Był lipiec. Piękna słoneczna pogoda. Zanosiło się na upały i suszę. Nadchodziła pora żniw. Ojciec wypożyczył u sąsiada Czubkowskiego żniwiarkę. Sam Czubkowski, jako właściciel maszyny, miał kierować zaprzęgiem czterech koni. W pagórkowatym terenie jedna para koni nie uciągnęłaby żniwiarki pod górę. Konie były nasze i stryjka. W pole oddalone od domu około jednego kilometra wyszliśmy wczesnym popołudniem. A może to był późny poranek. Tak czy owak zwracam na to uwagę, bo dalsza część tego dnia ciągnęła się długo. Praca ruszyła, a ja bawiłem się na drodze polnej, na górce pod drzewem. W pewnej chwili zauważyłem, że ojciec porzucił pracę i skierował się do domu. Jak się zorientowałem, miał zamiar sporządzić zacier na bimber. Trochę mi się nudziło, ruszyłem więc za ojcem. Ojciec wziął z mieszkania wiadro i poszedł do studni po wodę. Studnia była w połowie drogi między naszym domem i stryjka. Dochodziło się do niej wąską ścieżką biegnącą przez ogród. Usiadłem w mieszkaniu na taborecie przy stole. Ręce miałem czymś zajęte. Nogami majtałem pod stołem, bo nie dosięgałem nimi do podłogi. Z ogrodu niosło się klekotanie kołowrotu studni.  Naraz usłyszałem donośny głos córki stryjka, która wołała do mego ojca: Wujku, Czubkowski się pali!  Było dwóch braci Czubkowskich. A nawet trzech, tylko tego trzeciego nie znałem, więc go nie brałem w rachubę. Ci, których znałem, mieszkali po przeciwnych krańcach kolonii.  Wyjrzałem przez okno w stronę zabudowań Czubkowskiego. Tego, który był u nas na żniwach. Spokojne korony drzew. Nic nie widać. Aha, to chyba ten drugi.

