Nazywam się Regina Schab, mam 80 lat, mieszkam w Wałczu, powiat Piła, woj. Wielkopolskie. Urodziłam się 26 marca 1930 r. w kolonii Władysławówka, gm. Mikulicze, pow. Włodzimierz Wołyński. Mój tata miał na imię Piotr Kaliniak, jego rodzice to Marcin i Tekla. Dom rodzinny tata znajdował się w koloni Ewin ok. 2 km od Swojczowa. Tato miał ośmioro rodzeństwa, w tym trzy najstarsze siostry, które tuż po I wojnie światowej wyjechały do Stanów Zjednoczonych, były to panny i tam już pozostały. Przez długi czas przychodziły listy z USA do braci Piotra i Antoniego oraz rzecz jasna do rodziców Marcina i Tekli. Następna trójka wyjechała w 1936 r. do Paragwaju, w tym córka Sabina Lachowska z d. Kaliniak, jej mąż oraz 3 letni syn Edward. Razem z nimi wyjechali bracia Bolesław i Józef Kaliniak z żonami i dziećmi. Bolesław mieszkał z żoną w okolicach Swojczowa, mieli jedno dziecko z 1933 r. Z kolei Józef miał żonę z okolic Swojczowa i dwóch synów: Henryka z roku 1930 i Lutka z roku 1932. Długo do nas pisali, nawet po wojnie przychodziły listy z Paragwaju. Niestety Edward ciężko zachorował, jeszcze jako student, kawaler i pomarł. Od tego czasu listy już nie przychodziły. W dalszej kolejności byli to: Antoni ur. 1890, Maria ur. 1892, Józefa ur. 1894, Aniela ur. 1896, Jadwiga ur. 1902 i najmłodsza Leokadia ur. ok. 1918 r. Moja mama miała na imię Adela, jej rodzice to Józef Szklarski, pochodził z miasteczka Bełżyce w Lubelskiem i Emilia z d. Kamińska, również pochodziła z miasteczka Bełżyce. Moi dziadkowie tam się poznali i tam się pobrali. Mieli już dzieci, moja mama miała 19 lat kiedy kupili ziemię w kolonii Ewin i wyjechali na Wołyń. Zatem tatuś Piotr i mama Adela poznali się właśnie w Ewinie i tam się pobrali. Zaraz potem tata kupił ziemię w sąsiedniej koloni polskiej Władysławówka. Ślub odbył się w 1928 r. a ja narodziłam się dwa lata później. W tamtym czasie wiele polskich rodzin wyjeżdżało za ocean i my mieliśmy wyjechać do Paragwaju w roku 1936. Ostatecznie wobec zdecydowanego sprzeciwu mamy Adeli, tatuś zrezygnował z tych planów, a już byli kupcy na nasz dom.


OPIS GOSPODARSTWA. DZIECIŃSTWO REGINKI

 

Kiedy tata kupował było tego 8 ha ziemi i nic poza stareńką chatą nakrytą słomianą strzechą. Z biegiem lat rodzice nie tylko dokupili ziemi ale pobudowali zupełnie nowe, duże budynki gospodarcze. Ostatni w planach był piękny i przestronny dom nasz rodzinny ale te marzenia zniweczyła wojna i ludzka podłość. Była u nas zatem stodoła i dwa budynki gospodarcze, poza tym drewutnia. Sąsiadami byli: po prawej stronie mieszkał wdowiec Władysław Nowaczyński oraz 4 dzieci, w tym: Stanisława, Helena i Janina. Po lewej stronie mieszkali Jan i Janina Nowaczyńscy oraz ich dwoje dzieci: Zygmunt i Krystyna. W naszej okolicy domy usytuowane były tylko po jednej stronie drogi, a na przeciwko 500 m przez pola zaczynał się bardzo duży las, który ciągnął się aż po Chorostów. Z kolei za naszą stodołą rozciągały się pola, aż po sam Ewin, nie było tam właściwie daleko, tylko ok. 500 m. Zostałam ochrzczona w kościele w Swojczowie, rodzice chrzestni to Bazyli Schab i rodzona siostra mamy Stanisława Kuczek. Moje pierwsze skojarzenia jako dziecka ocierają się o uroczystość zaślubin Leokadii Kaliniak, a było to około 1935 r. Pamiętam przyjęcie weselne na Ewinie w domu Lodzi. Jeszcze dziś widzę przez mgłę zabawy weselne i biesiadne. Natomiast dobrze zapamiętałam jak pierwszy raz poszłam do szkoły w naszej kolonii Władysławówka. To była szkoła początkowa – 4 klasowa. Szkoła mieściła się w części domu Bazylego Schaba. Dużo było dzieci w naszej klasie, nawet 30. Dzieci były różnych narodowości, a moja najlepszą koleżanką była Niemka Erna Knodel oraz Irena Schab, rodzona siostra męża Zdzisława. Niestety zaliczyłam tylko pierwszą klasę i wybuchła II wojna światowa. W naszej klasie było także około 6 dzieci z rodzin ukraińskich, a także 6 z rodzin żydowskich. Na początku było u nas tylko dwie rodziny ukraińskie, były to rodziny wielodzietne. Moje dzieciństwo było bardzo radosne, niemal całe dnie upływały w niedalekim lesie gdzie paśliśmy bydło na polanach – zwanych Ługami. Był mały ług i duży ług. Ze mną krowy paśli Irena Schab oraz Zygmunt i Krystyna Nowaczyńscy. Tam to dużo się bawiliśmy – jak to leśne harce. Dużo było w naszym lesie poziomek. Lubiliśmy śpiewać i najczęściej śpiewaliśmy nabożne pieśni, dla przykładu nuciliśmy „Chwalcie łąki umajone.....”, słuchaliśmy jak śpiewają dorośli i tak sobie później przypominaliśmy. Często odmawialiśmy także różaniec – zwykle jedną cząstkę nie więcej. Poza tym było to duże gospodarstwo i trzeba było pomagać w domu, ja karmiłam krowy, mieliśmy dwa małe pieski. Zwykle sprzątałam także przed domem, a to drzewa trzeba było nanieść, a to ziemniaków nawybierać – zawsze coś się dla mnie znalazło. Nie było czasu na nudy, może także dlatego tak lubiliśmy poharcować w lesie, mieliśmy tam więcej swobody. Pamiętam że z dziećmi ukraińskimi żyliśmy jak ze swoimi, nie było żadnych zatargów, gorzej było z dziećmi żydowskimi, polskie dzieci nie bardzo chętnie się z nimi bawiły. Taka była już po prostu atmosfera. Nigdy w naszym domu nie było skargi na Ukraińców, ani obaw rodziców, ani razu czegoś takiego nie było.



