Jeszcze przed formalnym wkroczeniem Niemców do Zdołbunowa, miejscowi Ukraińcy zorganizowali prawdopodobnie w powiązaniu z lwowskim ośrodkiem nacjonalistycznym, któremu później przewodził sławny Stepan Bandera, ośrodek władzy administracyjnej. Pamiętam, że czytałem rozlepioną przez nich odezwę nawołującą do zachowania spokoju i podporządkowania się władzom niemieckim. Odezwa drukowana była w naszym mieście, była o tym mowa w domu ze znajomym drukarzem, który przebywał u nas. Działania wojenne zastały go w Zdołbunowie, został praktycznie bez środków do życia, trochę żywił się przy nas. Delikatna, jak na owe czasy, dyskryminacja Polaków zaczęła się dość szybko. W mieście mieliśmy, jak na nasze miejscowe warunki, niezłą drużynę piłki nożnej, zorganizowaną przy cementowni. W pierwszym okresie pobytu Niemców, nasza drużyna rozgrywała z nimi mecze piłki nożnej bez żadnych przeszkód. Ja z kolegami zawsze na tych meczach byłem obecny. Pewnego razu mecz rozpoczął się normalnie i po jakimś czasie został przerwany na interwencję nauczyciela z mojej szkoły (przed 1939 zgrywał pobożnego Polaka i katolika). Jak się okazało potem, był zajadłym polakożercą i wielkim działaczem OUN. Był to pierwszy sygnał, że z nami zaczyna być coś nie tak. Warto odnotować, że u tego nauczyciela w domu na drugi dzień wyleciały z okien szyby. W każdym razie z chłopakami mego pokroju to on długi czas nie miał łatwego życia. Często zdarzało mu się to i owo, o szczegółach nie wypada mówić, bo były to cholerne psie figle, jakie tylko mogą takie 12-14-latki wymyślić. Zaczęto niektórych Polaków nocą wybierać z domów i znikali oni bezpowrotnie. Czuliśmy, że miejscowi prominenci ukraińscy, współpracujący z Niemcami, rozpoczęli wybiórczą akcję zmierzającą do wyeliminowania potencjalnych przywódców przyszłej samoobrony Polaków. Na szczęście w odniesieniu do tych ludzi akcja im nie wyszła. To nie znaczy, że można umniejszać ich zbrodnie w stosunku do nas w pierwszym okresie okupacji niemieckiej. Temat nacjonalizmu ukraińskiego głębiej rozwinę być może w osobnym aneksie do wspomnień, jednak na wszelki wypadek skrótowo wyjaśnię o co im chodziło i jaki mieli główny cel. Generalnie chodziło o to, że określona część społeczeństwa ukraińskiego miała aspiracje do stworzenia własnego państwa typu burżuazyjno-faszystowskiego. Władze hitlerowskie mamiły ich utworzeniem Samoistnej Ukrainy pod berłem hitlerowców. W tej sytuacji hitlerowcy perfidnie wykorzystali zabliźnione dawne i niedawne animozje polsko-ukraińskie, wskutek czego, łatwo było spowodować wzajemne wyrzynanie się.