Wybiegłem na róg domu. Za pięknym budynkiem szkoły, murowanym, o piaskowym kolorze, krytym cynkową blachą, chlubą i dumą mieszkańców Ziniówki, buchał ogień jak z pieca. Byłem zaskoczony, że może być tyle ognia. Nie był to słup ognia, lecz ogromny jęzor, który, mimo że nie wyczuwało się wiatru, kładł się nad ziemią w prawo z zachodu na wschód. Dymu było niewiele. Niedługo patrzyłem, bo naraz padły strzały i kule zagwizdały mi nad głową. To nie było żadne „bzyk, bzyk” ani „piuu, piuu”, jak to niektórzy określają. Kule pruły, orały powietrze. Groźny, wysoki, świdrujący ton, obniżał się trochę, jak pociski mnie mijały. O, taaak – to był „piękny” efekt Dopplera. Nie wiedziałem jednak wtedy, że to zjawisko tak się nazywa. Bezwiednie podniosłem oczy do góry, jakbym te kule chciał zobaczyć. Rzecz jasna niczego nie zauważyłem, ale odprowadzałem wzrokiem każdy gwizd od strony lewej do prawej – tak jak pociski leciały.   Wyglądało na to, że od strony palącego się domu strzelano w kierunku mego ojca przy studni, a ja stałem na linii strzału. A może strzelano z pocisków zapalających do nowiutkiej, drewnianej stodoły stryjka, która była w prostej linii za ojcem.   Błyskawicznie zawróciłem i ruszyłem do ojca, który już biegł od studni do domu z głośnym tupotem butów po wysuszonej ziemi. Z przeciwnej strony zza rogu stajni, gdzieś od stogów słomy, wypadł Żuczek. Jaki on, biedaczek, był przerażony! Uciekał do mieszkania, a wszystko u niego latało tak bezładnie, jakby każda część jego psiego ciałka usamodzielniła się i działała na swój sposób. Na taki widok przez ułamek sekundy chciało mi się, o dziwo, śmiać. Czy ja też wyglądałem tak „śmiesznie”? Ale sytuacja była bardzo daleka od śmiechu.  Z ojcem zderzyłem się przy furtce: Tato, co ja mam robić? Ojciec nic nie odpowiedział. Błyskawicznie skoczył do tej części domu, która była jeszcze nie wykończona, w stanie surowym - tylko ściany, okna zabite deskami i dach. Ja za ojcem. Kiedy dobiegłem do drzwi, dostrzegłem ojca stojącego przy filarze przylegającym do ściany. Był to właściwie komin, przewód kominowy biegnący od fundamentów aż ponad dach domu. Ojciec był zwrócony do mnie lewym profilem. Pochylił się lekko i po coś sięgnął za kominem. Odwrócił się w moją stronę i... uuu, karabin! Stał na ziemi przy lewej nodze ojca ogromny, większy ode mnie, potężny, ciemnobrązowy, prawie czarny. I tyle w nim było uspokajająco połyskującego, dobrze zakonserwowanego żelaza. Poczułem się pewniej, widząc ojca z takim karabinem. Ale na zachwyty nie było czasu. Tato, co ja mam robić? Uciekaj do schronu!  Mieliśmy schron koło studni, tak zbudowany jak schron Moszka w lesie. Obowiązywała chyba wtedy taka architektura tych pomieszczeń. Wskoczyłem do środka i siadłem na nagromadzonych tam pierzynach, poduszkach i kocach. Na przeciwległej ścianie pełgały rdzawe plamy. Odblask pożarów?  Do schronu wskoczyła dziewczyna i za nią chłopiec. Oboje mieli chyba po szesnaście, siedemnaście lat. Byli rodzeństwem. Przyjechali na lato do rodziny w Ziniówce. Pomagali przy żniwach. On miał na głowie białą przepaskę. Chyba bolała mu głowa. Robiło się w takim wypadku kompres z zimnej wody.  O, Boże, Boże, jęczała dziewczyna, my się tutaj popalimy. O Jezu, Jezu my się tu podusimy. Uciekajmy. I wyskoczyli. Mnie chyba nie zauważyli.  Ja za nimi. I tu niespodzianka. Nie mogłem dosięgnąć rękami obrzeża wyjścia ze schronu. Strach poganiał. Z pomysłu jestem dumny do dzisiaj. W ścianie schronu pod wyjściem wydłubałem pazurami na odpowiedniej wysokości wgłębienie, niszę. Wsadziłem tam stopę i jak na strzemieniu wyskakuje się na konia, tak ja wyskoczyłem ze schronu. Udało się. Wiałem w stronę przeciwną do pożarów i palby karabinowej. Tego od żniwiarki. A tam już dorośli. Nerwowo chodzili, biegali, rozmawiali i krzyczeli. Zauważyłem stryjka. Rozmawiał z innymi mężczyznami. W ręce trzymał pistolet. Znów zapytałem, bo sytuacja była nowa: Wujku, co ja mam robić? Popatrzył na mnie z góry. Wydawało mi się, że był zaskoczony moją obecnością i pytaniem. Uciekaj na Kurdyban do cioci! Czy dobrze poradził?  