Urodziłem się w Sarnach, małym powiatowym miasteczku na pograniczu Wołynia i Polesia, bardzo ważnym przedwojennym szlaku kolejowym – powiedział Józef Sakrajda. To właśnie tu krzyżowały się szlaki kolejowe na trasach Równe- Łuniniec- Kowel- Korosteń- Kijów, a także stacjonowały jednostki piechoty i kawalerii wchodzące w skład pułku Sarny, dowodzone przez ppłk. Nikodema Sulika. Ogólnie rzecz biorąc Sarny znajdowały się w rejonie umocnień wschodniej granicy II RP. Mieszkańcy miasteczka to konglomerat różnych narodowości- w większości Ukraińców, Żydów i Polaków. Tu urodziłem się 4 czerwca 1931 roku. Tatuś był mianowanym pracownikiem magistratu, a zarazem synem i wnukiem właścicieli ziemskich spod Wielunia. Jego dziadek w czasie powstania styczniowego miał swoją „partię”, czyli oddział partyzancki. Podczas jednej z potyczek został wzięty do niewoli przez kozaków i skazany przez doraźny sąd polowy na karę śmierci przez rozstrzelanie. Jednak żona dziadka przekupiła kozaków i ci odstąpili od wykonania wyroku. Dziadek został skazany przez trybunał wojskowy w Piotrkowie Trybunalskim na 20 lat na Syberii. Do kraju wrócił w 1880 roku. Mało tego! Tatuś brał udział w wojnie rosyjsko- japońskiej. Był oficerem armii carskiej w stopniu kapitana, starszym felczerem 324 pułku kazachskiego w miejscowości Kuszka, na pograniczu z Afganistanem. Podczas I wojny światowej dostał się do niewoli niemieckiej i przebywał w obozie jenieckim w Strzałkowie koło Łodzi, gdzie był zastępcą lekarza obozu. W 1916 roku w ramach wymiany jeńców wrócił do Rosji. Przebywając w szpitalu w Moskwie zastała go rewolucja. Żołnierze obrali ojca komendantem twierdzy. W 1924 roku powrócił do kraju, osiadł początkowo w Sieradzu, a potem w Sarnach, gdzie mieszkał jego brat Franciszek, działacz PPS-u. To tutaj wstąpił do Policji Państwowej, w której służył do 1929 roku. Mamusia nie pracowała nigdzie, była- jak to się wówczas mówiło- przy mężu. Pochodziła ze wsi Stoczki koło Sieradza. Z rodzeństwa miałem jeszcze młodszą siostrę Barbarę, która zmarła mając cztery lata. W Sarnach rozpocząłem swoją edukację w Szkole Podstawowej im. Marszałka Józefa Piłsudskiego. Klasę pierwszą ukończyłem w czerwcu 1939 roku. Drugą miałem rozpocząć, jak wiele innych dzieci, w nowym roku szkolnym. Niestety, odwlekło się to w czasie… Dzień 1 września pamiętam bardzo dobrze, gdyż mieszkaliśmy niedaleko stacji kolejowej, która stała się pierwszym obiektem bombardowania niemieckich samolotów. Samoloty bombardowały także obiekty znajdujące się na terenie węzła kolejowego jak „depo”, czyli parowozownię, stację paliw i wiadukty. Z wieży ciśnień, tzw. „wodokaczki” żołnierze ostrzeliwali się z broni maszynowej. W tym dniu były dwa naloty, w następnym trzy. Oj, pamiętam jeszcze atmosferę przed wybuchem wojny. Już wtedy była ona pełna napięć, taka sama w jakiej żyło starsze pokolenie rozbiorów. Oni chyba coś przeczuwali. Mało tego, udzielała się ona także nam, małym dzieciom. Pamiętam jak jeszcze wiosną i latem organizowano zbiórki pieniężne na Ligę Obrony Przeciwlotniczej i Przeciwgazowej. Za ofiarowane grosze dawano blaszane, przypinane samolociki. Na placu przed szkołą wręczano żołnierzom parę karabinów maszynowych w darze od społeczności miasta i powiatu. W szkole uczono nas posługiwać się maskami przeciwgazowymi. Czasami ich nie starczało i nosiliśmy wówczas buteleczki z roztworem octu i szmatki, co miało zapobiec zatruciu. Maski przeciwgazowe mieli nieliczni. Sam włączyłem się czynnie w obronę. Kopanie i maskowanie rowów przeciwlotniczych przed okiem nieprzyjacielskiego lotnika to niestety rzeczywistość pierwszych dni strasznego września 39. Otóż, trzeciego dnia wojny z naszych koszar wymaszerowała część żołnierzy, piechota i kawaleria. Batalion Korpusu Obrony Pogranicza „Sarny” na razie został na miejscu, lecz wkrótce i on opuścił koszary, udając się w rejon Klesowa i Młyńska, w strefę umocnień. Przez miasto przeciągały się tabory wojskowe. Pamiętam jakie wrażenie robił pociąg pancerny nr 51 noszący nazwę „Pierwszy Marszałek”. Groza sytuacji, strach, przerażenie. Dopiero teraz doszła do mnie myśl, że sytuacja jest bardzo poważna. Nad ranem 17 września na stacji w Sarnach został zestrzelony ogniem z działka sowiecki samolot rozpoznawczy

