Radomle. Malutka drewniana wieś po wschodniej stronie zadybskich lasów.

     Jedyny murowany dom z dala od wsi, pod lasem, zwolniony przez oddział Trzaska, zajął  2 marca nowo utworzony pluton Gromu –  4-ty gospodarczy.

     Właściciel tego murowańca – rzeczy bardzo rzadkiej w wołyńskim wiejskim budownictwie – mówiono, że w Ameryce dorobił się pieniędzy na wystawienie tak okazałych budynków – uciekł zawczasu. Z pewnością w świniarzyńskie lasy, do centrum partyzantki ukraińskiej, razem z ludnością zajętych teraz przez zbrojnych Polaków ukraińskich wsi. Całe dostatnie obejście było teraz do dyspozycji plutonu, który rządził się w nim jak szara gęś. Gdyby właściciel mógł zajrzeć teraz do swego domu, jęknąłby na widok niesłychanego bałaganu i brudu w schludnym niegdyś obejściu.

     Pośrodku obrzydliwie zaśmieconego podwórza zarzuconego słomą, kupami popiołu, szmatami, kościami i skórami porżniętych zwierząt, na dwu ogniskach przy studni parowały gotującą się strawą dwa duże kotły. Krzątał się przy nich dyżurujący kucharz. Opodal dwaj chłopcy piłują grubą kłodę sosnową wyciągnąwszy ją z szopy, gdzie oczekiwała zapewne lepszego losu. Dźwięczy stal piły, kłoda prycha trocinami, kiwają się nad nią ci dwaj bez pośpiechu. Trzeci rąbie. W stodole otwartej naprzestrzał dwaj taboryci kręcą z konopnych kłaków sznur na postronki do uprzęży. Za sztachetowym ogrodzeniem przechadza się zgarbiony pod karabinem, zziębnięty alarmowy. Zamiast obserwować podejście od lasu gapi się na ruch na podwórzu. Sień domu huczy od gwaru: dyżurująca drużyna obiera kartofle. Języki obracają się żwawiej niż noże i scyzoryki. Chłopcy syci, wyspani – plotą trzy po trzy    i co chwila rechocą zdrowym, donośnym śmiechem. W cebrzyku rośnie powolutku biała górka obranych ziemniaków.

     Izby – duża i mniejsza – zatłoczone klatkami prycz od podłogi do sufitu. Ciasnota, jak      w kurniku, jak w łodzi podwodnej. W większej izbie na wolnym skrawku podłogi niewielki stół. Aż podskakuje od zamaszystych uderzeń kartami. Grze czworga przygląda się drugie tyle, choć gra nieciekawa – w tysiąca. W kuchni identyczne zagęszczenie. Część stołu, tyle ile trzeba na rozłożenie zeszytu okupuje kronikarz Jantar. Na całej reszcie guzdraniana bez przerwy: Zuch tnie połeć słoniny – będzie przetapiać na smalec, Gwóźdź rozrabia mąkę na placki, Syrena znalazł na strychu liście samosadu – tnie na machorkę. Od płyty bucha gorąco, tutaj ogień płonie calutki dzień.  Bez przerwy ruch: baniaki, garnki, menażki wchodzą na płytę jedne po drugich, właściciele doglądają ich osobiście - trwa istny konkurs pitraszenia. Niewielu zadowala się zawsze spartaczoną grochówką czy krupnikiem z kotła. (...)

  Żołnierze sowieccy są jeszcze bardziej szarzy i niepokaźni niż byli przed trzema laty. Znużeni tysiąckilometrowym marszem, tysiącznymi trudy. Szarzy, w szarych szynelach koloru stepu spalonego słonecznym żarem. W waciakach, odziani jak przed tym, czapki tylko nowe, milsze oku niż tamte bolszewickie czubate pośmieciuchy. Nogi w amerykańskich trzewikach. W workach-plecakach puszki dobrej konserwy. Na puszce napis: Swinaja tuszonka,  Made in USA. Broń pierwszorzędna – nowa, sprawna, same finki i maksimy”.  Przez Radomle przeszedł pierwszy oddziałek sowieckiej piechoty. Bojcy salutują naszych oficerów, nasi szeregowcy starają się unikać z nimi rozmów. Łatwo uchodzą w ich oczach za cywilów – nieumundurowani. Sowiecki major, niezgorzej podpity, chętnie przystaje z każdym do rozmowy. Zaczyna stereotypowo:

     - Nu  kak? Podoba się wam Czerwona Armija?

