Gdy stacjonujący w Witoldowie, w domu dziadka, sowiecki kapitan usłyszał jego wołanie, że wybuchła wojna, wyszedł na ganek, przetarł oczy, spojrzał w niebo, machnął ręką i powiedział - dieduszka idi spać, eto maniowry. - Odwrócił się na pięcie i wrócił do łóżka. – wspomina Zygmunt Maguza - Kanonada idąca do Bugu tymczasem rosła. Słychać było działa i długie serie karabinów maszynowych. Choć było jeszcze ciemno, na wołyńskim niebie pojawiły się eskadry samolotów lecących na wschód. Dziadek od razu domyślił się, że to niemieckie. Stałem obok niego i obserwowałem wybuchy. Wkrótce zaczęło świtać. Wtedy zobaczyliśmy z dziadkiem zbliżający się oddział niemiecki. Kilkunastu żołnierzy przeszło przez żyto w szyku, który w taktyce wojskowej określa się żmijką. Wkroczyłem do izby zajmowanej przez radzieckiego kapitana z okrzykiem - Giermancy idut. Ten zerwał się jak oparzony. Zdążył tylko naciągnąć spodnie i dał nura w zboże po drugiej stronie domu. Gdy Niemcy przeszli, wrócił do domu i prosił o cywilne ciuchy. Ostatecznie wymieniliśmy się spodniami. Moje miały dziury na kolanach, ale na niego pasowały. Ja założyłem jego spodnie i mało za to nie zapłaciłem życiem. Jak Niemcy na dobre wkroczyli do wioski, to chcieli mnie rozstrzelać. Wzięli mnie bowiem za zabłąkanego żołnierza.

Rus czy Polak?

- Oficer, który nimi dowodził  na szczęście zapytał mnie - Rus?. - Odpowiedziałem- nein! To mnie chyba uratowało. Oficer kazał mi jeszcze zdjąć czapkę i jak zobaczył, że mam długie włosy, machnął ręką. Radzieccy żołnierze byli strzyżeni na tzw. zero. Niemcy zatrzymali się w wiosce na krótki postój. Od razu przy studni myli się i golili, zdjęli mundury. Byli świetnie ubrani, wyekwipowani. Gdy ruszyli, wyszedłem na drogę, którą jeszcze niedawno jeździły sowieckie ciężarówki wożące cement i inne materiały do budowy bunkrów i innych umocnień w pobliżu wioski. Wkrótce pojawił się na niej lśniący, odkryty, czarny mercedes. W środku siedział  niemiecki generał. Gdy samochód mijał mnie, kazał kierowcy stanąć. Skinął na mnie i wziął do ręki mapę i zapytał - Witoldówka? - Nein herr ofizzier- odpowiedziałem dodając - Witoldów! On popatrzył jeszcze raz na mapę i po chwili przyznał - ja, ja! – Machnął ręką i kazał kierowcy jechać dalej. Słychać było tylko, jak przez radiostację wydawał rozkazy. Wkrótce przez wieś przewaliła się cała kolumna wojsk niemieckich. Była zmotoryzowana i znakomicie się prezentowała. Po raz pierwszy zobaczyłem wtedy ciężkie działa ciągnięte przez samochody. Później, gdy zostałem już oficerem WP zainteresowałem się, który to niemiecki generał przejeżdżał przez Witoldów. Udało mu się ustalić, że był to generał Walter von Brauchitsch. Z porównań armii sowieckiej i niemieckiej od razu można było wywnioskować, że dla Sowietów przyszły ciężkie czasy.

Odzyskanie ojcowizny

Gdy przewaliło się niemieckie natarcie, pan Zygmunt podjął działania na rzecz odzyskania ojcowizny, czyli zarekwirowanego przez władze sowieckie gospodarstwa rodziców wywiezionych na Sybir. Poszedł załatwiać sprawę z dziadkiem Julianem Stankiewiczem, został wysłuchany przez szefa niemieckiej administracji. Ten zareagował błyskawicznie. Napisał pismo do rejonu w Porycku, w którym stwierdził, ze skoro odnalazł się właściciel gospodarstwa, to powinno ono mu być bezwzględnie zwrócone. Sam osobiście zawiózł je do szefa administracji w Porycku.

