Weronika i Andrzej, moi rodzice, poznali się, zawarli związek małżeński i zamieszkali w osadzie o nazwie Grzywa, leżącej w pobliżu skrzyżowań dróg wiodących do Kowla, Pińska i Łucka. Wkrótce urodziły im się dzieci: Jadwiga (1924), Piotr (1926), Czesław (1928) oraz ja, Jan (1930), najmłodszy z rodzeństwa. Dzieciństwo moje było bardzo szczęśliwe, rodzinie niczego nie brakowało. Ojciec stopniowo pomnażał swój dobytek, pobudował nowy, duży dom. Rozwijała się hodowla bydła, trzody, drobiu. Do 9-tego roku życia dorastałem wśród zgodnych rodziców i grona rodziny ze strony mamy. Szczególnie kochałem moich dziadków Józefę i Piotra Kozakiewiczów. To, że mieszkali oni w leśniczówce położonej w pewnej odległości od mojego rodzinnego domu, nie było dla mnie żadną przeszkodą. Nieraz z rodzeństwem jeździliśmy do dziadków małym wozem, zaprzęgniętym w naszego konia. Gdy rodzeństwo nie mogło jechać, jechałem sam. Ojciec wtedy dawał mi swój rower, a ponieważ rower ten był jeszcze dla mnie za duży, więc jechałem pod ramą. To były takie wspaniałe miejsca i czasy, że rodzice bez obaw pozwalali dzieciom na samotne wyprawy i chociaż droga na pewnych odcinkach wiodła przez las, nigdy nie przydarzyło mi się nic złego. Dziadek Piotr zawsze czynnie uczestniczył w spotkaniach Polaków – osadników, należał do Związku Strzeleckiego, kultywował nurt niepodległej Polski. W 1935 roku, po śmierci marszałka Piłsudskiego, w pięknym, drewnianym kościele w Czerwiszczach odbyła się uroczysta msza za duszę Komendanta. Przed ołtarzem postawiono dużą fotografię Piłsudskiego przybraną biało-czerwonymi szarfami, uszytymi przez żony polskich osadników, a legioniści, członkowie Związku Strzeleckiego i pozostali Polacy trzymali wartę honorową. Ze szkoły przyszli nauczyciele i wszyscy uczniowie, zarówno polscy jak i ukraińscy. Mszę żałobną odprawił ksiądz Wacław Chojecki (zamordowany później, w okrutnych latach 40-tych przez bandy ukraińskie). Należy dodać, że w tym samym czasie zięć Piotra a mój ojciec, legionista Andrzej Maślak, razem z kilkoma innymi osadnikami pojechał na pogrzeb swojego Komendanta do Krakowa. Każdy z nich wziął ze sobą płócienny biały woreczek z ziemią z Kresów, wywalczoną u boku Marszałka. Ta ziemia stała się podwaliną Kopca Piłsudskiego Nasza liczna rodzina zawsze wykazywała się patriotyzmem względem ojczyzny. Stryjkowie moi wszyscy służyli w Wojsku Polskim, jako ułani. Wyglądali wspaniale w swoich doskonale uszytych mundurach. Nigdy nie zapomnę dnia, gdy przyjechał do nas w odwiedziny z wojska jeden z braci mamy, Jan. Przy jego boku błyszczała przepiękna, długa szabla ułańska. Nie mogłem oderwać od niej wzroku. Byliśmy Polakami zamieszkującymi Kresy. Naszymi sąsiadami byli Ukraińcy, Białorusini, Rosjanie i Żydzi. Mimo pomieszania tak wielu różnych nacji, ludzie żyli w zgodzie, szanowali odrębność religijną, obyczaje, pomagali sobie nawzajem. Nigdy nie słyszałem, by w naszej osadzie lub w pobliskich wsiach wybuchły jakieś nieporozumienia na tle narodowym. Moje szczęśliwe dzieciństwo skończyło się wraz z napaścią Niemiec na Polskę 1 września 1939 roku oraz atakiem Rosji na Polskę w dniu 17 września 1939 roku, czyli tym, co my, Polacy, nazywamy „ciosem w plecy”.

