Kilka dni temu minęła 69 rocznica sierpniowych mordów na Wołyniu w 1943 r. Dlaczego tak trudno o tym zapomnieć? Prawda nadal jest uparcie pomijana a takie wydarzenia jak poniżej prezentowane są pokrywane fałszywą propagandą ze strony popleczników dawnych morderców z OUN-UPA. Całe lata ukrywania tej prawdy zubożyły wiedzę naszego społeczeństwa które dziś z niedowierzaniem i zdumieniem reaguje na inicjatywy środowisk kresowych uparcie domagających się upamiętnienia zarówno „Rzezi Wołyńskiej” jak całego „Ludobójstwa Polaków” na Kresach Wschodnich. Dziś kiedy ogranicza się lekcje historii w szkołach a przy tym wiele do życzenia pozostawiają jeszcze programy nauczania, musimy sami przypominać wydarzenia z naszej najnowszej tragedii narodowej.

28 sierpnia 1943 r. jak zwykle na noc Polacy opuścili swe zagrody udając się poza budynki. Ja i mój dziadek udaliśmy się do pobliskiego lasu i zaszyliśmy się pod konarami świerków. Matka i dwie siostry, z których jedna miała 19, a druga 14 lat udały się do ogrodów w pobliżu naszych zabudowań. Ojciec udał się do znajomego Ukraińca, lecz nie zastał go w domu. Jego żona zaproponowała ojcu, by zaczekał na męża, który lada chwila powinien wrócić. Ukrainiec przybył do domu bardzo późno i natychmiast wywołał ojca z domu, po czym zapytał: „Gdzie dziś podziewa się pańska rodzina?!” Ojciec odpowiedział, że rodzina ukryta jest poza budynkami, znajomy powiedział: „A to dobrze, bo dziś w nocy wasza kolonia będzie zlikwidowana białą bronią”. Na to ojciec: „To może pobiegnę o odszukam żonę z dziećmi i będziemy uciekać do miasta”. Ukrainiec zaprotestował wyjaśniając: „Na to już za późno, ponieważ w tej chwili waszą kolonię już się obstawia ale ja schowam pana u siebie w stodole”. Ojciec musiał wyrazić zgodę, ponieważ wyjścia innego nie było. Noc ta minęła spokojnie, a o świcie Polacy jak zwykle zaczęli wracać do swych domów. Gdy wróciłem z dziadkiem z lasu, w domu zastaliśmy już matkę i siostrę, które krzątały się przy obrządku inwentarza. W momencie gdy weszliśmy na podwórze od strony lasu usłyszeliśmy jakieś dzikie krzyki. Zobaczyliśmy nadchodzących od strony lasu bulbowców, rozstawionych w odstępach około 5 metrów jeden od drugiego. Uzbrojeni byli w siekiery, widły, kosy i broń palną. Jako chłopak zaproponowałem ucieczkę w odwrotną stronę na pola. Zboże było już zebrane i horyzont był bardzo widoczny. Gdy wybiegliśmy za budynki, zobaczyliśmy że i tam na polu rozstawieni są banderowcy z karabinami, w jeszcze większych odstępach od 50 do 100 metrów. Zrezygnowaliśmy z tej ucieczki, a matka krzyknęła: „Dzieci chodźcie do schronu!”. Tak też uczyniliśmy, a po około 20 minutach banderowcy wpadli na nasze podwórko i dokładnie obszukali wszystkie zakamarki budynków ale gdy nas nie znaleźli, po kilku minutach pobiegli dalej. Gdy nadeszła chwila ciszy matka wyszła ukradkiem ze schronu by wziąć z mieszkania trochę chleba, bo nie wiadomo jak długo mieliśmy tam przebywać. A gdy powróciła powiedziała, że w mieszkaniu wszystkie meble zostały poprzewracane, a szyby z okien powybijane. Banderowcy przychodzili