Dowódca pociągu kpt. Zdzisław Rokossowski (prawdopodobnie krewny Konstantego) zamierzał dotrzeć do Kowla, by tam połączyć się z grupą generała Franciszka Kleeberga.  18 września do miasta wkroczyły pierwsze oddziały Armii Czerwonej. Przy naprędce skleconej bramie tryumfalnej, ozdobionej kwiatami i młodymi brzózkami witali ich przedstawiciele ludności ukraińskiej i żydowskiej, z popem i rabinem na czele. Ze strony polskiej witających nie było. O ile przypominam sobie, rabin nazywał się Lewoniewski, a z jego synem chodziłem do jednej klasy. Witano ich chlebem i solą, położonymi na długim, haftowanym ręczniku. Sami delegaci ukraińscy ubrani byli odświętnie w białe rubaszki, z również haftowanymi wzorami. Miasto momentalnie zostało zarzucone plakatami i ulotkami w języku polskim, często z błędami ortograficznymi. Jeden plakat utkwił mi szczególnie w pamięci. Przedstawiał on grupę generałów i wyższych oficerów z orderami i sznurami na połamanym wozie, który ciągnął koń z napisem POLSKA. Żołnierze sowieccy ulokowali się w naszej szkole. Ich pierwszą czynnością było wyrzucenie z bibliotecznych szaf na dwór, do rozpalonego ogniska, całego szkolnego księgozbioru. Jak to dzieci, kręciliśmy się przy ognisku, a mi udało się parę książek wyprosić. Wśród uratowanych książek był m.in. „Potop”, „Ogniem i mieczem”. Oddałem je do biblioteki szczecineckiej, a dwutomową „Historię Polski”, bogato ilustrowaną sprezentowałem panu dyrektorowi Marianowi Krokerowi- pierwszemu dyrektorowi, polskiego liceum w Szczecinku. Tak, pamiętam też dość niemiły incydent. Moja stryjenka kupiła mi na imieniny mundurek harcerski (należałem do Zuchów) i finkę. Idąc ulicą zostałem zatrzymany przez dwóch żołnierzy, z których jeden obciął mi wszystkie guziki z lilijką i zabrał finkę, za którą tak rozpaczałem. Mówili, że to burżuazyjne zdobienia. Chyba potraktował to jako zdobycz. Tak, ile znowu powtarzałem pierwszą klasę. Uważano, że poziom nauki w szkołach radzieckich jest wyższy. Była to szkoła z polskim językiem nauczania, napisanymi w języku polskim. W następnych latach polszczyznę wyparł język ukraiński. Niezatartym wspomnieniem w mej pamięci pozostał fakt likwidacji getta żydowskiego, w którym mieszkali Żydzi z okolicznych wsi i miasteczek. Był to teren kilku ulic, oddzielony od reszty miasta parkanem. Początkowo Żydzi mogli swobodnie się poruszać po mieście, później wprowadzono ograniczenia, nakazano noszenia opaski z gwiazdą Dawida. Później wszystkich Żydów spędzono do obozu, zorganizowanego koło szpitala. Na jego terenie znajdowała się bursa dla wojsk niemieckich. Byłem naocznym świadkiem likwidacji tego obozu. Niemcy grupami wyprowadzali ludzi i kierowali ich drogą obok cmentarzy polskie i żydowskiego na teren tzw. małego poligonu za koszarami. Z terenu strzelnicy, oddalonego od obozu około 1,5 km dochodziły strzały z