Wspomnienia Jana Józefa Donajskiego

Józef Donajski mieszkaniec kolonii Radomle pow. Kowel został 15 sierpnia 1939 roku zmobilizowany do 50 pułku Strzelców Kresowych w Sarnach. Brał udział w walkach na Pomorzu gdzie dostał się do niewoli niemieckiej. Przetrzymywany wraz z innymi jeńcami przez siedem dni bez wody i jedzenia w Terespolu Pomorskim zostaje przeniesiony do lagru w okolice Stargardu. Podejmuje dwukrotnie nieudane próby ucieczki. Osadzony w karnym lagrze w okolicach Szczecina pracuje przy budowie autostrady. Przeniesiony do majątku ziemskiego w okolicy Neubrandenburga po raz trzeci ucieka, tym razem skutecznie.

Mobilizacja
W dniu 15 sierpnia 1939 roku wcześnie rano sołtys dostarczył mi wezwanie mobilizacyjne do 50 pułku Strzelców Kresowych w Sarnach.
Po zameldowaniu się w pułku otrzymałem przydział do ćwiczenia rekrutów z dyspozycją pozostania w Sarnach. Sprzeciwiłem się chcąc jechać na front. Okazało się jednak, że nie ma dla mnie munduru. Wychodząc przygnębiony spotkałem sierżanta, pytam czy nie załatwił by mi munduru, twierdzi, że to zupełnie niemożliwe. Miałem eleganckie cywilne ubranie więc zaproponowałem sierżantowi zamianę na jego mocno podniszczony mundur. Zgodził się chętnie. Po kilku minutach zameldowałem się u dowódcy w mundurze i dostałem przydział do oddziału frontowego.

Załadowaliśmy się do pociągu, gdzie jako obserwator miałem miejsce na dachu wagonu. Jedziemy na północ na Pomorze. Wyładunek nastąpił w jakimś opuszczonym niemieckim majątku. Rozpoczęły się przygotowania: kucie koni, sprawdzenie wyposażenia. Wymarsz nastąpił 1 września. Już w marszu widzieliśmy jak na majątek przed chwilą przez nas opuszczony spadły bomby. Rozpoczęła się wojna, na pierwszej linii trwają walki. Mój młodszy brat Stefan będący w służbie czynnej jest wraz ze swoim oddziałem w akcji...

Ucieczka z niewoli niemieckiej
Do niemieckiej niewoli dostałem się we wrześniu 1939 r. w okolicach Terespola Pomorskiego, gdy oddziały armii gen. Bortnowskiego usiłowały wycofać się z korytarza pomorskiego za Wisłę. Ranny i przetrzymywany w różnych obozach jenieckich, początkowo w nieludzkich warunkach, gdy odzyskałem siły podjąłem próbę ucieczki, niestety nieudaną. Ponowna ucieczka również się nie udała. Po kilkudniowych przesłuchaniach, pobycie w karcerze, zostałem wysłany do karnego majątku ziemskiego.

Doświadczenia z pobytu w niewoli i nieudanych ucieczek sprawiły, że miałem już pewne przygotowanie do radzenia sobie w tak trudnej dla człowieka sytuacji. W karnym majątku ziemskim byłem podkuwaczem koni. Warunki były tu ciężkie, wyżywienie bardzo kiepskie. Niemcom zależało na wydajnej pracy, miałem więc kuć dziennie cztery konie. Ponieważ jedzenie było marne kułem mniej twierdząc, że nie mam siły, zaczęli dawać mi drugie śniadanie. Pewnego dnia strażnik kazał nam ustawić się w szeregu mówiąc, że przyjechał po nas kupiec. Wysoki Niemiec chodził wzdłuż szeregu, pytał co kto potrafi robić. Gdy powiedziałem, że jestem podkuwaczem wybrał mnie. Poszedł załatwiać jakieś sprawy do biura, może rzeczywiście płacić za kupionego "niewolnika", kazał mi czekać przy samochodzie. Gdy wrócił powiedział, że jedziemy do Neubrandenburga. Usiadł za kierownicą, mnie kazał siadać obok. Gdy wjechaliśmy do lasu skręcił nagle w linię oddziałową i stanął. Byłem przekonany, że to koniec, że Szwab zastrzeli mnie na tym odludziu. Gdy sięgał po teczkę myślałem, że wyjmie pistolet. Już miałem się na niego rzucić w desperackim odruchu ratowania życia, on spokojnie zapytał czy jestem głodny. Z teczki wyjął kanapki i wino.