jeszcze kilka razy i nadal szukali nas lecz bez skutku. Wreszcie nastała jakaś dłuższa chwila ciszy. Wydawało nam się że już do nas więcej nie przyjdą, a my przesiedzimy do nocy, a potem będziemy uciekać do miasta. Nasz sąsiad Józef Nowaczyński zdołał umknąć między rozstawionymi banderowcami. Uciekł do stodoły Ukraińca Miljana, który mieszkał na Ewinie. W stodole tej zastał 16 –letniego chłopca Jana Głowińskiego, który przebywał chwilowo u swego wujka Kaliniaka, mieszkającego na naszej koloni. Gdy syn Miljana, Paweł zobaczył że w ich stodole ukrywa się dwóch Polaków, sprowadził banderowców, którzy ich pojmali i wyprowadzili ze stodoły. Tak ujętych poprowadzili w stronę naszej kolonii, a po drodze postawili im warunek, że jak pokażą gdzie schowała się rodzina Schabów, darują im życie. Sąsiad Nowaczyński powiedział im, że wie gdzie Schabowie mają schron i na pewno są tam teraz schowani. Nie uszli daleko, gdy Janek Głowiński zaczął uciekać w kierunku lasu. Banderowcy zaczęli strzelać i gonić go, lecz nadaremnie. Chłopiec dopadł lasu i błąkał się tam około dwóch tygodni, podczas których kilkakrotnie wpadał w zabrudzone krwią ręce, lecz zawsze szczęśliwie uciekał. Wreszcie po wielu przejściach, niemal nagi dotarł do miasta Włodzimierz Wołyński. Natomiast Józef Nowaczyński, w nadziei że darują mu życie, przyprowadził banderowców na nasze podwórko i wskazał im schron, o którym dobrze wiedział, gdyż przed kilkoma tygodniami przynosił tutaj pożywienie swojemu bratu. Po okrążeniu schronu usłyszeliśmy głos znajomego Ukraińca, który powiedział po polsku: „Wychodzić ze schronu, to nie będziemy was bić, a jak nie wyjdziecie to wszystkich wybijemy!!” Na to matka: „Dzieci wychodzimy, to Piotr Dziuba!” Myślała, że jak znajomy, to jakiś sposób się ocalimy. Zaczęliśmy wychodzić w następującej kolejności: pierwsza matka, za nią siostry, a za siostrami ja lecz z małym opóźnieniem. Gdy mama wychodziła usłyszałem głos Nowaczyńskiego: „Panie Dziuba, można zapalić?!” Dziuba odpowiedział: „Można!” W tym momencie wychyliłem głowę przez otwór schronu. Przez gałęzie i drzewo zasłaniające otwór, zobaczyłem przez Dziubę karabin skierowany w stronę naszych oraz kilku jeszcze banderowców również z karabinami i siekierami. Wśród nich był Józef Łupinka. Zapewne było tam więcej znajomych, lecz ze strachu nie zwróciłem uwagi i cofnąłem się z powrotem do schronu. Gdy tylko się cofnąłem, natychmiast matka zawołała: „Panie Dziuba, za co pan nas zabija, przecież my tak dobrze żyli?!” A on na to krzyknął coś po ukraińsku, lecz treści nie zrozumiałem. Gdy tylko krzyknął, matka zawołała: „Dziewczęta nie uciekajcie!” Po tych słowach padły strzały. Po zaprzestaniu strzelaniny przez dłuższy czas słyszałem jęk sąsiada Nowaczyńskiego, a po kilku minutach usłyszałem głuche, silne uderzenie i jęk sąsiada zamilkł. Po zakończeniu mordu banderowcy zaczęli wesoło wykrzykiwać i śpiewać; usłyszałem takie słowa jak: „...smert Lachom!” I z tymi śpiewami odeszli z podwórza. Nastała zupełna cisza. Po dłuższej chwili wysunąłem głowę z wyjścia i ostrożnie przez