Borszczówkę zamieszkiwali Polacy. Było tu 54 gospodarstw, sady, ogrody, żyzne pola uprawiane starannie z najwyższą kulturą rolną, kuźnia, szkoła, strażnica KOP która została przez Ukraińców rozebrana do fundamentów w 1941 r. po inwazji ZSRR na Polskę. Władysław Gruszecki: Było to o świcie 3 marca 1943 roku. Pamiętam, była straszna wichura. Wiatr zrywał snopki z dachów, łamał drzewa. Huczało niesamowicie. Właśnie oglądałem na podwórku, jakie wiatr porobił mi szkody, gdy usłyszałem kilka strzałów od strony Borszczówki. (…) Wtem z prawej strony, od strony Lidawki zobaczyłem ogromne kłęby dymu. Paliła się sąsiednia wieś Lidawka, jak później się dowiedziałem. Znowu usłyszałem strzały i wybuchy granatów. Coraz więcej zaczęło zanosić dymem i spalenizną. Biegałem jak szalony do mieszkania i na dwór, wchodziłem na strych, skąd przez okienko widać było sadybę Sikorskich.(…)  Wtem zaszczekał pies. Rzuciłem się do okna. Jechał konno sąsiada syn. Wybiegłem z żoną na dwór do niego. Powiedział - jeździłem lasami zobaczyć co tam się dzieje. Cała Borszczówka się pali. My w tej chwili uciekamy do Choniakowa. Zawrócił konia i galopem odjechał. Żona jak posłyszała o tym, pobiegła do mieszkania i mówi, że w tej chwili ucieka z dziećmi do Narajówki. Łatwo było powiedzieć, ale czy tam za lasem nie stoi Niemiec, a jak zobaczy to śmierć. Ryzyko było wielkie. Za chwilę żona wyszła z mieszkania z wystraszonymi dziećmi. Popatrzyłem jeszcze raz dookoła czy nie idą Niemcy. Na szczęście sypnął taki śnieg, że na dziesięć kroków nic i nikogo nie było widać. Z tego skorzystała żona. (…) Nazajutrz wstałem, jeszcze było ciemno, pożegnałem żonę i dzieci i poszedłem. Do Hłuboczka trzeba było iść przez Borszczówkę. Dochodząc do Borszczówki już był biały dzień. Szedłem szybko. Liczyłem na to, że rano Niemcy nie przyjadą. Dochodzę do pierwszego domu, tam się jeszcze kurzy i tli. Tu w pierwszym domu mieszkała moja siostra i jej dwie córki. Z domu i zabudowań ani śladu. Pozostała kupa zgliszcz. Na zgliszczach jeszcze dyni się. W powietrzu czuć spalenizną. Podchodzę bliżej - jakiś strach mnie ogarnia. Wstępuję na pogorzelisko. Tu był pokój siostry. Na ziemi znajduje znajome metalowe przedmioty - nożyce, maszynka i dużo innych rzeczy. Szczątków trupów ani kości nie widać, może uciekli - pomyślałem.  Idę dalej. W drugim pokoju pod ścianą widzę kości rozmaitych rozmiarów. Duże, małe i jeszcze mniejsze. Ale czego tak mało kości i takie drobne kawałeczki, jak gdyby kto młotkiem je potłukł. Nigdy nie wyobrażałem, że człowiek może się tak spalić, że z ciała nic nie zostanie. Stałem chwilę i patrzyłem na te szczątki siostry i jej córek. Łzy cisnęły mi się do oczu. Przypomniałem sobie, jak tydzień temu wstecz były obie córy siostry na urodzinach mojej córki, Steni. Była i córka brata - Wala, były wesołe i rozbawione. Starsza córka siostry grała na gitarze, a te tańczyły i śpiewały. Powiedziałem wówczas do żony: Szkoda, że nie ma aparatu, dobrze byłoby je sfotografować. Jakbym przeczuwał, że już nigdy ich nie zobaczymy. Ale nie ma czasu roztkliwiać się. Idę dalej, muszę dowiedzieć się o losie brata i jego córki. Później mogą nadjechać Niemcy. i ze mną koniec. Przy następnej sadybie takie same zgliszcza. Kilka kur chodzi przy zgorzelisku. Został tylko żuraw przy studni i kawałek opalonego płotu, na którym siedziało kilkanaście kruków. Kruki przeraźliwie krakały. Dalej z lewa kiedyś była sadyba De'Bobre, z którym służyłem w wojsku. Teraz tylko ruiny. Na zgorzelisku siedzi pies i przeraźliwie wyje, tam dalej jemu drugi wtóruje. Idę dalej coraz to inne widoki, jeden od drugiego okropniejszy Tuż przy samej drodze spalona sadyba Niezbrzyckiego. Widzę, kilkanaście