W majątku ziemskim w okolicy Neubrandenburga pracowałem w kuźni. Nocowałem wraz z innymi pracującymi na polu w strzeżonym i zamykanym baraku. Na noc zabierali nam ubrania i buty. Niemiec właściciel majątku ten, który przywiózł mnie, często wypytywał co w domu. Dostawałem już listy od rodziny a nawet paczkę z ubraniem od brata. Niemiec zarządził, że mam dostawać drugie śniadanie od niego, płacił mi też dodatkowo w tajemnicy prawdziwymi markami, normalnie dostawaliśmy tzw. "lager marki".

Przygotowywałem ucieczkę, planowałem rozpocząć ją w połowie sierpnia wcześniej niż pierwszą, która rozpoczęła się we wrześniu 1940 r. Chodziło o to aby na polach i w ogrodach były jeszcze warzywa mające stanowić główne źródło wyżywienia. Umówiliśmy się, że ucieka nas siedmiu. Rozpoczęły się przygotowania, gromadzenie zapasowej odzieży, dorabianie klucza do otwarcia drzwi, wykonanie kompasów. Pracowałem w kuźni więc wykonanie klucza i kompasów należało do mnie. Z kluczem sprawa była prosta, ponieważ drzwi do pomieszczenia w którym spaliśmy zamykane były na ciężką żelazną sztabę a skobel tej sztaby przykręcony był zwykłą nakrętką od wewnątrz pomieszczenia wystarczył więc prosty klucz o rozmiarze tej nakrętki. Nakrętka skobla zamaskowana była futryną drzwi. Wykonanie elementów kompasów również nie stanowiło problemu. Kłopoty pojawiły się przy magnesowaniu wskazówek. Kolega podjął się tego zadania twierdząc, że bez problemu dokona tego przy pomocy prądu. Udając chorego pozostał sam w pokoju i jak opowiadał cały dzień walczył z prądem, lecz czy to z braku odpowiednich narzędzi czy też umiejętności niczego nie osiągnął. Igły namagnesowałem dopiero od magnesu prądnicy w samochodzie.

Właściciel majątku domyślał się co planuję, namawiał abym poczekał aż Niemcy pobiją Sowietów, wtedy on załatwi przepustkę i będę mógł odwiedzić rodzinę na niemieckim Wołyniu. Pewnego ranka wchodząc do warsztatu zauważyłem leżący na kowadle młotek. Było to niezwykłe, gdyż kowadło po pracy zawsze było wycierane a narzędzia ułożone. Pod młotkiem znalazłem kartkę z napisem po niemiecku "Boże prowadź". Na ścianie warsztatu wisiała kurtka a w kieszeni znalazłem starą napoleońską mapę Europy.

Przed ucieczką umówiliśmy się, że jeżeli ktoś z nas zachoruje w drodze i po trzech dniach nie będzie w stanie kontynuować marszu pozostali bez żalu i pretensji pozostawią go samego. Ustalenia takie były następstwem doświadczenia z pierwszej ucieczki w 1940 r. kiedy to jeden z kolegów Alfons Piontek ciężko zachorował i po kilku dniach czekania nadal nie miał sił na dalszy marsz. Usiłowaliśmy go nieść, lecz on widząc nasze osłabienie kategorycznie żądał aby go pozostawić. Został w krzakach na skraju lasu, nieopodal jakiejś niemieckiej wsi. Następnej nocy zawróciliśmy jednak do miejsca gdzie pozostał nasz kolega, lecz jego już nie było. Znacznie później, już po wojnie opowiedział mi Alfons jakie były jego losy. Nad ranem znalazł go pastuch, który okazał się szczęśliwie Polakiem pracującym w niemieckim majątku. Ukrył chorego w budzie pasterskiej, podleczył go i nakarmił, gdy nabrał nieco sił odprowadził do swojego znajomego w sąsiedniej wsi. Prowadzony w ten sposób od wsi do wsi od znajomego do znajomego Piontek dotarł do Bugu. Po przepłynięciu rzeki, gdy był już prawie w domu złapali go Sowieci. Potraktowany jak szpieg został osadzony w więzieniu w Kowlu. Z więzienia wypuścili go ci od których uciekał -Niemcy po zajęciu Kowla w 1941r. Nas z kolei Niemcy złapali kilka dni po pozostawieniu Piontka gdy zbliżyliśmy się do wsi w poszukiwaniu wody i jedzenia.