-Nazywał się on Pokytko - wspomina Zygmunt Maguza. - Napisał z kolei list do sołtysa w Chrynowie, w którym stwierdzał, że jestem właścicielem gospodarstwa w tej miejscowości i prosił go o okazanie pomocy w objęciu majątku. Z pismem tym przyjechałem do Chrynowa. W naszym domu rodzinnym mieszkała osadzona przez Sowietów ukraińska rodzina wysiedlona znad Bugu przy czyszczeniu pasa granicznego. Pokazałem jej pismo oświadczając, że gospodarstwo stanowi moja własność i będę je teraz sam prowadził. Ukrainiec stanowiący głowę tej rodziny pismo przeczytał i powiedział, że w takim razie wyjadą na stare miejsce. Następnego dnia już ich nie było. Grzecznie wyjechali, zostawiając gołe ściany. Gdy wyjeżdżali i Ukrainiec przyszedł się pożegnać, odruchowo zajrzałem do skrytki w kuchni za półkę, w której schowane były odznaczenia ojca: Krzyż Virtuti Militari i Krzyż Walecznych z dwoma okuciami. Ukrainiec widząc to, od razu uspokoił mnie mówiąc szybko- Ordiena jest, jest! – istotnie były. Widocznie znalazł je, ale uszanował...

Zaczął gospodarzyć

Wkrótce przyjechał do Chrynowa dziadek pana Zygmunta i pod jego komendą zaczął on gospodarzyć. Pomagali mu też w pracach polowych sąsiedzi. Wydawało się, że wszystko się ułoży. Udało mu się odzyskać nawet kasztankę ojca, która ciągnęła drezynę z Iwanówki do Porycka, przewożąca ludzi - wspomina z uśmiechem Zygmunt Maguza. Powoził nią Ukrainiec. Powiedziałem mu, że to mój koń zrabowany z gospodarstwa ojca o pokazałem pismo głowy administracji w Porycku. Ten nie protestował i konia zwrócił. Wsiadłem na kasztankę i na oklep pojechałem do dziadków do Witolowa. Byłem bardzo zadowolony. Nie przypuszczałem, że koń ojca kilkakrotnie później uratuje mi życie. W Witoldowie zaprzęgaliśmy kasztankę do wozu i pojechaliśmy do Chrynowa. Ojciec miał duży sad, w którym chcieliśmy narwać jabłek, żeby je sprzedać i mieć jakieś środki na początek gospodarowania. Gdy przyjechaliśmy do Chrynowa i zaczęliśmy pracować w sadzie, po raz pierwszy przyszło nam zetknąć się z ukraińską nienawiścią i nacjonalizmem. Gdy dziadek zrywał jabłka w sadzie ojca, a ja odbierałem od niego koszyki, poszedł do nas sąsiad Ukrainiec, z którym mój ojciec był zaprzyjaźniony, w jego wypchanej kieszeni od razu zauważyłem pistolet. Przywitałem się jednak z nim bardzo serdecznie.

Zastrzelili wiele osób

- On spojrzał mi w oczy i zaczął się trząść. Obejmował ręką kieszeń, w której miał pistolet, ale nie był go w stanie wyciągnąć. Odwrócił się i uciekł. W kilka tygodni później zaprosił mnie do siebie. Wyjął bańkę bimbru, z której sam sobie nalewał. Mnie też częstował, ale nie chciałem pić. Miałem wtedy przecież 16 lat. On na to nie zważał, ale przy trzecim czy czwartym kieliszku oświadczył.- Ty taki dobry sąsiad, a ja ciebie chciał ubity - Wtedy rozeszliśmy się w zgodzie. Wkrótce, gdy byłem na polu zabrać pozostawiona tam bronę, do Chrynowa wkroczyli Niemcy. Na miejscu za stodołami zastrzelili wiele osób, w tym moich sąsiadów. Przypuszczam, że gdybym z ową broną się pospieszył, także zostałbym zastrzelony. Leżałem na polu i obserwowałem całe zdarzenie. Później pomagałem w pogrzebie sąsiada, który chciał mnie zastrzelić. Dźwigałem m.in. jego ciało do domu.

Szybko się jednak okazało, że Ukraińcy „nie odpuścili” panu Zygmuntowi. Bojówki OUN kontynuowały bowiem proces „dobijania” resztek patriotycznego elementu, za który nacjonaliści ukraińscy uznawali zwłaszcza rodziny osadników wojskowych. Gdy pan Zygmunt wrócił na gospodarstwo rodziców i „przegonił” z niego ukraińską rodzinę, został uznany  za wroga numer 1 w Chryniowie. On sam o tym jednak nie wiedział i nie przypuszczał, że Ukraińcy zaprzyjaźnieni z jego rodziną będą chcieli go zabić. Nie mieściło się mu to w głowie. W kilka tygodni po pogrzebie sąsiada bojówkarze z OUN przypomnieli mu, że nie wyrównali z nim jeszcze rachunków.