POBOŻNOŚCI UCZONO MNIE OD DZIECKA

 

Moi rodzice to byli ludzie pracowici ale i pobożni. Od dziecięcych lat uczyli mnie i siostrę Helenę modlić się. Przeważnie na wieczór modliliśmy się wspólnie z rodzicami. W domu było nawet kilka świętych Obrazów na ścianie. Ulubiony był Obraz NMP z Dzieciątkiem Jezus na rączkach i właśnie przed nim modliliśmy się najczęściej. Poza tym w każdą niedzielę z rodzicami udawaliśmy się do Kościoła w Swojczowie, piechotą przez pola było tylko około 1,5 km. Na niedzielnym nabożeństwie było zawsze bardzo dużo ludzi. Kościół był duży, na niewielkim wzniesieniu. Najbardziej utkwił mi w pamięci sam Obraz Matki Bożej oraz Odsłonięcie Obrazu i Zasłonięcie, w tym czasie cały żywy Kościół śpiewał przy towarzyszeniu delikatnej muzyki. Bardzo piękny był przy naszej świątyni chór parafialny. Byłam na chórze kilka razy z ciekawości i po latach śmieję się sama z siebie, jak wspomnę ile to razy, myślałam że nasz chór się pomylił, podczas gdy oni śpiewali na głosy! Mówiłam niekiedy do mamy: „Patrz mamo oni tam na chórze i mylą się – jedni zaczynają, a inni kończą!” No ale byłam wtedy dzieckiem. Moja I Komunia Święta wypadła około czerwca 1939 r. na dwa miesiące przed wybuchem II wojny światowej. Razem z nami do tego ważnego sakramentu przystąpiły nawet mniejsze dzieci. Przypuszczam, że w naszej parafii spodziewano się już zbliżającej wojny, po temu dopuszczono także młodsze roczniki dzieci. Zatem było nas dużo, uroczystość w Kościele była piękna, tak piękna że z wrażenia nie wiele zapamiętałam, tak byłam przejęta. Miałam skromną sukienkę, przybyło oczywiście wielu członków naszej rodziny ale w domu przyjęcia nie było, tatuś nic specjalnie nie organizował. W naszym kościele zawsze były uroczyście obchodzone Odpusty. To były wyjątkowe dni. Ludzie przybywali z wszystkich stron, niekiedy nawet z bardzo odległych. Nabożeństwa były bardzo uroczyste, a ludzie modlili się żarliwie. Pamiętam, że nawet pielgrzymki przybywały pieszo do Swojczowa. Przyjeżdżało wielu kramarzy, którzy rozstawiali się na łące opodal samego kościoła. Całe mnóstwo kramarzy, a każdy coś miał do sprzedania. My dzieci uganiałyśmy się najbardziej za trąbkami, piszczałkami i lalkami.

Pamiętam nazwisko naszego proboszcza ks. Franciszek Jaworski. To był wysoki i przystojny mężczyzna. W naszym domu bywał wiele razy, szczególnie po kolędzie to i parę godzin posiedział. Mama zawsze szykowała wszystko na stół, zatem sobie dobrze pojadł, a potem siadali razem z tatem i tak politykowali, lubili sobie pomówić o polityce. Nasz tata bardzo poważał proboszcza i można powiedzieć, że się przyjaźnili. Kilka razy byłam u naszego proboszcza w domu, a to gdy było gorąco do studni po wodę, a to do toalety, jak to dziecko. Święta w naszym domu były przeważnie bardzo uroczyste, szczególnie Boże Narodzenie z choinką z lasu. Dużo było przy tym frajdy i zabawy. Robiliśmy ozdoby na drzewko i aniołki. W święta przychodziła do nas babcia Emilia Szklarska i jej mąż Józef, poza tym bywały u nas siostry mamy, szczególnie Józia i Stanisława. Co ciekawe, w naszym domu nie było wcale alkoholu, tatuś nie lubił i nie stawiał wódki na stół, nawet w święta. Podobnie w święta Wielkanocne, dużo było przygotowań, wesołych zabaw, naturalnie robiliśmy pisanki. Na Rezurekcję było dla nas za wcześnie ale nasz tata zawsze jechał na rowerze, miał rower. Wielkie lanie było w II dzień świąt. Polewał każdy każdego i nie było w okolicy takiego, co by tego dnia chodził suchy. Świąt było dużo ale pragnę wspomnieć jeszcze tylko Zielone Świątki – tatuś zawsze pięknie maił całe gospodarstwo, przynosił z lasu brzózki i składał do płotu, ładnie to wyglądało. Warto także wspomnieć majówki, były to kulturalne spotkania dla młodzieży, dzieci i całych rodzin, zwykle organizowane w lesie na polanie. Orkiestra grała a młodzież tańczyła, dzieci się bawiły, gdy starsi się gościli w najlepsze. Było to bardzo popularne. Za to Nabożeństwo Majowe w naszej koloni odprawiane było przy Krzyżu, który stał w samym środku osiedla. Blisko było gospodarstwo Ambrożego Schaba. Ludzie się schodzili i śpiewali Litanię ku czci NMP. Wojna 1939 r. to wszystko przerwała. Jako dzieci nie mieliśmy pojęcia, że zbliża się wojna, przypuszczam że nawet rodzice nie wiele o tym wiedzieli. Gdy we wrześniu 1939 r. nad naszą wioską pojawiły się niemieckie samoloty, widziałam jak zaskoczony był sam tata. Samoloty leciały bardzo nisko w kierunku wschodnim. Zaraz pobiegliśmy razem z nim do innego mieszkańca Władysławówki o nazwisku Wiktorowicz bowiem miał własne radio. To był Polak z zawodu kowal. Przez to radio dowiedzieliśmy o wojennej rzeczywistości. Wiktorowicz wystawił radio w oknie, a wszyscy słuchali, dużo ludzi przychodziło z całej kolonii. Ów kowal gdy przyszło do krawawych mordów zdołał zbiec wcześniej z rodziną do miasta, a po wojnie zamieszkał w Hrubieszowskiem.



