Z Wilna na Wołyń

Miałam sześć lat, kiedy przyjechaliśmy z Wilna na Wołyń, do wsi Moczulanka, w pobliżu Równego. Tam urodziła się i wychowała moja mama i kiedy rodzicom doskwierały skutki wielkiego kryzysu gospodarczego, który w Polsce jeszcze trwał, w 1936 roku postanowili wrócić w jej rodzinne strony.

Byliśmy tam jedyną rodziną ludzi ewangelicznie wierzących. Mój tata, Tomasz Paluch, który wcześniej był kaznodzieją w baptystycznym zborze we Lwowie, zaraz po przyjeździe odszukał w okolicy ludzi wierzących. Nie było tam baptystów, za to były zbory Kościoła Chrystusowego. Jeden 4 kilometry od naszej miejscowości w Hurbach, a drugi 8 kilometrów – w Bielczakowskiej Kolonii. Właściwie był to jeden zbór, który miał nabożeństwa na przemian, raz w jednej, raz w drugiej miejscowości. Było nas pięcioro rodzeństwa i wszyscy chodziliśmy na szkółkę niedzielną, która była w Hurbach. Aby dotrzeć na nabożeństwo, wstawaliśmy w niedzielę rano, zjadaliśmy śniadanie, braliśmy jedzenie na drogę i ruszaliśmy w drogę. Po nabożeństwie tamtejsi wierzący przygotowywali obiad dla zamiejscowych przybyszów. I po takim posiłku i społeczności przy stołach wracaliśmy wieczorem do domu. Tam, gdzie mieszkaliśmy, w Moczulance, prawie cała wieś składała się z rodziny mamy. Mieszkało tam 8 stryjów, nie licząc dalszych wujów i ciotek. Rodzina była katolicka i jakoś nas tolerowała, nie zachwycając się naszą odmiennością, choć czasem przychodzili na modlitwy, jakie odbywały się w naszym domu. Nawet kiedy miejscowy ksiądz podczas jednego z kazań stwierdził, że powinno się nas stamtąd przegonić, krewni ujęli się za nami, oburzeni, że jak to - mają przepędzić swoją rodzinę?

Sowiecka okupacja – pierwsze i drugie ocalenie

Rodzice zbudowali nowy dom, mama założyła sad i ogród. Te inwestycje pochłonęły większość naszych pieniędzy, tak więc żyło nam się na początku bardzo skromnie. Pomagali nam za to wierzący ludzi, obdarowując żywnością, jakiej im, zażyłym gospodarzom nie brakowało. I tak minęły trzy lata. Zaczęła się wojna. We wrześniu 1939 r. zjawili się u nas Sowieci. Jak wszędzie na Kresach, wkrótce zaczęły się wywózki na Syberię. I nasz tata też był na liście. Urodził się i wychował w Humaniu, w czasie I wojny światowej znalazł się w Moskwie, stamtąd po wybuchu rewolucji, już na początku lat 20., przedostał się do Polski. I znaleźli się ludzie, którzy oskarżyli go o to, że uciekł z bolszewickiej Rosji, więc jest wrogiem sowieckiej władzy. Ale w jego obronie stanął Rosjanin, którego nowe władze u nas zakwaterowały, bo mieliśmy nowy, duży dom, a mój tata znał bardzo dobrze język rosyjski, więc się przydawał jako tłumacz. I tak został skreślony z listy, co nas uchroniło przed wywiezieniem.  W 1941 roku Niemcy zaatakowały ZSSR. W Moczulance były kamieniołomy, w których wydobywano wysokiej jakości granit (przed wojną ozdabiał nawet nowe budowle warszawskiego Nowego Światu i Krakowskiego Przedmieścia). Z racji tych kamieniołomów były tam też magazyny dynamitu, wykorzystywanego do wysadzania skał. Kiedy zaraz po rozpoczęciu wojny Niemcy zbliżali się do Moczulanki, Rosjanie, uciekając, postanowili wysadzić te magazyny. Ale jako że magazyny te były znaczne, eksplozja taka groziła zniszczeniem całej wsi. Ludzie dowiedzieli się o tym, co się szykuje i postanowili na ten czas opuścić wieś, by skryć się w bezpiecznej odległości od wybuchu. Ale nikt nie uprzedził naszej rodziny – nasi sąsiedzi myśleli, że o wszystkim wiemy. Nie wiedząc o niczym normalnie poszliśmy spać, przed snem jak zawsze modliliśmy się wspólnie. O czwartej rano obudził nas potężny wybuch. Od strony eksplozji wypadły w naszym domu trzy okna. Moje dwie siostry zostały przysypane szkłem, razem z firanką, która spadła na nie z resztkami framugi. Nikt z nas nie został jednak ranny. Dom i wszystkie nasze zabudowania ocalały. Natomiast kilka innych domów w wyniku tego wybuchu zawaliło się, w paru innych zerwane były dachy, kolejne były lżej uszkodzone.

