Maria Grylak, nazywana w rodzinie Manią, urodziła się 12 stycznia 1933 roku w polskiej osadzie Krasnystaw, w parafii Dziewiątkowicze, powiat Słonim, województwo Nowogródek. Jej rodzicami byli Zofia z domu Gębska i Stanisław Grylak, oboje pochodzący spod Radomia. Gdy Polska odzyskała niepodległość, rodzice Zofii, Marianna i Andrzej Gębscy, jak i rodzice Stanisława, Tekla i Adam Grylakowie, zdecydowali się wyjechać na Kresy, właśnie do Krasnegostawu. Pod Radomiem był głód ziemi, a na terenach wschodnich, gdzie tworzyła się nowa Polska, miało być lepsze życie. Gębscy i Grylakowie nie bali się pracy. Jedni i drudzy posiadali mnogość talentów, które pozwalały żyć dostatnio, nawet przy licznych rodzinach. Gębscy byli rodzicami czterech synów i trzech córek, zaś Grylakowie mogli się pochwalić czterema synami. W rodzinie Gębskich wszyscy mężczyźni byli znanymi na okolicę stolarzami, kowalami, dekarzami, szewcami, ba! nawet muzykantami na weselach, czy zabawach. Kobiety słynęły z artystycznego tkactwa, malowania, ozdabiania domów, szycia, oraz robótek ręcznych: wyszywania, haftowania, robót na drutach. Zarówno pod Radomiem, jak i w Krasnymstawie były to zdolności bardzo pożądane. Grylakowie byli doskonałymi gospodarzami, a ich kobiety bardzo smacznie gotowały na weselach. Zaś na Kresach Tekla i Adam zajmowali się mieleniem ziarna na kaszę, produktu stanowiącego wówczas główną podstawę pożywienia. Krasnystaw był małą osadą zbudowaną na ziemiach należących do dziedzica Olgierda Śliźnia, adiutanta generała Andersa. Otoczenie wsi, w której Mania Grylak przyszła na świat i spędziła wczesne dzieciństwo, było piękne: spokojne lasy, łąki z mnóstwem pachnących kwiatów i ziół, stawy pełne żab kumkających letnimi wieczorami. Do kościoła chodziło się do Dziewiątkowicz, zaś na zakupy do Słonima. Jeżdżono zimą saniami, a latem wozem na drewnianych kołach. Tak się szczęśliwie złożyło, że najbliższymi sąsiadami rodzinnego domu małej Mani byli, wspomniani wcześniej dziadkowie, Marianna i Andrzej Gębscy oraz Tekla i Adam Grylakowie, oraz wujostwo, Franciszek i Rozalia Gębscy z dziećmi: Heńkiem, Jankiem i Andzią, Katarzyna i Józef Chołuj z Rysiem, Mietkiem i Danusią, Marianna i Jan Filipow z Krysią, Heniusiem i Halinką, Józef Gębski z żoną Jadwigą, Wacław i Janina Gębscy z Danusią i Heniem, Helena i Józef Zielińscy ze Stasią i Marysią. Często w odwiedziny przyjeżdżał z Radomia Jan Gębski, najmłodszy syn Marianny i Andrzeja. Ze strony rodziny Grylaków, oprócz dziadków, mała Mania przebywała co dzień w towarzystwie stryjka Jana i stryjenki Heleny oraz ich malutkiej córeczki Mani, a także stryjka Konstantego. W Krasnymstawie każda rodzina miała drewniany dom, zbudowany przez Andrzeja Gębskiego przy współudziale jego synów.

