Nie zapomnę też reakcji koleżanki Ukrainki, z którą się bardzo przyjaźniłam. Gdy dowiedziała się o zbrodniach popełnionych przez swych ziomków powiedziała – wiesz, Gieniu, jest mi wstyd, że jestem Ukrainką! Można powiedzieć, że Eugenia Borkowska na Wołyniu znalazła się przypadkiem. Urodziła się bowiem w Kałudze w Rosji w 1921 r. Gdy jej rodzicom udało się wrócić w 1922 r.  do odrodzonej Polski, ojciec, który był kolejarzem miał kłopot ze znalezieniem pracy. Dostał ją dopiero w Kowlu i z tego tytułu zamieszkał w nim z rodziną. Tamtejszy węzeł kolejowy potrzebował nadal fachowców. W innych miastach nie chciano go przyjąć. Przyjechał do kraju z rodziną już po wojnie polsko-bolszewickiej, a na takiego Polaka  patrzono z dużą podejrzliwością. Skoro pracował na kolei, to służył bolszewikom, którzy dążyli do podbicia Polski i Europy…

Pani Eugenia była najmłodsza w rodzinie. Jej najstarszy brat Eugeniusz, gdy przyszła na świat, miał już 15 lat. Ponadto miała jeszcze braci Stanisława, Zygmunta i Romana. Wszyscy skończyli Szkołę Mierniczo-Drogową i podobnie jak ojciec zostali kolejarzami. Wszyscy ukończyli też podchorążówki.

Z kolejarskiej rodziny

- Mama zajmowała się wychowaniem dzieci, a ojciec pracował jako kierownik pociągu towarowego-wspomina  Eugenia Borkowska. – Ojciec nieźle zarabiał i choć żyliśmy skromnie, to nigdy nie zaznaliśmy głodu. Pamiętam, że wtedy nie było jeszcze telefonów i jak ojciec miał gdzieś jechać, to do domu przychodził często nad ranem awizor. Pukał w okno i krzyczał – Panie Skoczek! Jedzie pan tu a tu! Jak byłam młodsza, to pamiętałam dobrze nazwy stacji, do których ojciec jeździł. Najczęściej składy kierowane przez niego jeździły na Wschód. Jak wyjeżdżał, to wracał do domu po dwóch, trzech dniach. Po powrocie z reguły odpoczywał dzień lub dwa i znowu ruszał, choć zdarzało się, że już po kilku godzinach przychodził do niego awizor. Dzięki ojcu wszyscy mogliśmy się uczyć, nie chodziliśmy obdarci i nie byliśmy głodni. Po ukończeniu Powszechnej Szkoły Kolejowej Nr 1 pani Eugenia wstąpiła do pół prywatnej Szkoły Handlowej prowadzonej przez Towarzystwo Nauczycieli Szkół Średnich i Wyższych, cieszącej się duża renomą w środowisku. Gdy wybuchła wojna, pani Eugenia miała 18 lat. Mimo, że była już dojrzałą dziewczyną, długo nie mogła pogodzić się z jej następstwami, a zwłaszcza z zagarnięciem  Kresów przez Związek Sowiecki.

W nowej rzeczywistości

- Pierwsze tygodnie nowej rzeczywistości były dla mnie tragiczne – wspomina. – Nie mogłam zaakceptować faktu, ze nie mamy już państwa. Nowi ludzie, nowe porządki zburzyły całkowicie nasz dotychczasowy świat. Wszystko natychmiast zniknęło ze sklepów. Po chleb trzeba było wstawać według przedwojennego czasu o piątej rano. Według sowieckiego była już bowiem siódma. Potem się jednak jakoś przyzwyczaiłam.. Moi bracia znali dobrze język rosyjski i dostali pracę. Stanisław został nawet zawiadowca kolejowego odcinka drogowego w Cumaniu k. Równego. Ściągnął mnie do siebie i załatwił prace księgowej. Radziecka księgowość na szczęście nie różniła się od klasycznej. Instytucja, w której pracowałam nazywała się „Rajfinandział”. Jak jego przełożony zorientował się, że dobrze sobie radzę, wysłał mnie na trzymiesięczny kurs buchalteryjny. Odbywał się on w języku ukraińskim, a po jego ukończeniu, na krótki okres zostałam nawet główną księgową, bo mój przełożony został skierowany na kurs. Zajmowałam się głównie podpisywaniem czeków do banku w Ołyce. Gdy zbliżała się wojna, władze sowieckie angażowały mnie też do pracy w komisjach poborowych. Stawali przed nimi najczęściej młodzi Ukraińcy, a ja przy nazwisku każdego z nich pisałam – godzien, nie godzien wcielenia do armii.

