Dobrnęliśmy do rejonu frontu nad rzeką 27 maja 1944 r. o świcie. Znamionowały to okablowania, na które natknęliśmy się u skraju rzadkiego już lasu. Ciągnących się po ziemi przewodów było mnóstwo, stało się więc jasne, że niedaleko znajdują się niemieckie placówki. Zrobiło się niebezpiecznie. Na twarzy naszego ukraińskiego przewodnika dostrzegłem trwogę. Wskazał wprawdzie dokładnie, gdzie stacjonuje Wehrmacht i gdzie jest koryto Prypeci, pokazał też mniej więcej, gdzie przerzucony jest mały, oddalony od nas o kilkaset metrów, nadrzeczny most, lecz od tej chwili zaczął kluczyć, zbaczając nieco z obranego szlaku. Coraz mocniej zauważalne było jego zafrasowanie i strach, które przekładały się na nerwowość. Za nic nie chciał się zbliżyć do niemieckich stanowisk, lecz co gorsza, nie poprowadził naszej kolumny do najważniejszego celu, którym był ów mostek. Wytężałem wzrok, by go dojrzeć, i w szarudze wstającego dnia udało mi się – w oddali majaczył jego niewyraźny kształt. Nagle, zupełnie niedaleko, zaterkotał telefon. Jazgotał głośnym, natarczywym dźwiękiem. Zaskoczony, natychmiast zdałem sobie sprawę, że tuż obok znajdują się nieprzyjacielskie bunkry lub schrony. Instynktownie skierowałem lufę karabinu w stronę dochodzącego odgłosu i już miałem nacisnąć spust, gdy posłyszałem szum z pobliskich krzaków – to nasz ukraiński przewodnik dał nura w gęstwinę rosnących opodal krzewów. Umknął, nim się zreflektowałem. W okamgnieniu podjąłem decyzję, by ruszyć biegiem, lecz nie za uciekającym, a do miejsca, skąd dobiegało dzwonienie. Po chwili dopadłem zbudowanego z drewnianych bali, osadzonego w ziemi bunkra. Kiedy wpadłem do środka, byłem gotowy na najgorsze, igrałem ze śmiercią. Pragnąłem tylko możliwie drogo sprzedać swoją skórę. Ale wewnątrz nikogo nie zastałem. Oprócz starego, poobijanego termosu znajdował się tam jedynie aparat telefoniczny. Nie wiedziałem, co robić i odruchowo podniosłem skaczącą ciągle na nim słuchawkę. Rozdrażniony głos krzyczał w niej gorączkowo: Hans, Hans! Sam już byłem poirytowany i stałem nie wiedząc, jak się zachować, gdy do bunkra wpadł por. „Zając”. To mnie nieco otrzeźwiło. Krótko zameldowałem: Panie poruczniku, Niemiec coś gada. Oficer przejął ode mnie słuchawkę, po czym szybko oddał mi ją z powrotem, rozkazując: Rozwal ten aparat i naprzód! Wykonałem polecenie – zniszczyłem telefon. Mój dowódca nie czekając na to, co zrobię, w pośpiechu wybiegł na zewnątrz. Również szybko opuściłem bunkier i dołączyłem do reszty. Rzuciliśmy się ku Prypeci.