NKWD natychmiast zaaresztowała mojego tatę, jako byłego wojskowego, osadnika, działacza niepodległościowego, żołnierza Józefa Piłsudskiego. Nigdy więcej ojca nie zobaczyłem. Dopiero po upływie 50 lat otrzymałem oficjalne pismo informujące, że nazwisko mojego ojca Andrzeja Maślaka znajduje się wśród 3435 Polaków umieszczonych na tzw. Ukraińskiej Liście Katyńskiej. Zamordowano go w kwietniu 1940 roku strzałem w tył głowy, a jego symboliczny grób znajduje się na otwartym jesienią 2012 roku Polskim Cmentarzu Wojennym w Kijowie Bykowni.  Gdy nastał mroźny ranek 10 lutego 1940 roku do drzwi naszego domu, jak i do domów tysięcy Polaków na Kresach, z głośnym okrzykiem: „Otkroj!”, zastukali umundurowani ludzie, wśród których był jeden enkawudzista, jeden striełok – żołnierz z bagnetem na karabinie oraz dwóch Ukraińców. Przeprowadzili rewizję w mieszkaniu w poszukiwaniu broni, a następnie usłyszeliśmy straszne słowa: „Pieriesieljajem was w drugoje miejsce”. Dano nam pół godziny na spakowanie się. Pozwolono wziąć tylko podręczne rzeczy i odzież. Zrozpaczona mama płacząc pakowała w pośpiechu tobołki. My, wystraszone dzieci, rzuciliśmy się do pomocy, ale ile można było zabrać? Były to bardzo dramatyczne chwile. Nie pożegnawszy się z nikim wsiedliśmy do podstawionych sań, które natychmiast ruszyły na stację kolejową do odległego o 12 km miasteczka Pniewno. Opuściliśmy nasz dom na zawsze. Nie mieliśmy świadomości, że tego samego dnia z leśniczówki wysiedlono też moich dziadków oraz ich synów, moich stryjków Leona i Józefa. Piotr i Józefa Kozakiewiczowie również nie wiedzieli, że jadą na zesłanie tym samym pociągiem, co córka Weronika. A na pewno zastanawiali się, jaki teraz los spotka na Kresach ich dorosłe dzieci? Dziś wiemy, że druga córka, Stanisława, mieszkająca z rodziną w osadzie Stare Czerwiszcze, także była na liście do zesłania. Jednak jej mąż, osadnik wojskowy, Franciszek Kluzek, który długie lata zbierał złote ruble na wyjazd do Ameryki, udaremniony przez wybuch wojny, zachował 10 lutego 1940 roku zimną krew. Gdy odczytano pismo o zesłaniu, Franciszek złapał „mieszok” z rublami i pobiegł na posterunek policji. Ponieważ do tej pory żył w zgodzie z policjantami ukraińskimi i miał wśród mundurowych wiele znajomości, które w obliczu grozy „poparł” woreczkiem pieniędzy, załatwiono jemu i jego rodzinie „otpust” (zwolnienie) i skreślono z listy zesłańców. Druga córka, Leokadia, już wcześniej przebywająca w lasach wśród partyzantów polskich, po zesłaniu rodziców brała czynny udział w pacyfikacji band ukraińskich. Partyzantem walczącym najpierw z Niemcami, a potem z bandami UPA był również syn Wacław. Natomiast syn Jan uczestniczył w kampanii wrześniowej. W jednej z bitew został ranny. Był to czas, gdy Niemcy przestrzegali jeszcze Konwencji Genewskiej. Zbierając z pola boju swój rannych, zabrali także Polaków, nie zostawili ich na pastwę losu, to znaczy na pewną śmierć. Ci polscy żołnierze, jako jeńcy, po podleczeniu zostali wywiezieni do pracy przymusowej w głąb Niemiec. Tymczasem w lutym 1940 roku na stacji w Pniewnie naszym oczom ukazał się ogromny pociąg, wydawał mi się kolosem. Był straszny, czarny, zasmolony smarem, huczał i buchał kłębami pary. Małe dzieci bardzo się go bały. Na przedzie lokomotywy, która miała ciągnąć bardzo długi skład, przymocowana była wielka czerwona gwiazda. Załadowano nas do towarowego wagonu. Rozłożyliśmy się wśród około 50 nieszczęśników takich jak my. Konwojujący nas żołnierze zaczęli z zewnątrz zamykać drzwi na klamry, a ja do dziś słyszę ten przerażający szczęk zatrzaskiwania żelaznych zasuw. Gdy pociąg ruszył, ludzi ogarnęła straszna rozpacz, wszyscy płakali, krzyczeli, głośno się modlili. Właściwie to zbiorowa modlitwa towarzyszyła zesłańcom przez cały czas. Jechaliśmy w nieznane, jak się potem okazało, do dalekiego Archangielska, miasta portowego położonego