Dostałem list od szwagra Marcelego Kalińskiego z Kowla, pisał o zmianach jakie zaszły na Wołyniu po wejściu wojsk niemieckich, radził aby uciekać właśnie teraz gdy zamieszanie największe.

W nocy 14 sierpnia 1941r. uciekamy odkręcając sztabę zamykającą drzwi. Gryczewski wtajemniczony w plany ucieczki, nie idąc z nami z powodu choroby, przykręcił sztabę od wewnątrz i założył futrynę drzwi maskując skutecznie drogę naszej ucieczki. Jak opowiadał mi później, zwolniony do domu z powodu długiej choroby, Niemcy nie mogli ustalić jak uciekliśmy. Rano strażnik po otworzeniu drzwi sądził, że brakuje tylko mnie, gdy przybyła żandarmeria okazało się, że brak siedmiu i brak śladów ucieczki. Strażnik został natychmiast aresztowany.

Kierujemy się na południowy wschód na Wołyń
Teren był solidnie ogrodzony, lecz przez wcześniej obluzowaną deskę w ubikacji stanowiącej fragment ogrodzenia wychodzimy na zewnątrz. Idziemy całą noc na zachód w odwrotnym od domu kierunku, wchodząc w napotkane pryzmy obornika dla utrudnienia pracy psów ewentualnego pościgu. Dzień spędzamy w zaroślach. Następnej nocy rozdzielamy się czwórka kieruje się na północny wschód to mieszkańcy Litwy i Białorusi. Władysław Kołakowski, Andrukajtis i ja idziemy bardziej na południe na Wołyń. Idziemy tylko nocami, ustalając ogólny kierunek przy pomocy starej mapy i kompasu. Jako punkty orientacyjne mamy gwiazdy, po kilku dniach znamy wszystkie na wschodzie, nadajemy im nasze nazwy. Unikamy wsi i ludzi trzymając się lasów i zarośli. Jemy to co uda się nocą znaleźć na polach. Mniejsze rzeki przechodzimy po nie strzeżonych mostkach i kładkach. Odrę przepływamy przy pomocy pływaków z sitowia.

W lasach w okolicach Poznania natknęliśmy się niespodziewanie na samotną kobietę, jest Polką, pytamy więc czy może nam dać lub sprzedać chleba, odmawia tłumacząc, że jej mąż leśniczy, jest zagorzałym hitlerowcem i ona nie może nam pomóc. Skierowała nas jednak do gospodarstwa polskiej rodziny twierdząc, że tam na pewno nam pomogą. Idziemy nieufnie obawiając się podstępu. Ostrożnie podchodzimy do zabudowań umówieni w ten sposób, że ja pukam do drzwi, koledzy przy stodole ukryci obserwują. Gdyby zaczęło dziać się coś niedobrego podpalą i uciekamy. Drzwi otwiera zakonnica, pytam czy może sprzedać mi coś do jedzenia, popatrzyła i rozpłakała się. Zajęła się nami bardzo serdecznie, nakarmiła i zaproponowała nocleg , sprzeciwiając się stanowczo gdy chcieliśmy jak najszybciej opuścić gościnny dom i nie narażać gospodarzy. Zapewniła, że ze strony żony leśniczego nie grozi niebezpieczeństwo. Gertruda Wiśniewska zakonnica pielęgnująca w rodzinnym domu ciężko chorego ojca zajęła się tak troskliwie wynędzniałymi uciekinierami. Do dziś na wspomnienie tamtych chwil pojawiają się łzy wdzięczności . Zostawiłem adres do domu z prośbą o powiadomienie rodziny, że za piętnaście dni będę z nimi. List dotarł szybko ja natomiast spóźniłem się o dziesięć dni, więc rodzina mnie już opłakiwała.

Idę teraz sam
Po odpoczynku ruszamy w dalszą drogę, nadal idziemy tylko nocami. Wisłę przepływamy na znalezionej przy brzegu starej łodzi. Po dobiciu do przeciwległego brzegu, któryś z kolegów szepnął, Niemcy, uciekamy w krzaki i po chwili orientuję się, że jestem sam. Dziwne, nieprzyjemne uczucie. Mieliśmy umówione sygnały miauczenie, szczekanie itp. więc miauczę i czekam na odpowiedź. Świta, ścieżką ktoś idzie, chwila nadziei, że kolega, okazuje się jednak, że to kobieta. Śmiało podchodzę, jestem przecież w Polsce, pytam co to za miejscowość, mocno zdziwiona wyjaśnia, że są to lasy podwarszawskie, tłumaczy jak najwygodniej przejść najbliższą okolicę, pokazuje mi kierunek na Lublin życząc szczęśliwej drogi. Idę teraz sam.