Biegłem jako jeden z prowadzących, zbliżając się szybko do niemieckich pozycji, a zarazem do rzeki będącej naszym upragnionym celem. Kilkadziesiąt metrów od bunkra natknęliśmy się jednak na zasieki – szerokie kłęby kolczastego drutu, chroniące dostępu do wrogich stanowisk. Wahałem się, w jaki sposób pokonać przeszkodę, ale zauważyłem, że pozostali zdejmują swoje płaszcze i kładą je na drutach, by ułatwić sobie przejście. Chciałem postąpić tak samo, ale dopadły mnie wątpliwości, czy w trakcie naszego nieporadnego, nazbyt ślamazarnego pokonywania ciernistej bariery nie staniemy się łatwym celem dla Niemców. Postanowiłem więc przedrzeć się między kolcami zasieków. Uczyniłem to, raniąc mocno stopy, ponieważ od czasu wędrówki przez bagna nie zakładałem butów (wśród mokradeł obuwie chroniliśmy przed zamoczeniem), a nogi miałem owinięte szmatami. Byłem pierwszy po drugiej stronie drutów. Z drżeniem serca zacząłem się rozglądać, czy nie widać nigdzie niemieckich żołnierzy, ale nikogo nie zauważyłem. Odetchnąłem głęboko i ruszyłem biegiem ku Prypeci. Za mną pozostali. Nagle z prawej strony zaczął mnie wyprzedzać st. szer. Józef Halama „Bączek”, który wysforował się na czoło kolumny. Byłem od niego wolniejszy, bo wciąż pędziłem na wpół boso, a w dodatku dźwigałem swój ciężki karabin. Kilka sekund po tym, jak mnie przegonił, Halama padł na twarz rażony serią z pistoletu maszynowego. W powietrzu unosiły się strzępki z jego postrzępionego kulami munduru. Niesione wątłym wiatrem, opadały powoli na znieruchomiałe ciało. Zdrętwiałem. Zupełnie nie mogłem się zorientować, kto i skąd strzelał. Widząc jak inni mijają trafionego kolegę, poszedłem za ich przykładem. Ogień zaskakiwał nas i z boku, i z tyłu, a nawet – co nie miało prawa się zdarzyć – z przodu. To sowiecka artyleria przypuściła atak na nasze pozycje! Sowieckie dowództwo zaalarmowane przez patrol było najwyraźniej przekonane, że rozpoczyna się ofensywa Wehrmachtu. Ale tego wówczas nie mogliśmy wiedzieć. Istniało przecież prawdopodobieństwo, że Sowieci strzelają do nas umyślnie. Pośród ogólnej konsternacji ktoś krzyknął: Tam są chyba Niemcy, przebijamy się na niemiecki brzeg! To jednak zdawało się niemożliwe, bo mieliśmy dobre rozeznanie co do przebiegu linii frontu. Trzeba było podjąć szybką decyzję, ponieważ znajdowaliśmy się już na otwartej przestrzeni – za lasem, niedaleko rzeki – i tylko słabnący z minuty na minutę mrok cokolwiek nas jeszcze osłaniał. Postanowiliśmy się nie zatrzymywać, zwłaszcza że eksplozje były coraz groźniejsze. Jeden z pocisków spadł tuż przy mnie i omal nie zabił kilkunastu z nas. Szczęśliwym trafem nie wybuchł. Pędziłem na złamanie karku wśród gęstniejącego ostrzału, ponownie w czołówce biegnących. Wtem dostrzegłem przed sobą kpt. „Gardę”, który musiał mnie jakoś wyprzedzić. Kiedy i on mnie zobaczył, krzyknął: Gdzie lecisz?! Widzisz Niemców? Wskazał palcem ich pozycje i zakomenderował: Wal z erkaemu do Szwabów! Faktycznie, dość niedaleko nas, nieopodal lasu, zauważyłem w szarudze hełmy Wehrmachtu i pochylone sylwetki ośmiu, może dziesięciu, mierzących do nas żołnierzy. Zapewne stanowili załogę odwiedzonego przez nas bunkra. Natychmiast padłem i z pozycji leżącej dwiema krótkimi seriami przygwoździłem ich do ziemi. Nastąpiła zacięta wymiana