Mimo skromnych warunków życia, Mania pamięta beztroskę, która towarzyszyła jej w dzieciństwie i radość podczas wspólnych zabaw ze wszystkimi dziećmi z kuzynostwa. 15 stycznia 1935 roku przyszła na świat Anna, młodsza siostra Mani, zwana przez wszystkich Andzią. W miarę jak dziewczynki rosły, zaczęły wykazywać się niezwykłą pamięcią. Wystarczyło, że raz usłyszały wiersz, czy piosenkę, a natychmiast obie potrafiły bezbłędnie powtórzyć każde słowo. Podczas rodzinnych spotkań stawiano je na krzesłach, a one śpiewały piosenki i deklamowały wiersze, nawet najdłuższe. Ich  rodzice, Zofia i Stanisław, byli z córek bardzo dumni. „Dziewczynki Grylakowe” – jak o nich mówiono – były śliczne niczym laleczki. Zawsze wystrojone w identyczne sukienki, które własnoręcznie szyła im mama. Mania, czarniutka, była bardziej nieśmiała, natomiast Andzia, blondyneczka, chociaż młodsza, była odważna, a przy tym, jak na tak młody wiek, bardzo poważna. Wybuch II wojny światowej przekreślił szczęśliwe dzieciństwo Mani. Tu i ówdzie słyszało się głosy, że to koniec panowania Polaków na ziemiach wschodnich, że to koniec Polski. Jednak jeszcze przez pewien czas w Krasnymstawie życie szło pozornie spokojnym torem. Po jesieni nadeszła sroga, bardzo mroźna zima. Dnia 10 lutego 1940 roku o godz. 4.20 wszyscy Polacy w Krasnymstawie zostali obudzeni głośnym waleniem kolbami karabinowymi w drzwi i krzykiem: „Zdzieś sowieckoja właść, otwieraj dwieri!” Do domu Zofii i Stanisława Grylaków wpadają trzej funkcjonariusze: sołtys, wojskowy z karabinem i bagnetem gotowym do zadania ciosu, oraz cywil, przedstawiciel NKWD. Stanisław zostaje oddzielony od rodziny i trzymany pod bronią z rękami podniesionymi do góry, z twarzą obróconą do ściany. Pod groźbą zastrzelenia nie wolno mu ruszyć się z miejsca. W całym domu następuje szaleńcza rewizja w poszukiwaniu broni. Przeszukujący rozwalają piec i łóżko. Potem zostaje odczytany wyrok: wysiedlenie w inne miejsce. Celu podróży nie podano. Grylakowie dostają jedną godzinę na spakowanie się. Można wziąć ze sobą tylko rzeczy osobiste, kilka garnków i pościel. Taki sam scenariusz powtórzył się w każdym domu Polaków, u wszystkich z rodziny Gębskich. Sytuacja Zofii była najbardziej tragiczna. 3 stycznia 1940 roku urodziła trzecie dziecko – upragnionego synka Janka. Chłopczyk w dniu zesłania miał zaledwie 5 tygodni, a Zofia była jeszcze w połogu. W sąsiednim domu 14-letnia Krysia Filipow, córka Marianny i Jana, kuzynka Mani, podbiegła do okna i przez mały otwór w oszronionej szybie zobaczyła, że do każdego domu należącego do jej rodziny podjeżdżają sanie z sołdatami. Na płacz mamy: „Nie zabierajcie nas od rodziny!”, słyszy odpowiedź żołnierza: „Wszyscy zostaniecie wywiezieni i wasz baćko też!” Faktycznie, wiekowi dziadkowie Gębscy także muszą opuścić swój dom. Również Jan Grylak z żoną i małą córką zostają zesłani. Kobiety z małymi, płaczącymi dziećmi u boku przechodzą gehennę. Jak w takiej sytuacji pakować rzeczy? Co zabrać? Jeśli pilnujący żołnierz był litościwy, bo sam miał małe dzieci, to szepnął, by brać garnki, buty, dzieci ciepło ubrać, wziąć dużo jedzenia. Tak było u Franciszka Gębskiego – Białorusin podpowiedział mu: „Franek, bieri wsio, bo już tu nie wrócisz”. Przy niemym zezwoleniu żołnierzy Franciszek z żoną pakowali wszystko, co zdołali upchać do sań. Niespełna 7-letnia Ania, najmłodsza z dzieci Franciszka, obejrzała się za siebie, gdy opuszczali próg domu, zobaczyła tylko puste łóżka i nieliczne meble. Jej rodzice starali się niczego nie zostawić. Już niedługo przekonają się, jakie to będzie miało dla nich ogromne znaczenie. Dzięki handlowi wymiennemu, rzeczy zabrane z domu nieraz uratują ich od śmierci głodowej. Co bardzo dziwne, deportacja ominęła dziadków Mani, Teklę i Adama Grylaków i ich 20-letniego syna Kostka. Nie było ich na liście. Jak potem się okazało, od zsyłki uratowało ich posiadanie małego młyna i umiejętność robienia kaszy – mieli być jeszcze przydatni nowej władzy. Po spakowaniu dobytku trzeba było wyjść z domu na mróz, posadzić dzieci na saniach, zawinąć je w kołdry przed zimnem. Nastrój przygnębiający, ale na nic zda się płacz. Każdy nerwowo spogląda na inne sanie, każdy chce zobaczyć, kogo jeszcze wywożą. O godzinie 5.30 wszystkie rodziny wyruszyły zaprzęgami podstawionymi przez sowieckich żołnierzy. Wioska tonie w zaspach śniegu. Mróz tego ranka był straszny, temperatura spadała do minus 40 stopni Celsjusza. Psy ujadają żałośnie, ale chowają się wystraszone, bo sowieccy żołnierze strzelają do nich bez litości. Opatulone dzieci nie mają siły poruszyć się. Kobiety płaczą w głos. Mężczyźni ocierają łzy. Mania widzi swój dom, a później całą osadę Krasnystaw, jak robi się coraz mniejsza i mniejsza, by w końcu rozmyć się w śnieżnej bieli... Jest wczesny ranek, więc małe dzieci usypiają z płaczu. Starsze, w tym mądra Mania, patrzą uważnie, próbują na zawsze utrwalić pod powiekami ten obraz, bo rozumieją, że wydarzyła się rzecz straszna. Że beztroskie i szczęśliwe dzieciństwo w Krasnymstawie zakończyło się już na zawsze. Gdy dojechali do Słonima, żołnierze skierowali ich na stację kolejową. Przed wieczorem Rosjanie zaczęli ładować ludzi do wagonów towarowych. Do każdego upychali po około 80 osób. Rodzina Grylaków: Mania, Andzia, Stanisław i Zofia z noworodkiem Jankiem przy piersi oraz Franciszek Gębski z żoną Rozalią i trojgiem dzieci trafiają do wagonu po soli. Były też wagony, w których wcześniej wożono węgiel. Zapełnienie wszystkich wagonów trwało długo. Gdy wagon, w którym znajduje się rodzina Mani, jest gotowy do odjazdu, żołnierze rosyjscy zamykają drzwi i ryglują je od zewnątrz. Siedzący w wagonie Polacy słyszą straszny odgłos: trzask zamykanej zasuwy. Od tej chwili nie ma już odwrotu. Kto znalazł się w wagonie i przeżyje podróż, ten na długie lata zostanie więźniem Związku Sowieckiego. Ciało tego, kto umrze w czasie gehenny podróży, spocznie wzdłuż torów na śniegu. Moment, gdy pociąg rusza, wywołuje w ludziach straszny ból, żal, płacz. Mieszkańcy Słonima jeszcze po latach będą szlochać na wspomnienie