OKUPACJA SOWIECKA 1939 – 1941

 

Mój ojciec Piotr i Ambroży Schab byli dobrymi przyjaciółmi od najmłodszych lat dlatego i w tym czasie dyskutowali na gorąco wszystkie wydarzenia. Podobnież było gdy w naszej okolicy pojawili się Sowieci. Podczas tych spotkań i rozmów dowiedziałam się, że Ukraińcy witali wkraczających Sowietów kwiatami. Słyszałam w tych dniach także o napadach i mordach dokonywanych na polskich żołnierzach wracających z przegranej Kampanii 1939 r. Już w tych dniach Ambroży Schab namawiał tatusia by się zorganizować i uciekać z tych terenów za rzekę Bug. Widać było że już musiało być na tyle źle, skoro takie propozycje były poważnie podnoszone. Tymczasem Sowieci błyskawicznie zaprowadzili swoje rządy, pozwalniali polskich nauczycieli, zastępując ich miejsca swoimi ludźmi. Tak że już w 1939 r. poszłam do szkoły ale nie wolno nam było mówić po polsku. Sytuacja była jeszcze na tyle normalna, że nie było widać wrogości wobec polskich dzieci w szkole. Przez parę miesięcy panował względny spokój, aż ponownie poczęto nerwowo komentować fakt wywożenia polskich rodzin na Syberię. Rodzice mówili nam o tym w domu z wielkim przejęciem i lękiem o naszą przyszłość. W pierwszej kolejności jechali ludzie zamożni i piastujący różne funkcje i urzędy oraz ich rodziny. To było straszne! Nawet nasza rodzina była już na liście i tylko atak Hitlera na ZSRR 22 czerwca 1941 r. przeszkodził tym planom. Z ujawnionych potem list wiemy, że nasz transport przewidziano jedynie kilka dni później.


OKUPACJA NIEMIECKA 1941 - 1944

 

Paradoksalnie 22 czerwca 1941 r. podczas wkraczania Niemców polska ludność we Władysławówce i w okolicach witała przyjaźnie Niemców. Mój tata oraz wielu gospodarzy szykowali dla nich stoły w sadach oraz miejsca noclegowe w stodołach. Kobiety przynosiły różne produkty żywnościowe, a Niemiec kucharz gotował na kuchni polowej. Można było poznać jak Niemcy dbają o czystość, tego nie widziało się u Sowietów. Dziś sądzę, że przez dwa lata sowieckiego raju Niemcy jawili się jak wybawcy z piekła i tak należy tłumaczyć zachowanie się naszych rodziców. Przez rok czasu panował u nas względny spokój, Ukraińcy siedzieli cicho, było to jak przysłowiowa cisza przed burzą. Od połowy 1942 r. pojawiły się pierwsze sygnały, że Niemcy wyznaczają młodych Polaków do przymusowej pracy w Niemczech. Nie było to jeszcze poważnym obciążeniem, a zagrożona była najczęściej dorosła młodzież. W naszej okolicy nawet nie było znać ukraińskiej policji w służbie niemieckiej. Także latem 1942 r. Niemcy wysługując się Ukraińcami rozpoczęli akcję wyniszczania Wołyńskich Żydów. Powszechnie było wiadomo, że zamykają ich w gettach, a potem systematycznie eksterminują. W naszej wiosce wielu gospodarzy polskich przechowywało wielu Żydów, nawet nasi sąsiedzi Nowaczyński Jan i Janina ukrywali dwie Żydówki i małe dziecko. Ktoś to jednak przyuważył i doniósł policji ukraińskiej. Jak dziś pamiętam jak do naszego domu wpadł wściekły Ukrainiec i krzyczał do mego ojca: „Ty masz Żydów, wydaj ich zaraz tu, bo jak sami znajdziemy to zabijemy was wszystkich na miejscu!” Ale nasz tata nikogo nie ukrywał, tak że nikogo nie znaleźli. Niestety u Nowaczyńskich znaleźli i zabrali ze sobą do lasu. Wiadomo co tam z nimi zrobili. Wiem jednak, że pomimo wszystko, niektórym udało się do końca, do dnia rzezi w naszej koloni, przechować niektórych Żydów. Dla przykładu Polak z Władysławówki, który mieszkał pod samym lasem, pan Strójwąs, zbudował schron na skraju lasu i tam ukrywał i żywił całą żydowską rodzinę, tak aż po dzień rzezi. Potem musieli uciekać, a jednak udało im się, podobnie i rodzina Strójwąsów przeżyła i po wojnie osiadła w Hrubieszowskiem. Skąd mi to wiadomo? Otóż po wojnie, może w 1964 lub 1965 r. raz jeden z mężem odwiedziliśmy pana Strójwąsa i jego rodzinę w ich domu. Byliśmy ciekawi co stało się z tą rodziną żydowską. O dziwo pomimo tak piekielnych trudności przeżyli i przedostali się szczęśliwie do Izraela. Po wojnie nie zapomnieli ale odnaleźli rodzinę pana Strójwąsa i przysłali specjalne podziękowanie za tak uratowane życie. Mówił nam o tym sam Strójwąs. Właściwie do zimy 1942 r. było spokojnie i Ukraińcy jeszcze nie atakowali Polaków. Podobnie zima była jeszcze w miarę spokojna i nie znać było obaw przed Ukraińcami. Dopiero od marca 1943 r., tylko śnieg ustąpił, a już tata mówił w domu, że Ukraińcy poczynają mordować Polaków. Gdy przychodziła noc całą rodziną opuszczaliśmy dom i szliśmy spać do sąsiadów Ukraińców o nazwisku Kłosowski. Sytuacja z dnia na dzień stawała się coraz bardziej trudna, tak że co raz to jakaś rodzina potajemnie uciekała do Włodzimierza Wołyńskiego. Właśnie Jan Nowaczyński zabrał swoją rodzinę i wszyscy uciekli do miasta, jeszcze przed zimą 1942 r. Jego gospodarstwo zajęła ukraińska rodzina znad Buga o nazwisku Kłosowscy i to u nich właśnie czasami ukrywaliśmy się po nocach. Takich Ukraińców Niemcy osiedlili w naszej kolonii ze 4 rodziny. Dużo więcej Ukraińców znad Buga było na koloni Ewin bowiem była to kolonia w większości zamieszkana przez rodziny niemieckie. Było nawet 30 numerów – to była duża niemiecka kolonia, podobnie zresztą inna pobliska kolonia Wandywola. Z Polaków na Ewinie to byli właśnie Antoni Kaliniak i Józef Szklarski. Kiedy 1940 r. Niemcy przez umowę państwową III Rzeszy Niemieckiej z Sowietami wyjechali do Raichu Sowieci osiedlali na tych gospodarstwach Ukraińców znad Buga. Ale wracam do ciężkiej wiosny 1943 r., w tym czasie często nocowaliśmy także w lesie i na polu. Czuliśmy się zastraszeni i bardzo cierpieliśmy. Nie pamiętam by ktoś na naszej kolonii organizował samoobronę, oddział partyzancki by się bronić, stawić opór w razie napadu. Nie potrafię tego dziś zrozumieć i widzę tę naszą społeczność, taką bezbronną jak baranki na rzeź prowadzoną. Kiedy się nad tym zastanawiam to przypominam sobie, jak Ukraińcy sprytnie paraliżowali strachem polskie rodziny. Mianowicie przyjeżdżali uzbrojeni Ukraińcy wozami do Władysławówki, chodzili do domów i brali samych młodych mężczyzn, tłumacząc że będą tworzyć w lesie polską partyzantkę w Lesie Świnarzyńskim. To było około kwietnia 1943 r. Z naszej koloni, szczególnie z drugiego końca od Lasu Kohyleńskiego, nabrali wielu chłopaków, razem było może nawet 10, a przy tym tylko 3 wartowników. Widać było, że samymi rękami mogli tych Ukraińców podusić. Proste pytanie czemu tego nie zrobili można wyjaśnić jedynie tak: uwierzyli w ukraińską zbrodniczą propagandę o tworzeniu polskiej partyzantki. Pamiętam jaka byłam ciekawa i osobiście z innymi dziećmi pobiegłam na drogę, by poprzyglądać się tym chłopom. Głowy mieli pospuszczane i byli smutni. Tak ich zabrali i z tym dniem wszelki ślad po nich zaginął. Na pewno wszyscy zostali bestialsko pomordowani w lesie. Szkoda że dziś nie pamiętam ich nazwisk ale dwóch rozpoznałam, byli mi bowiem znajomi. Ludzie potem powszechnie mówili między sobą, że na pewno ich zamęczyli, a jednak nikt nie próbował dalej organizować samoobrony. Za to coraz częściej Polacy całymi rodzinami uciekali do miasta.


