Ojciec żył na przełomie wieków. Urodził się w 1899 roku w Krasnojarsku, a zemrzeć mu przyszło już w Ojczyźnie w 1966. Przeżył dużo a umarł za szybko. Miał 67 lat. Swoim życiorysem mógłby obdzielić kilka osób. Ale wracajmy do syberyjskich początków. To kraj, który we wspomnieniach ojca, jawi się jako druga Ojczyzna. Mimo że doświadczył też mnóstwa cierpień. Z fascynacją opowiadał o rzece Jenisej i tajdze, którą określał jako żywicielkę. W niej polował już jako kilkunastoletni chłopak i zrywał cedrowe orzeszki. Tam cudem przeżył spotkanie z niedźwiedziem, któremu zaatakowany, wpakował do pyska kożuszek i uciekł. Był duszą towarzystwa. Miał od wczesnych lat smykałkę do muzyki i sam nauczył się grać na bajanie-narodowym rosyjskim instrumencie. Do tego śpiewał. Szybko zaczął być zapraszany przez starszą “małodzioż” na zimowe wieczorne spotkania. Często do tego okresu wracał w opowieściach. Bo wtedy był to dla niego świat, który oglądał własnymi oczami. Bo wtedy jeszcze... widział. Nadeszła pierwsza wojna światowa. Na Syberię dotarła namacalnie, kiedy zaczęto brać do carskiej armii. Branka nie ominęła i ojca. Poszedł na wojnę jako 17-latek. Wrócił po kilku miesiącach jako niewidomy. Poza tym ,że gaz bojowy wypalił mu oczy- niczego więcej nie mówił. Jakby chciał wymazać to z pamięci. Tak zaczęło się jego pasmo nieszczęść. Z wojny przywlókł ospę. Kilka miesięcy walczył o życie. Blizny na twarzy pozostały na zawsze. Jeszcze większe zapewne, po zawodzie miłosnym. Idąc na wojnę w Krasnojarsku pozostawił dziewczynę. Kiedy walczył o życie, przychodziła rzadko, coraz rzadziej. Aby wreszcie któregoś wieczoru poprosić go o zgodę na zamążpójście za innego. Bo-ludzie powiadają że ty Borys nie przeżyjesz i swatają mnie innemu-powiedziała. – Zrób tak jak radzą- odpowiedział - ja nie przeżyję. Przeżył. Jak powiadał, nie miał żadnej satysfakcji ,kiedy dowiedział się że była bita i poniewierana przez męża.

Nowy rozdział

Wraz z ojcem i rodzeństwem wyjechał na Wołyń. Wtedy polski Wołyń. Ożenił się i kalectwo nie stanowiło dla jego żony żadnej przeszkody. Był przystojny, towarzyski, dowcipny. Był dobrą partią Pobierał rentę inwalidzką za utracony wzrok. Zarabiał bardzo dużo jako muzyk. Zapraszano go na wszystkie wesela i większe uroczystości w okolicy. Jak nikt, potrafił bawić i rozśpiewać obecnych. Sam to widziałem już w Polsce. A jego piosenki potrafię zaśpiewać do dziś. Urodziło mu się dwoje dzieci. Pierworodny Mikołaj, odziedziczył po nim wzrost, rysy i talent muzyczny. Córka Antonina (Tonia) wdała się bardziej w matkę i odziedziczył po niej ukraiński typ urody. Gdy wybuchła II wojna, (Na Wołyń przyszła w 42 roku) robił wszystko aby syna nie oddać na front. Zrzekł się renty, aby syn został uznany za jego jedynego opiekuna. Wybronił go tylko przed wojną. Nie obronił przed ukraińskimi nacjonalistami. Kiedy nastała niemiecka okupacja, w lasach zaczęli się ukrywać ci , którzy mogli spodziewać się represji. Żydzi, polscy urzędnicy. Wydawali i denuncjowali ich Ukraińcy. Do takich osób należał błąkający się samotnie po lasach Józef Sobiesiak- przedwojenny urzędnik starostwa w Maniewiczach. Wiedział ,że moi stryjowie pomagali polskim żołnierzom ukryć przed bolszewikami broń. Zwrócił się o pomoc w jej pozyskaniu. Stryjowie wskazali mu miejsce gdzie zakopano 2 furmanki z bronią i amunicją. Luźno też z nim współpracowali, kiedy stworzył oddział partyzancki. Wzmiankę o tym zamieścił w książce “Ziemia płonie”. Mając sporo materiału wybuchowego zaczął wysadzać wojskowe transporty. Ojca wykorzystywał jako zwiadowcę w celu rozpoznania zawartości wagonów. Ślepy grajek na peronie w Maniewiczach, Kowlu czy Sarnach nie wzbudzał podejrzeń Niemców, a sprytny chłopak –partyzant udający przewodnika sprawdzał co stanowi zawartość wagonów.

