Początek października 1939 r., ojciec wraca z kampanii wrześniowej. Mieszkamy w miejscowości Derażne pow. Kostopol. (...) Rodzina nasza składała się z 5 osób : ojciec Ludomir, rocznik 1900, mama Stanisława z 1904 r., brat Romuald ur. w 1932 r., siostra Wanda urodzona przed wybuchem wojny 20 kwietnia 1939 r. i ja ur. w roku 1930 w Mikuticzach koto Włodzimierza Wołyńskiego Rozpoczął  się rok 1943. Rodzice byli coraz bardziej niespokojni. W nocy 22 lutego 1943 r. przyszło do naszego mieszkania trzech uzbrojonych mężczyzn, mówiących po rosyjsku. Kazali ojcu się ubrać i około 1-szej w nocy zabrali go ze sobą. Od tego dnia ojca naszego więcej już nie widzieliśmy. (...) Na początku marca 1943 r. obudziły nas nocą strzały. (...)  Po północy do naszego mieszkania podjechał wóz ciągnięty przez siwego konia i zatrzymał się przed bramą. (...)  mama kazała nam się położyć  pod łóżka rodziców. ( ...) Siostra Wandzia miała wtedy niecałe cztery latka. Mama trzymała cały czas palec na ustach i powtarzała cichutko : „cicho, cicho, nie wolno nic mówić, nie wolno płakać, jak chcesz siusiu, to rób na podłogę”.  (...)   Przeleżeliśmy  pod łóżkami do  świtu. (...) Po kilku dniach nastąpił napad na Pendyki z dwóch kierunków: od strony Pieniek i od północnej – lasu. W Pieńkach nikogo już nie było, bowiem duża część ludności, mając własne przygotowane konie i wozy, uciekła w kierunku zachodnim do lasu. Część schowała się w piwnicach domów, dużo ludności zginęło i leżało pomordowanych we wsi. Obie wsie płonęły.

Ci, co schowali się w piwnicach, zginęli od uduszenia dymem. My nie mieliśmy czym i dokąd uciekać. Schowaliśmy się w kurniku, przybudówce do obory. W pewnej chwili słyszymy, że coś trzeszczy. Okazało się, że to płonie obora, w której jesteśmy ukryci. Ukraińcy otwierają wrota, wypuszczają bydło, świnie i kury. Raptem otwierają się drzwiczki kurnika i widzimy Ukraińca ze skierowaną do nas lufą. Mama odpycha lufę na bok i mówi po ukraińsku: „ne strilaj, my Ukrajinci” – a on odpowiada: „a czomu wy u Lachiw? pijdete do sotnyka”. Stanął na drodze i nas pilnuje. W tym czasie inni rabują, podpalają. Płoną ule z pszczołami, po wiosce chodzą krowy, świnie, kury. Mama ma przy sobie polskie dokumenty – rozrywa mufkę i wkłada do wewnątrz; może nie znajdą. W czasie, gdy my stoimy, widzimy jak zabijają staruszka i dziecko, i wrzucają do płonącego domu. Mama mówi po ukraińsku – ty nas pilnujesz, a tymczasem twoi koledzy nagrabią się dobra. Wtedy poprowadził nas w kierunku północnym do lasu, zatrzymał się przy bardziej okazałym domu, każe nam  czekać. Nagle zjawia się staruszek Ukrainiec, mieszkający w tej wsi, podchodzi do nas, obejmuje mamę i woła po ukraińsku: kumoczka, a ty czomu wtikła z chaty? To nasi, Ukraińcy – i prowadzi nas. Widząc to, pilnujący nas Ukrainiec, pozostawia nas i idzie rabować jak inni. Staruszek ten żył w biedzie, żonę miał sparaliżowaną chodził po prośbie, zawsze kiedykolwiek był w Derażnem, przychodził do naszego mieszkania. Zawsze został nakarmiony, dostawał żywność na drogę oraz coś z odzieży. Był jedynym Ukraiń- cem mieszkającym w Pendykach. Gdy przekroczyliśmy próg jego domu, powiedział po polsku: „pani mnie zawsze przyjęła i nakarmiła i ja panią przyjmę, ale tylko do czasu, jak odjadą tamci”. Kazał nam wszystkim wejść na piec i ukryć się. Sam zaś pilnował, wychodził na zewnątrz i tak nas przechował do następnego dnia. Była również u niego mała dziewczynka, Polka, której rodzina uciekła furmanką do lasu. Mówił, że poszuka jej rodziców, a jeżeli nie znajdzie, to wychowa jak własną.

Fragment relacji Włodzimierza Drohomireckiego, Pendyki, pow. kostopolski, woj. wołyńskie. Wyszukał i wstawił: B. Szarwiło.

 Źródło: Świadkowie mówią…, s. 100–103.