Już po wszystkim ludzie zaczęli wracać do wsi, szykując się do usuwania zniszczeń. Jak przyszli na nasze podwórko, widząc, że nie ma żadnych zniszczeń, żegnali się i mówili: albo z diabłem mają do czynienia, albo Bóg ich ocalił. Uznali, że jednak to drugie, bo od tego czasu zaczęli nas inaczej traktować. Jak tylko groziło wsi jakieś niebezpieczeństwo, ludzie przychodzili na nasze podwórko, klękali i prosili tatusia, żeby rozpoczynał modlitwę, a oni też będą się modlić o ocalenie. Takich sytuacji było podczas wojny wiele.

Niemiecka okupacja – baptyści z Wehrmachtu

Jak tylko pojawiali się we wsi Niemcy, ludzie od razu kierowali ich do nas, bo moja mama znała język niemiecki. A jak przychodzili partyzanci rosyjscy – ludzie też kierowali ich do nas, bo mój tatuś znał język rosyjski. Tak więc ciągle mieliśmy gości. Moja mama traktowała tych sowieckich partyzantów bardzo dobrze, uznając, że Biblia nakazuje okazywać gościnność. Jak dotarli do nas Niemcy, to przydała się znajomość języka niemieckiego mojej mamy. Kiedy zajechali na nasze podwórko, przyjęła ich i częstowała, zgodnie z zasadą chrześcijańskiej gościnności [co zresztą nie było rzadkości na początku wojny – także Ukraińcy i Rosjanie często witali Niemców jako wyzwolicieli spod sowieckiego jarzma – dop. red]. Mama zapytała ich, czy są w ich jednostce baptyści. Okazało się, że tak. Przyszli do nas i nawet bogato obdarowali nas ze swojego wojskowego dobytku. Już później, kiedy stacjonowali w pobliskim miasteczku, powiedzieli nam, że jeśli będziemy przynosić im jagody czy grzyby, dostaniemy za to dobrą zapłatę. Myśmy ich odwiedzali, oni odwiedzali nas, przynosili nam wojskową bieliznę, buty. Dostawaliśmy od nich znaczące wsparcie. Nie doznaliśmy od Niemców żadnej krzywdy w czasie wojny. W początkowym okresie wojny Niemcy brali do niewoli bardzo dużo sowieckich żołnierzy. Ale przez to, że traktowali ich bardzo źle, ci coraz częściej zaczynali tworzyć oddziały partyzanckie. Na Wołyniu lasy ciągnęły się całymi kilometrami, więc znajdowali tam dogodne warunki do ukrywania się przed Niemcami i atakowania ich. Pewnego razu, latem 1943 r. Niemcy szykowali się do rozprawy z tymi partyzantami; nad Moczulanką latały samoloty rozpoznawcze, szukające ich, więc obawialiśmy się, że po nich przylecą inne, które nas zbombardują, bo w takich sytuacjach Niemcy bali się zapuszczać w głąb lasu [wieś Moczulanka położona jest pomiędzy lasami – przyp. red.]. W takich sytuacjach nasz tatuś zawsze wołał nas do modlitwy i całą rodziną na kolanach wołaliśmy do Boga o ocalenie naszej wsi. Przyszli jeszcze do nas sąsiedzi. Modliliśmy się długo i gorąco. Następnego dnia był faktycznie nalot. Samoloty z przeraźliwym wyciem silników latały bardzo blisko, ja schowałam się ze swoimi koleżankami na skraju lasu i wydawało mi się, że naszej wsi już nie ma, że rodziców nie ma. Ale już po wszystkim okazało się, że na naszą wieś nie spadła ani jedna bomba. Tymczasem sąsiednia wieś, położona 4 kilometry od nas, poważnie ucierpiała, zniszczonych i spalonych było tam kilkanaście domów, zginęło wielu ludzi. Kiedy oglądaliśmy to wszystko, tatuś mówił do mamy i do nas: musimy się modlić i dziękować Bogu za nasze ocalenie.

