Ja i mój mąż Roman Lubich chodziliśmy do tego samego gimnazjum we Włodzimierzu Wołyńskim, ale do różnych oddziałów. Ojcowie nasi, kpt. WP Stefan Lubich i dyrektor Państwowego Liceum i Gimnazjum im Kopernika we Włodzimierzu Leon Kisiel spotykali się na uroczystościach patriotycznych, w których uczestniczyło wojsko. Czasem spotykali się również towarzysko, przy okazji organizowanych imprez rozrywkowych na terenie koszar 23 pp. we Włodzimierzu. Uroczystości patriotyczne żywo utkwiły mi w pamięci. Oprócz uroczystego i odświętnego wyglądu miasta zapamiętałam Msze św. polowe z udziałem żołnierzy 23 pp., 27 p artylerii lekkiej oraz szkoły podchorążych. Pamiętam te defilady, jeszcze słyszę klaskanie kopyt końskich o bruk ulic Włodzimierza. Właściwie, jak sięgam pamięcią, na tych patriotycznych obchodach z reguły przemawiał do zgromadzonych mój ojciec polonista - dyrektor gimnazjum i liceum. A mówił tak ciekawie, ze do dziś pamiętam, co mówił i jak interesująco i komunikatywnie przedstawiał znaczenie Konstytucji 3-go Maja oraz to cudowne wydarzenie, jakim było odzyskanie Niepodległości 11 listopada 1918r. i cud 20 -lecia wolności.

Ojciec mój, Dr. fil. Leon Kisiel, był dyrektor państwowego Gimnazjum i Liceum im. Mikołaja Kopernika we Włodzimierzu w latach 1934-39r.

Urodził się 3 kwietnia 1889 w Ostrowie Galicyjskim koło Przemyśla w wielodzietnej, zubożałej rodzinie szlacheckiej. W Przemyślu uczęszczał do szkoły i gimnazjum, przechodząc z klasy do klasy z wynikiem “chlubny”. W roku 1917 zdał maturę ze szczególnym wyróżnieniem i zapisał się na studia na wydziale prawa Uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie. Uczestniczył w wojnie z Ukraińcami w bitwach pod Sadową Wiśnią, Uhercami i Lubieniem Wielkim. Był ranny, a po zimowej przeprawie przez rzekę zachorował na płuca i dlatego został zwolniony ze służby wojskowej w sierpniu 1919 r. W wojnie z bolszewikami w roku 1920 uczestniczył jako ochotnik w oddziałach akademickich. Został odznaczony medalem pamiątkowym za wojnę 1918-1921r.

W jesieni 1920 podjął dalsze studia na wydziale filozoficznym Uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie jako akademik bezterminowo urlopowany z wojska. Przechowuję oprócz jego świadectw szkolnych zaświadczenia z egzaminów i kolokwiów zdawanych celująco u znanych profesorów jak prof. Twardowski, prof. Tadeusz Lehr-Spławinski, prof. Juliusz Kleiner, na których oprócz oceny są adnotacje świadczące o wysokim stopniu znajomości zagadnień, które studiował. Studia polonistyczne ukończył w 1927 roku doktoratem z nauk filozoficznych nt. “Pan Podstoli wobec Monitora”. Promotorem wysoko ocenionej pracy był prof. Juliusz Kleiner. Przygotowując prace doktorska jako stypendysta uczelni rozpoczął pracę nauczycielską na Wołyniu.

