W czerwcu 1941 roku skończył się sojusz ZSRR i Niemiec hitlerowskich. Dotychczasowi sojusznicy stali się wrogami. Potrzebujący „przestrzeni życiowej” i surowców radzieckich Niemcy zaatakowali Związek Radziecki rozpoczynając tym samym nowy rozdział w historii II wojny światowej. Aż do 1941 roku nie wydarzyło się w życiu rodziny Kozioł chyba nic szczególnie ważnego. Obaj bracia przechodzą szybko do opowieści na temat band ukraińskich nacjonalistów i życia po wkroczeniu Niemców na Kresy Wschodnie. Obaj często używają określenia „bulbowcy” i dają przykłady szczególnego okrucieństwa Ukraińców. Jan i Stefan Kozioł sądzą, że akty przemocy, których ofiarami stali się na Wołyniu Polacy, zaczęły się wraz z pojawieniem się w tych stronach Niemców. Ukraińcy szybko stawali się policjantami, „poczuli się ważni” (Jan). Pan Stefan mówi, że już wcześniej słyszeli „głosy, z daleka – aha, już tam wyrżnęli Polaków! Jeszcze wtedy myśleliśmy, że tamci Polacy byli coś winni”. W Stepaniu i kolonii jeszcze nic się nie działo. Gdy mordowano Polaków 20, 30, 50 km od domu Kozłów, jeszcze nie wiedzieli, że i im groziło niebezpieczeństwo. Źle zaczęło się robić, gdy w Stepan Gródku powstała banda. „Był taki Ukrainiec, Kańka (?) się nazywał, kolegował się z Polakami, a poszedł na dowódcę do tej bandy i zabijał naszych” – podaje pan Stefan. W miarę jak stawało się coraz bardziej niebezpiecznie, Polscy mieszkańcy Huty Stepangródzkiej uciekali na noc do lasu. Pora roku nie miała żadnego znaczenia – w domu było już zbyt niebezpiecznie. „Ojciec zmarł przez nich – chował się zimą po błocie i zachorował” (Jan). Nieliczni polscy uciekinierzy (około 15 osób) nocowali w postawionym szybko baraku w lesie. Wystawiali warty, na które chodził też młody pan Stefan. Cały czas należało być czujnym. Mieli bagnety.   Panowie Kozioł mówią, że trzeba było bać się nawet sąsiada, który dotąd był przyjacielem. Ich Huta liczyła około 1000 numerów. Polskich rodzin było 30, może 50, reszta to Ukraińcy. Mieli zdecydowaną przewagę. Gdy zaczęły się ataki na Stepań, Polacy uciekli do miejscowości Huta (inna osada), gdzie było zdecydowanie więcej rodaków i można się było zacząć bronić. Bezpieczeństwo starała się też zapewnić radziecka partyzantka, a następnie polska. Mimo takiej ochrony okoliczne wsie ulegały Ukraińcom. Rodzina Kozłów zdecydowała się (tak jak inni prześladowani, którzy uciekali całymi wioskami) na ucieczkę na północ, na Białoruś. Tam nie mordowali. Jan i Stefan podają liczne przykłady bestialstwa ukraińskich nacjonalistów. Mówią, że bulbowcy potrafili nadziać dziecko „dupcią” na sztachetę, aż buzią wyszła. Jan wspomina, że słyszał o przecinaniu Polaków piłą ”na żywca”. Powszechne były wypadki, gdy ukraińskiej żonie Polaka kazano go „zarżnąć”, a jak nie, to ginęli oboje.  Polacy tworzyli oddziały partyzanckie złożone z okolicznych ochotników. Miały za zadanie bronić ludność polską przed Ukraińcami i walczyć z okupantem niemieckim. Do jednego z takich właśnie oddziałów trafił Stefan Kozioł koło Świąt Bożego Narodzenia 1942 roku. Jego brat Jan nie poszedł z nim „do lasu” – w listopadzie został wywieziony wraz z innymi młodymi do Niemiec, na roboty.  