Wołyń w ogniu – trzecie ocalenie

Trzeci raz Bóg nas ocalił w listopadzie 1943 roku. W tym czasie w tej okolicy zostało jeszcze sześć polskich wsi, które dotąd ocalały przed zniszczeniem przez Ukraińców, tzw. banderowców. Pozostałe zostały spalone, a ich mieszkańcy wymordowani. Mogiły ciągnęły się kilometrami. Tatuś chodził oglądać te zniszczenia, kilka razy ktoś go zawrócił i dzięki temu ocalał, bo mógłby zginąć. W końcu jednak przyszedł czas na nas, banderowcy postanowili bowiem spalić i te pozostałe wsie, ludzi wymordować, a sami zamierzali przedostać się na Polesie, by w tamtejszych niedostępnych okolicach prowadzić dalsze działania partyzanckie.

Mój tatuś zdawał sobie sprawę ze zbliżającego się niebezpieczeństwa. Dzień przed napadem banderowców miał sen, po którym powiedział, że nasza wieś zostanie ocalona. W tym śnie dowiedział się o zbliżającym się ataku na wieś i bardzo się przejął tym, że jej mieszkańcy zginą. Jednak ktoś rzucił mu karabin, wołając: Wszyscy mają karabiny i niech pan weźmie jeden, będziemy się bronić. I obronili się. Bóg obronił naszą wieś.

Dosłownie kilka godzin wcześniej w naszej wsi zatrzymał się oddział sowieckich partyzantów liczący 60-70 żołnierzy. Jak to i wcześniej bywało, moja mama szykowała im jedzenie, przynieśli ze sobą jakieś mięso zdobyte na Ukraińcach. Bardzo się spieszyli, więc ledwie zdążyli zjeść zupę, a kotlety, jakie mama im smażyła, pośpiesznie zawijane w co popadnie, brali już ze sobą. Po południu już ich nie było, a wieczorem tatuś zauważył, że po wsi kręcą się jacyś podejrzani obcy ludzie, jakby chcieli rozpoznać sytuację. Mówili wprawdzie po rosyjsku, ale to nie byli partyzanci, którzy bywali u nas wcześniej. Tatuś powiedział: Całą noc będziemy czuwać i spędzimy ją na kolanach, modląc się. A jeżeli pojawi się zagrożenie, musimy uciekać. Ludzie chodzili po wsi, były wyznaczone warty, żeby ostrzec przed nadchodzącymi banderowcami.

Nad ranem, kiedy wydawało się, że nie ma bezpośredniego zagrożenia, zasnęliśmy, a o szóstej rano przyszła do nas sąsiadka, a jednocześnie nasza kuzynka - zakonnica. Mówi: – Bóg mnie obudził, żebym was ostrzegła, żebyście byli gotowi do ucieczki. I wskazała nam kierunek ucieczki. – Niech dziewczyny się ubierają, biorą co się da wziąć w ręce i niech uciekają. I tak zrobiłyśmy. Rodzice tymczasem poszli ukryć jeszcze trochę jedzenia. Już wieczorem schowali gdzieś w lesie trochę zboża i mąki, teraz poszli jeszcze ukryć w kamieniołomach trochę zapasów. Jak już to zrobili i chcieli wracać do domu, okazało się to już niemożliwe. Z lasu wynurzyła się grupa banderowców z bronią gotową do strzału, mających zamiar odciąć drogę ucieczki ludziom, którzy będą próbowali się wymknąć ze wsi. Nasz dom jednym z najbliżej stojących przy lesie. Bylibyśmy pierwsi do zagłady.

Mama zaczęła się modlić, tata przypadł do ziemi. Mama była zawsze odważna, więc wyglądała zza krzaków, w których się ukryli, chociaż była to słaba osłona, bo – jak to w listopadzie – nie było już z na nich liści. Widziała, że idzie w ich kierunku 10-12 uzbrojonych ludzi. Ale kiedy zbliżali się do tej kępy krzaków, w których schronili się rodzice, wszyscy kolejno, jakby na komendę, odwracali głowy w innym kierunku. Przeszli obok nich bardzo blisko, i poszli dalej.