ognia, do której włączyło się kilku moich kolegów, w tym jeden z erkaemem. Niemcy nie mieli szans. Po chwili mogliśmy wznowić pośpieszny marsz ku Prypeci. Widziałem jak żołnierze przeskakują przez rów melioracyjny. Wpada do wody st. strz. Józef Czerwiński „Zawisza”, kolega podaje mu rękę i wyciąga go z rowu. Pochylone biegną do rzeki sanitariuszki i łączniczki: strz. Wacława Soroka-Borucińska „Stokrotka”, strz. Wanda Goslinowska-Sieron „Wiera”, strz. Aleksandra Woźniakowska-Laskownicka „Wierna”. Ta ostatnia z niezabliźnioną, dokuczającą jej straszliwie raną i wysoką gorączką. Ranni zostają m.in.: strz. Antoni Armatyński „Filipek”, strz. Zofia Armatyńska „Rusałka”, kpr. Mieczysław Babulski „Szatan”, szef kompanii st. sierż. Kazimierz Grzeskiewicz  „Podleśny”, strz. Ryszard Bałszan „Mieszko I”, strz. Eugeniusz Czerwiński „Struś”, strz. Stanisław Piwkowski „Wrzos” (dwukrotnie). Stojąc już nad wodą, widzę jak płynie za por. Władysławem Cieślińskim „Piotrusiem Małym” strz. Wacław Kochański „Wilk”. Nagle zawraca na brzeg i rzuca do wody granat i 10-strzałowy karabin z amunicją. Nieustannie jesteśmy ostrzeliwani z broni maszynowej zarówno przez Niemców, jak i żołnierzy Armii Czerwonej. Wybuchają pociski z sowieckich dział, są zabici i ranni, topią się w rzece, wzywając pomocy. Żołnierze, którzy sforsowali rzekę, wpadli na pole minowe. W miejscu, w którym usiłowaliśmy przerywać front niemiecki zaistniało prawdziwe piekło. Choć dotarliśmy do brzegu Prypeci, gdzie przebiegała linia frontu, to jednak nie było to miejsce, do którego miał nas zaprowadzić ukraiński przewodnik, aczkolwiek cel naszego marszu – mostek nie był daleko. Byliśmy jednak wciąż pod podwójnym ostrzałem – Niemców i Sowietów, zdziesiątkowani i bezradni. Pociski artyleryjskie trafiły w grupy żołnierzy miotających się w poszukiwaniu jakichkolwiek osłon i zagłębień terenu. Tych, którzy wchodzili do rzeki i próbowali ją sforsować również trafiały pociski broni maszynowej lub odłamki pocisków artyleryjskich. Ranni i zabici zabarwiali rzekę krwią. Śmierć zbierała tu obfite żniwo. W pewnej chwili wśród odgłosów strzelaniny usłyszałem komendę: Dawać pasy! To kpt. „Garda” kazał je wiązać ze sobą, by następnie rozpiąć powstałą w ten sposób improwizowaną linę między sosnami po dwóch stronach rzeki. Gdy już wszystko zamocował, przedostawszy się na drugi brzeg, wrzasnął: Przepływać pojedynczo, trzymając się pasów! Ale nie każdy posłuchał dowódcy – taka przeprawa mogła trwać w nieskończoność. Nastał wielki chaos. Większość rozpaczliwie rzuciła się w nurt Prypeci i podjęła beznadziejną próbę przejścia po dnie, ale rzeka była zbyt głęboka. Tymczasem kłębowisko desperatów szukających ratunku przy linie zerwało ją – sznur pasów pękł pod ich nawałą. Ci, którzy nie umieli pływać zaczęli się topić i przeraźliwie wzywać pomocy. Krzyczeli: O matko! O Jezu! Ich skowyt rozlegał się ze wszystkich stron, wzmagając wszechobecny nastrój grozy. Dotyczyło także mnie. Widziałem jak we wzburzonych falach, trafiony w plecy, utopił się „Piotruś Mały”, bezradnie obserwowałem jak Franciszek Kenig wyciągnął z odmętów dowódcę naszej kompanii ppor. „Czecha”. Ten, zdarłszy z siebie krępujący ruchy kożuszek, chwilę potem zniknął na zawsze w głębinach rzeki. Patrzyłem jak w spazmach umierają