o długim transporcie z wysiedlonymi Polakami... Deportowani do końca mieli nadzieję, że pojadą na zachód. Gdy ruszyli na wschód, z daleka słychać było płacz dobiegający z kilkukilometrowego pociągu... W Baranowiczach skład przestawiono na szerokie tory, a potem trasa wiedzie już cały czas na północny wschód. W wagonie panowało przenikliwe zimno. Na środku stał żelazny piecyk, który dawał bardzo nikłe ciepło. W kącie była wycięta dziura służąca za ubikację. Na górze były po dwie prycze, posadzono na nich kobiety z małymi dziećmi. Początkowo była nadzieja, że tam będzie cieplej. Jednak rzeczywistość okazała się okrutna. Na pryczach było najgorzej, ponieważ z otworu na ubikację ciągnął okropny smród i ziąb. Żeby mieć dziewczynki koło siebie, ojciec posadził je przy żonie na pryczy. Mania wciśnięta przy oknie, a obok wtulona w nią Andzia. Prycza to gołe deski, Zofia próbuje czymś je pościelić, czymś przykryć dzieci. Janka trzyma cały czas przy piersi, ogrzewa go swoim ciałem. Gorzej z zapewnieniem ciepła dziewczynkom. Na górze z każdej strony wieje, lodowate są ściany i dach pociągu. Na małym, zakratowanym okienku szron. Pewnej nocy mróz chwycił tak silny, że Mani, która spała od ściany, włosy przymarzły do ściany pociągu, nie mogła się poruszyć. Bardzo dzielnie zniosła tę straszną chwilę, jednak to wydarzenie okazało się traumą, której nie zapomniała do końca życia. Wszyscy w wagonach spali w tym, w co byli ubrani. W nocy starali się leżeć, zasnąć, w dzień siedzieli na tych samych miejscach. Zaduch niemytych ciał i niezmienianych ubrań stawał się nie do zniesienia. Ludziom dokuczał ścisk, brak świeżego powietrza, ciągły płacz dzieci. Trudno opisać, co przeżyła Zofia sama będąc krótko po porodzie i mając pod swoja opieką niemowlę oraz dwie kilkuletnie dziewczynki. Martwiła się, czy wystarczy jej pokarmu dla malutkiego synka? Jak zmienić chłopcu pieluszkę? Jak ją wysuszyć? O praniu nie było nawet mowy. Jak utulić dziecko płaczące z głodu, zimna i ogólnej niewygody? Deportowani do pewnego momentu jedli to, co zdołali zabrać z domu. Jednak potem mizerne zapasy skończyły się. Pociąg stawał, co kilka dni. Wydawano lichy suchy prowiant, a do picia tylko „kipiatok”. Nigdy pod dostatkiem. Nawet, gdy pozwolono na postojach nabrać więcej wody do wagonu, to potem pociąg jakby specjalnie ruszał z takim wstrząsem, że ludzie upadali na podłogę lub wpadali na siebie, a wszelkie zapasy wody wylewały się. Podczas postoju na stacjach tylko wyznaczeni ludzie mogli wychodzić po pożywienie dla reszty. Sowieccy żołnierze z karabinami gotowymi do strzału zawsze chodzili wzdłuż peronu, pilnując, by nikt nie uciekł. Nawet, jeśli na stacjach byli jacyś cywile, nie wolno było z nimi rozmawiać. Po zjedzeniu wszystkich zapasów, ludziom zajrzał w oczy głód. Śmierć zaczęła zabierać towarzyszy drogi. Na każdym postoju kazano wynosić zmarłych i układać ich przy torach. Nieszczęśni pozostali na tych stacjach na zawsze. Oprócz jedzenia brakowało też opału i wody, którą Polacy próbowali uzyskać z topienia śniegu. W wagonie ciągle panował półmrok. Mania całe dnie patrzyła przez kraty w okienku na mijające krajobrazy, aż znużona zasypiała. Pociąg często stawał w szczerym polu na długi postój. Nigdy nie było wiadomo, kiedy znowu ruszy. Zofia i Stanisław, zrozpaczeni swą bezradnością, musieli słuchać próśb dziewczynek o jedzenie, o wodę. Po przeszło trzech tygodniach pociąg wjechał na stację Morżenga, położoną około 80 km od Wołogdy. Kazano ludziom wysiadać. Dalsza podróż miała odbyć się saniami. Ciągle nie informowano Polaków dokąd jadą. Konwój około stu sań nadal pilnowany był przez żołnierzy z bronią, chociaż niewyobrażalne było, by ktoś spróbował tu ucieczki. Matki z małymi dziećmi i ludzie starzy mogli jechać, reszta szła za saniami brnąc w zaspach śniegu. Wokół był tylko ciemny, gęsty las. Zmarli byli po prostu zostawiani na śniegu przy drodze. Wszystkich wykańczało straszne zimno i rozpacz swego położenia. Powietrze przy 40 stopniowym mrozie zatykało oddech, a biały śnieg oślepiał. Zaspy w śniegu były tak wielkie, że nie sposób było iść. A na sankach było miejsce tylko dla woźnicy, kobiet i małych dzieci. Mężczyźni ze starszymi dziećmi musieli iść pieszo za saniami. Czasem woźnica litował się nad losem dzieci i wówczas, gdy nikt z Rosjan nie widział, schodził z sań i pozwalał jechać wszystkim dzieciom. Czasem nakrywał ich swoim kożuchem, albo dawał rady, by trochę pobiegały, gdyż w przeciwnym razie odmrożą nogi. Postoje zarządzano późnymi wieczorami. Rosjanie mieszkający na posiołkach mieli obowiązek przyjmować na noc Polaków. Mimo zakazu dyskusji z Polakami, rozmowy odbywały się, gdy nikt nie widział. Zesłańcy polscy zauważyli, że prości Rosjanie współczują przybyszom z daleka. Szczególnie kobiety starały się pomóc matkom z dziećmi. Tam, gdzie Zofia trafiała, gospodyni zawsze nagrzała trochę wody, by wykąpać Janka. Ścielono szybko ławy, by Mania i Andzia mogły się przespać. Wczesnym rankiem powtarzała się gehenna całodziennej podróży. Podczas każdego dnia jechali, wieczorem szukali noclegów w położonych rzadko osadach. Prości Rosjanie byli dobrymi ludźmi. Litowali się nad nieszczęśnikami, których przyjmowali pod swój skromny dach. Podczas jednej z takich nocy w rodzinie Marianny i Jana Filipow wydarzyła się tragedia. Umarła najmłodsza córka, Halinka. Niedomagała już w pociągu, przemarzła, miała wysoką gorączkę i ciągle prosiła o picie. Jej mama, Marianna, odejmowała sobie wody od ust, by napoić Halinkę. Jednak nie było gdzie zagrzać tej wody – Halinka piła łapczywie zimny płyn. Nieleczona choroba rozwijała się coraz bardziej, aż w końcu śmierć zabrała dziecko. Płacząc wniebogłosy Marianna w nocy szyła ręcznie ostatnią sukienkę dla swojej córeczki. Poświęciła na to białe prześcieradło, jedno z, niewielu, które udało jej się spakować jeszcze w domu. Gdy rano zrozpaczeni rodzice chcieli sami pochować zmarłą, konwojujący Sowieci orzekli, że to niemożliwe, że trzeba natychmiast wyruszać w dalszą drogę, a dziecko pochowa rodzina, u której nocowali. Poczciwy Rosjanin