Ciężko się żyło na Wołyniu w 1942 roku, ale jeszcze ciężej miało być w roku kolejnym, roku pogromów i planowej eksterminacji ludności polskiej. Ataki z 1942 roku były tylko zapowiedzią rozruchów na większą skalę. W 1943 roku policjanci ukraińscy w służbie niemieckiej zaczęli masowo dezerterować zabierając ze sobą broń i amunicję. Takich środków do obrony Polacy nie mogli posiadać, gdyż w poprzednich dwóch latach zabroniono im posiadać jakąkolwiek broń, przeprowadzano rewizje, rozstrzeliwano za złamanie tego zakazu.  Ciężko było organizować obronę również dlatego, że Polacy w ośrodkach wiejskich (kolonie, uroczyska, samotne gospodarstwa, czy wreszcie wsie) byli kilkunastoprocentową mniejszością otoczoną ukraińskimi sąsiadami. Sąsiedzi ci często gwarantowali Polakom bezpieczeństwo, po czym nadchodził pogrom. Nieraz zakazywano im wyjazdu ze wsi.  W większości wsi na Wołyniu powstawały oddziały band nacjonalistycznych – zaciętych wrogów wszystkiego, co obce, co polskie. Wspominani przez Jana i Stefana Kozłów tajemniczy „bulbowcy” istnieli naprawdę. Były to powstałe w 1943 roku w powiecie kostopolskim oddziały Maksyma Borowcu – „Tarasa Bulby”. To oni zapoczątkowali masowe mordy na Wołyniu. Działali w powiatach: sarneńskim, kostopolskim i północnej części rówieńskiego. To „bulbowcy” jako pierwsi posługiwali się nazwą UPA.   Dobrze, że rodzina Kozłów wyjechała na północ, na ziemie białoruskie. W dniach 16-18 lipca 1943 roku OUN-UPA wymordowała 37 wsi wokół ośrodka samoobrony Huta Stepańska w gminach Stepań i Stydyń w powiecie kostopolskim. Nie oszczędzano nawet budowli sakralnych, do których próbowała uciekać ludność polska.  Oprócz baz, ośrodków, czy placówek samoobrony, Polacy formowali również nieliczne oddziały partyzanckie, które miały za zadanie nie dopuścić do kolejnych mordów. Były uzbrojone, wiec Ukraińcy musieli się z nimi liczyć. Do jednego z takich oddziałów działających na dawnym pograniczu polsko-radzieckim wstąpił Stefan Kozioł w zimowe Święta 1942 roku. Był to oddział „Jeszcze Polska nie zginęła” Roberta Satanowskiego. Była to formacja tzw. „czerwonej partyzantki” podległa dowództwu radzieckiego Ukraińskiego Sztabu Partyzanckiego i z całą pewnością z Sowietami musiała współpracować, ale była też w zasadzie jedyną ochroną dla polskiej ludności Wołynia, gdyż siły 27 Wołyńskiej Dywizji AK były jeszcze zbyt słabe i zajęte raczej walką o powojenny powrót tych ziem do Polski niż walką z Ukraińcami.  Pan Stefan pamięta rozmowę z matką, która nie chciała go puścić do wojska, bo się bała. Tłumaczył, że pozostając przy niej także może zginąć, a „może właśnie w partyzantce przeżyje, może się uda pomścić”. Namówił kolegę Józka, którego rodzina na Kresy przyjechała też z „Centrali”. Razem poszli do „zapisać się” do partyzantów. Nie było trudno ich znaleźć – wszyscy wiedzieli kto należy do „ludzi lasu”, pełno ich za dnia krążyło po wsiach i miasteczkach Wołynia. Stawili się u jakiegoś porucznika, który chciał siedemnastoletniego wówczas Stefana odesłać do matki (podał omyłkowo, że ma jeszcze 16 lat, był też małego wzrostu), ale pan Kozioł się nie poddawał. Po rozmowie z samym dowódcą Satanowskim został przyjęty.  