DNI GROZY I NOCE STRACHU – ROK 1943

 

Na wiosnę 1943 r. zmarł mój dziadzio Marcin Kaliniak ale na pogrzeb pojechał tylko nasz tatuś i brat Antoni. Obowiązywał już wszystkich zakaz uczestniczenia w nabożeństwach w kościele w Swojczowie. Ukraińcy bardzo obawiali się tłumnych spotkań Polaków przy naszym kościele. Tak że nawet w niedzielę nie chodziliśmy do kościoła, nawet nasi rodzice. Dlatego też rok 1943 zapisał się w mojej pamięci, czasem bez mszy świętej, innym Polakom z Władysławówki podobnie. Mszę za dziadzia odprawił ks. Franciszek Jaworski, a jego ciało spoczęło na cmentarzu w Swojczowie. Tam też pochowano babcię Teklę, żonę Marcina, która zmarła wiele lat wcześniej. Dodam jeszcze, że Niemców w 1940 r. w wielkie mrozy woził do granicy na Bugu swoim wozem dziadzio Józef Szklarski i tak się poważnie zaziębił, że po dwóch tygodniach leżenia w łóżku pomarł. Ks. Jaworski pochował go na cmentarzu w Swojczowie. Podobnie babcia Emilia zmarła rok przed wojną w 1938 r. Osobiście brałam udział w tym pogrzebie i widziałam jeszcze, że mieli Szklarscy na cmentarzu ładny pomnik. Na tę uroczystość przyjechała nawet mama babci Emilii, a moja prababcia Kamińska z Bełżec w Lubelskiem. Od maja 1943 r. uzbrojeni Ukraińcy, nie kryjąc się wcale przejeżdżali przez naszą wieś i głośno śpiewali wrogie piosenki, dla przykładu: „Smert Lachom......” . Szczególnie głośnym echem odbiło się w naszych stronach wymordowanie dwóch polskich rodzin: Rudnickich, a jakiś czas potem Romanowskich na niedalekim Augustowie. Ale prawdziwa tragedia naszej społeczności zaczęła się właściwie od 11 lipca 1943 r., kiedy to lotem ptaka dowiedzieliśmy się, że Ukraińcy wymordowali wszystkich mieszkańców Dominopola. Dużej i starej wsi polskiej w naszej parafii. Z tej makabrycznej zbrodni wyratowały się tylko cudem, nieliczne jednostki, często pokaleczone i bliskie obłędu. A to, co opowiadano sobie o przebiegu pogromu, mroziło krew w żyłach. Wiedzę o tej tragedii zawdzięczamy także panu Nowaczyńskiemu, który zdołał wydostać się z mordowanej i szczelnie pilnowanej przez banderowców wsi. Resztkami sił przedostał się do Władysławówki i schronił się u rodzonego brata. W naszej kolonii wielu było Nowaczyńskich, ten był sąsiadem Ambrożego Schaba. Wieści które przekazywał w oka mgnieniu rozeszły się po naszej okolicy. Mój tata udał się tam osobiście i wysłuchał uważnie całej tej historii. Kiedy wrócił mówił naszej mamie w domu: „Działy się tam straszne rzeczy, Ukraińcy wymordowali podstępnie wszystkich mieszkańców Dominopola, a sam Nowaczyński wciąż nie może przyjść do siebie.” Od tego dnia wielki strach padł na wszystkich mieszkańców naszej kolonii. Niemniej jednak, nikt z nas nie widział jeszcze wtedy, że takie barbarzyńskie napady miały miejsce, tego dnia w bardzo wielu miejscowościach na Wołyniu. Pomimo wszystko, nic właściwie się nie zmieniło, ludzie nadal nocami ukrywali się gdzie kto mógł, a w dzień pracowali. Tak przeszedł w naszych stronach niemal cały lipiec i sierpień i tylko czasami ludzie ze strachem opowiadali sobie, kolejne akty barbarzyństwa ukraińskiego. Pod wpływem tego co się działo mój tata Piotr oraz Andrzej Schab naradzali się by zorganizować ludzi w naszej kolonii i wspólnie uciekać do miasta Włodzimierz Wołyński. Po rozeznaniu sytuacji wspólnie przekonali się, że ogół mieszkańców naszej koloni sprzeciwia się takiej ucieczce. Nawet żona Ambrożego Paulina tłumaczyła jak to kobieta: „Z czego my tam będziemy żyć w mieście, gdzie my się tam podziejemy?” Tak oto ani samoobrony, ani nawet wspólnej ucieczki, nie udało się zorganizować, a oczekiwano po prostu na to, co się dalej wydarzy. Był to poważny błąd bowiem w końcu stało się to, co najgorsze.