szczeliny gałęzi zobaczyłem, że nikogo nie ma. Cofnąłem się do schronu i rzekłem do dziadzia: „Dziadku uciekajmy stąd bo mogą tu jeszcze wrócić, by zabrać znajdujące się tu rzeczy.” Dziadek nie bardzo chciał wychodzić lecz ja nalegałem. Wreszcie dziadek zgodził się i znów ostrożnie przybliżyliśmy się do wyjścia, a gdy upewniliśmy że nikogo nie ma, w oka mgnieniu wyskoczyliśmy ze schronu i pobiegliśmy przez sad za stodołę. W trakcie biegu spojrzałem na lewo, na podwórko, gdzie zobaczyłem leżącą na wznak matkę i leżącego na brzuchu w dużej kałuży krwi Nowaczyńskiego. Gdy dobiegliśmy za stodołę, wcisnąłem się pod podłogę dobudówki, która przeznaczona była na sieczkę i plewy. Wcisnąłem się dość głęboko, dziadek wcisnął tylko głowę, dalej nie mógł wejść. Widząc, że dziadek nie wejdzie zacząłem prosić, aby udał się w dziesiątek żyta, który stał w pobliżu. Dziadek nie chciał tam iść, obawiał się że go zobaczą ale w końcu usłuchał i niezauważony dopadł zboża, gdzie się schował. Po pewnym czasie, do przybudówki gdzie byłem schowany podszedł mężczyzna i uklęknął stawiając kolbę na ziemi. Gdy to zobaczyłem zamknąłem oczy i czekałem na strzał w głowę. Strzał jednak nie padł. Banderowiec nie widział mnie ponieważ panowała ciemność pod podłogą. Około godziny trzynastej podszedł i zajrzał do mnie drugi człowiek. Rozpoznałem jego twarz, mieszkał w naszej kolonii, a jego żona była Polką. Wiedząc, że człowiek ten jest dobry dla Polaków, zapytałem: „Panie Borys jak wygląda sytuacja?” Na to on: „Nie, Nie! Siedź tu do wieczora, a w nocy uciekaj do miasta, ja chodzę z tyłu i zakopuję zabitych.” Podgarnął pod podłogę jeszcze trochę ziemi, by zmniejszyć szczelinę i odszedł. Po odejściu słyszałem kroki osób krzątających się przy zaciąganiu zwłok rodziny do dołu. Nie mogłem zorientować się, w którym miejscu chowali, gdyż byłem z drugiej strony stodoły. Po odejściu osób, które chowały zwłoki, zobaczyłem kobietę, która wypędzała nasze bydło, pędząc je zapewne do swojej zagrody, wynosiła również odzież i inne przedmioty z naszego mieszkania. Kobiety tej nie poznałem, gdyż spod podłogi widziałem tylko nogi. Niemniej musiała to być nasza sąsiadka Ukrainka. Przesiedzieliśmy w tych ukryciach do wieczora, po czym wysunąłem się z pod podłogi i na brzuchu przesunąłem się do zboża, w którym siedział dziadek. Zaproponowałem mu ucieczkę do lasu. Dziadek nie chciał uciekać, gdyż było jeszcze za widno ale cofnąć się z powrotem też nie mogłem, gdyż znów usłyszałem jakieś głosy zbliżające się od zabudowań. Szarpnąłem dziadka za rękę i na brzuchach zaczęliśmy odsuwać się do najbliższej miedzy, a dalej bruzdą przy miedzy odsunęliśmy się od budynków o około 500 metrów w pole. Zaczęliśmy biec chyłkiem do lasu znajdującego się od strony miasta. W czasie ucieczki przez pole, cały czas słyszeliśmy krzyki i strzelaninę na opuszczonej przez nas kolonii. Gdy podbiegliśmy do traktu dzielącego kolonię i las, zobaczyliśmy chodzące patrole banderowców w odstępach 20 i 30 metrów. Zatrzymaliśmy się na chwilę by poczekać na większą przestrzeń patroli. Chcieliśmy przebiec