obiecał, że pochowa zmarłe dziecko. Marianna i Jan ze ściśniętym sercem zostawili Halinkę. Na skrawku papieru Marianna zapisała nazwę osady, w której spoczęło ciałko jej córeczki. W przyszłości do końca swoich dni nieszczęśni zesłańcy będą się zastanawiali, czy Halinka została godnie pochowana. Każdy, bowiem miał w pamięci umarłych w pociągu, których wynoszono na stacjach i których ciała składano wzdłuż torów. Czy ich ktoś pochował? Mama Mani, Zofia Grylak, widząc rozpacz po stracie Halinki, sama, mając malutkiego synka, rozpaczała podwójnie, bo mówiono, że jej dziecko również może nie przeżyć trudów drogi. Wtedy powiedziała sobie, że jeśli Janek umrze, to ona nikomu się do tego nie przyzna. Nie pozwoli zostawić go gdzieś u obcych ludzi. Będzie wiozła i tuliła do piersi zimne ciałko, żeby nikt nie zorientował się, że dziecko nie żyje. Powiezie go ze sobą do końca, tam gdzie nastąpi kres jej podróży. Prawdę powiedziawszy, Zofia nigdy nie wybaczyła siostrze, że zostawiła ciało Halinki u Rosjan. Natomiast Marianna będzie ze łzami w oczach zawsze na to odpowiadać: „Myśmy byli zrozpaczeni i załamani, a po tej nocy byliśmy pewni, że my też wszyscy pomrzemy. Dlatego zostawiliśmy Halinkę”. Z każdym świtem Polacy musieli wsiadać na sanie i jechać dalej, aż oddalili się ponad 200 km od Wołogdy. Na tych terenach wsie położone już były coraz rzadziej. Zaspy śnieżne były tak wielkie, że dalsza podróż lądem stała się niemożliwa. Kiedy droga przestała być przejezdna, woźnice skierowali konie na zamarzniętą rzekę Suchonę. Zesłańcy jechali po lodzie, a wokół rozciągała się złowroga, straszna, ciemna, nieprzenikniona tajga. Gdy zbliżano się w rejon Toćmy, zaczęło się rozłączanie sań. Czoło konwoju skierowano w stronę miasta, zaś reszta pojechała dalej po lodzie. W tej części sań, które odłączono, była Mania Grylak ze swoją rodziną. Wszyscy Polacy zaczęli płakać. Ci, którzy zjechali z Suchony, i ci, którzy musieli jechać dalej po lodzie, długo odwracali głowy, by jeszcze widzieć oddalające się sanie. Postaci stawały się mniejsze i mniejsze, aż zniknęły całkowicie z oczu. Wszystkim łzy płynęły po policzkach. Nikt nie wiedział, jaki czeka go los. Z Toćmy drogi praktycznie nie istniały. Sanie jechały tunelem wzdłuż ogromnych zasp. Na noc znów zatrzymywali się w małych osadach. Podczas jednego takiego postoju malutki Janek dostał bardzo wysokiej gorączki. Dziwny paraliż powyginał chudziutkie, nędzne ciałko niemowlęcia. Dziecko przestało nawet płakać, nie reagowało na nic. Rodzice, Zofia i Stanisław, wpadli w panikę. Przerazili się, że Janek umrze. Rosjanie, u których się zatrzymali, spoglądali ze smutkiem na tę dramatyczną scenę. Żal im było młodej polskiej rodziny, którą okrutny los tutaj przywiódł. Widać było, że chłopczyk coraz bardziej zapada się w siebie. „To agonia, on umiera”, usłyszała Zofia. Wpadła w matczyną histerię, instynktownie zaczęła rozcierać sztywniejące ciałko, chuchać na nie, chciała za wszelką cenę przywrócić krążenie. Wtedy Rosjanka, u której nocowała rodzina Grylaków, wyszła z domu, a gdy wróciła, podeszła z kubeczkiem jakiegoś płynu i powoli, kropla po kropli, łyżeczką podawała chłopcu do buzi. Trwało to dość długo. Nagle stał się cud, sine ciałko chłopca jakby się trochę zaróżowiło, oddech stał się głębszy. Czy to spowodował masaż, czy też ciepły i życiodajny płyn w brzuszku dziecka, w każdym razie chłopiec pokonał własną śmierć. Zofia czuwała przy Janku całą noc, na szczęście dreszcze ustały, a dziecko w końcu zasnęło spokojniejszym snem. Rodzice płakali ze szczęścia, najgorsza noc minęła. W końcu przyszedł dzień w podróży, gdy sanie minęły mosty na rzekach Wożbał i Sonduga i wjechały na posiołek Krutaja Osyp. Od dnia wysiedlenia z Krasnegostawu minęło ponad 40 dni. Zaczęło się osiedlanie w miejscu zesłania. W tym małym, schowanym wśród tajgi posiołku, zamieszkali seniorzy Marianna i Andrzej Gębscy, ich córki Zofia, Katarzyna, Helena oraz synowie Franciszek i Wacław z rodzinami. Rozdzielono ich do drewnianych baraków, których jedynym wyposażeniem były nędzne prycze i licho grzejące piecyki. Ale po gehennie podróży była to już namiastka stabilizacji. Krutaja Osyp to posiołek położony w bezkresnej tajdze. Miało się tam wrażenie, że dalej nie ma już nic. Stało tam 7 baraków mieszkalnych, stajnie dla koni, magazyn żywności, biuro komendanta, izba lekarska, pralnia i bania. Typowy specposiołek, w którym Polacy mieli tylko umrzeć... W czasie mowy powitalnej Polakom nie pozostawiono złudzeń: „Waszej Polski już nie ma i nie będzie, a wy będziecie tu żyć i pracować aż do śmierci”. Komendant lesopunktu Krutaja Osyp nazywał się Jerofiejew. Nosił krótką broń, ale nie demonstrował jej posiadania. Był to człowiek spokojny, rozważny. Lubił dzieci, chociaż sam ich nie miał. Nie był do Polaków usposobiony wrogo ponad to, co wynikało z jego obowiązków. Podczas przydziału baraków nastąpił tłok. Komendant, widząc Zofię z niemowlęciem, zadecydował, że kobieta z dzieckiem zamieszka w jego biurze do czasu, aż ojciec zagospodaruje rodzinę w baraku. Drewniany barak miał wymiar około 8 na 15 metrów. Razem z Grylakami osadzono 8 rodzin, to jest około 40 ludzi. Wyposażenia nie było żadnego, przez brakujące szyby wpadało zimno. Część ludzi ulokowano w stajniach, tam było przynajmniej cieplej. Pomocnikiem i zastępcą komendanta w Krutoj Osypi był politruk o nazwisku Tukaczow. Miał broń i zawsze ją nosił na widoku. Miał ciężki charakter, potrafił być bardzo dokuczliwy dla polskich jeńców, zarówno dorosłych, jak i dzieci. Wymagał obowiązkowego pozdrowienia ze zdjęciem nakrycia głowy. Karał za uchybienia w stosunku do swojej osoby, dzieciom wymierzał często „szturchańca”. Natomiast reszta sań, które podążały zamarzniętą Suchoną, dotarła do posiołków: Ledzińsk (późniejsza nazwa: Babuszkino), Charino, Obirkowo i Ługoda. Ługoda to lesopunkt, w którego skład wchodziły podobozy – specposiołki: Swietłoje, Wierchniaja Strojka i Pieredwiżnoje. Najdalej położony był posiołek Kurjanowo. Były to małe osady oddalone od siebie od kilku do kilkudziesięciu kilometrów, w