Mając zaledwie trzydzieści lat pełnił już obowiązki dyrektora gimnazjum w Równem, od 1930 r. był dyrektorem gimnazjum w Zdołbunowie, a od 1933/34 we Włodzimierzu Wołyńskim. Wykazywał doceniane przez Kuratorium umiejętności dydaktyczne i organizacyjne. W wyżej wymienionych miejscowościach remontował i przystosowywał pomieszczenia szkolne do wymagań programu nauczania w związku z aktualną w latach 1937-39 reorganizacją szkolnictwa. Opuszczoną przez Szkołę Rzemieślniczą część budynku gimnazjalnego przekształcił w piękne, nowoczesne pracownie, do nauk biologiczno-matematycznych oraz klasy. Wyposażył również dwie piękne sale gimnastyczne. Ogromnie dbał o poziom nauczania w gimnazjum, którym zarządzał oraz o poziom szkolnictwa w sąsiednich powiatach, w których był mianowany Prezesem Państwowej Komisji Egzaminacyjnej dla nauczycieli publicznych szkół powszechnych dla powiatu Włodzimierskiego i Horochowskiego. Starał się zapewnić dostępność do Gimnazjum Państwowego młodzieży niezamożnej, która pragnęła się uczyć, a biorąc pod uwagę rolniczy charakter województwa wołyńskiego dotyczyło to przede wszystkim ubogiej młodzieży wiejskiej. W budynku klasztornym przy Kościele Pojezuickim dyrektor zdołał zorganizować męską bursę dla kilkudziesięciu niezamożnych uczniów. Określano go za te żarliwe starania, by jak najwięcej zdolnej, a niezamożnej młodzieży znalazło miejsce w gimnazjum, przydomkiem “chłopski dyrektor”.

Znamienną cechą jego charakteru, oprócz głębokiego umiłowania wiedzy i rzadkiej umiejętności jej przekazywania zarówno młodzieży w szkole jak i w innych okolicznościach częstych publicznych wystąpień była bezkompromisowa prawość i prostolinijność w postępowaniu. Był człowiekiem wielkiego umysłu i wielkiego - romantycznego serca. Ten doktor filozofii, zaangażowany pedagog i organizator nauczania, każdej niedzieli obecny wraz z młodzieżą na Mszy świętej w kaplicy gimnazjalnej, klęczał na Podniesienie na oba kolana przed zstępującym na ołtarz Stwórcą dając świadectwo wiary. Takim go zapamiętałam na cale życie, kiedy 11 października 1939 r. aresztowali go funkcjonariusze NKWD i bramy więzienia zatrzasnęły się za nim na zawsze. Kochał młodzież włodzimierską, mimo przestróg, że nie jest bezpieczny nie zdecydował się jej opuścić, podobnie jak i jego zawodowi koledzy inspektor Józef Dominik i kierownik szkoły podstawowej Franciszek Strzelecki.

Tułaczka naszej rodziny rozpoczęła się już w pierwszych dniach września 1939 r. Wojsko zarządziło ewakuację całego budynku gimnazjalnego, naturalnie łącznie z mieszkaniem dyrektora, gdyż miał natychmiast powstać szpital wojskowy. Front cofał się do Bugu, przygotowywano się do obrony Włodzimierza. Cale wyposażenie gimnazjum oraz nasze rzeczy i wszystkie meble zostały stłoczone w niewielkim domu pod Włodzimierzem, a był to 7,8,9 wrzesień. Niedziela 10 września była pamiętna: pierwsze bombardowanie na szosie prowadzącej z Włodzimierza na Łuck. Bomby padły w tłum uchodźców, byli zabici, kilkudziesięciu rannych. Rozpoczęły się regularne naloty bombowców, cale godziny spędzaliśmy w rowach przeciwlotniczych. Ojciec wybiegał do miasta po wieści; były złe, front się cofał, Niemcy brali zakładników, głównie z inteligencji. Starosta i burmistrz przygotowywali się do wymarszu w kierunku granicy polskiej z Rumunią. Namawiali ojca, by szedł z nimi. Nasza matka, w prawdzie już chora, wiedziona intuicją, gorąco prosiła go, by uciekał. Z malutką walizeczka wyruszył, ale następnego dnia wrócił. Nas nie zastał, bo poszliśmy za nim po jednym z ciężkich nalotów. Trochę piechotą, trochę podwodą wojskową, dotarliśmy do lasu pod Kowlem. Przeżyliśmy z żołnierzami i taborem chwile trwogi. Karabiny maszynowe terkotały nad głowami, bomby ryły ziemię. Miałam okazję jeść jedzenie z kotła; pamiętam kaszę z fasolą, pachnącą włosiem końskim. Jeszcze nie znałam głodu, więc z trudem ten posiłek przełykałam. Za to chleb komiśny bardzo mi smakował.