Dopiero niedawno, przy lekturze dokumentów związanych z tamtymi wydarzeniami, dowiedziałem się o dość często stosowanej przez banderowców taktyce mordowania Polaków: Atakowaną wieś najpierw otaczano dokładnie. Następnie część oddziału szła do wsi, paląc i mordując. Uciekających ze wsi wyłapywali ci, którzy pozostali na obrzeżach miejscowości, dokonując ostatecznych bestialstw. Gdybym wtedy o tym wiedział, nie pobiegłbym sam na Kurdyban. Stryjek też chyba nie wiedział. Ale stało się.  Przesadziłem główną drogę biegnącą przez Ziniówkę. Na przełaj przez pola popędziłem w kierunku południowo-wschodnim do wzniesienia na horyzoncie. Tam była droga na Kurdyban. Znów miałem krótką lukę w paśmie napięcia nerwowego. Przez moment pomyślałem, że gdzieś w tej okolicy jest kawałek naszej ziemi uprawnej. Podobnie jak łąka w Olibowie również część posagu mamy. I nie wiem teraz dobrze, gdzie to pole jest. Byłem tam tylko raz z rodzicami w czasie żniw. Chciałem przez to pole przebiec, albo przynajmniej wiedzieć, w którym miejscu je mijałem. Dlaczego mi na tym zależało? To było chyba nerwowe. Tymczasem zbliżałem się do łanu konopi. Wskoczyłem w nie z impetem i... padłem jak podcięty; wyrżnąłem głową o wyschniętą ziemię aż w uszach zadzwoniło. Nie wiedziałem, że konopie są tak szorstkie i „trzymają się”. Spętały mnie błyskawicznie. Przez inne rośliny śmigało się gładko. Trzeba się było jednak wydostać z tego pola. Biegłem podskakując i wyciągając pionowo nogi z konopi. Kiedy widzę teraz w telewizji, jak niektóre dzikie zwierzęta, zwłaszcza bodaj pewien gatunek antylop afrykańskich, biegnąc przez trawę, często podskakują wysoko, tyle razy przypominam sobie mój tamten bieg. Chociaż jestem pewien, że zwierzęta podskakują nie z powodu konopi. Na drogę wpadłem przed wzniesieniem. Przede mną uciekała grupa ludzi: jechały szybko wozy wyładowane tobołami, obok biegli ludzie, krowy, psy. Nie znałem tych ludzi. Czy to byli mieszkańcy Ziniówki? Ciągle miałem przed sobą w odległości około pięćdziesięciu metrów dwóch bardzo młodych mężczyzn biegnących za wozem. Jeden z nich miał szeroki i tłusty tyłek, który niezbyt elegancko prezentował się w biegu. Nie chciałem na to patrzeć. Dogoniłem ich. Wkrótce razem dopadliśmy wierzchołka wzniesienia. Uciekający zatrzymali się, odwrócili i patrzyli na płonącą Ziniówkę. Odwróciłem się i ja. Pierwszy rzut oka na swój dom i... zaskoczenie. Stał cały. Był tylko jakiś cichy, jakby smutny, mroczny. Nigdy go takim nie widziałem. Mroczny może dlatego, że słońce było już za nim i widziana przeze mnie strona znajdowała się w cieniu. Na prawo, w odstępie pięciu budynków (w zabudowie kolonii - to daleko), szalały płomienie. Stojące w jednym rzędzie trzy drewniane domy płonęły jak pochodnie. Tym razem to były wysokie i jasne słupy ognia. Paliło się bardzo intensywnie, z trzaskiem i sykiem. Aż tutaj było słychać. Przez długie lata potem odczuwałem przed pożarem paniczny lęk, który tak do końca to właściwie nigdy nie minął. Ludzie stali i patrzyli, a ja nie mogłem ustać w miejscu. Czułem się źle po tak długim i wyczerpującym galopie. Chyba tak się czują długodystansowcy po ukończonym biegu. Dlatego jeszcze trochę biegną truchtem za metą. Ruszyłem więc i ja truchtem. Na Kurdyban. Zostawiłem ludzi dorosłych i sam pobiegłem. Czy dobrze zrobiłem?  