Wspomnienia z partyzantki to przede wszystkim klęska w starciu z Niemcami, w której pan Stefan uczestniczył na przełomie stycznia i lutego 1944 roku. Zaczęło się od wyjścia do Klesowa po broń od partyzantów radzieckich. Załadowali broń, amunicję i inne pobrane zaopatrzenie na ponad 200 furmanek i chcieli się z tym przeprawić przez Bug na Lubelszczyznę, „w lasy janowskie gdzieś tam”. Niestety wpadli w zasadzkę przygotowaną przez Niemców – dostali się w okrążenie, gdy przechodzili przez jakiś lasek („mniej więcej 10-cio hektarowy był”). Pan Stefan podaje, że „w zamknięciu” było około 10 tysięcy partyzantów. Po dwóch tygodniach walk dowódcy rozkazali zostawić duży tabor, zabrać tylko amunicję do broni i spróbować szturmem przerwać linie wroga. Zdecydowali się uderzyć w kierunku wschodnim – wracali na Wołyń. Wielu kolegów poległo. Po dwóch tygodniach, gdy się zebrali, przyszło tylko około tysiąc partyzantów. Pan Stefan podaje, że nie wie co się z resztą stało, ale najprawdopodobniej zginęli w tym lesie i podczas próby ucieczki. Na zebraniu obecny był dowódca – Satanowski i Wasilewska. Powiedzieli, żeby wszyscy się teraz rozeszli do domów i byli gotowi na kolejne wezwanie. Nigdy już ich pan Stefan nie zobaczył, choć słyszał, że Wanda Wasilewska tworzyła w ZSRR polskie wojsko.  Partyzanci zdali w Równem broń i zostali „przygarnięci” przez Sowietów. Już niedługo mieli ich załadować do pociągu i wysłać do Sum, aż pod Charków.  Pobyt w partyzantce to także próba ochrony polskiej ludności przed ukraińskimi nacjonalistami oraz nieprawdopodobne informacje na temat tego, czego mogą Ukraińcy dokonać. Pan Stefan z widocznym zdenerwowaniem opowiada kilka takich historii.   Pewnego dnia trzech partyzantów z jego oddziału pojechało na koniach w „rozwietkę” – zwiad, czy nie ma we wsi band, albo Niemców. A była to prawdopodobnie wieś Gługa koło Pińska, wieś „silnie ukraińska”. Akurat tam banda miała swój sztab, wielu bojowników i dużo broni. Gdy jeden ze zwiadowców zszedł z konia i wchodził do jakiegoś domostwa, został zastrzelony. Drugiego (nazywał się Bartosik) ranili – został we wsi, a trzeciemu, choć był ostrzeliwany, udało się uciec i on powiadomił dowódcę o sytuacji. Oddział podszedł pod wieś i zaczęła się walka. Przez całą noc walczono i nie udało się jej zdobyć. Dowódca nie chciał palić wsi, „bo szkoda, a to zima była”. Po stronie ukraińskiej walczyli wszyscy – też kobiety i dzieci. W miarę, jak walka się przedłużała, coraz częściej przypominano rozkaz o oszczędnym strzelaniu - „tylko jak będą blisko” – kończyła się amunicja. W kolejną noc walczono już razem z posiłkami, które w międzyczasie dotarły, ale nie przynosiło to większego skutku. W końcu podpalono wieś i ją zdobyto.  Nie wszystkie budynki się spaliły. Ocalał ten, w którym został ranny Bartosik. Teraz już nie żył, a na jego szyi widać było ślady duszenia. Złapano pozostałych przy życiu banderowców i zebrano ich na skrzyżowaniu. Dowódca spytał, kto chce strzelać. Nikt nie odpowiadał, aż zgłosił się brat uduszonego. Zastrzelił wszystkich (10-12 osób) spędzonych na drogę Ukraińców.  Pan Stefan słyszał, jak Ukraińcy przebierali się za partyzantów i w ten sposób zjednywali sobie Polaków, by ich potem zamordować. Do jednej z miejscowości (pan Stefan podaje, ze nazywała się Brzezina – może chodzić o Brzeźnicę [dziś Bierieżnica] poł. ok. 16 km na północ od miejscowości Sarny)  przyszli Ukraińcy w przebraniu i „krzyczeli, żeby szykować powrozy, żeby zabrać Niemcom krowy, bo je właśnie gonią”. Nad ranem wieś praktycznie nie istniała. Uratowała się dziewczynka, która leżała przy zabitych rodzicach i się nie ruszała oraz kobieta, która miała 18 dziur w ciele, ale dobiegła do Huty Stepangródzkiej i przeżyła.   