kruków na czymś żeruje. Co to może być? Podchodzę bliżej. Kruki z krzykiem odlatują. Widzę, leży opalony trup chłopca lat około dziesięciu. Uszy i nos obgryzione przez psy. Leży o parę kroków od spalonej stodoły. Tu widocznie był zabity i dlatego nie spalony. Prawdopodobnie był to syn Niezbrzyckiego. Wszędzie pełno kruków. Przelatują z miejsca na miejsce i przeraźliwie kraczą. Skąd to nabrało się ich tyle. Zleciały chyba z całej okolicy. Czytałem kiedyś, że kruki są bardzo solidarne i kiedy znajdą gdzieś żer, sobie tylko znanym. krzykiem zwołują się nawzajem. Idę dalej. Tylko po płotach i żurawiach widać było, gdzie były zabudowania. Przyspieszam kroku aby prędzej opuścić to miejsce kaźni gdzie dwa dni temu wstecz było życie i radość. Teraz pozostały zgliszcza, przeraźliwe wycie psów i krakanie kruków. Przy wyjściu z Borszczówki z prawej strony zostało nie spalonych kilka domów. Dlaczego ich Niemcy nie spalili? Były różne przypuszczenia, ale tej tajemnicy nikt nie rozwiązał. Za Borszczówką z lewej strony stało kilka domów. Mieszkali w nich Ukraińcy. One też zostały spalone i znaku po nich nie zostało. Idę dalej do Hłuboczka. Tam okrążyła mnie gromada ludzi. Rozpytują kto zginął, a kto został żywy. Odpowiadam im, że sam jeszcze nie wiem. Przyszedłem może tu coś dowiem się o losie brata. Idę do sołtysa, może on coś więcej będzie mi mógł powiedzieć. Niestety nic nie wiedział. Sołtys jedzie zaraz do gminy na odprawę. Proponuje, aby z nim jechać. Może tam coś konkretnego dowiem się. Postanowiłem jechać. Po drodze rozmawiam z sołtysem i furmanem. Dowiaduję się od nich dużo. Opowiedzieli, jak Niemcy i ukraińska milicja przyjechali do Hłuboczka. Tam zostawili furmanki, a sami ruszyli w szyku bojowym w kierunku Borszczówki. Później jak wrócili z Borszczówki, zwołali ludzi i powiedzieli im, że zniszczyli Borszczówkę za przechowywanie i sprzyjanie z radziecką partyzantką. Powiedzieli, że spotka ich to samo, jeżeli będą zadawać się z partyzantką. W Hoszczy, w gminie nie dowiedziałem się o bracie nic, prawdopodobnie został zabity. Niemcy tylko powiedzieli sołtysowi, że kto z mieszkańców Borszczówki został żyw - niech wraca i pracuje. Nic im już nie grozi. Nakazali też sołtysowi, aby wziął ze swojej gromady ludzi ze szpadlami i wykopali mogiłę przy drodze (nie na cmentarzu), do której mieli zwieźć trupy i kości pobitych i zakopać nie stawiając krzyża. Oni rzekomo mieli sami postawić słup z tablicą, na której mieli napisać, za co Borszczówka została zniszczona. Widziałem w Hoszczy ulotki, w których Niemcy ostrzegali ludność, aby nie zadawała się z partyzantami bo spotka ich to co spotkało ludzi w Borszczówce i Lidawce. (…) W Borszczówce spotkałem sołtysa z Hłuboczka z ludźmi i dwie fury do zwożenia trupów. Szukali miejsca do kopania mogiły. Wybrali małe wzgórze nad drogą na ogrodzie Trockich, jak kazali Niemcy. Poszedłem z sołtysem do spalonej szkoły, szukać szczątków brata. Znajduję zniekształcony kadłub człowieka. Leży na ziemi. Nogi ma spalone, głowa roztrzaskana Została tylko dolna szczęka, między żebrami wypalone ciało. Przez dziury widać wątrobę i płuca. Pomyślałem, czy to brata szczątki? Przypomniałem, że brat miał dwa złote zęby w dolnej szczęce. Trzeba odwrócić. Obracam spalony kadłub, smarując ręce w upieczonym i spalonym ciele. Dwa zęby były, błyszczą. Tak, to jest brat! Dla pewności szukam przy zwłokach, rozgarniając popiół i węgiel. Znajduję zapalniczkę i klucz od mieszkania. Teraz już jestem pewny, że mam przed sobą brata w postaci bryły spieczonego i okopconego ciała. Stanęło mi w pamięci, jak tydzień temu byłem u niego i widziałem jak mył się bez koszuli. Był taki czyściutki, a teraz? Ale