Wyjął pistolet i strzelił

- Radliłem ziemniaki – wspomina – Jak tylko przejechałem jedną bruzdę, z kolejnej podniósł się Ukrainiec, który powiedział - Maju tebe ptaszku!- Wyjął pistolet i strzelił do mnie! Ja zdążyłem uchylić głowę i kula poszła w powietrze. Ukrainiec zrezygnował wtedy z zastrzelenia mnie na miejscu, kazał mi wziąć konia i iść w stronę gospodarstwa należącego niegdyś do kpt. Michaliszyna, w którym bojówkarze z OUN zorganizowali sobie punkt zborny. Na jego podwórku stało kilka furmanek. Gdy podszedłem do niego, mój koń chciał się napić. Gdy to uczynił uznałem, że nie ma na co czekać, wskoczyłem na niego i pognałem na oklep w stronę Oktawina, gdzie mieszkał mój kolega Michał Okulski. Ukraińcy krzyczeli za mną - Styj, styj! Oddali też kilka strzałów oczywiście się nie zatrzymałem. Gdy jednak przybyłem do Michała, ten oświadczył, ze muszę uciekać dalej, bo tu Ukraińcy i tak mnie znajdą... Pojechałem znów do dziadków. Po jakimś czasie coś mnie jednak korciło, żeby zajrzeć do domu rodzinnego. Podjechałem do gospodarstwa od strony sadu, uwiązałem kasztankę przy drzewie i zacząłem skradać się do domu.

Pod ścianą stodoły

„Spotkali mnie polscy sąsiedzi. Blacharz, Stasiu Krzysztoń, Wacław Mańkut. Zobaczyli, że jadę koniem i przyszli mnie ostrzec, że Ukraińcy wydali na mnie wyrok śmierci. Weszliśmy ukradkiem do domu, żeby zastanowić się, co robić dalej. Nie zrobiliśmy tego przez widoczne z drogi drzwi, zamknięte na kłódkę, ale przez okno. Zdążyliśmy tylko zasiąść przy stole, a już na podwórku pojawili się dwaj Ukraińcy Wyjęli pistolety i zaczęli się dobijać do drzwi. Stasiu Krzysztoń złapał siekierę, która stała w sieni i krzyknął, że zabije każdego , kto będzie się wdzierał przez drzwi. Ukraińcy uciekli chcąc sprowadzić swoich kompanów siedzących niedaleko na trzech furmankach. Widząc to wyskoczyliśmy przez okno i uciekliśmy w zboże. Po pewnym czasie, już pod wieczór, gdy wszystko ucichło uznałem, że nie ma na co czekać, tylko odwiązać konia od drzewa i zabierać się stąd. Gdy jednak zbliżyłem się do konia, z mojej strony wyskoczyło trzech Ukraińców z pistoletami. Stanąłem jak sparaliżowany. Oni zaś kazali mi stanąć pod ścianą stodoły i przygotowywali się, by mnie zastrzelić. Nie prosiłem ich, żeby mi darowali życie, tylko w kółko powtarzałem - za co wy mnie zabijecie? - za co wy mnie zabijecie? Oni zamiast mnie zastrzelić, zaczęli się kłócić. Uznali, że zaprowadzą mnie do domu Witczaka na Oktawin, a potem mnie zabiją. Chcieli, żebym zapukał do niego i poprosił, żeby otworzył drzwi i mnie wpuścił. Wiedzieli, że jest to Polak, który ma broń i bali się na niego napaść. Liczyli, że posłużą się mną do wywabienia go z mieszkania. Po drodze wstąpiliśmy do gospodarstwa Michaliszynów, gzie zatrzymała się ukraińska bojówka. Gdy weszliśmy do środka okazało się, ze obszerny dom był pełen jej członków. Większość spała.

Zdołał uciec

- Część przy stole, a reszta na podłodze. Gdy na chwilę zatrzymaliśmy się w domu, wpadła nagle sąsiadka Michaliszynów, prosząc o pomoc przy porodzie cielaka. Kilku Ukraińców się podniosło. Powiedziałem, że też mogę pomóc, bo asystowałem już przy cieleniach krów. Gdy wyszliśmy na dwór, a było już ciemno, natychmiast dałem nura w bok. Ukraińcy zaczęli mnie gonić. Myśleli jednak, że będę uciekał w stronę lasu. Ja jednak pobiegłem w przeciwną stronę w zboże. Oni, gdy się zorientowali, także to uczynili i zaczęli strzelać. Ostatecznie jednak zdołałem uciec. Gdy przestali mnie gonić nieco odpocząłem, a później poszedłem spać do stodoły Fajfrów. Rano wyjechałem z Chrynowa i ukrywałem się później u wielu znajomych i rodziny w okolicy. Pomagałem im w prowadzeniu gospodarstwa. Od czasu do czasu zaglądałem do Chrynowa, ale starałem się czynić to ostrożniej, by Ukraińcy mnie nie złapali. Tak udało mu się przetrwać do lipca 1943 r., kiedy to Ukraińcy przeprowadzili w okolicy totalną czystkę etniczną. Na dwa dni przed mordem przyjechałem ponownie w rodzinne strony. Postanowił zajrzeć do Okulskich w Oktawinie. Przyjechałem jak zwykle na koniu.