BANDEROWSKIE LUDOBÓJSTWO NA WŁADYSŁAWÓWCE

 

Napad na naszą kolonię miał miejsce w sierpniu i na pewno w samą niedzielę. O ile dobrze pamiętam było to 21 sierpnia 1943 r., około 6.00 rano. Pamiętam, że tej nocy spaliśmy w polu i właśnie wróciliśmy do domu, rozkręcał się normalny dzień, zwykłe zajęcia przy gospodarstwie. Mama udała się zwyczajnie do obory, aby wydoić krowy. Ja z siostrą byłyśmy właśnie na podwórku, gdy mama powiedziała do nas: „Słuchajcie co to jest, że ludzie tak krzyczą i ktoś strzela!” A rzeczywiście gdzieś daleko czasami słychać było co chwilę krzyk i powtarzały się pojedyńcze strzały. Mój tato słysząc to powiedział do nas wszystkich: „Wyskoczę na Ewin do brata Antoniego i zobaczę co to się dzieje.” I zaraz pobiegł przez pola. A ja dalej patrzę i nasłuchuję, bo nasze zabudowania były od drogi kawałek. Na raz patrzę, że z drogi głównej jadą do naszego domu na furmance Ukraińcy, a był ich cały wóz 5 może 6. Zaraz skaczę do mamy i krzyczę, że już z drogi skręcili i jadą na naszą posesję. Mama na to rzuciła wiadro z mlekiem, wyskoczyła z obory i od razu wszyscy pobiegliśmy do naszych sąsiadów Ukraińców o nazwisku Kłosowscy. Stali już na podwórku i byli nie mniej wystraszeni jak my, widać było, że też nie wiedzą co się dzieje. Kłosowski mówi do nas: „Jak Ukraińcy biją Polaków to my was przechowamy ale jak wasi biją naszych, to nas wtedy będziecie ratować.” Natychmiast wskazał stodołę byśmy się tam mogli dobrze ukryć. Prędko chowamy się zatem, a ja patrzę przez szparę na nasze zabudowania. Widzę bandziorów wyraźnie jak bigają po całym naszym podwórku i bardzo przy tym krzyczą. Widać jak byli wściekli, że zdążyliśmy uciec. Wyskoczyli z podwórka na pole za stodołą, stały tam kopki zżętego zboża. Może dwóch albo i trzech rozrzucało te kopki, tak wściekle nas szukali, sądzili że tam się ukryliśmy. Z pół godziny nas tak szukali po przeróżnych zakamarkach. Nie mogli sobie podarować, że ta polska rodzina zdołała się ocalić. Następnie wsiedli na wóz i odjechali tak jak przyjechali, my jednak pozostawaliśmy w ukryciu przez cały dzień, aż po zmrok.

Tego koszmaru nigdy nie zapomnę, przez cały dzień słychać było strzały i rozpaczliwe krzyki okrutnie mordowanych ludzi. Specjalnie słychać było jęki kobiety, długo się męczyła, może nawet godzinę tak biedna konała, potem wszystko ucichło. Po jakimś czasie Kłosowski powiedział nam, że to Irena Schabowa tak bardzo cierpiała. Przyszedł do nas do stodoły, jeszcze podczas dnia i opowiadał co widział i słyszał. Mówił, że właśnie wrócił z naszej kolonii, chodził tam wraz z innymi czteroma Ukraińcami. Nakrywali ciała prześcieradłami, a młodzież ukraińska kopała doły i tak oto zakopywali ciała pomordowanych Polaków. Gdy nastał wieczór i wszystko ucichło zobaczyliśmy z ukrycia, że pojawił się ich syn Wacek. Był bardzo zdenerwowany, rzucił wprost rowerem i chwilę rozmawiał z rodzicami. Następnie razem przyszli do stodoły, a my opuściliśmy kryjówkę wychodząc do nich. Zaraz Wacek powiedział do nas: „Musicie uciekać ponieważ my was nie ochronimy od bandytów Ukraińców, gdyż jutro będą szukać po wszystkich domach ukraińskich, czy aby ktoś tam się nie ukrywa.” Widzieliśmy, że całe jego rzeczy były mocno splamione krwią, nie trudno było się domyślić, że brał bezpośredni udział w rzezi na Polakach. Zaraz też rzekł Wacek do swojej matki: „Idźcie matko do domu Kaliniaków i wyjmijcie z ram Obraz Święty i przynieście tutaj.”, a do nas dodał: „Jak was Matka Boża nie ochroni, to was nic nie ochroni!” I rzeczywiście Kłosowska poszła do naszej chaty, wyjęła Obraz z ram, przyniosła i dała naszej mamie. Następnie, nie zwlekając wyprowadził nas Wacek przez pola w stronę Ewina. Usilnie namawiał naszą mamę by mnie zostawiła z nim ale mama nie zgodziła się. Powiedziała krótko: „Jak zginiemy to wszystkie razem!” Zatem Wacek wrócił się do Władysławówki, a my nocą przeszłyśmy przez Ewin i zatrzymałyśmy się przy domu Antoniego Kaliniaka. Szukałyśmy tam naszego ojca, na podwórku nawoływaliśmy, czy może się tam gdzieś ukrywa, może nas usłyszy ale nikt nie odpowiadał. Przeszliśmy więc przez gospodarstwo i skierowaliśmy się na Barbarów.

Jakiś czas potem okazało się, że stryjek Antoni słyszał nas tak nawołujących ale nie wychodził. Poważnie obawiał się, że to sami Ukraińcy zmusili nas do wołania, aby także i ich rodzinę wytropić i zlikwidować. Zatrzymaliśmy się w Barbarowie u Ukraińca o nazwisku Nachwatiuk, którego syn Piotr Nachwatiuk kilka lat wcześniej ożenił się z moją stryjeczną siostrą Antoniną z domu Kaliniak, córką Antoniego. Nachwatiuk poinformował nas, że z naszych nikt do niego jak na razie nie dotarł. Udałyśmy się do lasu, ponieważ mieszkał pod lasem i przeszliśmy około dwóch km. Krótko po wejściu do lasu usłyszałyśmy tuż za nami krzyki i strzelaninę. Możliwe, że ktoś nas przyuważył i teraz nas ścigali, chcieli nas tam ponownie pozabijać. Mama na to ukryła nas w chaszczach i gęstwinie i tam nas zostawiła, a sama udała się do Józefa Ostapa. Było to bowiem wciąż niedaleko Władysławówki. Ostap był przyjacielem taty. Mama powiedziała mu wszystko i zaraz przyszła do nas jego córka, chyba miała na imię Ewa lat około 25. Zabrała nas do stodoły Ostapa i tam nas dobrze ukryła, przyniosła też rzeczy. Mama wytłumaczyła Józefowi gdzie są zakopane przy naszym domu rzeczy i on rzeczywiście poszedł, odkopał i przyniósł. Te rzeczy w których uciekaliśmy były już bardzo zniszczone. Ostap poszukiwał i naszego taty Piotra ale bez powodzenia.