Zastanawiałem się nieraz, dlaczego tak zrobiłem. Być może dlatego, że nie znałem tych ludzi. Nie wiedziałem dokąd uciekają. A może nie na Kurdyban. Jak ja później odnajdę drogę do cioci. Do chwili obecnej wszystko szło dobrze, a jak jeszcze dobiegnę do dziada budy, to tylko przez górkę i będę na Kurdybanie. Na Kurdyban jeździliśmy kilka razy, aby przenocować. Tam było bezpieczniej. Po drodze mijaliśmy szałas z gałęzi i liści. Siostra i brat mówili, że tam mieszka dziad chodzący po prośbie. Dziada buda. Stamtąd na Kurdyban było kilkaset metrów.  Biegłem przez jakąś wieś. Zdaje się, że to był Kurdyban Żornowski, gdzie - jak mawiano - mieszkali sami Czesi. Mijałem stojących na drodze mieszkańców wsi, którzy patrzyli z uwagą w stronę Ziniówki. Mieli głowy wysoko zadarte do góry. Obejrzałem się, aby sprawdzić, co oni mogą widzieć na tej wysokości. Zobaczyłem za sobą wysokie drzewa. Ich gładkie, szare pnie popstrzone ciemnymi, spękanymi naroślami rzuciły mi się szczególnie w oczy i pozostały w pamięci na resztę życia, jakby jakieś wielkie odkrycie. Znów nerwy? Ponad drzewami snuła się dość odległa, rzedniejącą chmura dymów. Błysk myśli: Zobaczylibyście to z bliska!  Kiedy rozpoczęły się krwawe rozprawy banderowców z ludnością polską byłem przekonany, nie wiem na jakiej podstawie, że Czesi też są wrogo nastawieni do Polaków.  Wnioskowałem więc, biegnąc przez Kurdyban Żornowski, że to, co spotkało w tej chwili Mazurów (tak nazywali Czesi Polaków na Wołyniu, Ukraińcy zdaje się też) z Ziniówki, mijani przeze mnie ludzie akceptują. Miałem obawy, że się mną niepotrzebnie zainteresują. Chciałem być jak najmniej widoczny. Przemykałem się. Tylko kątem oka obserwowałem ich, zwłaszcza twarz około trzydziestoletniego mężczyzny, szczupłego, wysokiego, o czarnych włosach zaczesanych gładko do tyłu. Mężczyzna patrzył na dymy nad Ziniówką, ale, miałem wrażenie, kątem oka i mnie obserwował. Czuję to do tej pory. A zmysły wtedy były napięte! To chyba było już coś z pogranicza zwierzęcego instynktu samozachowawczego. Szczęśliwie tylko się na obserwacji skończyło.  W opowiadaniu wszystko to trwa zbyt długo. To były ułamki sekund.  Przebiegłem przez wieś. Jeszcze kilkaset metrów i jest dziada buda... Jest buda, czy nie ma? Zeschłe liście pospadały z gałęzi. Duże prześwity. Niepewność. Ale okolica wydaje się ta sama i ten sam pagórek, za którym powinien być Kurdyban. Wybiegłem na szczyt. Spojrzenie w dół. I wielka ulga.  Biegnę z górki. Po prawej trzy domy, dalej nasyp szosy, który trzeba pokonać. Za szosą króciutkie - ale dość strome i miejscami urwiste - zbocze, a dalej już łagodne wzniesienie do samego domu cioci.  W oddali, w pobliżu szosy, stoi drabiniasty wóz. A na nim kolorowo – pełno ludzi. Dobiegam. Wszyscy z wozu patrzą na mnie wielkimi, przerażonymi oczami: Jezus, Maria, Józef! Dziecko z Ziniówki! Nerwowe pytania i wymiana zdań z częstym komentarzem: Sam jak palec! I zawsze przy tych słowach podnoszono do góry zwiniętą dłonią z wyprostowanym wskazującym palcem.   Nie pamiętam, jak mnie jeszcze określano, o co pytano i co im mówiłem. W ich przekonaniu tylko ja się uratowałem z pogromu.  Czasami w telewizji widzę tę słynną filmową scenę z wojny w Wietnamie, która ponoć wstrząsnęła Ameryką: na tle pożarów i kłębów dymu uciekające drogą w kierunku kamer nagie dzieci wietnamskie. Nieodparcie nasuwa mi się wtedy obraz, jak ja dobiegałem do wozu drabiniastego na Kurdybanie. Za mną, za niewielkim wzniesieniem, również sunęły kłęby dymów z płonącej Ziniówki. Niewielka tylko różnica była w ubiorze wynikająca z różnicy klimatu. Miałem na sobie lekką, z krótkimi rękawami koszulkę i podobne krótkie majtki. No i, oczywiście, na drabiniaku lub obok nie było kamer filmowych. Siadaj na wóz! Uciekamy do Warkowicz. Banderowcy mogą zaatakować Kurdyban. Pomyślałem, że jeżeli sytuacja rozwija się tak groźnie, to ciocia z wujkiem i synami przyjadą do Warkowicz następną furmanką. A jak nie zdążą uciec? Wsiadłem. Usłuchałem starszych, mimo że ciocia była w odległości około dwustu metrów.  