broni maszynowej. W pewnym momencie grupa Cyganów, zorientowawszy się, że wszyscy są skazani na zagładę, rozerwała ogrodzenie z drutu kolczastego, a przez powstałą w ten sposób lukę zaczęli wybiegać na zewnątrz. Zanim Niemcy zorientowali się w sytuacji kilkaset osób zdołało wybiec z obozu. Pamiętam jak wściekli Niemcy przeprowadzali rewizję, dom po domu, szukając uciekinierów. Na naszej ulicy omyłkowo została zastrzelona pani Kołodziejska, którą wzięto za zbiegłą Żydówkę, gdyż miała czarne włosy i nietypowy profil twarzy. Zabito wtedy wielce szanowanego doktora, chirurga, ordynatora miejscowego szpitala Rozentala. Ciała zabitych zakopano na cmentarzu żydowskim. Tatuś ( znał biegle niemiecki i francuski) służył jako tłumacz niemiecko- polski, mówił że udało się ujść około stu uciekinierom. Kiedy byliśmy razem na terenie strzelnicy, na zasypanych rowach były jeszcze ślady krwi. O zgrozo, byli ranni, których zasypywano żywcem. Tatuś jeszcze po wojnie korespondował z jedynym ocalałym Żydem, uciekinierem z Kalisza, któremu udało się przeżyć w Sarnach. To był czas rzezi Polaków w okolicznych wsiach i miasteczkach przez ukraińskich nacjonalistów „banderowców” i „bulbowców”. Nie było tygodnia, aby nie docierały do nas wieści o masowych morderstwach Polaków w naszym i sąsiednich powiatach. Nasz dom stał się też przez jakiś czas schronieniem dla uchodźców ze wsi Ugły, która została spalona, a ponad 260 osób zostało zamordowanych. Nasilenie tych mordów nastąpiło szczególnie w drugiej połowie 1943 roku. Po okolicach Rokitna, Klesowa i Sarn grasowała grupa ukraińskich nacjonalistów licząca około 600 osób. Dobrze uzbrojona, przemieszczała się z miejsca na miejsce. Grupa ta w nocy z dnia 27 na 28 maja 1943 roku napadła na wieś polską Staryki. Bandyci potrafili nawet przebrać się w polskie mundury, aby zyskać przychylność i zaufanie miejscowych. W tym też czasie tato zaczął nawiązywać kontakt z polskim oddziałem partyzanckim Mikołaja Kunickiego. Za okazaną im pomoc został w latach 60. odznaczony.  W pierwszych dniach stycznia 1944 roku. Sarny zostały wyzwolone przez oddziały Armii Czerwonej i partyzantów. Wraz z ucieczką Niemców zaczęła przybywać ocalała ludność polska. Zapanował tyfus, który zbierał śmiertelne żniwo. W budynku szkoły otworzono szpital dla chorych na tyfus. W rejonie Klesowa działał oddział AK ppor. Wróblewskiego, dobrego znajomego ojca. Po wojnie osiadł w Olsztynie. Ale to nie był koniec zmagań wojennych. Wiosną i latem nasiliły się bombardowania Niemców. W trakcie jednego z nich został zburzony nasz dom i tylko cudem uniknęliśmy śmierci. To było jak straszny sen. Tatuś pojechał szukać dla nas lokum, zmarła moja siostra, mamę chwycił paraliż, chorowała na Parkinsona. Niemcy za wszelką cenę chcieli zbombardować ten ważny węzeł kolejowy oraz drewniany most na Słuczy. Mieszkańcy w