Na Lubelszczyźnie przedzierając się o świcie w gęste krzaki aby spędzić tam spokojnie dzień, na niewielkiej polance spostrzegam nagle szereg żołnierzy w sowieckich mundurach. Przez chwilę nie mogłem zrozumieć co to znaczy, nagłe strzały karabinu maszynowego uzmysłowiły mi potworną rzeczywistość. Niemcy dokonali egzekucji na jeńcach.

Doszedłem wreszcie nad Bug, październikowe przymrozki skuły rzekę cienkim lodem. Postanawiam pomimo chłodu pokonać rzekę wpław i nie ryzykować przy końcu wędrówki przechodzenia po moście. Zawiązuję ubranie w węzełek i wchodzę do wody, przepływam główny nurt, nie ma tu lodu, przy drugim brzegu gdzie woda spokojniejsza lód jest gruby, z trudem udaje mi się go łamać przed sobą. Opadam z sił walcząc z lodem, ostatkiem sił chwytam gałąź i przy jej pomocy wydostaję się na brzeg. Ubieram się i możliwie szybko staram oddalić od rzeki, nie wiem czy Niemcy nie patrolują brzegu, jestem potwornie zmęczony. Idę przez zamarznięte nadrzeczne moczary. Nagle zapadam się, woda z lodem dostaje się za kołnierz, podrywam się, następny krok i powtarza się to samo. Potworne zmęczenie i strach, że w tym bagnie zakończy się moja droga powodują paniczny pośpiech a to z kolei sprawia, że przy kolejnych krokach zarywa się lód i padam w wodę. Wreszcie skrajnie wyczerpany nakazując sobie zachowanie spokoju, pomału i ostrożnie posuwam się do przodu. Jest wczesny ranek, słońce tego dnia zaczyna świecić mocno, więc przytulony do nagrzanej kory grubej sosny ogrzewam się i suszę odzież.

Nie orientuję się dokładnie w którym miejscu przekroczyłem Bug. Wieczorem pytam napotkaną na drodze Ukrainkę gdzie jestem, zdziwiona moim wyglądem i pytaniem informuje, że jestem niedaleko Turzyska. Są to więc już moje rodzinne strony, do Radomla około 12 kilometrów. Późnym wieczorem idę przez przedmieście Turzyska, nagle dostrzegam światełko kilkanaście metrów przed sobą, nieruchomieję przy jakimś płocie. To Niemiec z dwuosobowego patrolu zapalił papierosa. Czekam cierpliwie aż się oddalą. Miałem szczęście omal nie wyszedłem prosto na nich, przy moim wyglądzie i braku jakichkolwiek dokumentów trudna droga mogła zakończyć się tak blisko domu. Przez cmentarz wychodzę z miasta, pokonuję bez większego trudu rzekę Turię i dochodzę wreszcie do pól naszego gospodarstwa w Radomlu, przeczołgując się pod płotem ogradzającym łąkę straciłem przytomność a może tylko zasnąłem, tak reagował organizm na wielotygodniowe napięcie.

Gdy się ocknąłem była późna noc, lecz w oknach naszego domu świeciło się jeszcze światło. Zajrzałem przez okno, w domu pełno młodzieży, tańczą, tatuś gra na harmonii. Obszedłem dom i tylnymi drzwiami wszedłem do sieni. Nagle do sieni wpada siostra Zosia, krzyczy Józef , jest ciemno skąd wie że to ja? Cicho nikt obcy nie może wiedzieć, że wróciłem. W naszym domu odbywało się tego dnia tarcie lnu. Był taki zwyczaj, że młodzież zbierała się na tarcie lnu spędzając wieczór
po pracy na zabawie.

14 października 1941r. dotarłem wreszcie do domu. Dwa miesiące nocnej, pieszej wędrówki lasami odbiło się bardzo na moim zdrowiu. Opuchnięty z otwartymi ciężko gojącymi się ranami długo odzyskiwałem siły.


Nie było mi dane cieszyć się spokojem domu rodzinnego ponieważ rozpoczynał się na Wołyniu straszny okres mordów ukraińskich na polskiej ludności.