„Buchalter budżeta”

„Pracując po ukończeniu otrzymałam tytuł „buchalter budżeta”. Pamiętam, że zajęcia odbywały się w kamienicy przy ul. Wały Hetmańskie, a mieszkałam przy ul. Piekarskiej. Na egzaminie zaczynałam odpowiadać po ukraińsku, potem przeszłam na rosyjski, zakończyłam po polsku. Egzaminatorzy nie robili mi jednak żądnych trudności. Znali wcześniej moje prace pisemne, z których byli bardzo zadowoleni. Gdy wróciłam do Cumania zaczęłam pracować na kierowniczym stanowisku. Brat pani Eugenii wiedział, że zbliża się wojna i wykonał dla rodziny coś w rodzaju schronu, czyli większą ziemiankę na polu poza domem. Drewniany dom, w którym mieszkali był wprawdzie duży i wygodny, ale w przypadku ostrzału miejscowości mógł spłonąć wraz z sąsiednimi jak zapałka. Gdy jednak wojna wybuchła, ów zaimprowizowany schron na niewiele się przydał. Przez niego brat pani Eugenii omal nie stracił życia. Gdy przypadkowy sowiecki żołnierz zobaczył jak z niego wychodził, omal go nie zastrzelił. Wziął go za dywersanta. Jak Niemcy podeszli pod Cumań, z większością mieszkańców schroniliśmy się w lesie. Front zresztą szybko się przez naszą miejscowość przewalił. Niemcy parli do przodu bardzo szybko. Gdy sytuacja się uspokoiła, udało mi się załatwić u nowego niemieckiego komendanta przepustkę do Kowla. Brat wynajął furmankę i z bratową i jej dzieckiem oraz najmłodszym bratem Romanem wyjechaliśmy do Kowla, by połączyć się z resztą rodziny. Po wielu perypetiach udało się nam szczęśliwie dotrzeć do Kowla. Po drodze musieliśmy się rozdzielić. Koń był nie podkuty i ledwie ciągnął wóz. Z młodszym bratem zostawiliśmy brata z żoną i poszliśmy piechotą, wyprzedzając go o cały dzień. Szliśmy ścieżką wzdłuż drogi, którą w stronę Równego, czyli w przeciwną, ciągnęło niemieckie wojsko, jadące na front. Nikt nas jednak nie zatrzymał, ani nie wylegitymował. Za Łuckiem byliśmy tak zmęczeni, ze musieliśmy zanocować u Ukrainki, która umieściła nas w stodole.

Na kurierskim szlaku

- W Kowlu odszukałam koleżankę ze szkoły, Ukrainkę, zaczęłyśmy szukać pracy. Najpierw udałyśmy się na dworzec do niemieckich kolejarzy. Tam jeden z nich spytał się – czy my chcemy „puzen, puzen”? – Moja koleżanka odpowiedziała, że nie i że my – schreiben, schreiben. Ją zatrudnili, mnie nie. Ona nawet szybko awansowała. Jak mojego brata Niemcy zatrudnili jako kierownika odcinka drogowego w Lubomlu, ściągnął on mnie i mamę do siebie. Uważał, że w ten sposób uchroni nas przed wywózką na przymusowe roboty do Niemiec. Załatwił mi prace na kolei i byłam już bezpieczna. Pracując w Lubomlu poznałam też pierwszych chłopców związanych z konspiracją. Poprzez nich trafiłam w jej szeregi. Zostałam zaprzysiężona i zaczęłam wykonywać obowiązki kuriera krążącego między Lubomlem a Chełmem. Raz w tygodniu jeździłam do Kowla, gdzie odbierałam meldunki w lokalu konspiracyjnym i odwoziłam do Chełma, jadąc niby do rodziny, co zresztą częściowo było prawdą, bo w mieście tym mieliśmy krewnych. Wracając przewoziłam przesyłkę przeznaczoną dla Kowla. W styczniu 1944 r. jacyś partyzanci podłożyli ładunek wybuchowy pod tory na odcinku, na którym brat nadzorował roboty. Mina ta eksplodowała i brat został ciężko ranny. Miał uszkodzony kręgosłup. Ułożono go na deskach i odwieziono do szpitala w Lubomlu. Pojechałam do niego, żeby się nim opiekować i wtedy zobaczyłam po raz pierwszy rannych Polaków, mordowanych podczas ukraińskich rzezi.