 

Po nieprzespanych nocach naszej ucieczki z Włodzimierza matka z siostra poszukały nocleg w chałupie wiejskiej koło Kowla. Ta noc była pełna grozy; była to noc z 16/17 września. Moja matka i siostra z przerażeniem obserwowały zachowanie ukraińskich gospodarzy. Słuchali przed słuchawki detektora radiowego, zapewne stację ukraińską. Rozmawiali półgłosem, ciągle na nas spoglądając nieżyczliwie.

Rano udaliśmy się pod dwór we wsi Jeziory. We dworku zatrzymali się uchodźcy, a między nimi wysocy urzędnicy państwowi, zapamiętałam wojewodę bydgoskiego. Po krótkiej rozmowie matka wróciła do nas. Grom z jasnego nieba nie zasiał by tyle trwogi, co wiadomość, że w nocy wojska sowieckie przekroczyły granice Polski, a tym samym chłopi, u których nocowaliśmy mogli nas bezkarnie po prostu zamordować, bo mordy Polaków już się zaczęły. Wydawała się nam słuszną tylko jedna alternatywa, powrót do Włodzimierza, bo może jednak nasz ojciec tam wrócił. Powrót na chłopskiej furmance był długi i dla matki bardzo uciążliwy. A na ulicy wjeżdżając do Włodzimierza zobaczyliśmy naszego tatusia. Przybiegł do nas, mówił, że tak bardzo tęsknił, że wrócił i z kolei on nie wiedział, co się z nami dzieje. Mieliśmy go jeszcze trzy tygodnie, w czasie których zmieniliśmy mieszkanie na położone bliżej centrum miasta. On, jakby zupełnie nieświadomy grozy swojej sytuacji, był pochłonięty przenoszeniem wyposażenia gimnazjalnego do klas i pracowni, ponieważ rok szkolny miał się rozpocząć, o ile pamiętam 13 października. Najwyraźniej jeszcze nie zdawał sobie sprawy, że przyjdzie mu zapłacić najwyższą cenę za udział w wojnie bolszewickiej, za działalność dydaktyczną i patriotyczną w wolnej Polsce, za posiadane wykształcenie i za całokształt jego życiowej postawy.

Pamiętam, jak matka intuicyjnie prosiła, by przeszedł przez Bug; przecież mógł się zatrzymać u rodziny w Przemyślu lub Rzeszowie. Nie chciał słyszeć o rozłące. Wtedy, nawet znając sporo prawdy o komunie, nie rozumieliśmy jeszcze perfidii działania bolszewickich najeźdźców. Oficerowie w sowieckich łagrach też mieli złudzenia, że przyjdzie czas, że staną z bronią w ręku przeciw Niemcom. Rozpoczęły się na Kresach masowe aresztowania inteligencji. Wielu nauczycieli, głównie dyrektorów, inspektorów szkolnych, kierowników szkół, pracowników administracyjnych, policjantów, posiadaczy ziemskich  znalazło się w więzieniach na Kresach Wschodnich, na terenach tzw. Zachodniej Ukrainy w jesieni 1939r. i ślad po nich zaginął.

Była środa 11 Października. Siedzieliśmy przy stole, godzina obiadu. Nie zapomniałam, że były na ten obiad sznycle z kiszonym ogórkiem. Nagle moja matka zmieniła się na twarzy i wskazała na grupę żołnierzy skręcających z ulicy przez furtkę do naszego parterowego mieszkania. Weszli uzbrojeni, w niebieskich czapkach straży pogranicza - GPU. Dwaj żołnierze, jeden oficer i milicjant ukraiński o nieprzyjaznym spojrzeniu w zielonym mundurze z czerwona opaska  na ramieniu. Nazywał się Ślusarski, tak się podpisał na pozostawionym protokole aresztowania. Oficer zarządził rewizję. Żołnierze wywracali wnętrza szaf,  szczególnie pilnie przerzucali książki, których u profesora gimnazjum - polonisty, było sporo. Znaleźli i odsunęli na bok tubę z dyplomem doktorskim pięknie wydrukowanym na pergaminie i opatrzonym podpisami promotorów oraz pieczęciami Uniwersytetu Jana Kazimierza we Lwowie. Wraz z tym dyplomem zabrali kilka  książek z literatury ukraińskiej, które mój ojciec jako slawista czytywał.