Piszę świadomie wyrzynanie, ponieważ w późniejszym okresie Polacy czasem brali odwet. Generalnie, Niemcom ten stan rzeczy był na rękę, ponieważ przy konflikcie polsko-ukraińskim na terenie Wołynia mieli spokój przez dłuższy czas, w odniesieniu do linii komunikacyjnych do frontowych, których sporo przebiegało przez nasze tereny. Bowiem w przypadku powstania masowego ruchu oporu o cechach międzynarodowych a można przypuszczać, że w taki układ mogliby się dołączyć Czesi, Rosjanie i częściowo Żydzi. Hitlerowcy praktycznie linie komunikacyjne na front wschodni mieliby z głowy, a chcąc je utrzymać musieliby zaangażować potężne siły do ich ochrony. Trzeba powiedzieć, kawał czasu wygrali, dopóki ich planów nie pokrzyżowały radzieckie zgrupowania partyzanckie. W tym miejscu należy podkreślić, że ruch nacjonalistyczny na Radzieckiej Ukrainie nie rozwinął się, chociaż takie usiłowania były czynione.  (...)W międzyczasie front przesunął się daleko na wschód. Matka z siostrą (miałem ich trzy i nielekki żywot z tego powodu, goniły mnie często, a ja się nie dawałem) wróciły do domu. Życie domowe zaczęło nabierać normalnego rytmu. Przez pewien czas nie działo się nic wokół mnie godnego uwagi. Ojciec dostał się do pracy na kolei. Było to o tyle korzystne, że dawało 100% gwarancji, że nie wywiozą go do Niemiec na roboty. W tym czasie dostaliśmy mieszkanie w budynku kolejowym. Warunki były o tyle znośniejsze, że w domu była woda z kranu, a to było dużo. Ojciec jak zwykle od czasu do czasu awanturował się z matką. Przykro o tym pisać, ale był to skrajny choleryk, który musiał zawsze mieć rację. Mnie z siostrą trzymał krótko, po kawaleryjsku, uzda przy samym pysku, a łeb wysoko bez możliwości ruchów głową. Tak lapidarnie można określić moją sytuację domową. Praca ojca dawała nam względną stabilizację, jeśli o takiej w tych warunkach można mówić. Trudności przeżywaliśmy takie same jak wszyscy ludzie w mieście. Różniły się znacznie one od warunków, jakie istniały w strefie okupacyjnej na zachód od Bugu. Uwypuklę tylko te elementy, które moim zdaniem układały się na niekorzyść Wołynia. Pociągi pasażerskie u nas nie kursowały, jeżeli ktoś chciał jechać do Kowla musiał uzyskać zezwolenie w administracji niemieckiej na podróż w kierunku zachodnim w pustych wagonach towarowych jadących z frontu. Gorzej było dostać się z powrotem na wschód, ponieważ z reguły niemieccy konduktorzy nie chcieli nawet zabierać do budek konduktorskich tak zwanych breków. Na jazdę w porze letniej na dwóch przednich wagonach z piaskiem lub z kamieniami, które pchane były przed lokomotywą nie każdy się odważył, z uwagi na to, że te wagony przeznaczone były na wysadzenie w wypadku najechania na minę, ustawioną na nacisk. Potem, kiedy partyzanci zastosowali zapalniki naciągowe uzależniające wybuch miny od szarpnięcia sznurka lub specjalnej linki, ta metoda podróżowania była dużo niebezpieczniejsza, chociaż niejednokrotnie przez nas stosowana. Mieliśmy nosa, wiedzieliśmy, które transporty mogą być w orbicie zainteresowania partyzanckiej dywersji. Zasadą była w takich przypadkach jazda w dzień, ze względu na widoczność, jak i na godzinę policyjną. Na podstawowe artykuły żywnościowe wydawane były kartki. Tyle, że racje były wybitnie głodowe nie zabezpieczające elementarnych potrzeb życiowych, sól na przykład była rarytasem ponieważ, kto miał sól, ten miał najlepszą walutę wymienną, szczególnie na żywność. Cukier był w sferze marzeń. Problem słodzenia rozwiązywało się tak. Kto miał możliwości, mógł trochę cukru wyspekulować z pobliskich cukrowni lub też kombinowało się melasę (odpady z produkcji cukru) i tym się słodziło. Kolejna możliwość to była kradzież buraków cukrowych z pobliskich pól, oczywiście w odpowiednim okresie tj. w czasie, kiedy były wykopane i spryzmowane czekały na wywózkę w ramach kontyngentów. W tego rodzaju wyprawach brałem często udział z moim kolegą Wackiem Olczakiem. Następnym sposobem, była szansa kupowania sacharyny od kolejarzy jeżdżących za Bug lub od ich pośredników. Po śmierci ojca i ja się takim procederem okresowo zajmowałem. Mydła też nie otrzymywaliśmy z przydziału. Do prania matka robiła sposobem znanym starszemu pokoleniu ług z popiołu. Resztę potrzeb w tym zakresie można było uzupełnić poprzez własną produkcję mydła, pod warunkiem, że jakąkolwiek drogą dostało się od kolejarzy lub pośredników sodę kaustyczną i kalafonię, na miejscu organizowało się jakikolwiek tłuszcz. Są to tylko niektóre sprawy, które należało pokonać, by jakoś żyć. Te zabiegi dotyczyły biedniejszej ludności miasta. Bogatsi, a byli tacy, nie mieli tych kłopotów, bo mieli pieniądze i inne walory wymienialne  

Fragment wspomnień które spisał : Kazimierz Panów, Zdołbunowskie wspomnienia. Spowiedź bez konfesjonału. Opublikowane w " Moje wojenne dzieciństwo" Tom 4 . Wyszukał i wstawił : B. Szarwiło


GTranslate

plbebgzh-TWhrcsdanlenetfrgldeelhuitjalvltnoptrorusrskslessvukyi

Włamanie do serwisu

Strona odtworzona po ataku hakerskim. W przypadku dostrzeżenia braków i niespójności z poprzednią zawartością serwisu oraz w celu zgłoszenia ew. uwag prosimy o kontakt z nami.

Wołyń naszych przodków

wp12.jpg
Czytaj także

 

 

Rzeź Wołyńska

lud4.jpg

Szukaj w serwisie

Gościmy

Odwiedza nas 589 gości oraz 0 użytkowników.

Statystyki

Odsłon artykułów:
7100912