Straszliwy widok

- Układano ich na korytarzu, który dosłownie jęczał. Przedstawiali oni straszny widok. Dopiero wtedy zdałam sobie sprawę z ukraińskiego zagrożenia. Wcześniej owszem, coś mówiło się o zbrodniach popełnianych na Polakach, ale nie wyobrażałam sobie, że Ukraińcy mogą być zdolni do takiego zwyrodnialstwa…! Nie zapomnę też reakcji koleżanki Ukrainki, z którą się bardzo przyjaźniłam. Gdy dowiedziała się o zbrodniach popełnionych przez swych ziomków powiedziała – wiesz, Gieniu, jest mi wstyd, że jestem Ukrainką! My oczywiście dalej utrzymywałyśmy kontakty. Ja często nocowałam u jej rodziców i niczego się nie bałam. Gdy zbliżała się mobilizacja 27 Dywizji Piechoty AK, przełożeni chcieli skierować mnie na kurs sanitarny. Ja się jednak do tego nie nadawałam. Jak tylko poczułam zapach krwi i ropy, to od razu mdlałam. Siostra Helena Szymańska ze szpitala w Lubomlu od razu orzekła, że w służbie sanitarnej dywizji, do której należała nie będzie miała ze mnie pożytku. Kręciłam się oczywiście w Rymaczach przy jednym z ośrodków dywizji aż do chwili podjęcia przez pododdziały próby przejścia przez tory, by przebić się na tereny zajmowane przez Armię Czerwonej.

Pomoc esesmana

- Pani Eugenia razem z kolegami w przeprawie przez tory już nie uczestniczyła. Zupełnie przypadkowo z leśniczówki Turskich, gdzie spędzała Święta Wielkanocne, zgarnął ją oficer SS przejeżdżający obok konną dwukółką.

- Zatrzymał się i widząc mnie na podwórku zawołał i zapytał, co ja tutaj robię?- mówi Eugenia Borkowska.- Odpowiedziałam, że szukałam u państwa Turskich  schronienia. Moi rodzice są bowiem w Kowlu, otoczonym przez Sowietów, a brat, u którego pracowałam w Lubomlu na kolei został ciężko ranny i ewakuowany do szpitala w Chełmie, a ja nie mam co robić. On zaś kazał mi wsiąść do jego dwukółki i jechać z nimi do Lubomla. Oświadczył pokazując na leśniczówkę, że tu jest gniazdo bandytów i jutro wszyscy zostaną aresztowani. Siadłam obok niego na koźle i pojechaliśmy do Lubomla. Strasznie się bałam. Nie wiedziałam, po co esesman wiezie mnie do Lubomla i co ze mną chce zrobić. Przyjechaliśmy do miasteczka na stację i tam w baraku zaprowadził mnie do pokoju , w którym siedział przy dużym biurku żołnierz, ale nie niemiecki, tylko łotewski. Esesman posadził mnie przy biurku, na którym stała maszyna i oświadczył, że tu będę pracowała. Miałam przepisywać materiały dotyczące gospodarki drzewnej. Aż do wieczora jednym palcem na maszynie wystukałam te statystyki. Na kolację łotewski żołnierz przyniósł mi menażkę z jakąś zupą i kawałkiem chleba i to samo dla siebie. Noc przespałam w biurze na sofce przykryta kocem. Rano żołnierz przyniósł mi śniadanie czyli kubek kawy i kawałek chleba z jakimś mazidłem. Sam również jadł to samo. Oni też odżywiali się skromnie i zaopatrzenie mieli pod psem. Po posiłku znów zabrałam się do roboty. W południe ponownie przyszedł esesman , który mnie przywiózł zobaczyć, jak mi idzie. Poprosiłam go, by dał mi przepustkę do Kowla, do którego Niemcy mieli jeszcze dostęp poprzez wąski przesmyk, którego nacierającej Armii Czerwonej nie udało się zamknąć. Tłumaczyłam mu, że mam tam rodziców, których chciałam tam zobaczyć. Powołałam się też na znajomą Wandę Ways, której matka pracowała jako stenotypistka w niemieckiej administracji. Niemiec bardzo uważnie i grzecznie mnie wysłuchał. Wyglądało na to, że mimo iż nosi esesmański mundur, pozostał jednak człowiekiem i miał jakieś sumienie.