między nimi i dopiero około godziny 24.00 zdecydowaliśmy się na ucieczkę, ponieważ dalsze wyczekiwanie nic by nie dało. Gdy tylko jeden z patroli minął nas na odległość około 10 metrów, szarpnąłem dziadka i w mgnieniu oka przeskoczyliśmy na drugą stronę. Bulbowcy zauważyli nas, zaczęli nas gonić i strzelać. Na szczęście było ciemno i ukazał się nam natychmiast las. A gdy dopadliśmy krzaków wpadliśmy w gęstą tarninę. Bulbowcy po chwilowym przeszukaniu krzaków, oddalili się na swoje miejsca, a my ostrożnie oddaliliśmy się w głąb lasu. W lesie tu i ówdzie słychać było strzały, by w ten sposób odstraszać i nie dopuszczać do ucieczki niedobitków. Pomimo tego ruszyliśmy przez las do miasta. Las ciągnął się przez około 15 km Pokonując drogę przez różnego rodzaju krzaki i bagna, nad ranem znów znaleźliśmy się pod swoją kolonią. Postanowiliśmy wówczas odczekać w krzakach cały następny dzień, a nocą znów udaliśmy się w drogę. Tym razem udaliśmy się do małej rzeczki i zanurzeni po uszy w wodzie powoli przesuwaliśmy się w stronę miasta. Gdy się rozwidniło, byliśmy już w pobliżu niemieckiej placówki stacjonującej we Włodzimierówce, odległej od Włodzimierza około 3 km. Ujrzawszy Niemców wyszliśmy z rzeczki i prawie nadzy i brudni udaliśmy się w ich kierunku. Po dłuższych badaniach przyjęli nas, śmiejąc się z naszego dziwnego wyglądu. We Włodzimierówce umyliśmy się ubraliśmy w daną nam przez tutejszą ludność odzież, a następnie udaliśmy się do Włodzimierza gdzie mieszkał mój stryjek. Po kilku dniach do Włodzimierza przybył mój ojciec, którego w czasie rzezi przechowywał, poprzednio wspomniany już Ukrainiec. Po latach; A gdy dochodziliśmy do zagrody Dziuby, Michał wskazał mi Dziubę krzątającego się w ogrodzie w odległości 15 metrów od nas. Gdy go zobaczyłem, krew uderzyła mi do głowy i chwilami myślałem, że doskoczę do niego by pomścić rodzinę, a chwilami że nie wolno dokonywać samosądu, zwłaszcza że jestem na obcej ziemi. Gdy dochodziliśmy do samochodu zatrzymałem się na chwilę, aby obmyć buty. Zatrzymała się przy mnie żona Michała, Nadia, a gdy żegnałem się z nią, powiedziała: „Zdzichu rób coś, nie daruj i gdybyś mógł nie włączaj nas w tę sprawę.” Przytaknąłem jej i odszedłem do samochodu.

Wybrany fragment z artykułu „ WSPOMNIENIA ZDZISŁAWA I REGINY SCHAB

Z KOLONII WŁADYSŁAWÓWKA W POW. WŁODZIMIERZ WOŁYŃSKI NA WOŁYNIU 1935 – 1944”

Których wysłuchał, spisał i opracował Sławomir Tomasz Roch w 2009 r. Więcej o zagładzie Władysławówki art. „Wspomina Regina Schab z d.Kaliniak” http://wolyn.org/index.php/wspomnienie-woynia/67-wspomina-regina-schab-z-dkaliniak-cz-ii.html.


GTranslate

plbebgzh-TWhrcsdanlenetfrgldeelhuitjalvltnoptrorusrskslessvukyi

Włamanie do serwisu

Strona odtworzona po ataku hakerskim. W przypadku dostrzeżenia braków i niespójności z poprzednią zawartością serwisu oraz w celu zgłoszenia ew. uwag prosimy o kontakt z nami.

Wołyń naszych przodków

wp8.jpg
Czytaj także

 

 

Rzeź Wołyńska

lud6.jpg

Szukaj w serwisie

Gościmy

Odwiedza nas 405 gości oraz 0 użytkowników.

Statystyki

Odsłon artykułów:
7429271