Po jakimś czasie dowiedzieliśmy, że tatuś w tym krytycznym momencie rzezi nie zatrzymał się u brata Antoniego ale z jego podwórka udał się do Swiczówki, gdzie mieszkała siostra mamy Stanisława Kuczek. Była to mała kolonia zamieszkana przez Polaków, rozłożona nad samym lasem Świnarzyńskim. Rodzina Kuczków posłyszała już strzały i wszyscy powychodzili na podwórko, do Władysławówki było może tylko 3 km. Naraz przed ich dom wpada nasz tata i krzyczy by natychmiast uciekali: „Uciekajcie! Ukraińcy mordują Polaków! Zabili Adelę i jej dzieci!” W pierwszym odbiorze myśleli, że tatuś oszalał, a on widząc że wcale nie reagują na jego słowa, skoczył do lasu nic więcej nie mówiąc. W lesie chciał teraz nieco odpocząć, tymczasem na Świczówce właśnie zaczynał się napad banderowców. Kiedy rodzina Kuczków posłyszała strzały i krzyki mordowanych ludzi na ich koloni zaraz wszyscy skoczyli do lasu i tam spotkali tatusia. W lesie przeczekali całą noc, a rankiem ruszyli do Włodzimierza Wołyńskiego. Na leśnych drogach spotykali wielu Polaków z różnych miejscowości, wiele było takich rodzin, zapamiętałam dramat jednej z rodzin. Małżeństwo z 3 miesięcznym dzieckiem, mąż domagał się natarczywie by matka dziecko pozostawiła na pastwę losu, lecz ona nie chciała o tym słyszeć, więc zostawił ją z dzieckiem i odszedł sam. Potem okazało się, że z tą chwilą ślad po nim zaginął, a ona i dziecko szczęśliwie przeżyli.

Zanim jednak cała ta grupa uciekinierów trafiła do miasta, przez cały tydzień ukrywali się po leśnych krzakach. My tymczasem nie mieliśmy o tym wszystkim pojęcia. W stodole siedzieliśmy, aż zapadły ciemności. Nocą okazało się, że w jego zabudowaniach ukrytych było znacznie więcej takich osób jak my, które teraz powychodziły. Razem było nas 10 osób niedobitków. Pamiętam Polaka o nazwisku Buczek z Władysławówki, innych osób nie znałam bowiem byli z innych miejscowości, przeważnie z Dojewy. Była to mała kolonia polsko-ukraińska położona niedaleko od Władysławówki, właściwie to byli nasi sąsiedzi. Położona była na łąkach i było tam około 30 domów. Miałam tam jedną koleżankę. Nas wszystkich jeszcze tej nocy przeprowadził Ostap swoimi, sobie tylko znanymi ścieżkami leśnymi, aż w okolice Włodzimierza Wołyńskiego i tam już nas zostawił. Wytłumaczył nam dokładnie drogę do miasta, a sam spiesznie wrócił do domu, też obawiał się o życie własne i jego rodziny. Szliśmy teraz razem około 1 km, a już powolutku rozwidniało się. Nagle zobaczyliśmy żołnierzy, którzy z bronią palną biegną w naszą stronę, może było 3 lub 4. Mama kazała nam się przeżegnać, mówiła że to koniec. A mieli do nas 300 m, z tym że byliśmy na łąkach i nie było gdzie uciekać. A to była polska samoobrona. Powitanie było bardzo radosne, ludzie płakali ze szczęścia. Zaprowadzili nas do wioski, gdzie byli sami Polacy, było tam już dużo polskich partyzantów. Zaraz dali nam pić i mogliśmy odpocząć, a po godzinie szliśmy dalej do miasta, było już bardzo blisko.



DRAMATY INNYCH CZŁONKÓW NASZEJ RODZINY

 

Najmłodsza córka Marcina i Tekli Kaliniak miała na imię Leokadia, mieszkała w domu Antoniego i tam też było jej wesele w 1934 r. Wyszła za mąż i zamieszkała w kolonii na północ od Swojczowa, to było blisko od Swojczowa. Widywałam ich razem w naszym Kościele. Mieli dwoje małych dzieci, a z trzecim ciocia była w stanie błogosławionym. Żyli sobie tam spokojnie, aż po dzień w którym na ich posesję napadli Ukraińcy. Dwa, trzy dni wcześniej do ich domu przyjechali na wozie Ukraińcy i oznajmili, że zabierają do lasu męża Leokadii z wozem i końmi, niby że miał im tam w czymś pomagać. Oczywiście z ta chwilą, wszelki ślad po nim zaginął, zamordowali biedaka, a ciało gdzieś zakopali. W domu została już tylko matka zamordowanego syna oraz żona z dwójka dzieci. I oto chodziło właśnie zbójom banderowcom. Świadkiem naocznym tych wydarzeń była matka męża Leokadii, która ukryła się na strychu budynku stojącym blisko ich domu i obserwowała podwórko. Zobaczyła jak banderowcy wchodzą do domu, a za chwilę wyprowadzają dwoje dzieci około 4 i 5 lat oraz matkę Leokadię. Zaraz też na oczach ukrytej babci zarąbali siekierami tych dwoje niewinnych dzieci, a babcia widząc to z ukrycia umierała wprost z bólu. Zaraz potem nożami wycieli z łona Leokadii żyjący płód i szczątki nadziali na sztachetę w płocie, zmuszając ciężko ranną ale żyjącą Leokadię, by patrzyła na konające dziecko. Mówili przy tym do niej: „Patrz tu polskiego orła!” Po tych słowach zaczęli ją dalej mordować, aż zamęczyli. Potem zostawili tak ciała i odeszli, teściowa tymczasem nocą zeszła na podwórko, ciała wciąż pozostawały w miejscu mordu. Nic nie mogąc zrobić uciekła do lasu i skierowała się do miasta. Szczęśliwie dotarła do Włodzimierza Wołyńskiego i tu znalazła naszą rodzinę, przypuszczam, że spotkała tatusia i wszystko mu opowiedziała, co widziała i co przeżyła. Nasz tata bardzo interesował się losami swojej siostry rodzonej Leokadii i jej rodziny. Zaraz przyszedł do domu i wszystko, ze szczegółami opowiadał naszej mamie, a my słuchaliśmy. Co stało się potem z teściową Leokadii nie wiem.