Nie wiem, kiedy powstała w Ziniówce grupa samoobrony. Nigdy się tym wcześniej nie zainteresowałem. Teraz jest już za późno na relacje bezpośrednich świadków. Może to było po tym morderstwie dokonanym na bezdzietnym małżeństwie mieszkającym tuż za kolonią przy drodze do Korabliszcz.  Komendantem grupy został porucznik rezerwy, Gołębiowski. Trzeba dodać, że do wybuchu wojny ojciec mój, mówiąc językiem cywilnym, kierował kołem rezerwistów w Ziniówce. To prawda, że w wojsku nie ma kierowników, są komendanci, dowódcy, szefowie, ale ja nie wiem, która z tych funkcji dotyczyła ojca. Organizacja samoobrony w Ziniówce nie była więc dziełem amatorów. Prawie wszyscy jej członkowie mieli za sobą obowiązkową służbę wojskową.   Droga przez Ziniówkę biegła z południa na północ.   A jednak niezupełnie. Na zdjęciu satelitarnym, okazuje się, że droga ta gdzieś w połowie swej długości dość ostro skręca w kierunku północno-wschodnim. W bezpośredniej obserwacji z perspektywy wzrostu człowieka, a dziecka tym bardziej, nie dostrzegało się tej krzywizny.  Domy były ulokowane, z nielicznymi wyjątkami, po jej lewej stronie, zachodniej, w odstępach od stu do dwustu metrów. Jak to na kolonii. Północna część Ziniówki położona była na skraju lasu. Droga biegła tuż przy lesie, a domy oddalone od niej o kilkanaście lub kilkadziesiąt metrów były już w głębi lasu. Las w kształcie nieforemnego prostokąta o szerokości około jednego kilometra i długości od trzech do pięciu kilometrów przylegał do kolonii dłuższym bokiem. Od zachodu, północy i wschodu Ziniówka była otoczona lasami. Najbliższą wioską, która leżała w lesie w kierunku północno-zachodnim od naszej kolonii, była Krasna Góra. Zamieszkała była w zdecydowanej większości przez Ukraińców. Stąd właśnie nastąpił atak banderowców na Ziniówkę.  Dom Gołębiowskich był usytuowany na południowym skraju lasu. Był oddalony od drogi o kilkadziesiąt metrów. A więc dość daleko w głąb lasu. Oprócz komendanta w domu tym było jeszcze trzech jego dorosłych braci. Też należeli do grupy samoobrony.  Na odprawach członków grupy samoobrony ustalono, że w razie zagrożenia należy jak najszybciej stawić się w domu komendanta. Tam będą wydane odpowiednie rozkazy. W pobliżu domu Gołębiowskich przygotowano odpowiedni dół, w którym ukryto zakonserwowaną broń. Nie wiem, o jaką broń chodziło. Przecież mieszkańcy Ziniówki trzymali broń w swoich domach.  Mój ojciec od pewnego czasu zaczął wychodzić do prac polowych z ładnie uformowanym snopkiem na plecach: długa słoma, starannie wykonane i ładnie zawiązane powrósło. Ludzie dziwili się, czego ojciec z tym snopkiem tak chodzi na pole i z pola. W snopku był karabin.   Wyciągnął więc ojciec z kryjówki karabin. Mnie kazał się ukryć w schronie. Sam ruszył na punkt dowodzenie.   Sprawa była na tyle skomplikowana, że strzały banderowców padały z tego właśnie lasu, w którym był dom komendanta. Z przeciwnego co prawda jego krańca, oddalonego od miejsca zbiórki o kilometr, czyli o szerokość leśnego prostokąta. Można było jednak mieć obawy, że cały las razem z domem komendanta jest opanowany przez banderowców. Z budynku szkoły, który był w pobliżu domu komendanta, ale wyjątkowo po prawej stronie drogi, ostro szczękał karabin. Nie wiadomo kto strzelał i do kogo. Mimo to należało jednak dojść na miejsce zbiórki, aby zacząć sensowną, zespołową obronę. W domu Krosendowicza, który był na trasie do domu komendanta, działy się podejrzane rzeczy. W oknach domu widać było, jak jakiś człowiek nosił słomę do mieszkania. Oddałem kilka strzałów w te okna – opowiadał później ojciec - i