których stało tylko po kilka nędznych baraków niezawierających prawie żadnych sprzętów. Warunki bytowe tragiczne. Zesłańcy staczali ciągle z góry przegraną walkę z przeszywającym wiatrem i zimnem. Na domiar złego pod barakowymi deskami gnieździły się ogromne ilości pluskiew. Pomimo, iż posiołki otaczała tajga, nie było słychać w ogóle śpiewu ptaków. Córka Marianny i Andrzeja Gębskich, Marianna Filipow z mężem Janem i dziećmi ulokowana została w Wierchniej Strojce. Syn Józef Gębski z żoną Jadwigą w Obirkowie. Już następnego dnia po przyjeździe zesłańcy ze wszystkich posiołków musieli rozpocząć pracę. Nie była to jednak zwykła praca dla obcego państwa, ale katorga przy wyrębie lasu oraz przy spławie drewna. Do pracy musieli stawić się wszyscy dorośli i kilkunastoletnia młodzież. Dzieci i starsi ludzie nie pracowali. Początkowo dzienny przydział chleba wynosił ok. 600 gramów. Później norma została zwiększona o 200 gramów. Dwa razy dziennie zesłańcy, którzy wypełniali normy, mogli liczyć za zupę. Pozostali mieli obniżane racje żywnościowe w zależności od ilości ściętego drewna. Natomiast ci, którzy nie nadawali się do pracy, otrzymywali tylko 150 gramów chleba dziennie. Zesłańcy przez 6 dni w tygodniu z minimalnym wyżywieniem, w lichym ubraniu, ścinali toporami i ręcznymi piłami olbrzymie sosny. Ścinanie drzew było okupione ogromnym wysiłkiem. Nawet kilkaset gramów chleba nigdy nie wystarczało, by ludzie mogli się najeść i nabrać siły na następny roboczy dzień. Jeszcze większy głód towarzyszył tym, którzy nie pracowali. Katorżnicza praca, przeraźliwe zimno, choroby i tragiczne warunki mieszkaniowe powodowały, że stopniowo wszyscy upadali na zdrowiu. Ludzie zaczęli masowo umierać z głodu. Codziennym celem każdego zesłańca było tylko jedno: znaleźć coś do jedzenia. Latem przeczesywano okolicę w poszukiwaniu pokrzyw, liści lipy, lebiody, jagód, nawet kory z brzozy. Starano się łowić ryby. Jesienią wszyscy chodzili na grzyby. Niestety wielu zmarło na skutek zatrucia. Najgorzej było zimą i wczesną wiosną. Wtedy zdobycie jakiegokolwiek pożywienia graniczyło z cudem. Ludzie chodzili z saneczkami na żebry. Czasem na posiołkach padł koń. Mięso koni uratowało od śmierci głodowej niejednego zesłańca. Osłabieni, głodni i schorowani ludzie często ulegali wypadkom. Na posiołkowych cmentarzach, położonych przeważnie na polanie za barakami, spoczęło wielu Polaków. Śmiertelne żniwo zbierały epidemie tyfusu i gruźlicy. Osłabione organizmy nie były w stanie zwalczyć chorób. Zarażenie się tyfusem oznaczało wyrok śmierci. Lekarz nie miał żadnych leków, leczył jedynie wywarami z ziół i zaleceniem, by pójść do łaźni, ewentualnie pozwalał pozostać dzień w posiołku. Większa część rodziny Gębskich, która osadzona została w Krutoj Osypi, mogła wspierać się wzajemnie. Gdy średnie pokolenie od świtu do nocy pracowało w lesie, małe dzieci pozostawały pod opieką dziadków Marianny i Andrzeja. Gorzej mieli Marianna i Jan Filipowie w Wierchniej Strojce – musieli liczyć tylko na siebie. Ich czternastoletnia córka Krysia chodziła z rodzicami do tajgi. Jednak mimo szczerych chęci, by zarobić na dodatkowy chleb, dziewczynka nie mogła podołać ciężkiemu wysiłkowi. Syn Heniuś pozostawał samopas w osadzie tak, jak wiele innych dzieci. Po śmierci córki Halinki, Marianna i Jan kosztem swojego zdrowia starali się, by okrutny los nie zabrał im już żadnego dziecka. Natomiast w posiołku Obirkowo zamieszkał Józef Gębski z żoną Jadwigą. Na początku nie mieli dzieci, pracowali tylko dla siebie. Z czasem jednak Jadwiga urodziła synka Kazika. Józef wiedział, że teraz życie żony i dziecka leży w jego rękach. Razem z nim w Obirkowie przebywał przyjaciel z Krasnegostawu, Antek Seweryn. Był to człowiek obdarzony niezwykłą intuicją, sprytem, pomysłowością i umiejętnością radzenia sobie nawet w największej opresji. A przy tym, tak jak i Józef Gębski, potrafił zrobić wszystko, był tak zwaną „złotą rączką”. Józef do końca życia będzie chwalić osobowość Antka, zawsze będzie powtarzać, że on i jego rodzina przeżyli Sybir dzięki sprytowi Antka Seweryna. Żeby zarobić na większy przydział chleba, Józef z Antkiem zgłaszali się wszędzie do pracy. Kiedy trzeba było kuć konie, Józef z Antkiem zgłaszali się jako kowale. Kiedy potrzebni byli stolarze, oni byli stolarzami. Gdy ktoś umarł, Gębski i Seweryn zbijali trumny i chowali ludzi. Mottem zesłańca Antoniego Seweryna było: „Oszukać system sowiecki i przeżyć”. Józef bardzo się z Antkiem przyjaźnił. Razem pracowali przy ścince drzewa. Seweryn szybko zauważył, że nikt nie liczy drewna po całodziennym odbiorze. Tylko co jakiś czas przychodziła Rosjanka, przybijała pieczątkę na pniu i notowała wynik w kajecie. Wówczas Józek z Antkiem odcinali wąski plasterek pnia razem z tą pieczątką, palili go w ognisku, a kłoda zostawała do następnego odbioru. Tak samo robili z pociętymi przez siebie deskami. Podobno potrafili to samo drewno oddać trzy razy. Dzięki temu mieli rekordowe wyniki i zostali „stachanowcami”, przez co dostawali dodatkowe porcje żywnościowe i wódkę. Wódki nie pili, tylko nacierali nią siebie i swoje rodziny. Do nacierania stosowali też naftę. Prawdopodobnie dlatego nie zachorowali na tyfus. Kiedy w ich baraku i w sąsiednich kwaterach wszyscy umarli na tyfus, przeżyły tylko rodziny Józefa i Antoniego. Z czasem ich pomysły były coraz lepsze, śmielsze, przynoszące korzyści. Rodzina Józka i Antka nie cierpiała już takiej nędzy i głodu. Dzięki wyuczonemu sprytowi Józkowi udało się kupić kozę. A powszechnie wiadomo, że to zwierzę mało je, a daje dużo mleka. Hodując kozę, Józef już miał pewność, że żona i synek Kaziu nie umrą z głodu – uratuje ich życiodajne tłuste kozie mleko. Natomiast żeby ustrzec malutkiego Kazika przed pluskwami i pchłami, Józef zrobił kołyskę w formie hamaka i powiesił ją na stalowym drucie pod sufitem. Tylko tak mógł zapewnić dziecku względny spokój. Mały Kaziu był jednym z nielicznych dzieci urodzonych w Obirkowie, które przeżyły zesłanie. Lata zesłania na wszystkich posiołkach wyglądały podobnie. Polacy musieli przede