 

LOSY PIOTRA I ANTONINY NACHWATIUK Z EWINA

 

Antonina Kaliniak, córka Antoniego mieszkała na Ewinie razem z rodzicami i tam poznała Ukraińca Piotra Nachwatiuk, który pochodził z Barbarowa, dużej wsi ukraińskiej. Mama Piotra była Polką. Młodzi pokochali się bardzo i pobrali się już za niemieckiej okupacji w roku 1942 ale niestety ich szczęście trwało zaledwie rok czasu. Ślub odbył się w kościele w Swojczowie, była tam wtedy cała nasza rodzina i ja też tam byłam. Przyjęcie weselne i tańce były na Ewinie w domu Kaliniaków, tam też zamieszkali ponieważ dom Antoniego był dość obszerny. Podczas napadu Ukraińców na Ewin latem 1943 r. Piotr i Antonina zdołali uciec i schronili się w domu rodziców na Barbarowie. Jakiś czas potem wrócili jednak do Ewina i zamieszkali przy ukraińskiej rodzinie, tam się ukrywali. Dowiedzieli się o tym upowcy i przyszli po nich, a właśnie przeprowadzali tzw. „Akcję czystki”. Nakazali Piotrowi by zabił żonę Antoninę ponieważ jest Laszką, a łaskawie zostawią go przy życiu. Piotr okazał się człowiekiem i nie chciał tego czynić, więc zaczęli mordować Antoninę na jego oczach, a bardzo ją przy tym męczyli. Piotr wykorzystał ten moment, wyrwał się i uciekł do lasu lecz i tam go w końcu dopadli. Jakiś czas jeszcze go więzili, a potem go zamęczyli, obawiali się świadków swojej haniebnej roboty. To wszystko opowiadała nam osobiście po wojnie kuzynka Piotra Nadia Steciuk z d. Nachwatiuk.


OPUSZCZAMY ZIEMIĘ WOŁYŃSKĄ

 

We Włodzimierzu Wołyńskim mama od razu rozpoczęła poszukiwania naszego taty, takich rozbitych rodzin było w tych dniach w mieście bardzo dużo. Zatrzymaliśmy się w domu jakiejś polskiej rodziny, właściciel był polskim kolejarzem. Mieszkaliśmy tam 3 może 4 dni, kiedy to odnalazł się szczęśliwie nasz tata Piotr Kaliniak. Mama codziennie wychodziła na miasto, by pytać ludzi, a może ktoś posiadał informacje o losie naszego taty, a kiedy się odnalazł radość była nieopisana. Tata zaraz znalazł dla nas lokum w mieście i tam zamieszkaliśmy na prawie dwa następne miesiące. Dowiedział się także, gdzie w tych dniach przebywa nasz proboszcz ks. Franciszek Jaworski ze Swojczowa. Udał się zaraz do niego, by naradzić się wspólnie, co w tej sytuacji można robić dalej. Ks. Jaworski tatusia przyjął, rozmawiali a potem starał się nam nieco pomóc. Otrzymaliśmy od niego rzeczy i ubrania. Jeszcze w tych dniach mieliśmy nadzieję, że pewnego dnia wrócimy na swoje gospodarstwo ale po dwóch miesiącach tata oznajmił, że jednak wyjeżdżamy za rzekę Bug. Tak że jeszcze przed zimą 1943 r. opuściliśmy miasto Włodzimierz Wołyński, a razem z nami 3 lub 4 inne rodziny polskie. Wśród tych uciekinierów była także nieszczęsna Pani Romanowska z Augustowa. Wszyscy razem przeszliśmy przez Bug, nie było to jednak prosta sprawa. Rzeka była dobrze strzeżona przez Niemców i trzeba było dać okup by móc przedostać się na drugi brzeg. Romanowska była z domu Niemką i dobrze mówiła po niemiecku dlatego wszystko w naszym imieniu załatwiała. Przeprawialiśmy się na tratwach, jeszcze było ciepło. Pierwsza wioska po drugiej stronie rzeki to był Zosin, tam zatrzymaliśmy sie na noc. Nocowaliśmy pod stogiem zboża, rano ruszyliśmy w dalszą drogę. Tata jeszcze we Włodzimierzu nabył konia. Teraz prowadził nas do swojej rodziny w okolicy Żółkiewki, były to wsie Olchów, Dębina i Borów.

Najwięcej Kaliniaków było na Dębinie. Zatrzymaliśmy się w domu Stanisława Brych, którego żona była z rodziny Kaliniak, miała na imię Rozalia. Mieszkaliśmy u nich blisko rok czasu, aż do przyjścia Armii Sowieckiej. Tam też przeczekaliśmy przejście frontu. A ponieważ jest to teren bardzo pofałdowany, dużo wzgórz, front przeszedł prawie niezauważony. Miesiąc po nas do Dębiny przyjechał Antoni Kaliniak z całą rodziną, razem z nimi przybyła Kazimiera Dobrowolska z malutką Alfredą. Było nas Kresowiaków tam na Dębinie dużo więcej, takich niedobitków. Dla przykładu nasz kuzyn Bronisław Kaliniak, który mieszkał na Teresinie, przyjechał tu z żoną i dziećmi: Aliną, Milą i Wandą. Tata znał się z nim jeszcze przed wojną, a ta najmniejsza Wanda była nawet jego chrześnicą. Dużo nas tam było ale już nie potrafię spamiętać. Natomiast pamiętam Marię Sztupiec z domu Kaliniak, siostrę mego tata Piotra i Antoniego oraz jej mąż, dwie córki Zofia i Genowefa, a najmłodszy był z nimi brat Czesław. Rodzina Sztupców mieszkała w kolonii, która była bardzo blisko miasteczka Turzysk na Wołyniu. Mieszkali od nas zatem około 30 km na północ i blisko miasta Kowel. Nawet byłam tam w gościnie z rodzicami ze dwa razy, z okazji Odpustu w kościele w miasteczku Turzysk. Było to jeszcze latem przed żniwami.