W jednej z miejscowości (teraz pan Stefan nie pamięta już jakiej) było mało Polaków – „może ze 20 numerów”. Gdy zaczął się napad banderowców, to pewien mężczyzna chwycił swojego synka i zaczął uciekać. Niedaleko był las i tam się kierował. Gdy się zorientował, że dwóch Ukraińców go dogania, to porzucił synka, który go wciąż wołał. Miał może z trzy, może z cztery latka, „rozumiał już, co się dzieje”. Na oczach przyczajonego w krzakach ojca zabili chłopca wbijając w niego bagnety i rozszarpując ciało. Pan Stefan nie może zrozumieć, jak ojciec mógł porzucić syna. „Dlaczego on się nie bronił? Miał przecież obrzyna i mógł ich obu załatwić! Chyba dostał pomieszania jakiegoś, czy coś”.  W tej samej wsi mieszkał stary Polak o nazwisku Żuk. „Miał może z 80 lat. On nie uciekał, tylko siedział. Zabił dwóch Ukraińców, ale jego też porąbali w kawałki. Zabił ich, jak wchodzili przez okno – dziabnął ich siekierą, ale co z tego”. W tej wsi przepiłowano też jakiegoś człowieka żywcem.  Zdarzali się też dobrzy Ukraińcy. Powiadamiali Polaków o planowanej napaści, dawali jedzenie – „było paru takich”. Dobre zdanie pan Stefan Kozioł ma o Białorusinach, którzy nie dopuścili, by na ich terenie dochodziło do pogromów. „Gdyby nie Białorusini, to by Czarnowic dzisiaj nie było – stamtąd ta cała wieś”. Pamięta, jak którejś nocy spali u Białorusina i przyszli Ukraińcy. Pan Stefan słyszał, jak gospodarz mówił, że „jak tkną, to oni pójdą na Ukraińców”.  W marcu 1944 roku w miejscowości Sumy, około 150 km na pn.-zach., utworzono jeden z ośrodków formowania i szkolenia I Armii Wojska Polskiego tworzonego w ZSRR.. Tam już w marcu, po około dwóch tygodniach podróży w ciężkich warunkach dotarł wraz z innymi Polakami z Wołynia Stefan Kozioł. Jechali w towarowych wagonach w dużym ścisku. „Myśleliśmy, ze nas robactwo zje, jak mrówki po nas chodziło. Mieliśmy jeszcze ubrania z partyzantki. W Sumach wysłano nowe wojsko do łaźni, a ich ubrania „wyparzono” – „Boże Kochający! Jak żeśmy się położyli jeden koło drugiego, no to jakby człowiek się narodził, bo to nic nie gryzło!”. Z Sumów udali się na miejsce ćwiczeń, prawdopodobnie do miejscowości Ugrojedy, gdzie szkolono 3 BAH (brygada artylerii haubic). Pan Stefan i inni niedawni partyzanci od razu poszli na warte, „bo partyzantki nie trzeba szkolić”. W krótkim czasie trafili na front.   Stefan Kozioł szybko wymienia miejsca, które mijał i zdobywał: Kowel, rzeka Bug, Lublin, Warszawa, Bydgoszcz, Kołobrzeg, forsowanie Odry, przedmieścia Berlina i powrót nad Łabę. Mówi, ze to równie ciężkie wspomnienia jak te związane z wojennym Wołyniem. Nieraz miał kryzysy i chciał „ze sobą skończyć”, ale wytrzymał. Pamięta, jak w Kowlu żołnierze radzieccy czepiali się polskich i mówili, że Rosjanie muszą ginąć za nasz kraj, przeklinali Polaków.

Fragment  pracy p.t ”BRACIA ” autor: Sławomir Kasprzak (Uczeń klasy pierwszej Publicznego Gimnazjum w Czarnowicach.  Praca napisana pod kierunkiem Jarosława Winkowskiego )

C z a r n o w i c e   2 0 0 4

 

http://www.walusiek.pl/czarnowice/bracia.html


GTranslate

plbebgzh-TWhrcsdanlenetfrgldeelhuitjalvltnoptrorusrskslessvukyi

Włamanie do serwisu

Strona odtworzona po ataku hakerskim. W przypadku dostrzeżenia braków i niespójności z poprzednią zawartością serwisu oraz w celu zgłoszenia ew. uwag prosimy o kontakt z nami.

Wołyń naszych przodków

wp10.jpg

PAMIĘTAJ PAMIĘTAĆ

Czytaj także

 

 

Rzeź Wołyńska

lud1.jpg

Szukaj w serwisie

Gościmy

Odwiedza nas 494 gości oraz 0 użytkowników.

Statystyki

Odsłon artykułów:
7861031