wszystkim pracować na rzecz Związku Radzieckiego. Od 12-letnich dzieci po zdrowych, starszych ludzi. Praca była przymusowa, bez ograniczenia godzin. Od października do maja przy temperaturze minus 40 stopni mężczyźni pracowali przy wyrębie drzew w lesie, przy zwózce drewna na zamarzniętą rzekę oraz układaniu go w zestawy do spławu. Kobiety w tym czasie pracowały w stajni. Jednak głównym zajęciem była tak zwana „rozmietka”. Jest to nieustanna praca przy usuwaniu śniegu w celu utrzymania przejezdności dróg z lasu, prowadzących przez osadę, do rzeki i między barakami. Latem mężczyźni oprócz ścinki drzewa pracowali przy sianokosach, kobiety na równi z nimi. Było to bardzo uciążliwe zajęcie, gdyż panowały z kolei upały plus 30 stopni, roiło się od owadów, głównie maleńkich bardzo kąsających muszek zwanych meszkami. Trzeba było także uważać na żmije. By zdobyć pożywienie, w każdej pracy trzeba było wyrobić tzw. „normę”, a było to trudne do osiągnięcia. Zdaniem, które Polacy słyszeli codziennie było: „Nie rabotajesz, nie kuszjesz”. Dopóki Polacy mieli jeszcze ze sobą to, co zdołali zabrać z domu – np. odzież, garnki – stosowali handel wymienny z miejscową ludnością rosyjską. Po napaści Niemiec na Związek Radziecki handel został zakazany, a na domiar złego normy żywieniowe drastycznie zmniejszono. Aby całkowicie nie stracić nadziei i sił życiowych oraz nie poddać się psychicznie, Polacy bronili się instynktownie. Swoistą formą utrzymania polskości były opowiadania o Polsce i wspólne śpiewy. Było to bardzo ważne, szczególnie dla dzieci. W Wołogodzkiej Obłasti, jak i we wszystkich miejscach zsyłek, śmierć zabierała najpierw małe dzieci i mężczyzn. Wszyscy rodzice z rodziny Gębskich drżeli o swoje potomstwo, strzegli je przez mrozem i sami niedojadając, karmili z trudem pozyskanym pożywieniem. Jednak nawet najlepsze chęci nie zdały się na nic w tak nieludzkich warunkach. W Krutoj Osypi najpierw umarł Heniu, 3-miesięczny synek Janiny i Wacława Gębskich. W tym samym czasie umarło jeszcze dwoje malutkich dzieci. Zrozpaczeni rodzice pochowali swe dzieci na skraju posiołka, na polanie pod laskiem brzozowym, przy drodze w kierunku na Wożbał. Potem śmierć będzie coraz częściej przychodzić po następne ofiary. Szybko powstał cmentarz, w środkowej części osady, pod niewysokimi sosnami za barakami. W rodzinie Zofii i Stanisława Grylaków sytuacja przez cały czas była bardzo ciężka. Zofia po porodzie nie miała sił, by iść na cały dzień do pracy. Stanisław, sam słabego zdrowia, nie był w stanie zarobić tyle, by zdobyć odpowiednią ilość pożywienia dla wszystkich. Głodowali strasznie. Mania i Andzia, niegdyś śliczne, wesołe, rozszczebiotane dziewczynki, stały się własnymi cieniami. Smutne, ciche, wymizerowane. Z czasem Zofia zostawia Janka pod opieką i pracuje wraz z innymi kobietami. Mania idzie w końcu do posiołkowej szkoły, nauka odbywa się w języku rosyjskim. Nauczycielka Rosjanka, sroga dla dorosłych zesłańców, okazuje się jednak być życzliwą dla polskich dzieci. Z początku wtłaczała im sowiecką doktrynę i powtarzała stale: „Waszej Polszy uże nie budiet”. Nie zważając na te słowa jedna z polskich uczennic, Tenia Pietranik, pewnego dnia zdobyła się na odwagę, wstała, pokazała ręką wysoko w górę i powiedziała: ”Ooo! Nasza Polsza jeszcze taaka budiet!” Nauczycielka bardzo szybko orientuje się, jakim zdolnym dzieckiem jest Mania Grylakówna. Pomiędzy zahukaną przez dramatyczne okoliczności dziewczynką a młodą nauczycielką powstaje nić porozumienia. Pani stara się przekazać pojętnemu dziecku jak najwięcej wiadomości szkolnych. Trzeba przyznać, że w chęci zdobycia wiedzy inne dzieci też nie pozostawały w tyle. Rosyjska nauczycielka będzie jedną z niewielu osób, które mali zesłańcy będą potem wspominać z sympatią. W roku 1941 nie wytrzymawszy głodu, zniewolenia, nędzy i katorgi zesłania umierają seniorzy rodziny Gębskich, Marianna i Andrzej. Andrzej, przedwojenny bogaty gospodarz, nigdy nie pogodził się z zesłaniem. Popadł w pewien rodzaj obłędu, cały czas był pod wpływem wysiedlenia – spał w ubraniu, bo każdej chwili oczekiwał powrotu do Polski... Marianna, mieszkając jeszcze w swoim domu w Krasnymstawie, zawsze wszystkim powtarzała, że gdy umrze, chce by pochować ją w rodzinnych stronach, koło Radomia. Nieszczęsna, nie wiedziała, że los obejdzie się z nią tak okrutnie. Na Sybirze straciła cały wigor życia. Zaczęła powtarzać: „Już tu nasi są pochowani, to i ja się z nimi zostanę...”. Zmarła w Krutoj Osypi, w głębokiej tajdze, w Rosji, pochowana na małym cmentarzu dla Polaków – zesłańców, z daleka od Polski i nikt nigdy nie zapali świeczki na jej mogile... W czerwcu 1941 r. Niemcy zaatakowały Rosję. Fakt ten nie pozostał bez znaczenia dla sytuacji polskich zesłańców. Z jednej strony wymiar był dramatyczny, gdyż władze zwiększyły normy pracy do wykonania przy jednoczesnym zmniejszeniu racji żywnościowych. Głód i nędza egzystencji stają się nie do zniesienia. Odtąd przede wszystkim będzie się liczyć sytuacja rosyjskich żołnierzy na froncie. Każdy wyhodowany płód ziemi, każda wypracowana kopiejka ma być przeznaczona na cele armii sowieckiej. Z drugiej strony, Stalin zmuszony jest do rewizji dotychczasowej polityki. Ogłasza tzw. amnestię dla polskich więźniów przebywających na zesłaniu w Związku Radzieckim. Po porozumieniu generała Sikorskiego z rządem sowieckim, zesłańcy mogli udać się z obozów pracy w daleką i trudną drogę do tworzonej przez Władysława Andersa Armii Polskiej, a z czasem także do Wojska Polskiego pod dowództwem Zygmunta Berlinga. Była to jedyna legalna forma wydostania się z obozu. Wstąpienie w szeregi armii dawało nadzieję na zmianę losu, na zakończenie wojny, a co za tym idzie, na powrót do Polski. Dlatego mężczyźni zdecydowali się opuścić swoje żony i dzieci. Mieli nadzieję spotkać się po wygranej wojnie w wolnej ojczyźnie. Dużo mężczyzn szło z tą myślą, że wyzwolą swoje rodziny z niewoli sowietów. Rozstanie z rodziną było wielką tragedią. Do punktu tworzenia wojska w Wołogdzie musieli iść pieszo, wielu umarło już w drodze. Z rodziny