Niestety i ta rodzina złożyła swoją ofiarę na Wołyńskiej Ziemi. Już w 1939 r. do wojska został powołany syn Bolesław Sztupiec i wziął czynny udział Kampanii Wrześniowej. Po klęsce armii polskiej dostał się do niemieckiej niewoli, w której przebywał blisko dwa lata. Wypuścili go przed czasem tylko dlatego, że był już mocno schorowany. Podobnież Niemcy dokonywali na nim rożnych badań medycznych, był biedak w rękach zbrodniarzy królikiem doświadczalnym. Na szczęście po powrocie do domu, doszedł do pełni zdrowia. Gdy było jeszcze spokojnie to najstarszy syn Antoni, który pozostawał w domu udał się do lasu bowiem dowiedział się, że w lesie organizują polską partyzantkę i nigdy już nie wrócił. Albo zginął albo został podstępnie zamordowany. Ponieważ jednak dobrze już orientował się w sytuacji, można przypuszczać że poległ podczas walk. Przypominam sobie, że był jeszcze jeden brat Mieczysław, którego w 1942 r. zabrano z domu i wysłano na przymusowe roboty do III Rzeszy. Po wojnie wrócił do Polski, a ponieważ rodzina Sztupców osiadła na Kujawach, to i on tam zamieszkał. Po wojnie ożenił się z Martą ale niestety zginęli razem w wypadku samochodowym, niedaleko Słupska. Podczas rzezi w ich kolonii, o czym sami nam opowiadali, wszyscy zdołali uciec do Turzyska, w tym i najmłodszy Czesław. Bandycki napad był jak wszędzie w okolicy latem. Z Turzyska wydostali się za rzekę Bug i tak przywędrowali aż do Dębiny.


PRACA DLA UPAMIĘTNIENIA OFIAR WOŁYNIA

 

Pierwszy raz pojechałam z mężem do Łucka na Wołyń na wiosnę około 1973 r. Mąż Zdzisław miał już nawiązane kontakty z miejscowymi, znajomymi Ukraińcami, w tym z Michałem Steciukiem. Powiadomił go zatem wcześniej, że przyjeżdżamy. Udaliśmy się z mężem do Berezowicz, gdzie Michał Steciuk mieszkał ponieważ polska kolonia Władysławówka po prostu nie istnieje, rozciąga się tam puste pole. U Michała przebywaliśmy około tygodnia, w tym czasie pokazał nam miejsce spoczynku rodziny Zdzisława. Wiedział to od innych mieszkańców Ukraińców bowiem sam podczas rzezi przebywał na przymusowych robotach w Niemczech. Mąż udał się do miejscowego urzędnika - Hołowy. Oświadczył, że chce przeprowadzić ekshumację swojej matki i dwóch rodzonych sióstr zamordowanych przez ukraińskich faszystów. Ten się zgodził i zapowiedział swoją pomoc, gdy przybędziemy ponownie. Wróciliśmy do domu i po roku czasu ponownie tata, wystarał się w konsulacie sowieckim w Szczecinie o pozwolenie na wyjazd na Wołyń. I tym razem pojechałam z mężem. Dzięki wielkiej pomocy owego Hołowy przenieśliśmy szczątki rodziny Schabów i Nowaczyńskich z miejsca bandyckiego pochówku na cmentarz w Berezowiczach. Tam to złożyliśmy szczątki naszych najbliższych, a we Włodzimierzu Wołyńskim zamówiliśmy pomnik nagrobny. Pragnę wyrazić szczególną wdzięczność dla owego Rosjanina – Hołowy! To on załatwił duży samochód, dużą trumnę, lekarza który badał szczątki i milicjanta, który nas ochraniał. Po tych wszystkich przejściach i dopiero przy następnej wizycie na Wołyniu, mogliśmy zobaczyć gotowy pomnik, wtedy to zrobiliśmy także zdjęcia pamiątkowe. Napis na pomniku brzmi: „W roku 1943 z rąk faszystów zginęli: Schab Paulina lat 48, Schab Czesława lat 17, Schab Irena lat 13, Nowaczyński Józef z żoną i czworo dzieci.” Oczywiście „z rąk faszystów” jest nieprawdą. Pochowani w tym grobie zostali zabici przez nacjonalistów ukraińskich.

Był to rok jak mi się zdaje 1979. Niedługo potem mąż bardzo ciężko zachorował na raka płuc i pomarł w roku 1984. A ja żyję po dzis dzień i cieszę się wzrastającą liczbą pięknych wnuków, młodych kwiatów naszej kresowej i wielkopolskiej już rodziny. Wychowałam z mężem dwóch synów Zbigniewa i Jerzego oraz najmłodszą córkę Małgorzatę. Dziś wszyscy mają już liczne swoje rodziny ale o babci Regince nie zapominają. Wszyscy natomiast razem pamiętamy wspaniałego człowieka, jakim był bez wątpienia mój mąż Zdzisław, dziękuje dziś Bożej Opatrzności, że dał mi tak wspaniałego mężczyznę i ojca naszej rodziny Schabów. Razem z nieżyjącym mężem raz jeszcze wybaczamy zbrodniarzom ukraińskim ich podłość ludzką, nikczemność, ich ludobójstwo dokonane na naszej polskiej społeczności Władysławówki, całej parafii Swojczów, na całym Wołyniu. Nigdy jednak nie zapomnimy tego co się tam w tych dniach i latach wydarzyło, modlimy się by nie zagasła pamięć o tamtych wydarzeniach w naszej rodzinie w następnych pokoleniach. Jest nam niepomiernie przykro, że dziś w niepodległej od 20 przeszło lat Polsce, tak trudno powiedzieć pełną prawdę o ludobójstwie jakiego nacjonaliści ukraińscy dokonali na ludności polskiej w latach 1943-1944. Zarazem jesteśmy wdzięczni wszystkim, którzy razem z nami od lat zabiegają, by prawda o krwawych nocach na Wołyniu znalazła należne sobie miejsce w historii polskiego Narodu. By najwyższa ofiara z życia tak wielu pokoleń Polaków, mieszkańców polskich Kresów, nie była dziś poniżana, nie była nigdy zapomniana. By tak wiele bezimiennych wciąż grobów, rozsianych tak gęsto na tej zbolałej ziemi, w końcu ujrzało światło Chrystusowego Krzyża.

 



Powyższe wspomnienia osobiście podyktowałam panu Sławomirowi Roch w swoim domu w Wałczu w dniach od 26 – 28 lipca 2009 r. Po przepisaniu na komputer zostały mi zaprezentowane, a prawdziwość zawartych w nich informacji potwierdzam własnoręcznym podpisem.

 

Regina Schab z d. Kaliniak