Wypędzenia Polaków z Wołynia w relacji naocznego świadka. O tym, że Niemcy wkroczyli do Polski dowiedzieliśmy się z radia. Myśleliśmy wówczas, że wojna nie potrwa długo. Byliśmy pewni, że Anglia i Francja, nasi sprzymierzeńcy, na pewno nie zawiodą. 1 września 1939 r. wydawało się, że jesteśmy daleko od walk, że tu na pewno nie dotrą.

Początek wojny

Kilka dni później zbombardowane zostało Równe. Pamiętam sylwetki samolotów na niebie, o których wszyscy mówili, że to Niemcy. W powietrzu czuło się napięcie. Mama płakała po kątach. Bała się, była przygnębiona. Pamiętała pierwszą wojnę światową i osobiste cierpienia, które ją wtedy dotknęły. Tata też chodził wyraźnie podenerwowany. W tym czasie mieszkańcy naszej osady częściej się spotykali, pytając jeden drugiego, co dalej będzie. Przypominam sobie, że w 1939 r. było piękne lato. W sierpniu szykowałam się do pierwszej klasy. Oto spełniały się moje marzenia. W końcu, tak jak rodzeństwo, miałam iść do szkoły. Kiedy 1 września zostałam w domu, byłam bardzo nieszczęśliwa. Po kilku dniach do naszego gospodarstwa, podobnie jak do całej Bajonówki, zaczęli docierać pierwsi uciekinierzy. Patrzyłam na ich zdekompletowane ubrania, wyczerpanie i pełne przerażenia oczy. Wiedziałam, że są tu przez wojnę, ale nie rozumiałam dlaczego. I choć wieści, które przynosili, niepokoiły, wszyscy byli przekonani, że Kresom nic nie grozi.

Rosjanie na Wołyniu

Wojna rozpoczęła się dla nas 17 września. Sowieccy żołnierze pojawili się przed południem. Ubrani w szmaty i opasani sznurkami nie wyglądali jak wojsko. Do naszego gospodarstwa trafił niewielki patrol, ale nie było to oddział NKWD, którego funkcjonariuszy zobaczyłam po raz pierwszy dopiero w Równem. Żołnierze NKWD chodzili w granatowych mundurach i mieli okrągłe czapki. Inaczej też się zachowywali, a na ich widok ludziom zaczynał towarzyszyć strach. Ci zaś, którzy przyszli do naszego domu, byli spokojni. Pozostali tu kilka godzin. Zrobili pobieżną rewizję, chcieli broń i zegarki, a wcześniej wprost na polu zarekwirowali ojcu konia. Oczywiście, kazali podać sobie jedzenie. Byli zdziwieni, że nasz dom to nie kołchoz, że mieszka tu zwykła rodzina, a nie jacyś „burżuje”. W końcu poszli, ale rodzice byli pewni, że to dopiero początek. W tym czasie szosą na zachód przemieszczały się regularne oddziały sowieckiej armii. Strach i obawa towarzyszyły nam przez kolejne dni. Osadnicy, weterani wojny polsko-bolszewickiej, mieli świadomość, co może ich spotkać pod okupacją sowiecką. Zapowiedział to zresztą w Bajonówce jeden z politruków, który podczas zebrania, upity prawie do nieprzytomności, groził im śmiercią. Dlatego też kilka miesięcy później, w styczniu 1940 r., ponad pięćdziesięciu mężczyzn, a wielu, jak mój ojciec, z dorastającymi synami, przekroczyło nielegalnie niemiecko-rosyjską granicę. Z czasem mieli do nich dołączyć pozostali członkowie rodzin.

Pierwsze chwile grozy

Zanim jednak nastał styczeń, przeżyliśmy przedsmak dramatu, który dokonał się na naszych ziemiach. Któregoś dnia rozeszły się pogłoski, że nacjonaliści ukraińscy będą mordować Polaków. Z ostrzeżeniem przybiegł do nas jeden z miejscowych, ukraińskich sąsiadów, z którymi żyliśmy w pełnej zgodzie, a czasem nawet w przyjaźni. Osadnicy zadecydowali trzymać się razem i w razie konieczności bronić rodzin. Tego dnia na nocleg wybrali naszą przechowalnię owoców, w której schroniła się większość ludzi z Bajonówki. Mężczyźni zdecydowali się na to miejsce, ponieważ było obetonowane i nieco wpuszczone w ziemię, a przez to łatwiejsze do obrony. To była dramatyczna noc. Stan zagrożenia, jaki wówczas panował, pamiętam do dziś. Kobiety z dziećmi przebywały wewnątrz, mężczyźni zaś uzbrojeni w widły i siekiery stali na warcie. W środku między jabłkami rozścielono słomę, na której ludzie starali się jakoś poukładać. Było ciemno i duszno, gdyż strop był bardzo niski, a niektórzy palili świece. Wkrótce zasnęłam, ale w nocy budziły mnie płaczące dzieci i uspakajające je matki. W kolejne dni, przynajmniej nasza rodzina, spaliśmy już w domu. Wiem, że inni w tym czasie chowali się po polach i lasach, a niektórzy spali na wozach.

Wczesne godziny poranne, październik 1939r.