Gębskich od razu do Armii Andersa zgłosił się Jan Filipow, zesłaniec z Wierchniej Strojki, a także Józef Zieliński z Krutoj Osypi. Gdy uformowała się I Dywizja Piechoty im. T. Kościuszki, na wojnę poszli również Józef Gębski, Józef Chołuj, Wacław Gębski i Jan Grylak. Ten ostatni, nieszczęsny, nie miał już nic do stracenia. W przeciągu półtora miesiąca zmarły mu dwie małe córeczki – Mania i Zosia oraz żona Helena. Dramat tego mężczyzny trudno opisać. Kobiety, które teraz same pozostały na posiołkach, teoretycznie mogły przenosić się w inne miejsce. Zdecydowały się na to Marianna Filipow oraz Helena Zielińska i udały się do Toćmy. Marianna miała już na tyle duże dzieci, że mogła szukać pracy w mieście. Znalazła ją dla siebie i córki Krysi w totiemskim „Lesnotechnikum”. Obie sprzątały, paliły w piecach, stróżowały. Natomiast Helena Zielińska straciła córeczkę Marysię, więc gdy mąż poszedł na front, postanowiła wraz ze starszą córką Stasią, że opuszczą to przeklęte miejsce, jakim jest posiołek Krutaja Osyp. Katarzyna Chołuj znalazła pracę w szwalni, ale kilkanaście kilometrów od posiołka. Nie mając innego wyjścia, zostawiła dzieci w Krutoj Osypi pod opieką najstarszego synka, 13-letniego Rysia, a sama pracowała w pocie czoła, by zarobić na chleb dla osamotnionych dzieci. Na Rysiu spoczywał podwójny obowiązek: nie dość, że musiał na co dzień zajmować się młodszym rodzeństwem, to jeszcze co kilka dni wyruszał w drogę do mamy, aby przynieść od niej to, co udało się zdobyć czy kupić do jedzenia. W tym czasie młodsze dzieci, Mietek i Danusia pozostawały same w baraku. Brak pożywienia panował wtedy tak wielki, że mimo, iż Katarzyna ciężko pracowała, nie była w stanie zapewnić dzieciom należytego pokarmu. Nieraz biedny Rysiu wracał do baraku ze łzami w oczach, bo jedynym, co mama mogła mu dać, były obierki od ziemniaków. Chłopiec gotował je i karmił rodzeństwo, bo dobrze wiedział, że może nadejść i taki czas, że nie będzie co włożyć do garnuszka. Katarzyna tęskniła bardzo za dziećmi, ale nie miała wyjścia, praca w szwalni to był jedyny sposób, by zdobyć pożywienie. Nawet kosztem rozłąki. Niestety mama Mani, Zofia Grylak, nie mogła się na to zdobyć. Ojciec Mani, Stanisław, ciężko zachorował. Nie był w stanie ani iść do pracy, ani tym bardziej na front. Ponieważ nie pracował, nie było dla niego racji żywnościowej. Trud wykarmienia rodziny spoczął na barkach Zofii. Zostawiała w baraku chorego męża z trojgiem małych dzieci i sama szła szukać jakiejkolwiek pracy dla siebie. Najstarsza Mania miała wówczas dziewięć lat, Andzia siedem, a Janek dwa latka. Dramat tego chłopca, który został więźniem Związku Sowieckiego w wieku zaledwie 5 tygodni jest ogromny. Na posiołku, ku ogólnemu zdziwieniu, zaczął chodzić, gdy skończył 10 miesięcy. Radość rodziców była wielka. Niestety, gdy nastał straszny głód, Janek zapadł na krzywicę. Przestał chodzić, najczęściej leżał, poruszał się tylko czołgając się. Krzywica spowodowana była niedożywieniem i brakiem witaminy D, ale rodzice nie mieli skąd zdobyć lekarstwa. Choroba zdeformowała drobne ciałko dziecka. Właściwie to cud, że Janek wciąż żył. W czasie, gdy Zofia jest w pracy, a Stanisław leży chory w łóżku, Mania opiekuje się młodszym rodzeństwem. Niezwykła dojrzałość tej dzielnej 9-letniej dziewczynki jest zdumiewająca. Rozumie sytuację, orientuje się w niej i pomaga rodzicom troskliwie zajmując się niewiele młodszymi od siebie. Stara się siedzieć z Andzią i Jankiem w baraku, by dzieci nie miały kontaktu z innymi, na posiołku wybucha bowiem epidemia tyfusu. Franciszek Gębski, najstarszy brat Zofii, pracuje w tym czasie w tzw. smolni, gdzie zbierano i przetwarzano żywicę. Mężczyzna przed wojną prowadził dostatnie, bogate życie. Rodzina, którą kochał nade wszystko, była całym jego światem. Pech chciał, że teraz na posiołku w Krutoj Osypi u jego dzieci rozpoznano tyfus i umieszczono je w prowizorycznym szpitalu. Franciszek, dobry i kochający ojciec, chce je jak najszybciej zobaczyć. Inni robotnicy ze smolarni przestrzegają go przed kontaktem z chorymi na tyfus, próbują tłumaczyć, że młode organizmy szybciej zwalczą chorobę. Gdy on się zarazi, może dojść do tragedii. Franciszek nie bierze tych ostrzeżeń pod uwagę. Odwiedza dzieci w szpitalu. Niestety tyfus jest chorobą bardzo zaraźliwą i Franciszek się przed nią nie ustrzeże. Tak, jak przestrzegano, dzieci po jakimś czasie poczuły się lepiej, natomiast ojciec jest na skraju życia i śmierci. Nieszczęsny zdaje sobie sprawę, że nie ma dla niego ratunku. Widząc, że zbliża się koniec życia, prosi tylko o jedno: aby zaopiekowano się jego żoną i dziećmi, gdy jego już nie będzie... Gdy Rozalia Gębska dowiedziała się o śmierci ukochanego męża, ogarnęła ją rozpacz tak wielka, że trudno to opisać. Franciszek był jej wielka miłością, między małżonkami zawsze panowała zgoda, szacunek. Franciszek był bardzo zdolny, rodzinny, kochający. Żona mogła polegać na swym mężu w każdej sytuacji. A teraz została sama z dziećmi. Gdy Ania Gębska, córka Rozalii i Franciszka, budziła się w nocy, słyszała straszny, nieustający szloch mamy. Rozalia nie mogła pogodzić się z tragedią, która dotknęła jej rodzinę. W tę samą noc w Krutoj Osypi wydarzyło się coś dziwnego. Wieść o śmierci Franciszka jeszcze nie zdążyła się rozejść. Józef Chołuj, szwagier Franciszka, usłyszał coś jakby pukanie do drzwi. Popatrzył w okienko i zobaczył Franka stojącego przed ich barakiem, w zawierusze śniegu. Józef zdziwił się, że szwagier przyszedł do nich w nocy. Otworzył drzwi baraku i ze zdumieniem stwierdził, że nikogo nie ma... Rano dotarła wiadomość, że Franek nie żyje... Ania Gębska na  całe życie zapamięta jeszcze to, że ojciec, który ostatni garnitur wymienił za jedzenie dla swojej rodziny, pochowany został w takim ubraniu, jakie miał na sobie. Córka ciągle widzi ojca, jak ten leży w zielonej amerykańskiej koszuli, w czarnych spodniach, na nogach ma tylko skarpetki. Po śmierci Franciszka, Rozalia musiała radzić sobie sama. By wykarmić dzieci chodziła kilkanaście kilometrów po prośbie, przędła, za jedzenie