Ojciec zapewniał nas, że to na pewno omyłka, że wszystko się wyjaśni. Matce płynęły z oczu łzy, intuicyjnie wyczuwała nieszczęście. Październik tego roku był ciepły i słoneczny, jednak skłoniła ojca, by zamiast jesionki ubrał płaszcz zimowy na futrze. Jeden z rewidujących żołnierzy pocieszał ją: “Ne płaczi, ne płaczi”. Ojciec głosem opanowanym zapewniał nas, że zaraz wróci i, jak zwykle przy wyjściu z domu, matkę ucałował. Na pożegnanie z nami brakło czasu. Branka się dokonała, przez okno widzieliśmy, jak prowadzą go w kierunku miasta. Na stole wśród wielkiego nieładu po rewizji, leżał spisany i podpisany protokół, którego oryginał do dziś jest ostatnią po ojcu pamiątką. Jeszcze mam w uszach słowa zapłakanej matki. Zapewniana przez ojca o szybkim jego powrocie, powiedziała “Oj nie wrócisz ty prędko, nie wrócisz”. Drzwi za ojcem i strażą pogranicza się zamknęły, a my z zapaloną gromnica w ręku padliśmy we czworo na kolana i rozpoczęliśmy nowennę do Matki Boskiej Nieustającej Pomocy błagając o ratunek dla ojca. Ta wspólna modlitwa trwała całą wojnę i jeszcze później każdy z nas ja kontynuował w samotności swego serca.

Matka leżała ciężko chora, obie ze straszą siostra chodziłyśmy pod bramy włodzimierskiego więzienia, aby się coś o ojcu i innych znajomych więźniach dowiedzieć. Raz na miesiąc można było podać trochę bielizny, przeważnie kalesony i skarpetki, kawałek mydła. Odbiór był kwitowany przez ojca podpisem i czasem krótkim zdaniem “jestem zdrów”… W którejś karteczce, już w 1940 r., ojciec wspomniał o odebranych mu: złotej obrączce, zegarku z piękną dewizka oraz złotym Pelikanie. Naturalnie nikt nam tych cennych i pamiątkowych przedmiotów nie zamierzał oddawać i nie oddał.

Chorą matkę odwiedzali znajomi, jak mogli pocieszali i dodawali otuchy, chociaż sami nie wiedzieli, co im przyszłość pod tą okupacją bolszewicką przyniesie. Przychodziła również żona emerytowanego oficera polskiego pani Stanisława Szczawińska.  Przyniosła ważną  informację od oficerów sowieckich, mieszkających u niej na kwaterze, że rodziny więźniów zgodnie z ukazem, będą wkrótce deportowane na Syberię. Poszukujący mieszkania lekarz wojskowy, z pochodzenia Gruzin, zawędrował do nas. Matka leżała chora, rozmawiał z nią o aresztowaniu ojca, o jej chorobie jelit i zakończył rozmowę słowami: “Wam nada w wielikij gorod”. “Czy do Lwowa?”- zapytała matka. “Da, nada do Lwowa”. Matka wysłała do Lwowa do swoich braci moją starszą siostrę Janinę, by ich powiadomiła o naszym nieszczęściu. Młodszy brat matki, Leopold Niedźwiecki, główny księgowy Banku Rolnego we Lwowie, przyjechał niezwłocznie. Postanowili z matka, ze mimo ogromnego przerażenia, co będzie z naszym tatusiem, jeszcze przed końcem listopada 1939 r. wyjedziemy z Włodzimierza do Lwowa. Na razie zamieszkamy u niego. To postanowienie było opatrznościowe. W kolejnych wywozach w lutym i kwietniu 1940 roku  przyjeżdżano pod nasze włodzimierskie mieszkanie i zamiast nam, zagrażano zsyłka rodzinie po nas zamieszkałej.