     - Owszem. Doskonałe wojsko – odpowiadają nasi grzecznie. Albo dwuznacznie: Myśmy ją już trzy lata temu widzieli…

     - Nu wot. Będziemy razem bić Niemca. Was na pewno włączą do armii generała Berlinga. Będziecie mieli rząd Wandy Wasilewskiej.

     Chłopcy kwitują to wzruszeniem ramion. Porucznik Prawdzic odpala: Teraz naszym zadaniem jest walka z Niemcami. Polityką zajmiemy się po wojnie.

     Żołnierze sowieccy pełnymi garściami ofiarowują naszym chłopakom amunicję do finek. Dają granaty.

     - Gdybyście nawiązali łączność z Moskwą – mówią – broni i amunicji mielibyście skolko ugodno.

     Oddział ich rusza z Radomla w dalszy pochód powolnym, wytrwałym marszem.  Porucznik Prawdzic odprowadza krasnoarmiejców konno do ostatnich chat wioski. Patrząc na to kronikarz myśli: Jedzie obok gromady chłopstwa w szarych szynelach – elegancki, uśmiechnięty, polski, swój. Nie może opędzić się od słowa – Katyń… Katyń… Czytał o tym w niemieckiej gazecie obszerny straszny artykuł.

     Za oddziałem piechoty jadą wozy taboru. Po nich kilka niedużych dział przyprzężonych do samochodów. Na końcu oddziałek kawalerii. Przejechali.

     W tym samym dniu na sąsiednim Lablatynie doszło do krwawej potyczki. Stał tam pluton maciejowski i na jego placówki natknęli się prosowieccy partyzanci ukraińscy. Rzekomo czy naprawdę wzięli Polaków za Niemców i zaatakowali. Pluton odpowiedział ogniem. Padło pięciu zabitych, sześciu raniono. Dostał postrzał w ramię podporucznik Kruk. Napastników zginęło również kilkoro – ile dokładnie? – nie przyznali się.   Zaskoczony nagłym atakiem pluton Kruka rozbrojono, odebrano naszym żołnierzom zegarki, pierścionki, pistolety. Dopiero sowiecki major rozstrzygnął zatarg. Rozkazał zwrócić zrabowane przedmioty. Pozwracali.  Chłopcy Siwego szemrzą: ci partyzanci dobrze wiedzieli, kogo atakują. Pobudzeni do aktywności dopiero nadejściem wojsk sowieckich ruszyli, ale nie na Niemców.  – Wy, rezuny Ukraińców! – mieli krzyczeć na maciejowiczan.  - Pomordowaliście naszych braci!

     Zabitych przewieziono do Zasmyk. Paweł pojechał na pogrzeb z delegacją Gromu.

     Na przedzie krzyż i dwie czarne chorągwie. Ksiądz w czarnej kapie. Pięć prostych sosnowych trumien skleconych naprędce. Pięć grobów z wodą zaskórną na dnie.                    Z rozmokłych ścian grobu strużkami osypuje się niecierpliwy piach, Dzień pochmurny. Wiatr. Słota. Jęk dzwonu. Garście ziemi na trumny. Dębowe krzyże. Grzechot salwy. To wszystko.

     Wiatr rozwiewa po cmentarzu słowa starego księdza: …krew ich nie poszła na marne… trzeba było, by polegli…  requiescant in pace…

     Słuchający zżymają się na te słowa. Co komu z tej krwi? Dlaczego – trzeba? Uciekli          z domu przed hajdamacką rzezią, stanęli na służbę u Niemców lecz  tylko po to, by uzyskać broń. Nadszedł czas – przeszli do swoich co do jednego. Dlaczego – trzeba było,  by polegli w ten sposób?  Jak to – nie na marne?

Fragment niepublikowanych wspomnień Stanisława Nikoniuka ps. "Jantar". Wybrał i wstawił B. Szarwiło.

P.S.

Radomle wieś w gminie Lubitów, pow. Kowel, miejsce postoju oddziałów 27 WDP AK


GTranslate

plbebgzh-TWhrcsdanlenetfrgldeelhuitjalvltnoptrorusrskslessvukyi

Włamanie do serwisu

Strona odtworzona po ataku hakerskim. W przypadku dostrzeżenia braków i niespójności z poprzednią zawartością serwisu oraz w celu zgłoszenia ew. uwag prosimy o kontakt z nami.

Wołyń naszych przodków

wp7.jpg

PAMIĘTAJ PAMIĘTAĆ

Czytaj także

 

 

Rzeź Wołyńska

lud18.jpg

Szukaj w serwisie

Gościmy

Odwiedza nas 567 gości oraz 0 użytkowników.

Statystyki

Odsłon artykułów:
8513159