już i tak nie żyje.

I na potwierdzenie tego, kopnął mnie mocno w wystającą nogę. Ja się nie poruszyłam, a nogę spuściłam bezwładnie. To utwierdziło upowców w przekonaniu, że jestem martwa. Poszli dalej. Odetchnęłam z ulgą… Będę żyć.
Do dziś nie wiem skąd w małym dziecku znalazło się tyle rozumu.

Długo tak leżałam bez ruchu. Bałam się, że mordercy znowu wrócą. W końcu usłyszałam ciche wołanie:

- Józiu, Józiu! Czy ty żyjesz? Józiu! - to była panna Róża, nasza sąsiadka.

Musiała widocznie usłyszeć jak wcześniej wołałam mamę. Ona też przeżyła, choć była poważnie ranna w plecy. Odezwałam się do niej. Chciałam wstać, ale nie mogłam. Ciało miałam zesztywniałe z zimna. Jakoś się jednak wygrzebałam i zaczęłam raczkować, czołgać się, po sztywniejących trupach. Patrzyły na mnie szeroko otwartymi, martwymi oczami. Na ich twarzach zastygło przedśmiertelne przerażenie.

Okazało się, że masakrę jakimś cudem przeżył również mój braciszek. Leżał pod zwałem trupów i teraz też wygrzebał się na powierzchnię. Razem z panną Różą pomogli mi iść. Byłam wysmarowana krwią od stóp do głów.

Razem z braciszkiem nie wiedzieliśmy co ze sobą począć. Zrobiliśmy więc jedyną rzecz, jaka przyszła nam do głowy - wróciliśmy do domu.

Smutny to był powrót. Tym bardziej, że na miejscu dowiedzieliśmy się, iż wszyscy ludzie, którzy ukryli się u nas w piwnicy ocaleli. Banderowcy ich nie znaleźli. Okazało się więc, że ta kryjówka była bezpieczna… Gdybyśmy wszyscy razem schronili się w piwnicy - rodzice by przeżyli…

Dom bez mamy i taty był dziwny, pusty. Obcy. Od tej pory byliśmy zdani tylko na siebie. Wszystko stało się tak raptownie! Z dnia na dzień zostaliśmy sierotami, z dnia na dzień nasz poukładany świat rozsypał się w drzazgi. Teraz najważniejsze były dwie sprawy: ocalenie przed ukraińskimi nacjonalistami. I uniknięcie śmierci głodowej.

Byliśmy bowiem potwornie głodni. W obejściu znaleźliśmy tylko kilka jajek, które od razu zjedliśmy na surowo. Bezskutecznie szukaliśmy jedzenia po szafkach, a nawet w śmieciach. Znaleźliśmy tylko zeschnięte skórki od chleba. Trochę wyki, ziarna. Nie mogło to na dłuższą metę zaspokoić naszego głodu.

Kiedy jedno z nas szukało jedzenia, drugie czuwało stojąc w oknie. Baliśmy się, że Ukraińcy mogą pojawić się znienacka i nas zabić.

Dlaczego ja?

Nie potrafię określić, jak długo koczowaliśmy w naszym splądrowanym domu. Może tydzień, a może dwa. Jedliśmy co popadnie, ze strachu baliśmy się oddalić. Cały czas byliśmy w pogotowiu, żeby – w razie niebezpieczeństwa - uciec do piwnicy.

Banderowców więcej już nie spotkaliśmy.

Przyszli za to Sowieci. Pewnego dnia, bez gadania, jak to oni, zabrali mnie i brata. Zapakowali nas na ciężarowy samochód i pojechali dalej. Okazało się, że wyłapują wszystkie włóczące się po okolicy dzieci, które straciły rodziców. Wieźli nas dzień i noc. Hen, daleko, nie wiem gdzie. Po dotarciu do docelowej miejscowości zostaliśmy rozdzieleni. Mnie oddali do jednego domu, a brata do innego. To była dla mnie prawdziwa tragedia.

Po tym wszystkim, przez co przeszłam, odebrano mi najbliższą osobę. Jedynego członka rodziny, który został mi na świecie. Miałam zaledwie kilka lat i zostałam sama jak palec. Po wojnie próbowałam brata odnaleźć. Bez skutku. Udało mi się to dopiero po kilkudziesięciu latach, tuż przed jego śmiercią.