oddawała swoje ubrania. Bardzo pomagał jej najstarszy syn, Heniek, który między innymi przygotowywał ludziom drewno na opał, plótł łapcie z łyka. Córka Ania, zostająca wówczas w baraku z bratem Jankiem pamięta, że całymi godzinami siedziała przy oknie i wypatrywała powrotu mamy. Wielka radość panowała, gdy mama wyjmowała z zawiniątka skarby: ugotowane i surowe kartofle, kawałek chleba, trochę ciasta. Gdy mamy nie było, Ania w ogóle nie opuszczała baraku. Okrutny demon śmierci nawiedził również rodzinę Mani Grylak. Zachorowała Andzia. Przeziębiła się, po pewnym czasie niby poczuła się lepiej, ale nie wstawała z łóżka. Zrobiła się osowiała, cały czas leżała i tylko wodziła oczami za najbliższymi. Przestała się uśmiechać, nie szczebiotała z siostrą Manią jak dawniej. Jakby uszły z niej wszystkie siły. Zofia i Stanisław nie wiedzieli, co robić, odchodzili od zmysłów, by ratować dziecko, ale mimo ich starań dziewczynka umarła. Śmierć Andzi wywołała ogromne zmiany i spustoszenie w psychice jej ojca, Stanisława. Już wcześniej był obłożnie chory, ale po niespodziewanej śmierci córki choroba poważnie pogłębiła się. Jakby z dnia na dzień również z niego uchodziło życie. Zofia była przerażona, ale niestety było już za późno. Stanisław nigdy nie pogodził się ze śmiercią córeczki. Zaatakowała go dziwna choroba, jakby udar, czy paraliż. Nie mógł opanować drżenia ciała. Nie minął rok od śmierci Andzi, a jej ojciec również gasł. Pod koniec nie wstawał z łóżka, nie rozmawiał, przestał otwierać oczy. Oddech jego stawał się coraz płytszy. Śmierć na posiołku zebrała już ogromne żniwo i ludzie pewnego dnia zorientowali się, że Stanisław umiera. W izbie Grylaków zapalono świece, kobiety odmawiały różaniec. Zofia, pogrążona w rozpaczy, trwała przy mężu. Ktoś przyprowadził Manię, aby jeszcze zobaczyła tatę. Mania cichutko stanęła przy łóżku. Nagle, wiedziony ojcowskim instynktem, Stanisław otworzył oczy i spojrzał na Manię. Widać było, że nawet patrzenie sprawia mu ból. Patrzył, nic nie mówił. Po chwili z jego oczu wypłynęły dwie łzy tak wielkie jak grochy... Patrząc ciągle na córkę, zamknął oczy. Tego samego dnia umarł. Było to 14 lutego 1944 roku. Miał 34 lata... Wszyscy zmarli spoczęli na cmentarzu położonym na polanie, ich mogiły to usypane kopczyki między pniami starych świerków. Nie wiadomo, czy ktokolwiek przeżyłby zesłanie, gdyby nie decyzja wywozu Polaków z obwodu wołogodzkiego na Ukrainę. W sierpniu 1944 roku Zofia Grylak z córką Manią i synkiem Jankiem oraz Rozalia Gębska z dziećmi: Heńkiem, Jankiem i Anną popłynęli najpierw statkiem do Wołogdy, gdzie zostali załadowani do wagonów towarowych i ruszyli w 4-tygodniową podróż, już bez nadzoru NKWD. W taki sposób dowieziono ich do kołchozu Engels w pobliżu Domaniowki, kilkadziesiąt kilometrów od Odessy. Natomiast Katarzyna Chołuj z Rysiem, Mietkiem i Danusią dotarli do sowchozu Rasztad. Do sowchozu Hutor Kapkaz w powiecie Mostowskaja trafili: Marianna Filipow z Krysią i Heniem, Helena Zielińska ze Stasią oraz Janina Gębska z Danusią. Na statku spotkali się z Jadwigą Gębską i małym Kazikiem, dalej jechali już razem. Najpierw rzeką Suchoną dopłynęli do Wołogdy, gdzie następnie przesiedli się na pociąg do Odessy. Mimo, iż Polacy na Ukrainie poddani byli wielu ograniczeniom, pobyt tam nie miał już znamion obozu – przede wszystkim było co jeść. W porównaniu z Sybirem, to był raj. Rosły winogrona, kukurydza, ziemniaki, zboża, różne warzywa i drzewa owocowe. Było tam też upragnione ciepło. Rosły znane jeszcze z Polski jabłka, których zesłańcy na Sybirze nie widzieli przez ponad cztery lata. Na początku 1946 roku ogłoszono powrót do kraju. Polaków odwożono znowu do Odessy. Tam przez tydzień wydawano wszystkim paszporty. Człowiek, który to czynił, przestrzegał: „Strzeżcie paszportu jak źrenicy w oku. Jeśli stracicie ten dokument, to już nigdy nie wrócicie do Polski”. ZOdessy wyjechali 13 lutego pociągiem na zachód, do Polski. 25 lutego 1946 roku dotarli na tzw. Ziemie Odzyskane do miejscowości Góra Śląska w województwie wrocławskim. Wszystkie kobiety, których mężowie poszli z Sybiru na wojnę, doczekały się ich powrotu z frontu. Jan Filipow i Józef Zieliński wraz z Armią Andersa w ramach Polskich Sił Zbrojnych na Zachodzie przeszli Iran, Irak, Palestynę i Egipt. Józef Gębski, Józef Chołuj i Wacław Gębski walczyli na całym szlaku bojowym od Lenino do Berlina. Nieszczęsny Jan Grylak, ten, który stracił w Krutoj Osypi żonę i dwie córeczki, poległ 12 września 1944 roku podczas przeprawy przez Wisłę w walce o wyzwolenie prawobrzeżnej Warszawy. Jego towarzysz broni opowiedział, że płynęli na pontonach w nocy pod ostrzałem z Pragi do Śródmieścia Warszawy, grad kul bił ze strony niemieckiej i osłaniającej rosyjskiej. Nagle Jan dostał serię i wpadł pod wodę... Nie wypłynął... Jest pochowany na Cmentarzu Wojennym w warszawskim Aninie. Na mogiłach w Krutoj Osypi, gdzie pochowani są: Marianna, Andrzej i Franciszek Gębscy oraz Stanisław i Andzia Grylak, Marysia Zielińska, Heniu Gębski, a także Mania, Zosia i Helena Grylak, rosną fioletowe dzwonki, takie same, jakie rosną na polskich ziemiach. Pamiętajmy o tym, ilekroć zobaczymy te kwiatki w czasie swoich życiowych wędrówek, wycieczek i podróży. Dzięki naszej pamięci zmarli przodkowie ciągle w nas żyją. Chciałoby się powiedzieć za Horacym: NON OMNIS MORIAR. A my, żyjący w czasach pokoju, cieszmy się każdym dniem naszego życia...

Fragment wspomnień które spisał:  Jan Maślak: " Ponad Sybir – Życie", wyszukał i wstawił B. Szarwiło za:  http://www.mojewojennedziecinstwo.pl/pdf/20_maslak_ponad.pdf


GTranslate

plbebgzh-TWhrcsdanlenetfrgldeelhuitjalvltnoptrorusrskslessvukyi

Włamanie do serwisu

Strona odtworzona po ataku hakerskim. W przypadku dostrzeżenia braków i niespójności z poprzednią zawartością serwisu oraz w celu zgłoszenia ew. uwag prosimy o kontakt z nami.

Wołyń naszych przodków

wp6.jpg

PAMIĘTAJ PAMIĘTAĆ

Czytaj także

 

 

Rzeź Wołyńska

lud8.jpg

Szukaj w serwisie

Gościmy

Odwiedza nas 361 gości oraz 0 użytkowników.

Statystyki

Odsłon artykułów:
9625496