Los uderza po raz drugi

Tereny Wołynia w owym czasie to był partyzancki kraj. Działali tam partyzanci sowieccy przerzucani za front, współpracujące z nimi takie oddziały jak wspomnianego „Maxa”, operowały oddziały AK ale było też mnóstwo grup miejscowych nacjonalistów. Ci ostatni do największych wrogów zaliczali Polaków zamieszkujących tereny Wołynia. Ojciec mieszkał we wsi Okońsk, niedaleko Maniewicz. W okolicy nie było dużych skupisk polskich, stąd nie doszło do tak masowych rzezi, jakie miały miejsce na terenach gęsto zasiedlonych przez osadników. Niemniej jednak bulbowcy i banderowcy działający w tych okolicach nie ustawali w poczynaniach mających zmusić nielicznych Polaków do opuszczenia swoich domów.” Wizytę” złożyli także i w domu ojca. Tego wieczoru znajdował się w nim tylko córka Antosia. Ojciec prawdopodobnie wraz z żoną był zaproszony aby pograć. Kiedy wrócili, zastali wyłamane drzwi. Antosia, drobna dziewczyna zdołała wcisnąć się za piec i w ten sposób ocalała. Ale ogromny szok wywołał śmiertelną chorobę. W kilka dni później nie żyła. Ale to nie miała być jego ostatnia tragedia. Ojciec nie decydował się na wyjazd do Polski w ramach wielkiej repatriacji. Ukrainę opuściło jego całe rodzeństwo. Osiedlili się niedaleko, bo na Lubelszczyźnie. On pozostał być może ze względu na syna. Żona Mikołaja była Ukrainką i nie chciała opuścić kraju. W 1848 roku umiera na tyfus żona ojca. Jak sobie radził zdruzgotany przez kolejną tragedię, nie wiem. Myślę że przy życiu trzymał go jeszcze fakt iż pozostał syn. Mieszkał w pobliskiej wsi i ojciec nie pozostawał samotny. Ale ciężko niewidomemu człowiekowi radzić w codziennym życiu. Starym zwyczajem sąsiedzi zaczęli bawić się w swaty. Poznano go z Zofią Delach ze wsi Lisowo położonej w rejonie kowalskim. Była z mieszanej rodziny polsko-ukraińskiej i też doświadczona przez los. Matka jej umarła tuż po porodzie a ojciec ,kiedy skończyła 7 lat. Przebyte choroby lekko upośledziły słuch i wzrok. Wychowywała się przy rodzeństwie i od najmłodszych lat ciężko pracowała. Była młodsza od ojca o 12 lat ale kiedy usłyszała pytanie-Zosia chcesz zostać ze mną? -bez wahania się zgodziła. Mogła wreszcie być gospodynią u siebie. Z tego małżeństwa z rozsądku – 2 maja 1951 roku urodziłem się ja.

Wróćmy jeszcze do losów Mikołaja.