strachu i panice uciekli do kaplicy. Tam, zamknięci przez dwa dni modlili się i błagali o zakończenie nalotów. Gdy wrócił tato, zamieszkaliśmy w Niemowicze- miejscowości oddalonej od Saren o 7 km. Później z uwagi na prześladowania Polaków naszym domem stała się miejscowość Kostopole. Tam zacząłem kontynuować naukę w czwartej klasie. Pamiętam jak dziś wzajemne mordy, pomiędzy wojskami radzieckimi a nacjonalistami ukraińskimi. Dopiero w połowie maja 1945 roku zaczęto mówić o wyjeździe Polaków za Bug, do Polski. Szykowano chętnych do wyjazdu. Na niej znalazła się i nasza rodzina. Otóż, z Kostopola wyjechaliśmy pod koniec maja. Jechaliśmy w krytych wagonach, tzn. ja i tato jechaliśmy osobno, mama- ze względu na chorobę- w innym wagonie. Po drodze trzeba było zatrzymywać się po drewno do lokomotywy. Dłuższy postój nastąpił w Lublinie. Dla osób starszych zorganizowano wyjście do obozu w Majdanku. Ja poszedłem razem z nimi. Widok był wstrząsający. Pomordowane ciała, pełno krwi, kości. Ten fetor, duszący smród rozkładanych ciał. Uczestnicy tej „wycieczki” płakali, byli zasępieni i ponurzy. Dalej jechaliśmy przez Zduńską Wolę, potem na zachód. Tak, cały czas na zachód. Po drodze mijaliśmy rozbite stacje kolejowe i zrujnowane domostwa. Na stacji w Pile panował ogromny bałagan, wielka ciżba ludzi. Każdy chciał jechać, nie dla każdego był środek transportu. Ludzie siedzieli na dachach, stali na stopniach i buforach. Z Piły, w kierunku Koszalina i Wałcza, czynny był tylko jeden tor, co rzecz jasna nie usprawniało komunikacji. Piła to już ziemie odzyskane, przed wojną leżała na granicy polsko- niemieckiej. 8 czerwca 1945 roku dojechaliśmy do stacji Neu Stettin- taki napis jeszcze widniał na dworcu. Wszyscy zmęczeni i wymizerowani trudami podróży. Nie sądziłem wówczas, że w tym właśnie mieście spędzę swoje młode i dorosłe życie. Nagminnym zjawiskiem było rozbieranie torów. Rozbierano szyny na trasie Szczecinek- Słupsk, a także pod Białogardem. Właściwie to planowano wyjazd dalej, na północ. Chyba tylko, właściwie dzięki tym rozebranym torom większość ludzi pozostała w Szczecinku. To nie był wtedy sentyment do miasta.

Fragment wywiadu z panem Józefem Sakrajdą , jednym z pierwszych polskich obywateli Szczecinka przeprowadzony przez :Tomasza Ceglarza   „ Z życia wzięte” Szczecinecki  Portal  Historyczny im. prof. Dr Karla Tuempla


GTranslate

plbebgzh-TWhrcsdanlenetfrgldeelhuitjalvltnoptrorusrskslessvukyi

Włamanie do serwisu

Strona odtworzona po ataku hakerskim. W przypadku dostrzeżenia braków i niespójności z poprzednią zawartością serwisu oraz w celu zgłoszenia ew. uwag prosimy o kontakt z nami.

Wołyń naszych przodków

wp2.jpg

PAMIĘTAJ PAMIĘTAĆ

Czytaj także

 

 

Rzeź Wołyńska

lud1.jpg

Szukaj w serwisie

Gościmy

Odwiedza nas 438 gości oraz 0 użytkowników.

Statystyki

Odsłon artykułów:
7583939