Rodzice wrócili do domu, nas już nie było. Uciekaliśmy w kierunku tych wsi, o których wiedzieliśmy, że tam są rosyjscy partyzanci. Wszyscy mieszkańcy uciekali przez łąki. Słyszeliśmy strzały za sobą i to bardzo blisko – jak się później okazało, moja kurtka była przestrzelona w dwóch miejscach. W tym biegu przez pola zgubiłam też buty, uciekałam dalej boso, a to był już przecież listopad, ziemia było lekko zmarznięta – ale strach przez śmiercią był silniejszy. Z tych ludzi, którzy uciekali, nikt nie zginął. Zginął pies, została też trafiona koza przez kogoś prowadzona. Jak tylko ostatni człowiek przebiegł przez tory kolejowe prowadzące do kamieniołomów, chroniąc się w lesie, banderowcy zamknęli okrążenie wokół wsi. Spóźnili się, bo we wsi nie było już nikogo. Dosłownie zadecydowały o tym minuty.

Bój pod Moczulanką

W połowie listopada 1943 roku duże zgrupowanie UPA (Ukraińskiej powstańczej Armii) atamana Szawuły liczące około 1500 ludzi dotarło w rejon Ludwipola z zamiarem wymordowania Polaków mieszkających w 18 ocalałych z dotychczasowych napadów wsi położonych wokół Moczulanki i Starej Huty. Z ich rozpoznania wynikało, że działający w tym rejonie oddziałał partyzantów Armii Krajowej kpt. Władysława Kochańskiego „Bomby” (używał też pseudonimu „Wujek”) i oddział sowieckich partyzantów kpt. Iwana Szytowa odeszły w inny rejon działania. To sprawiło, że banderowcy czuli się bardzo pewnie wchodząc rankiem 16 listopada 1943 roku do Moczulanki. W rzeczywistości jednak oba te oddziały (już wcześniej współpracujące ze sobą) właśnie wróciły w pobliże Moczulanki. Zaalarmowani niezależnie od siebie partyzanci „Bomby” i Kotlarowa ze zgrupowania kpt. Szytowa zaatakowali Ukraińców z dwóch stron. Ci uciekając przed atakującymi ich partyzantami sowieckimi wpadali prosto pod kule polskich żołnierzy. Oddział atamana Szawuły został rozgromiony, poniósł duże straty w zabitych, rannych i wyposażeniu, co zmusiło ich do wycofania się za Słucz. Polskie wsie w rejonie Moczulanki zamieszkałe (wraz z uchodźcami) przez około 12 tys. ludzi ocalały aż do wkroczenia tam na początku 19 44 roku Armii Czerwonej.

Aniołowie w sowieckich i polskich mundurach

I teraz wydarzył się cud, który zadecydował o naszym losie. 30 kilometrów od nas zatrzymał się oddział partyzancki, który poprzedniego dnia opuścił naszą wieś. Z niego wydzielono oddział zwiadowców liczący 25 żołnierzy, który otrzymał rozkaz powrotu i obrony naszej wsi. Wyruszyli wieczorem, maszerując całą noc, dotarli do nas o świcie. Akurat wtedy, kiedy pierścień banderowców zamykał się otaczając Moczulankę. Rozpoczęła się strzelanina. Banderowcy wcześniej przeprowadzili rozpoznanie, z którego wynikało, że w pobliżu nie ma żadnych wrogich im partyzantów. Jak usłyszeli strzały, wpadli w panikę i zaczęli uciekać w stronę wielkiej polany, gdzie rozlokował się ich obóz, sztab i tabory, w których były ich rodziny. Wcześniej jednak ci partyzanci, którzy przyszli nam na pomoc, przesunęli się w tym kierunku, zajęli dogodne pozycje i niemiłosiernie ich ostrzeliwali. Zginęło tam 240 banderowców. Byli w takiej panice, że nie podjęli żadnej walki, zostali wystrzelani. Do ucieczki rzuciły się też tabory – a partyzanci wszystkich ich ścigali aż do Wilczakowskiej Kolonii. Wycofali się aż do Słuczy.