Zamurowało mnie

- Najpierw z dużej odległości przyjrzałem się wsi - wspomina. - Wyglądało, że wszędzie jest spokojnie.  Nigdzie nie dostrzegłem śladu ukraińskiej bojówki. Zajechałem więc śmiało do Okulskich sądząc, że nic mi nie grozi. Głód mi dokuczał coraz bardziej i sądziłem, że Okulscy mnie nakarmią. Zdążyłem się z nimi przywitać, kiedy na podwórku zjawiło się na rowerach dwóch Ukraińców z Dziegciowa, którzy patrolowali okolicę. Jednego z nich znałem, nazywał się Leon Rybka. Przeszli rpzez sień, małą kuchenkę i weszli do pokoju, w którym siedzieli Okulscy, ja i ich mała córeczka w kołysce. Ukraińcy stanęli jak wryci. Znali mnie dobrze od małego. Byłem gościem na weselu Rybki. Moja mama z Okulskim byli chrzestnymi jego córki. Przez myśl by mi nie przeszło, że może być do mnie źle nastawiony. Tymczasem on ni stąd, ni zowąd wyjmuje pistolet i chce mnie zastrzelić. Zamurowało mnie, nie byłem zdolny zrobić korku. Michał Okulski złapał zaś go za rękę z pistoletem, nie pozwalając mu strzelać. Zaczął też krzyczeć - Leon nie ubywaj! - Drugi z bojówkarzy zbaraniał.

To byli Ukraińcy

- Nie wiedział, czy ma do mnie strzelać, czy nie. Leokadia Okulska narobiła też dużego lamentu. Krzyczła - ne zabywajte w chacie! - Córeczka Okulskich słysząc, że matka krzyczy, także zaczęła wrzeszczeć. Ja zaś stałem jak wryty i nie wiedziałem, co robić. Michał Okulski mocno trzymający rękę swojego kuma krzyknął do mnie - uciekaj!- Wyrwałem się z ich chaty i zatrzymałem się dopiero na skraju lasu. Przesiedziałem tam aż do wieczora. Gdy się ściemniło, postanowiłem podejść bliżej domostwa Okulskich. Mieli oni tam stertę słomy, w której postanowiłem się ukryć i przespać noc. Gdy się jakoś umościłem, usłyszałem ściszone okrzyki – Zygmuś!, Zygmuś! Bałem się wyjść z ukrycia. Ukraińcy mogli przecież zmusić Okulskiego, by mnie wywołał. Głód spowodował jednak, że się przemogłem. Okulski szukał mnie sam. Powiedział, że Ukraińcy już odjechali . Przyprowadził mnie do gospodarstwa i ukrył w stodole. Wcześniej jego żona dała mi pajdę chleba i kawał słoniny. Rano kazał mi wsiąść na konia i pojechać do jego rodziców mieszkających w Hobułtowej i tam na jakiś czas się przechować. Tam jednak również było niebezpiecznie. Spędziłem u nich tylko jedną noc i pojechałem do dziadków, których dom od Hobułtowej znajdował się o jakieś 18 km. Dziadek się ucieszył. Babcia mniej. Okazało się, że Ukraińcy także mnie u nich szukali. W nocy obudził mnie na podwórku rumor. Po chwili ktoś zaczął burzyć w okno. Nie miałem wątpliwości, To byli Ukraińcy...

Marek A. Koprowski

Źródło;//www.kresy.pl/


GTranslate

plbebgzh-TWhrcsdanlenetfrgldeelhuitjalvltnoptrorusrskslessvukyi

Włamanie do serwisu

Strona odtworzona po ataku hakerskim. W przypadku dostrzeżenia braków i niespójności z poprzednią zawartością serwisu oraz w celu zgłoszenia ew. uwag prosimy o kontakt z nami.

Wołyń naszych przodków

wp12.jpg
Czytaj także

 

 

Rzeź Wołyńska

lud6.jpg

Szukaj w serwisie

Gościmy

Odwiedza nas 521 gości oraz 0 użytkowników.

Statystyki

Odsłon artykułów:
7320687