Natychmiast po przyjeździe do Lwowa poszłam do szkoły. Mieściła się w pięknym budynku Gimnazjum i Liceum SS. Urszulanek przy ul.Jacka. Kilka sióstr urszulanek jeszcze uczyło, ale tylko do końca roku szkolnego 1939/40. Następnie je usunięto.

Pierwsze Swięta Bożego Narodzenia jakże były smutne. Sercami byliśmy w celi więziennej z tatusiem. Matka nasza potrafiła jednak stworzyć tę nadzwyczajną i ciepła atmosferę. Były skromniutkie tradycyjne potrawy, drobne prezenty pod małą choinką, a nawet kolędy, przy których łzy same płynęły, bo ich tak dużo znał nasz ojciec i tak pięknie je śpiewał. Zima roku 1939/40 była wczesna, mroźna i długa. Z przerażeniem wspominam wywozy żon oficerów z małymi dziećmi na ręku, z których niejedno w drodze zmarło. Także wywozy osadników wojskowych z Wołynia, również naszych znajomych z Wąsowicz oraz wywozy rodzin więźniów. Rodziny starały się spędzać czas razem i raczej poza domem. Do szkoły szliśmy z lękiem, czy zastanie się rodzinę po powrocie. Ale wywozy były głównie w nocy, a przecież na noc trzeba było wracać do domu. Pozostawało nasłuchiwanie, czy ciężarówka nie podjeżdża pod kamienice, a w bramę kolby karabinów nie kołaczą.

Z wiosna 1940r. przenieśliśmy się do drugiego brata matki, Mariana aż pod Wzgórza Zamarstynowskie. Jednak przedtem były Swięta Wielkanocne, 20 marca 1940 roku. Były roztopy po długiej, śnieżnej zimie. Szliśmy oglądnąć nasze przyszłe mieszkanie za rogatkami. Było zimno, mokro i tak tragicznie smutno, jak tylko być może. Były to również ostatnie święta naszego więzionego ojca. Już końcem marca żadnej paczki nie przyjęto, a właśnie prosił o spodnie, jakby przygotowywał się do drogi. Końcem kwietnia 1940r., kiedy właśnie był dokonywany Mord Katyński na Oficerach WP, Policjantach i Aresztowanych na Kresach, zamieszkaliśmy pod Lwowem w domku prawie wiejskim. Kilkunastometrowe pomieszczenie mieszkalne z piecem kuchennym było dla czworga osób sypialnią i kuchnią. Całe lato nosiłam z moim dziewięcioletnim bratem Jędrkiem chrust na plecach z lasu i ścięte drzewa na ramieniu, by zgromadzić rozpałkę na zimę. A cała długą, mroźną i ciężką zimę 1940/41 nosiłam drobny węgiel w dwóch teczkach pod pachami aż z rogatki Zamarstynowskiej drogą wzdłuż Pełtwi. W tym zaopatrzeniu w jaki taki opał pomagał nam z narażeniem życia najstarszy brat mojej matki Kazimierz. Warunki naszego bytowania tej zimy były dla nas miniaturą losów w Kazachstanie, którego udało nam się uniknąć. Nadal uczęszczaliśmy z bratem do szkół w Śródmieściu. Droga do rogatki i tramwaju była długa i nieraz w śniegu po pas, a w mieszkaniu było zimno i wilgotno.

Choroba matki nasilała się. Konieczna okazała się operacja, którą  Prof. Dr med. Adam Gruca dokonał w swojej domowej małej sali operacyjnej bez honorarium. Zmartwionej naszą, materialną sytuacją matce, profesor powiedział - “Jak pan Leon wróci, to rachunki wyrówna”. Niestety, pan Leon nie żył już wtedy.

Beata Kisiel  Lubichowa