inni. Skomasowany niemiecki ogień trwał nieprzerwanie, zmuszając nas do forsowania nurtu póki starczy tchu, ale wobec równoczesnego nasilenia ostrzału przez Sowietów traciłem wiarę w powodzenie przeprawy. Odłamki armatnich pocisków – teraz już ciskanych z obu stron frontu – rozrywały kolejnych naszych żołnierzy. Byłem przekonany, że to nasz koniec. Musiałem jednak podjąć próbę przeprawy. Zanurzyłem się w lodowatej wodzie i powoli brnąłem ku przeciwległemu brzegowi. Ostrożnie płynąłem naprzód; nie zamierzałem się poddawać. Dopiero w połowie szerokości rzeki, kiedy już zupełnie nie mogłem płynąć, zrozumiałem, że nie dam rady. Byłem przecież obciążony nie tylko nasiąkniętymi spodniami, taszczonym na karku masywnym erkaemem, ale też taśmami amunicji (starałem się mieć je zawsze w odpowiednim zapasie), a dodatkowo jeszcze butami: własnymi i Stanisława Marchewki, którego musiałem pozostawić na polu bitwy pod Hutą Ratneńską. Zawróciłem, choć widziałem już wyraźnie ludzi po drugiej stronie – i żołnierzy naszej  dywizji, i czerwonoarmistów-zwiadowców, do których sowieccy partyzanci forsujący z nami Prypeć już wcześniej, podobnie jak ja błagalnie wołali: Nie strzelajcie! To my, partyzantka sowiecka! Mimo że nawet bezpośrednio przed podjęciem całej akcji dali racami umówiony sygnał o naszym wspólnym nadejściu, potężny huk artyleryjskich wybuchów wciąż nie dawał nam chwili wytchnienia. Roztrzęsiony i mokry, odłożywszy niepotrzebną amunicję, szykowałem się do wznowienia przeprawy. Prześladowała mnie jednak myśl, że najpewniej zginę, nie uda mi się. Niemniej jednak, jak każdy, chciałem żyć. Wiedziałem, że najszybszym sposobem przedostania się na drugi brzeg jest przejście przez mostek, do którego pierwotnie zmierzaliśmy, ale ten był niezwykle mocno ostrzeliwany przez Niemców z cekaemu. Usytuowany na grubych palach, dawał jednak pewną nadzieję – można było próbować przepłynąć rzekę pod nim. I tak właśnie postanowiłem. W tym momencie zauważyłem Bronisława Poncyliusza „Marsa”. Chwiejąc się, szedł wzdłuż rzeki, minął kładkę i podążał nieprzytomnie w dal. Kule przeszywały powietrze tuż nad jego głową. Krzyknąłem: Co robisz? Padnij, bo zabiją! Ale on był jakby nieobecny. Odrobinę później dostrzegłem, że z policzka bucha mu strugami krew. Miał makabryczną, odrażającą ranę. Oszołomiony, nie zważał na świszczące pociski. Początkowo chciałem go powalić na ziemię siłą, ale niemiecki ostrzał uniemożliwiał przebycie szybko kilkunastu dzielących nas metrów, więc nie interweniowałem. Gdy powoli przesuwałem się w stronę mostku, zobaczyłem zmierzających w tym samym kierunku: por. „Zająca” i Halinę Holc „Katarzynkę”. Dobiegli do rosnącego blisko świerku i z niepokojem rozglądali się, oceniając sytuację. Wszędzie leżało mnóstwo rannych, panował trwożny zamęt i popłoch. Mało kto potrafił w tych warunkach zachować względny spokój i opanowanie. Tymczasem dziewczyna wyjęła w torby biały ser i poczęstowała nim oficera. Oboje zaczęli jeść. To było uspokajające, również dlatego, że wszystkim nam od dawna doskwierał niszczący siły głód. Doczołgałem się do mostku, przy którym ciągle rozlegały się ostrzeżenia, nawoływania Polaków, ale i leżących na drugim brzegu Sowietów: Nie iść przez kładkę, Niemcy nie dadzą – strzelają! Rzeczywiście ich kule dosięgały