Wyprawa do Kowla

- Nic nie odpowiedział, ale na mnie nie krzyknął. Następnego dnia przyszedł do mnie i przyniósł mi przepustkę. Ona sama oczywiście nic nie dawała, bo pociągi do Kowla przecież nie jeździły. Esesman wieczorem przyszedł do mnie i zaprowadził mnie na stację. Tu stał na torach samochód ciężarowy na szynach, którym dowożono do Kowla amunicję. Mój dobroczyńca porozmawiał z jego obsługą i kazał mi zająć w nim miejsce. Dojechaliśmy szynowym pojazdem do stacji w Maciejowie, gdzie zanocowaliśmy. Robiła ona większe wrażenie od tej w Lubomlu. Sporo było w niej tuneli przeciwlotniczych. Noc spędziliśmy w poczekalni, wcześniej dano mi jeść. Rano przesiedliśmy się na ciężarówkę, do której w nocy załadowano amunicję i pojechaliśmy do Kowla. Kierowca kluczył, bo przesmyk w pierścieniu, którym Sowieci otoczyli Kowel, był niewielki. Dojechaliśmy jednak do niego bez kłopotów. Miasto jeszcze spało. Kierowca zgodnie z moim życzeniem wysadził mnie przy głównej ulicy. Monumentalny kościół jeszcze nie był zburzony. Całkowicie pustymi ulicami dotarłam do naszego domu. Z daleka widziałam, że nie został zniszczony. Rozwalone były tylko oba jego ganki. Następnego dnia z rodzicami pani Eugenia wracała tą samą niemiecką ciężarówką do Kowla. Przy sobie miała też zaszyty w berecie meldunek od dowódcy Okręgu AK Kowel, mieszkającego w domu jej brata. Po wydostaniu się z Kowla miała go dostarczyć do Warszawy na ul. Zajęczą 3. Gdy wróciła do Lubomla i powtórnie zameldowała się u esesmana, który załatwił jej przepustkę, ten niemalże się ucieszył i nabrał do niej zaufania. Mogła przecież zniknąć bez śladu i nie wracać. Załatwił jej nowa przepustkę, by mogła odwieźć z Lubomla do Lublina rodziców. O wydanie tego dokumentu poprosiła go oczywiście dlatego, żeby mogła wykonać zlecone konspiracyjne zadanie i dostarczyć do Warszawy meldunek. Dokument przez niego podpisany okazał się bardzo dobrą przepustką. Żandarmi jak zobaczyli pieczątki SS, to w ogóle nie czytali.

- Do Warszawy dotarłam bez przeszkód, choć ona sama zrobiła na mnie przygniatajace wrażenie – wspomina Eugenia Borkowska. – Wyglądała na ogromne miasto, którego nie znałam. Wychowywana byłam przecież w niewielkich ośrodkach, a ona mimo niemieckiej okupacji stanowiła zupełnie inny świat.

Marek A. Koprowski

http://www.kresy.pl/kresopedia,historia,ii-wojna-swiatowa?zobacz/miedzy-wolyniem-a-warszawa


GTranslate

plbebgzh-TWhrcsdanlenetfrgldeelhuitjalvltnoptrorusrskslessvukyi

Włamanie do serwisu

Strona odtworzona po ataku hakerskim. W przypadku dostrzeżenia braków i niespójności z poprzednią zawartością serwisu oraz w celu zgłoszenia ew. uwag prosimy o kontakt z nami.

Wołyń naszych przodków

wp6.jpg

PAMIĘTAJ PAMIĘTAĆ

Czytaj także

 

 

Rzeź Wołyńska

lud3.jpg

Szukaj w serwisie

Gościmy

Odwiedza nas 521 gości oraz 0 użytkowników.

Statystyki

Odsłon artykułów:
7751897