Do siódmej klasy szkoły powszechnej mieszkałam u sióstr w klasztorze w Moszczanach. Potem przeniosłam się do Przemyśla, gdzie skończyłam szkołę krawiecką. Nie specjalnie lubiłam szyć, ale cóż… z czegoś musiałam przecież żyć. Odbijałam to sobie popołudniami, kiedy chodziłam do szkoły muzycznej. Potem skończyłam studium nauczycielskie w Rzeszowie. A zamieszkałam w Przemyślu.

Jak ułożyło mi się życie osobiste? W 1960 roku wyszłam za mąż. Rok później urodził się mój jedyny syn – Andrzej Bryg. Został znanym aktorem. Występował w teatrze imienia Juliusza Słowackiego w Krakowie i grał w głośnych kinowych filmach. Niestety obaj moi mężczyźni mnie opuścili. Obaj – mój mąż i mój syn - już nie żyją. Została mi wnuczka Diana, i mój prawnuk, Wojtuś.

To dziwne. Ale rozmawiając z panią o tych wszystkich sprawach, o ludobójstwie, o mojej utraconej rodzinie - pierwszy raz nie płaczę. Do tej pory nie mogłam o tym mówić spokojnie. Bez emocji. Mimo, że przecież minęło już tyle lat… to wszystko we mnie siedzi, tkwi. Jest jak nigdy nie gojąca się rana.

Nic w życiu nie zostało mi oszczędzone. Pan Bóg zabrał mi rodziców. Zabrał mi rodzeństwo. Zabrał mi ukochanego męża i zabrał mi jedynego syna. Moje ukochane dziecko. Czy mam o to wszystko pretensje do Boga? Czy zwątpiłam w Jego istnienie?

Na początku tak. Na początku nie potrafiłam sobie tego wszystkiego wytłumaczyć, zrozumieć. Dlaczego akurat oni? Dlaczego akurat ja? Dlaczego to na nas spadły takie straszliwe nieszczęścia? Jak Bóg mógł na to wszystko pozwolić? Z wiekiem przyszła jednak pokora i zrozumienie. Nie, nie mam pretensji do Boga. To bowiem nie Bóg zadał mi te wszystkie cierpienia. Zadali mi je ludzie.

 

Opowieść pani Józefy Bryg jest fragmentem nowej książki Anny Herbich „Dziewczyny z Wołynia” (Wydawnictwo Znak Horyzont).

 

Internauta Bradaswd,  9 lipca 2018:  Z zapisków mojej ciotki, wówczas 5-latki wieś Wołczatycze (lwowskie): "1943 Pierwszy wstrząs przeżyłam gdy znalazłam zwłoki pani Lesiowej [samotna polka] miała uciętą jedną nogę i rękę i sznurek na szyi i okna zamazane krwią. Zawsze biegaliśmy do niej na leguminę. Kiedy grasowali ukrańcy ostrzegawcze znaki z rac od Palaków wystrzeliwane w niebo, chowaliśmy się w szuwarach w wodzie. Pamiętam tatko zawinął mnie w koc i trzymał na rękach, mama w ciąży musiała stać długie godziny w wodzie. Tatuś zawsze mówił do mnie, bym nie chodziła do lasu i jak będzie się coś działo żebym się chowała."
"Kiedyś w nocy ukraińscy napadli na dom cioci Marysi (siostra taty) i na oczach jej i jej dzieci, nożem uderzali w wujka, później zabrali i rodzina długo szukała, znaleźli zwłoki wrzucone do pustej studni."

 Wyszukał Stanisław Żurek , wstawił B.Szarwiło


GTranslate

plbebgzh-TWhrcsdanlenetfrgldeelhuitjalvltnoptrorusrskslessvukyi

Włamanie do serwisu

Strona odtworzona po ataku hakerskim. W przypadku dostrzeżenia braków i niespójności z poprzednią zawartością serwisu oraz w celu zgłoszenia ew. uwag prosimy o kontakt z nami.

Wołyń naszych przodków

wp2.jpg
Czytaj także

 

 

Rzeź Wołyńska

lud2.jpg

Szukaj w serwisie

Gościmy

Odwiedza nas 414 gości oraz 0 użytkowników.

Statystyki

Odsłon artykułów:
6605552