podejrzany osobnik znikł. Zachowując zatem wielką ostrożność, doszedł ojciec na wyznaczone miejsce. Po drodze, już za domem Krosendowicza, spotkał kolegę, Józka Baranowskiego, który był sąsiadem Gołębiowskich. Baranowski miał przy sobie tylko pistolet, ale dobre i to. A we dwóch w takiej sytuacji to nie tylko raźniej. Na miejscu stwierdzili, że w domu Gołębiowskich nie ma już nikogo. Broni w rozkopanym schowku też nie było. Czy tu rozgrywały się jakieś dramaty? Powstała sytuacja niejasna i groźna. Ogień karabinowy ze szkoły szczególnie niepokoił. Wyszli więc z lasu. Trzeba się było wycofać z niebezpiecznego miejsca i szukać partnerów do obrony. Na horyzoncie dookoła Ziniówki zauważyli dużo sylwetek ludzkich. Czyżby okrążenie? Później dopiero się wyjaśniło, że to byli gapie. Wśród nich, od strony Kurdybana, i ja stałem i gapiłem się na płonącą kolonię. Wszyscy mieszkańcy kolonii w naturalny, instynktowy sposób ciągnęli do jej południowego krańca. Przeciwnego w stosunku do północnego, przypuszczalnie zajętego przez banderowców. W sadzie przy domu Czubkowskiego tłum się rozrastał. Był to ostatni dom w tym końcu kolonii, nie licząc następnej nędznej chatynki, należącej do Ukrainki, Chimy.   W tę stronę ruszył też ojciec z kolegą. Po drodze zajrzał do schronu. Mnie już tam nie było. Być może dobijałem w tym czasie do Kurdybana.  Mama z córką, czyli z moją siostrą, szły za żniwiarką. Podnosiły „garście” żyta i wiązały w snopki. Czubkowski, kierując żniwiarką, cmokał i pokrzykiwał na konie. Brat mu pomagał, siedząc na oklep na koniu z pierwszej pary.   O, pożar, coś się pali! - krzyknął brat do Czubkowskiego. Czubkowski zatrzymał konie i spojrzał we wskazanym kierunku. Za prawym skrajem opisywanego wyżej lasu, w okolicy szkoły, buchał dym i płomienie. Chyba ktoś pędził bimber i spowodował pożar – zawyrokował Czubkowski i ruszył z końmi. Skąd mógł wiedzieć, że to się pali zagroda jego brata. Naraz z lewego krańca tego samego lasu, w odległości około jednego kilometra od pożaru, padły strzały. Kule zagwizdały nad ich głowami. Mama z siostrą przypadły do dna bruzdy. Czubkowski szybko wyprzągł konie ze żniwiarki. Pierwszą parę, czyli konie stryjka, oddał memu bratu, a nasze, trzymając w lejcach, popędził przed sobą, kierując się do swego domu w południowym krańcu kolonii. Konie stryjka, nie słuchając kilkunastoletniego malca, utknęły w smacznej koniczynie na stoku wzniesienia. Brat mocował się z nimi bez skutku. Mama nawoływała, aby je porzucił i uciekał. Brat był uparty. Naraz dokoła brata i koni, tuż nad ziemią, zaczęły wykwitać obłoczki kurzu. To kule uderzały o wysuszoną glebę. Mama podniosła krzyk. Brat porzucił wreszcie konie i zbiegł w dolinkę do mamy i siostry. Czołgając się w odkrytym terenie i biegnąc chyłkiem za pagórkami, dotarli do sadu Czubkowskiego. Tam już była prawie cała Ziniówka. Czubkowski wsadził mego brata na nasze konie, zdzielił je potężnie po zadach lejcami i krzyknął ostro: Uciekaj na Kurdyban! Konie przysiadły głęboko... To nie był galop, jak później brat wspominał. To był niesamowity lot. Na Kurdyban dolecieliśmy w kilka minut. Potem – jeszcze teraz syczał brat opowiadając – chodziłem dwa tygodnie jak kaleka. Pośladki, uda i łydki były poobijane, posiniaczone i pozdzierane. Jechałem przecież na oklep.   Wszyscy z sadu Czubkowskiego wielką gromadą ruszyli na Kurdyban.  W Warkowiczach zajechaliśmy, naturalnie, na plebanię. Wielka serdeczność. Porządnie utrzymane pokoje. Posadzki czyściutkie, firanki, zasłonki. Każde dziecko dostało kubek mleka i bułkę. Nie mogłem jeść, przełyk nie działał, mdliło. Nie nalegano. Położono dzieci do łóżek. I mnie się znalazło miejsce, gdzieś w nogach innych dzieci. Odebrałem to nie najlepiej, bo odbyło się na zasadzie: A, jeszcze ty zostałeś. Myślałem, że będzie przynajmniej tak: Połóżmy tego biedaka gdzieś w miarę wygodnie i w ciszy, niech się uspokoi i odpocznie. Żałowałem, że się zabrałem na tę furę. Na szczęście to tylko jedna noc. Jasne, że matki o swoje dzieci lepiej zadbały. Ja byłem sam. Tak mniej więcej wtedy myślałem i odczuwałem. Uczyłem się życia.  