nie ma czasu rozmyślać. Jeszcze mam szukać Walę, córkę brata, a później siostrę z dziećmi. A w głowie kłębią się myśli czy nie przyjadą tu Niemcy i nie wykończą pozostałych. Idę do drugiego pokoju, tam pod ścianą rozgarniam węgle i popiół. Znajduję kosteczki - żeberka, kawałki czaszki, kości z nóg i rąk. Ciała przy nich ani odrobinę. Były to kości z małego dziecka, ale czy to kości Wali? Grzebię dalej i znajduję blaszany guziczek, jeden, drugi i medalik Matki Boskiej. Przypatruję się guziczkom. Tak! Wala miała je przy sweterku. Są to kości Wali. Zbieram je na kupę. Rozglądając się na wszystkie strony, czy nie idą Niemcy. Pozbierałem tych kości może połowę. Reszta została pod gruzami, Spieszę się. Jeszcze trzeba iść i szukać siostry i jej dzieci. Tuż niedaleko leży mój spalony rower i wirówka do mleka, którą brat wziął na przechowanie do szkoły. Takie rzeczy trzeba było zdawać Niemcom. Nie przechował... Wszystko i wszyscy zginęli. W spalonym domu, gdzie mieszkała siostra, kości nie znajduję. Jak już pisałem, były w drugim pokoju. Szukam jakiegoś naczynia, aby je pozbierać. Na osmalonym płocie wisi blaszana brytfanka. Wkładam do niej części kości - reszta zostaje. Wracam do miejsca gdzie kopią wspólną mogiłę. Kopią wąski rów na dwa metry szeroki, na dziesięć długi. Zmieszczą się zwłoki i kości stu dwudziestu siedmiu osób. Kilka trupów dalsza rodzina potajemnie pogrzebała na cmentarzu. Całych trupów może było ze trzydzieści, reszta kadłuby i kości. Nadjeżdża pierwsza fura z pomordowanymi - była to rodzina Trockich. Pomagam ich zdejmować. Pierwszy trup był Alojzego, mego kuma. Chrzcił moją starszą córkę Stenię. Był ciepło ubrany. Na palcu widzę, złotą obrączkę. Dostał dwa postrzały. Kładziemy go na ziemi tuż przy mogile. Mogiła jeszcze nie wykopana. Zdejmujemy starego Trockiego. Jest bardzo ciężki. Kładziemy rzędem, jeden przy drugim. Teraz zdejmujemy Witka - był jeszcze kawalerem. Dzień przed masakrą przyjechał do domu (pracował w gminie). Teraz zdejmuję małego chłopca Janusza, syna Alojzego. Ma może cztery lata. Kula trafiła go niżej czaszki. Kilka zębów wybitych, jeden na skórce wisi na zewnątrz. Kładę go na zwłokach jego ojca. Tak biedny kochał swego jedynaka. Teraz zdejmujemy starą Trocką. Jest opalona. Zabita była w sieniach, a reszta rodziny na dworze. Następną kobietą była żona Alojzego. Była ślicznie ubrana. Miała złotą obrączkę na palcu, a na ręku pasek od zegarka. Zegarek ktoś zdążył zabrać. Teraz zdejmujemy pannę Polę i jej młodszą siostrę. Były to córy Trockich. Najstarsza córka Trockich została ranna w głowę, straciła przytomność i to ją uratowało. Po masakrze ludzie ją znaleźli i odratowali. Ostatnią była siostra żony Alojzego. Była to śliczna młoda dziewczyna. Zauważyłem, że miała palce uwalane ziemią. Za paznokciami było błoto. Biedna - widocznie ciężko konała, grzebiąc palcami ziemię. Było ich wszystkich dziesięcioro w rodzinie Trockich. Teraz jadę z woźnicą do szkoły po brata. Martwię się, jak tu brata, siostrę i ich dzieci pogrzebać, aby byli razem. Na jednym podwórku wpada mi w oczy koryto do pojenia koni. Jest nowe, dość szerokie. Czy nie wykorzystać to koryto jako trumnę? - przychodzi mi do głowy. Postanowione! Zajeżdżamy na podwórko, wkładam z woźnicą koryto na wóz. Teraz oglądam się za deskami, którymi można będzie przykryć koryto. Odbijam od bramy dwie deski - akurat pasują. Już nam gotową trumnę. Wkładamy zwłoki brata do tej trumny i wsypuję kosteczki Wali. Będą razem. Jedziemy do miejsca kaźni siostry i jej córek. Tam z brytfanki wysypuję ich kości do trumny i jeszcze wybieram z popiołu. Po drodze do mogiły zabieramy jeszcze szczątki dwóch rodzin. Postanawiam coś