Prawdziwa tragedia zaczęła się dla nas 17 października. Tego dnia zostaliśmy wypędzeni z domu. Nasza sytuacja była o tyle nietypowa, że pierwszy transport Polaków w głąb Rosji odbył się 10 lutego 1940 r., a zakwalifikowane do wywózki rodziny wysiedlano z domów kilka dni wcześniej. Natomiast nasze cztery osady ukraińscy żołnierze wypędzili w październiku 1939 r. Tego dnia usunęli tylko nas, a w następne wywłaszczano kolejnych osadników. Byliśmy pierwsi, być może dlatego, że nasze gospodarstwo było najbogatsze. Przyszli nad ranem. Około czwartej rodziców obudziło walenie do drzwi. Okazało się, że w drzwiach stoją jacyś żołnierze. Krzyczeli, że mamy się wynosić, że gospodarstwo od dziś nie jest już nasze. Zagrozili, że w południe, jeśli nie wyniesiemy się, zostaniemy rozstrzelani. Zdenerwowany tata próbował załagodzić sytuację, a mama, która jej nie zrozumiała, wzięła wiadra i poszła doić krowy. Najwyraźniej nie dotarło do niej, co mówili, lub nie potrafiła tego pojąć.

7 godzin szabru

Zaraz też ci, którzy przyszli, oraz gromadząca się wokół zabudowań okoliczna ludność ukraińska weszli do mieszkania. Rozpoczęło się szabrowanie. Zabierali wszystko, co wpadało im w ręce. Zrywali nawet kilimy ze ścian i firanki. Wkrótce żołnierze zaczęli pić wino zrobione przez ojca i niedługo potem poupijali się. Potem strzelali w powietrze, krzyczeli, byli coraz bardziej agresywni. Płacząca mama zaczęła nas pakować. Udało jej się zabrać jakieś pierzyny i trochę odzieży. Przygnębiony ojciec ładował rzeczy na wóz, bo jeden z mężczyzn, którego rodzice znali, pozwolił „pożyczyć” naszego konia i furmankę. Kiedy rodzice pracowali przy załadunku, my, dzieci, pozostawaliśmy w domu. Byłam wystraszona, płakałam i ze strachu nie wychodziłam na zewnątrz. Udało mi się schować jakieś drobiazgi, np. nożyczki, które kilka miesięcy później pojechały z nami na Syberię, i które dotarły ze mną nawet tu, do Wrocławia. Rodzeństwo pomimo strachu również starało się coś robić. Z czasem zaczęło przychodzić coraz więcej miejscowych. Wśród nich pamiętam twarze osób, które znaliśmy na co dzień, np. ukraińskie dziewczęta uczęszczające do Koła Gospodyń Wiejskich. W sumie przyszło ok. trzydziestu, czterdziestu osób, które kręciły się po naszych pokojach i zabierały, co popadnie. Potrafili nawet wyrywać jakąś rzecz z rąk mamy, a położony przez ojca na wóz worek z pszenicą jeden z mężczyzn zabrał dla siebie. Szaber, który odbywał się na naszych oczach, trwał ok. siedmiu godzin, aż do naszego wyjazdu, i po nim również. Opowiadał o tym już po wojnie bratanek ojca z województwa rzeszowskiego, który przed wojną pomagał rodzicom w gospodarstwie. Nic mu nie zrobili, bo był parobkiem. Mógł więc pozostać w naszym domu na Wołyniu, z którego jednak po jakimś czasie uciekł. Dobrze pamiętam scenę odjazdu. Kiedy ok. godziny 12 opuszczaliśmy nasz dom, na dworze padał deszcz i wiał silny wiatr. Było bardzo zimno. Widzę jak dziś, że za nami biegną kury. Pytałam wówczas mamy – „Mamo, kiedy wrócimy do domu?”. Odpowiedziała: „Nigdy”.

Czekanie na… Sybir

Mama i ja jechałyśmy na wozie, a tata szedł obok. Towarzyszył nam Ukrainiec. Pojechał z nami, bo chciał zaraz zabrać z powrotem konia i wóz. Żadna inna straż nam nie towarzyszyła. Do Równego było ok. 15 kilometrów. Nie docierało do mnie, że zostaliśmy wypędzeni. Do miasta dotarliśmy pod wieczór. Pojechaliśmy do znajomego, o nazwisku Górecki, który prowadził w Równem sklep. Tato przed wojną przywoził mu nabiał. Był mocno wystraszony, ale zgodził się przyjąć nas na nocleg. Całą noc przesiedzieliśmy na tobołkach w kuchni. Rano tato ze starszym bratem poszli szukać miejsca, w którym moglibyśmy się zatrzymać. Trafili do osiemdziesięcioletniej kobiety mieszkającej w suterenie. Wcześniej jej nie znaliśmy. W mieszkaniu była kuchnia i mały pokój. Ona mieszkała w kuchni, a my mieliśmy pokój. Tata kupił kilka wiązek słomy i rozścielił je na podłodze. Mieszkaliśmy tu przez prawie cztery miesiące, od 18 października do 10 lutego 1940 r. Tego dnia dla mnie, mojej matki, siostry i brata rozpoczęła się wędrówka w głąb piekła.

Wysłuchał Krzysztof Kunert -  http://www.sokal.fora.pl/historia-i-dzien-dzisiejszy,8/wypedzenia-polakow-z-wolynia,387.html


GTranslate

plbebgzh-TWhrcsdanlenetfrgldeelhuitjalvltnoptrorusrskslessvukyi

Włamanie do serwisu

Strona odtworzona po ataku hakerskim. W przypadku dostrzeżenia braków i niespójności z poprzednią zawartością serwisu oraz w celu zgłoszenia ew. uwag prosimy o kontakt z nami.

Wołyń naszych przodków

wp2.jpg

PAMIĘTAJ PAMIĘTAĆ

Czytaj także

 

 

Rzeź Wołyńska

lud8.jpg

Szukaj w serwisie

Gościmy

Odwiedza nas 433 gości oraz 0 użytkowników.

Statystyki

Odsłon artykułów:
7881500