Kiedy w 1944 roku na Wołyń ponownie wkroczyła Armia Czerwona, zaczęto wprowadzać kolektywizację Największym problemem było wyszukanie odpowiednich ludzi do kierowania powstającymi kołchozami. Padło na Mikołaja. Był po tzw. „małej maturze”, lubiany przez miejscowych Ukraińców ,syn partyzanta –został przewodniczącym kołchozu w miejscowości Gradje, powiat Maniewicze. Tam przeprowadził się po zawarciu małżeństwa. Tak jak ojciec grał na „bajanie” i podobnie trudno było wyobrazić sobie wiejskie zabawy bez jego obecności. Nigdy nie odmawiał i chodził także na sąsiednie wsie. Wydawało się że nic mu nie grozi, chociaż w okolicy aż roiło się od „bulbowców” – ukraińskich nacjonalistów. Przymykał oczy na nocne rekwizycje żywności i był pewien że taka postawa zapewni mu bezpieczeństwo. Wszystkim dogodzić jednak nie sposób. Znalazł się taki, któremu nie podobały się rządy Polaka. Wiedział że działający w terenie „bulbowcy” nie zrobią krzywdy współpracującemu po cichu przewodniczącemu. Szukał innej sposobności. Kiedy w okolicy pojawił się oddział z innych rejonów, zgłosił się do współpracy. Mikołaja opisał jako tego, który będzie sprzeciwiał się zaopatrywaniu oddziału w kołchozie. Inne argumenty nie były potrzebne. Polak musiał zginąć. Mikołaj wpadł w zasadzkę, kiedy wracał z grania w sąsiedniej wsi. Miał karabin, bronił się ale amunicja się skończyła i na drugi dzień znaleziono go obdartego z ubrania, butów… Niedługo po tym zabójcy wpadli w ręce NKWD. Tłumaczyli że gdyby wiedzieli że informacje były fałszywe, nigdy by do tego nie doszło. Brat zginął w 1950roku, pozostawiając 2-letniego syna Włodzimierza. Nie doczekał przyjścia na świat drugiego dziecka. Urodzony w 1951 roku Ten na pamiątkę po ojcu otrzymał imię Mikołaj. Ojciec uznał iż dalej już nie ma po co żyć. Nie mógł zdecydować się na samobójstwo, postanowił zapić się na śmierć. Pędził i pił bimber na okrągło. Od śmierci uratowali go sąsiedzi-Ukraińcy. Przywiązywali go do łóżka, aby nie dopuścić do alkoholu. Karmili i opiekowali się aż do momentu, kiedy uznali że doszedł do równowagi. Gdyby nie oni matka zapewne nie zapobiegła by tragedii. Minęło kilka lat. Stosunki z synową nie były najlepsze. Ojciec uważał że gdyby nie namówiła Mikołaja na zamieszkanie w jej rodzinnej wsi-nie doszło by do tragedii. Zdecydował się na wyjazd do Polski. Nie było to łatwe. Panował okres stalinowski. Wszyscy zamieszkujący tereny Ukrainy zostali uznani za obywateli radzieckich. W wydawanych dowodach osobistych tzw. „sprawkach” wpisywano każdemu narodowość i obywatelstwo radzieckie. Ojciec uparł się że przyjmie ten dokument wówczas kiedy zostanie wpisana narodowość polska. Władze miejscowe były bezradne wobec takiego uporu. Nie zdecydowano się na surowe sankcje za nieposłuszeństwo zapewne z uwagi na partyzancką przeszłość i funkcję jaką pełnił syn Mikołaj. Ojciec żartował że nie bardzo mieli czym go postraszyć, bo Sybirak zsyłki się nie boi. Ale wielokrotne prośby o zgodę na wyjazd do Polski były odrzucane. Zmieniło się dopiero po śmierci Stalin. List skierowany osobiście do Bułganina -nowego ministra spraw wewnętrznych , spowodował iż mogliśmy w 1957 roku opuścić Kraj Rad.

Fragment : „Losy ojca ” Bolesława  (Borysa) Surmy   http://www.surma.pl/saga-rodu/losy-ojca.html