nad Morzem Białym. Wieziono nas bardzo długo. Często pociąg miał postoje w szczerym polu lub na bardzo małych stacyjkach. W tym czasie transporty kolejowe często grzęzły w zaspach śnieżnych podczas silnych opadów śniegu i zadymek śnieżnych. W czasie transportu nie udzielano żadnej pomocy medycznej ludziom chorym, a z każdym dniem kondycja nasza była coraz gorsza. Jechaliśmy stłoczeni, głodni, spragnieni, nieumyci, bez dostępu do wody, a przecież w wagonie byli ludzie starsi i maleńkie dzieci. Na szczęście w naszym wagonie nikt nie umarł, ale słyszałem jak opowiadano sobie ze zgrozą, że z innych wagonów wynoszono zmarłych na stacjach i ich ciała układano wprost na śniegu wzdłuż torów. Pociąg zatrzymywał się, co kilkaset kilometrów, raz na kilka dni nie po to, by ulżyć zesłanym, ale z konieczności dla lokomotywy. Trzeba było stawać na stacjach, by uzupełnić stan wody w parowozie i wlać wodę z pompy. Przy okazji pozwalano nędznie nakarmić i napoić konwojowanych ludzi, ale odbywało się to w ten sposób, że przeważnie tylko dwoje ludzi mogło wyjść z każdego wagonu, by do wiader lub większych garnków pobrać to, co przygotowane było na stacji: cienką zupę, kipiatok, czy kilka bochenków chleba. Oczywiście nie muszę dodawać, że nigdy pożywienia tego nie było pod dostatkiem, więc odczuwaliśmy wieczny głód. Czasami udawało się pobrać w duże naczynia więcej wrzątku i postawić w wagonie, by podróżni mogli pić go w czasie jazdy. Niestety i tu Polaków dotykała straszna perfidia ze strony konwojentów: lokomotywa celowo ruszała ze stacji szarpiąc i nagle zatrzymując się. Woda, którą zdołali zgromadzić nieszczęśni Polacy, wylewała się, na dodatek spadały z wyższych prycz nieliczne małe tłumoki, zaczynały płakać wystraszone tym dzieci… I nie ma tu mowy o przypadku – ten makabryczny „rytuał” powtarzał się przy każdym postoju… Wyjątkowo okrutnie potraktowano nas, gdy na postoju wydano nędzne solone ryby. Wygłodniali ludzie rzucili się do jedzenia, niestety nie pozwolono nabrać wody na drogę. Można tylko sobie wyobrazić, jakie męki przechodziliśmy. Cały czas konwojowali nas rosyjscy żołnierze. Właściwie, co to było za wojsko? „Dziadowskie”, jak mówili Polacy, odziane w szare mundury, na nogach mieli owijacze z szarego worka, uzbrojeni w karabiny z ostrymi nabojami, a na każdym karabinie dodatkowo nasadzony był bagnet. A przecież my, zesłańcy, byliśmy ludnością cywilną. W większości były wśród nas kobiety z dziećmi oraz ludzie starsi, a wszyscy przerażeni i niepewni jutra, ze grozą i trwogą każdy powtarzał: „Gdzie nas wywożą? Co z nami będzie?” Wagon o powierzchni około 20 m kwadratowych wyposażony był w prycze zbite z desek. Na środku stał mały piecyk, który nie był w stanie wszystkiego ogrzać. Potrzeby naturalne załatwialiśmy wprost do dziury wybitej w podłodze. W czasie transportu brakowało nam jedzenia, opału i wody. To, co dawali, było tylko kroplą w morzu potrzeb. Wodę zdobywano topiąc śnieg nawiewany do wagonu przez otwór ubikacyjny w podłodze wagonu lub czerpany był bezpośrednio z torowiska przez ten otwór. Łączność ze światem mieliśmy tylko przez małe okratowane okienko umieszczone pod dachem wagonu. Nazwa stacji, do której podążamy, aż do końca podróży była utrzymywana w ścisłej tajemnicy. Potem dowiedzieliśmy się, że 10 lutego 1940 roku deportowano głównie rodziny polskich osadników wojskowych, leśników, policjantów, sędziów, prokuratorów i nauczycieli. Wywożono wszystkich tych, których sowieci obawiali się najbardziej – ludzi, którzy mogliby stworzyć podziemne organizacje wojskowe i stawiać czynny opór władzy radzieckiej. Wreszcie, po kilku tygodniach makabrycznej jazdy i przebyciu prawie 2400 km, dowieziono nas do Archangielska, ale katorga podróży nie skończyła się. Po ponownym, dokładnym sprawdzeniu naszej tożsamości i po zarejestrowaniu jako „zakljuczonnyje” (aresztanci), zostaliśmy