każdego śmiałka, który odważył się zaryzykować. Zanurzyłem się w wodzie. Wpław dobiłem do pierwszego, śliskiego pala mostku – grubego wspornika, na którym się opierał – potem do następnego i jeszcze kolejnych. Za każdym razem, mocnym odbiciem od słupa do słupa, posuwałem się o kilka metrów. Tak pokonałem Prypeć. Moim śladem poszli inni, w tym Tadeusz Łobanowski „Iskra”. Sowieci już do nas nie strzelali. Zorientowali się wreszcie, że nie mają do czynienia z niemieckim atakiem, lecz z oddziałami AK oraz własną partyzantką, toteż najpierw wstrzymali ogień artylerii, a zaraz potem skierowali go dalej, w głąb lądu – na pozycje Wehrmachtu. Długo jednak trwało zanim zwiadowcy Armii Czerwonej donieśli informacje o sytuacji do sztabu, a ten wydał wojsku odpowiednie dyspozycje. Nie był to jednak kres koszmaru – sowieccy żołnierze krzyczeli do każdego, kto zdołał się przeprawić przez rzekę: Uwaga na miny, pole zaminowane! Istotnie, linia brzegu, na którym stacjonowali, w obawie przed szturmem niemieckim była zaminowana. Kiedy wschodzące słońce oświetliło wzniesienie dzielące koryto Prypeci od pierwszej linii okopów sowieckich, ukazał się przerażający widok. Wszędzie leżały ciała zabitych i ciężko rannych naszych żołnierzy, wśród których rozpoznałem wielu swoich bliskich kolegów. Zwłoki były porozrywane przez miny, choć Sowieci w końcu jakoś utorowali nam drogę między nimi. Odruchowo pragnąłem ulżyć cierpiącym, a przede wszystkim  chciałem ich ratować. Chyłkiem podbiegłem do „Żeglarza”, który sunął nieporadnie po ziemi, taszcząc za sobą niemal oderwaną nogę, trzymającą się tylko na paru żyłach, skórze i strzępach nogawki. Tłumiąc w sobie emocje odezwałem się: Władku, ja ci pomogę. Ująłem go za rękę i mimo dokuczliwego niemieckiego ostrzału zaciągnąłem do okopów. Tam chciano mnie zatrzymać, ale nikogo nie słuchałem. Instynktownie pośpieszyłem po następnych rannych. Zaraz znalazłem się przy jęczącym z bólu Wincentym Gąsiorowskim. Gdy go ujrzałem z bliska, nie mogłem wykrztusić nawet jednego słowa. Obie nogi miał urwane, z tętnic wystających z kikutów kończyn chlustała krew. Konał. Słabym, drżącym głosem poprosił: Dobij mnie, Zygmuś! Wyłem w duchu z bezsilności, bo cóż mogłem zrobić? Niedaleko leżał felczer Zbigniew Barański „Zawisza”, który w przeraźliwym obłędzie krzyczał: O jak ta noga boli, jak boli! Chciałem mu ściągnąć but, spróbować go rozciąć, pytałem, co mogę zrobić, ale usłyszałem skowyt: Nie zdejmuj, nie dotykaj! Obok dogorywała sanitariuszka Irena Barańska „Pijawka”, żona Zbigniewa. Czoło i oczy zalewała jej czerwona posoka, prawie nic nie widziała. Czując moją obecność, otarła z twarzy krew, chcąc mnie rozpoznać. Zwróciłem się do niej: Jak mam was ratować?, ale ona powtarzała tylko: Zimno mi, bardzo zimno. Kiedy na sekundę ocknęła się z agonii, poprosiła: Przynieś mi koc, nakryj mnie. Wskazała na trupa, przy którym znajdował się brudny już pled. Gdy bez namysłu zacząłem czołgać się w jego stronę, usłyszałem wydobyty nadludzkim wysiłkiem głos „Zawiszy”: Nie idź, zastrzelą cię, nie ruszaj się stąd! Rzeczywiście, Niemcy wciąż nie przerywali ognia, celowali w każdą poruszającą się jeszcze sylwetkę, pojawiającą się w zasięgu ich karabinów. Ale ja nie myślałem wtedy o własnym życiu – chciałem za wszelką cenę pomóc