To była moja pierwsza noc w życiu, kiedy cierpiałem na bezsenność: ...jęzor ognia... gwizd kul... tupot butów ojca... przerażony Żuczek... ojciec z karabinem... schron... stryjek z pistoletem... i znów ojciec z karabinem... gdzie nasze pole... konopie... przewalający się tłusty tyłek... i jeszcze raz ojciec z karabinem... mój dom... trzy domy w ogniu... Czesi obserwujący dymy nad Ziniówką... dziada buda... i po raz kolejny ojciec z karabinem... Kurdyban... mój dom... ojciec z karabinem... I znów od początku. Ojciec z karabinem dominował w tej pętli pamięci. Film z przeżytego dnia kręcił się niemiłosiernie i natrętnie bez przerwy. Nie można go było zatrzymać.  Kiedyś się wreszcie zatrzymał. Ale zawsze mogę go uruchomić. Czas niczego nie wymazał. Kręci się z pierwotną świeżością. I lepiej go teraz rozumiem.   Na drugi dzień raniutko wyruszyliśmy w drogę powrotną na Kurdyban. Na szosie przed domem cioci wysadzono mnie z drabiniaka. Wchodzę na podwórko. A tam mama, siostra i brat! Rzucili się do mnie. Nikt nie wiedział, co się ze mną działo. Rozbeczałem się po raz pierwszy od czasu ucieczki z Ziniówki. Widocznie uznałem, że teraz mogę sobie pozwolić na taki luksus.  Kiedy pierwsze emocje opadły, poszedłem do kuchni cioci. Usiadłem przy stole i spojrzałem przez okno w stronę szosy. Pod górkę do domu zbliżał się mój ojciec. Na plecach niósł ogromny tobół. Za sobą na łańcuchu prowadził krowę, Malinę. Pod nogami plątał się Żuczek. Sześćdziesiąt lat później wspominaliśmy z siostrą tamte czasy i dopiero wtedy dowiedziałem się, że ojciec nocował w Ziniówce. Plecy ogarnął mi chłód i mrowienie…   Z Ziniówki wszyscy szczęśliwie uszli z życiem.  No, niezupełnie.  Niedaleko Czubkowskiego, którego dom w pierwszej kolejności poszedł z dymem, mieszkało małżeństwo w podeszłym wieku. Nazywaliśmy ich Amerykanami, ponieważ w młodości wyemigrowali do Stanów Zjednoczonych i po iluś tam latach wrócili do kraju. Amerykanie postanowili pozostać w swoim domu w opuszczonej kolonii. Może nie mieli krewnych lub znajomych, do których mogliby się zwrócić z prośbą o schronienie i pomoc. A może myśleli tak, jak wielu innych w ich wieku: „...co nam starym mogą zrobić; czy my jesteśmy groźni albo komu co winni...”    Po pewnym czasie, zdaje jesienią, przyszli do nich banderowcy. Cóż zastali ludzie po tej „wizycie”. Cała zagroda była spalona. Na progu spalonego domu leżało do połowy zwęglone ciało Amerykanina ze śladami kul. Być może wyszedł na spotkanie przybyszom, albo uciekał z płonącego domu. Ciało jego chorej żony było w mieszkaniu całkowicie zwęglone. Śladów okrucieństwa nie było. Pamiętam, że - gdy tak mówiono - wolałem wersję pierwszą; druga sugerowała, że uciekał z palącego się domu, zostawiając w nim chorą żonę.

Fragment wspomnień : Tadeusza Cieślaka     Szczecin, lipiec 2004    WOŁYŃSKIE DZIECIŃSTWO ZINIÓWKA    Wyszukał i wstawił: B. Szarwiło za:

http://wolyn.freehost.pl/wspomnienia/cieslak_w_d.html


GTranslate

plbebgzh-TWhrcsdanlenetfrgldeelhuitjalvltnoptrorusrskslessvukyi

Włamanie do serwisu

Strona odtworzona po ataku hakerskim. W przypadku dostrzeżenia braków i niespójności z poprzednią zawartością serwisu oraz w celu zgłoszenia ew. uwag prosimy o kontakt z nami.

Wołyń naszych przodków

wp10.jpg
Czytaj także

 

 

Rzeź Wołyńska

lud16.jpg

Szukaj w serwisie

Gościmy

Odwiedza nas 441 gości oraz 0 użytkowników.

Statystyki

Odsłon artykułów:
6613112