przydzielani do poszczególnych miejscowości odosobnienia w archangielskiej „obłasti”. W Archangielsku mieliśmy przymusowy postój. Nocowaliśmy w lodowatych budynkach po byłych cerkwiach na posadzce, w szkołach, na kwaterach u Bogu ducha winnych i tak samo zastraszonych prostych Rosjan. Ludzie ci sami nic nie mieli, a jeszcze musieli nas przyjąć na kilka dni pod swój dach. Każda polska rodzina czekała na swoją kolejkę do dalszego odjazdu. Nocowaliśmy w ubraniach i butach. Gdy przyjeżdżał transport, konwojenci krzyczeli, żeby szykować się po kilka rodzin, wkrótce i nas załadowano na samochody ciężarowe z odkrytymi pakami i wysłano w dalszą drogę. Samochody te psuły się, zamarzały, nie wytrzymywały srogich mrozów, więc dalej jechaliśmy saniami, etapami, od kołchozu do kołchozu. Mróz sięgał wtedy 30 stopni, a w nocy nawet do minus 40 stopni. Sanie ciągnął jeden koń. Z przodu było miejsce tylko dla woźnicy, na dwóch miejscach z tyłu siedziały przeważnie kobiety z małymi dziećmi. Mężczyźni ze starszymi dziećmi musieli iść za saniami, brnąc po pas w śniegu. Postoje odbywały się w miejscu zmiany koni. Koczowaliśmy wtedy, próbując choć trochę się przespać, a przede wszystkim zdobyć cokolwiek do zjedzenia. Tamtejsza ludność, widząc nasz stan, przy milczącej zgodzie naszych konwojentów usiłowała nam pomóc, jak tylko mogła. W czasie podróży pociągiem i jazdy saniami zmarło bardzo wielu Polaków. Ciała zmarłych wyrzucano w śnieg. Zwłoki były prawdopodobnie pożerane przez wilki, wałęsające się w niedalekiej odległości od dróg transportu zesłańców. Niesamowite wrażenie sprawiała jazda zamarzniętymi rzekami. Czasem zastanawiałem się, co by się stało, gdyby lód pękł. Po drodze wiosek było coraz mniej, aż wreszcie całkiem znikły. Kto miał więcej szczęścia, trafiał do bliższych posiołków. Niestety moja rodzina musiała przebyć jeszcze wiele kilometrów i minęło znowu ponad 2 tygodnie, nim dotarliśmy do Piniegi, w której mieliśmy postój. Pamiętam, że tam jedliśmy pierwszą od długiego czasu prawdziwą zupę. Ugotowana była na mięsie z reniferów, jej smak wydawał mi się cudowny, była dobra, gorąca, pożywna, z kawałkami mięsa. Ulokowano nas w pinieżskiej cerkwi na lodowatej posadzce, gdzie czekaliśmy jakiś czas, a następnie posłano nas w dalszą drogę, aż wreszcie po 50 dniach od opuszczenia naszego domu dotarliśmy do specposiołka nr 97 – Jożma, położonego wśród bagien nad małą rzeką również o nazwie Jożma, oddalonego od Archangielska w linii prostej na północny wschód o około 250 kilometrów, a od Piniegi o 35 kilometrów. W czasie tej strasznej drogi niestety ani razu nie spotkaliśmy się z naszymi dziadkami, Józefą i Piotrem Kozakiewiczami. Jechali oni w innym wagonie, nocowali gdzie indziej, ale wiem, że razem ze stryjkami musieli jechać dalej i dalej w głąb bezkresnej tajgi, aż dotarli do specposiołka nr 92 Siennoj, leżącego na skrzyżowaniu dróg wiodących na Kuszkopałę i Karpogory. Starsi zesłańcy nieraz mówili między sobą, że działania NKWD są z góry precyzyjnie zaplanowane, że celowo bezlitośnie transportowano w najodleglejsze miejsca rodziny z małymi dziećmi oraz ludzi w podeszłym wieku, aby jak najwięcej osób umarło już w czasie katorżniczej podróży.

Fragment wspomnień Jana Maślaka zatytułowanych "Ponad Sybir – Życie". Wyszukał i wybrał "Ku pamięci" B. Szarwiło za: http://www.mojewojennedziecinstwo.pl/pdf/20_maslak_ponad.pdf


GTranslate

plbebgzh-TWhrcsdanlenetfrgldeelhuitjalvltnoptrorusrskslessvukyi

Włamanie do serwisu

Strona odtworzona po ataku hakerskim. W przypadku dostrzeżenia braków i niespójności z poprzednią zawartością serwisu oraz w celu zgłoszenia ew. uwag prosimy o kontakt z nami.

Wołyń naszych przodków

wp3.jpg

PAMIĘTAJ PAMIĘTAĆ

Czytaj także

 

 

Rzeź Wołyńska

lud14.jpg

Szukaj w serwisie

Gościmy

Odwiedza nas 1263 gości oraz 0 użytkowników.

Statystyki

Odsłon artykułów:
8279151