udręczonym kolegom. Musiałem jednak mocno przywrzeć do piachu, kiedy któryś z hitlerowskich żołnierzy wymierzył we mnie kilkanaście serii z automatu. Znów dopisało mi szczęście. Ostatecznie udało mi się zdobyć koc i otulić nim „Pijawkę”. Wkrótce zauważyłem, że ku sowieckim okopom biegną Franciszek Kenig i por. „Zając”. Na widok pokiereszowanych obojga małżonków Barańskich chwycili ich za ręce i zaciągnęli w bezpieczne miejsce, poza szczyt wzniesienia, a tym samym poza linię niemieckiego ostrzału. Niebawem pośród zgromadzonych tam rannych pojawiła się furmanka. Pomagałem ładować na nią potrzebujących. Niestety, dla wielu z nich pomoc przyszła za późno. Próbowałem ochłonąć po wydarzeniach z ostatnich godzin, odpocząć. Wyczerpany usiadłem, obserwując nasze uwijające się jak w ukropie sanitariuszki. Wiele z nich również zginęło, wiele było ciężko ranionych. Pozostałe, choć wycieńczone do granic wytrzymałości, nie ustawały w służbie potrzebującym; ich ofiarność i poświęcenie budziły podziw i szacunek. Zacząłem ciężko oddychać, lecz powoli dochodziłem do siebie, bo sam też byłem kontuzjowany – dostałem postrzał karabinowy w prawą rękę, a odłamki pocisków artyleryjskich trafiły mnie w głowę nad uchem, a także w nogi, poniżej kolan. Nagle, drepcząc przed siebie w okopie, usłyszałem ostrym tonem wypowiedziany głośny komunikat: Polski dowódca do naszego dowódcy! Rozejrzałem się i dostrzegłem por. „Zająca”, którego napotkał bardzo zasadniczy czerwonoarmista. Najwyraźniej nasz oficer, który miał na sobie okazały skórzany płaszcz, szeroki pas i rogatywkę z orzełkiem, zwrócił uwagę Sowietów. Zapytał: To gdzie mam iść?, a potem podporządkował się wezwaniu i poszedł za wysłannikiem. Był sam, bez żadnej asysty. Nikt poza mną nie widział tej sceny. Uświadomiłem sobie, że muszę podążyć za porucznikiem, niejako dla ochrony – miałem przecież erkaem – i dla podniesienia jego autorytetu, ciągle bowiem nie dowierzałem Sowietom. Porucznik nawet jakby się z tego ucieszył.  Po pewnym czasie weszliśmy do oświetlonej dużej ziemianki. Na stole poza kubkiem z kawą i lampą widniały rozłożone papiery, mapy i plany. Gospodarz – dowódca stacjonujących nad Prypecią sowieckich oddziałów okazał się dość postawnym, czerstwym i, jak się okazało, gburowatym mężczyzną. Bez żadnych ceregieli, kurtuazyjnych powitań, i tym podobnych zbędnych uprzejmości z miejsca zapytał po rosyjsku dosadnym, pełnym pretensji tonem: Dlaczego nie uprzedziliście, dlaczego tylu ludzi potraciliście? Na to por. „Zając” z dużym spokojem odpowiadał po polsku: Były wysyłane patrole, żeby uprzedzić stronę sowiecką o tym, że będziemy forsować Prypeć. Jeden z nich nie zdołał się przebić, drugi nie wrócił. Poza tym towarzysząca nam wasza partyzantka dawała umówione sygnały świetlne, a wszystko zostało uzgodnione wcześniej ze sztabem Armii Czerwonej. Rzekę pokonywać będą wkrótce następne kolumny 27 Wołyńskiej Dywizji Piechoty AK. Żadne jednak wyjaśnienia nie trafiały do coraz bardziej nachmurzonego sowieckiego dowódcy, który zmierzył mnie gniewnym wzrokiem od stóp do głów, zatrzymując spojrzenie na moim uzbrojeniu: karabinie maszynowym i granacie, a także na mojej krwawiącej, owiniętej koszulą dłoni. Wasi partyzanci krzyczeli ponadto z brzegu do zwiadowców po drugiej stronie, kto