Moje siostry zgubiły mnie w czasie ucieczki. Zostawiły mnie, bo wzięłam zbyt wiele rzeczy, aby je ocalić – tatusia kożuch, mamy futro, jakąś żywność: kilka bochenków chleba, garnek smalcu. Najpierw w worku na plecach, później już ciągnęłam po ziemi. I nagle okazało się, że jestem sama, a wszyscy uciekający ludzie są daleko z przodu. Na to wyłoniło się z lasu kilku uzbrojonych ludzi na koniach. Pomodliłam się z nadzieją, że to partyzanci, bo nadjechali od strony, od której banderowców nie było. I tak bym im nie uciekła, więc zatrzymałam się, oni mnie okrążyli i zapytali po polsku, co się dzieje. Zobaczyłam, że na czapkach mają polskie orzełki – poczułam się lepiej. Powiedziałam, że trwa napad na Moczulankę, której bronią ruscy partyzanci. Oni popędzili konie, powiedzieli mi tylko, w którą drogę mam skręcić, gdzie udali się pozostali nasi uciekinierzy. Po jakimś czasie dotarłam do wsi Lewacze i spotkałam moje siostry. A polscy partyzanci, na których się natknęłam, włączyli się do walki i pogromu banderowców.

Dowódcą tej grupy sowieckich zwiadowców był 20-letni moskwiczanin. Już po walce poszedł się rozejrzeć po wsi. Koło domu mojej koleżanki leżał pod drzewem ranny banderowiec i wymierzył w niego karabin. Ten usłyszawszy szczęk repetowanej broni wyciągnął pistolet – ale broń się zacięła, ściągnął z ramienia automat... i ten też się zaciął. Na to strzelił banderowiec i zastrzelił go. Widział to adiutant dowódcy, który wybiegł za nim. Ale nie zdążył go uratować.

To był jedyny zabity, jakiego stracili partyzanci w tej walce. Zrobiliśmy mu bogaty pogrzeb. Pochowaliśmy go na naszym cmentarzu ze wszelkimi honorami.

Ani jeden dom we wsi nie był spalony czy ograbiony. Ani jedna osoba ze wsi nie zginęła. Byliśmy pewni, ze to było ocalenie dane nam przez Boga. Jak już wspomniałam, w chwilach trwogi ludzie przychodzili do nas, żeby się modlić o ocalenie. Wielu ludzi gorąco, ze łzami w oczach modliło się o ratunek. Mój tatuś przez te wszystkie lata chodził od domu do domu i głosił im Ewangelię. Nie wiemy o nikim, kto się nawrócił, nikt z naszych kuzynów tam mieszkających się nie ochrzcił, ale ludzie tam mieszkający byli bogobojni, w najlepszym tego słowa znaczeniu.

Wyzwolenie, śmierć i repatriacja

Jeszcze raz ocaleliśmy. W styczniu 1944 r., kiedy dotarł już do nas front. W naszej wsi zakwaterował oddział artylerii, przesunięty na tyły dla odpoczynku. Dowiedzieli się, że niewiele wcześniej w pobliskiej wsi Ukraińcy wytruli cały odział Armii Czerwonej (300 ludzi) pod pozorem ugoszczenia ich. Pałając żądzą odwetu postanowili ostrzelać tamtą wieś. Pociski fruwały w powietrzu, trwała kanonada, zrobiło się całkiem niebezpiecznie. Ale właśnie to nas ocaliło. Jak się później okazało, dobrze uzbrojony oddział Ukraińców planował zaatakować naszą wieś. Jednak ta nawała artyleryjska ich wystraszyła. Zorientowali się, że we wsi jest regularna armia i zrezygnowali z ataku.

Wraz z frontem na początku 1944 r. Sowieci przywlekli do naszej wsi tyfus. Moja mama pomagała tym, którzy zachorowali – sama się od nich zaraziła i wkrótce potem zmarła. Miała zaledwie 41 lat.

W czerwcu 1945 r. cała wieś zaczęła się szykować do repatriacji. Wyjechaliśmy pierwszym transportem.

 

Autor: Józefa Tasak   :” Bóg ocalił nas wszystkich ”

http://www.dlajezusa.pl/dj/slowo-prawdy/tematycznie/86-swiadectwa/1071-bog-ocalil-nas-wszystkich


GTranslate

plbebgzh-TWhrcsdanlenetfrgldeelhuitjalvltnoptrorusrskslessvukyi

Włamanie do serwisu

Strona odtworzona po ataku hakerskim. W przypadku dostrzeżenia braków i niespójności z poprzednią zawartością serwisu oraz w celu zgłoszenia ew. uwag prosimy o kontakt z nami.

Wołyń naszych przodków

wp6.jpg

PAMIĘTAJ PAMIĘTAĆ

Czytaj także

 

 

Rzeź Wołyńska

lud15.jpg

Szukaj w serwisie

Gościmy

Odwiedza nas 679 gości oraz 0 użytkowników.

Statystyki

Odsłon artykułów:
8229328