się przedziera – kontynuował porucznik. Byłem już mocno naładowany złością i wtrąciłem się nieregulaminowo: Ja też krzyczałem z całych sił: Nie strzelajcie, to my, polscy i sowieccy partyzanci. Moje słowa wywołały irytację: Ale oni was nie słyszeli, myśleliśmy, że to Niemcy! W końcu indagujący nas sowiecki dowódca zapytał: A kto jest waszym głównodowodzącym? Porucznik odrzekł: Kapitan „Garda”. Reakcja była natychmiastowa: Gdzie on jest? „Zając” chyba nie miał o tym większego pojęcia – bo na dobrą sprawę chyba nikt nie wiedział, co się stało z kapitanem, kiedy jako jeden z pierwszych zdołał przepłynąć na drugi brzeg Prypeci – toteż odpowiedział nieco wymijająco: Jest ze swoimi żołnierzami. Sowiet zwrócił się na to do siedzącego obok telefonisty, który jako jedyny, poza milczącym wartownikiem, był z nami wtedy w ziemiance: Podzwońcie po punktach, sprawdźcie, gdzie jest „Garda”. Rozpoczęło się bezowocne poszukiwanie na kolejnych placówkach wśród okopów, ponieważ tam właśnie zbieraliśmy się po przeprawie przez rzekę. Raz po raz spływały przez aparat meldunki: Nie ma kapitana „Gardy”, nie ma kapitana „Gardy”. Wydawało się to niemożliwe. Nastąpiła dłuższa chwila napięcia. W którymś momencie telefonista przestał komunikować swojemu zwierzchnikowi raporty z poszczególnych placówek i poprosił go o wzięcie słuchawki. Ten z uwagą chłonął, co mówi głos po drugiej stronie i potwierdzał: Tak, tak, rozumiem, tak… Prawdopodobnie dowiedział się jakiejś przykrej dla nas prawdy, ale niczego nam nie oznajmiał. Nie przypuszczał, że należałem do tych nielicznych, którzy przed wskoczeniem do okopów dostrzegli swego dowódcę, jak rozmawiał na uboczu z kilkoma oficerami sowieckimi, a potem wsiadł z nimi do gazika i odjechał leśną drogą, prawdopodobnie na spotkanie śmierci. Staliśmy z porucznikiem pełni obaw jak zakończy się to spotkanie. Miałem coraz gorsze przeczucia, a na dodatek byłem już koszmarnie zmęczony, kiedy Sowiet zakomenderował: Idźcie i zdajcie broń. „Zając” jakby przygasł na te słowa, ale zwrócił się do rozmówcy: Chcemy z pola walki zabrać swoich rannych. Usłyszał: Nie, nie trzeba. My to zrobimy. Wyszliśmy z ziemianki pogrążeni we własnych myślach, bez słowa. Oddelegowany czerwonoarmista przywiódł nas na miejsce, gdzie zaskoczeni ujrzeliśmy wysoką, robiącą przykre wrażenie stertę naszych akowskich karabinów. Z wielkim żalem, ostrożnie położyłem na nie mój erkaem, granat oraz amunicję; porucznik dołożył swój pistolet.

Fragment wspomnień Zygmunta Maguzy " Żołnierskie losy Wołyniaka" wyszukał i wstawił B.Szarwiło  za:

http://bazhum.muzhp.pl/media//files/Przeglad_Historyczno_Wojskowy/Przeglad_Historyczno_Wojskowy-r2014-t15_(66)-n2_(248)/Przeglad_Historyczno_Wojskowy-r2014-t15_(66)-n2_(248)-s119-142/Przeglad_Historyczno_Wojskowy-r2014-t15_(66)-n2_(248)-s119-142.pdf


GTranslate

plbebgzh-TWhrcsdanlenetfrgldeelhuitjalvltnoptrorusrskslessvukyi

Włamanie do serwisu

Strona odtworzona po ataku hakerskim. W przypadku dostrzeżenia braków i niespójności z poprzednią zawartością serwisu oraz w celu zgłoszenia ew. uwag prosimy o kontakt z nami.

Wołyń naszych przodków

wp3.jpg
Czytaj także

 

 

Rzeź Wołyńska

lud10.jpg

Szukaj w serwisie

Gościmy

Odwiedza nas 352 gości oraz 0 użytkowników.

Statystyki

Odsłon artykułów:
7429245