napisać i włożyć do trumny. Znajduję butelkę. Piszę na kartce papieru: Wieczny odpoczynek Wam Kochani i Drodzy - Olesiu, Zosiu, Walu, Klaro i Wisiu, niewinnie pomordowani w dniu 3 III 1943 roku. Zwijam listek i wkładam do butelki. Miałem na myśli, że przyjdzie czas po wojnie i pochowamy ich szczątki na cmentarzu. Niestety tak się nie stało. Pod kości włożyłem butelkę z pismem. Gwoździe już miałem przyszykowane i zabiłem trumnę deskami. Byłem zadowolony, że udało mi się choć tak zebrać szczątki swoich najbliższych. Mogiła była już gotowa. Dno mogiły wyścielono słomą. Z jednego końca układano trupy, z drugiego sypano kości i wrzucano kadłuby. Dużo trupów było obgryzionych przez psy, gdyż minęło cztery doby jak zostali pomordowani. Psów we wsi było dużo. One musiały coś jeść. Słychać było i teraz ich okropne wycie. Kruki szukając żeru z krzykiem przelatywały z pogorzeliska na pogorzelisko. Rodzinę Trockich ułożyli jeden przy drugim. Synka Alojzego ułożyli między tatusiem i mamusią. Jeden z tych co był na dole zdjął z siebie marynarkę, obwinął nią małego Janusza i położył go między rodzicami. Był to Pomerański. Postawiłem trumnę w której byli moi najbliżsi tuż przy zwłokach Trockich. Była jeszcze jedna trumna ze szczątkami Władysława Sikorskiego. Pamiętam, żona jego przywiozła tę trumnę w ostatniej chwili - gdy już był włożony do mogiły. Z mogiły go wydostali i włożyli do trumny. Był na wpół spalony. Zabili go w domu Murawskich, do których przybył w odwiedziny i oddać pożyczone wiadro. Podczas wkładania go do trumny, żona jego strasznie płakała. Co raz to podjeżdżała fura do mogiły, przywożąc trupy i kości, które z łoskotem wrzucano do mogiły. Po włożeniu wszystkich trupów i kości, mogiłę przykryto słomą i zasypano ziemią. Było tam sto dwadzieścia siedem osób w wspólnej mogile. Byli tam starcy, młodzi, dzieci i niemowlęta. Były kobiety stare, ciężarne, śliczne młode dziewczęta i małe dziewczynki. Nie było tam przy tym pogrzebie ani księdza, ani żadnego przemówienia. Nikt też nie płakał za wyjątkiem Heleny Sikorskiej i mnie. Nie postawiono też krzyża na mogile, gdyż tak kazali Niemcy. Dopiero po jakimś czasie, ci co zostali przy życiu zrobili i postawili duży dębowy krzyż. Byłem i ja przy robieniu i stawianiu tego krzyża. Po zasypaniu mogiły, sołtys zdjął czapkę i mówi do swoich ludzi: pomódlmy się za ich dusze. Dziś my ich pogrzebali, jutro nas ten los może spotkać. Wszyscy poklękali przy mogile i modlili się w Po modlitwie wstali i odeszli do domów. Mieli oni swoje domy, swoje rodziny w sąsiedniej wsi. A ja co miałem robić? Stałem sam przy mogile i nie wiedziałem dokąd mam iść i gdzie szukać swojej rozproszonej rodziny - żony i córeczki. Zmrok już powoli zapadał, musiałem gdzieś iść. W tej chwili zazdrościłem tym, co tu leżą spokojnie bez żadnych trosk. Po spaleniu Borszczówki rozmawiałem z tymi ludźmi, do których strzelano i którzy zostali lekko ranni. Drodzy natomiast udali zabitych i w ten sposób uszli śmierci. Później, po wyjściu Niemców z mieszkania, udało się im uciec do lasu. Od nich dowiedziałem się szczegółów mordu. Było to tak: Zachodzili Niemcy do mieszkań przeważnie po dwóch. Jeżeli było kilka pokoi, zbierali wszystkich do jednego i puszczali serię z automatu. Cała rodzina waliła się na ziemię. Potem wychodzili i szli do drugiego domu. Kto był lekko ranny, czy symulował zabitego, uciekał. Po tych co zabijali, szli drudzy Niemcy i ukraińska policja. Wyprowadzali oni konie, krowy i świnie, a później podpalali wszystkie zabudowania. Uciekło w ten sposób osiem osób. Jedna z ocalałych Pań opowiadała, że Niemcy weszli do mieszkania i zaczęli od razu strzelać. Ona otrzymała trzy postrzały. Upadła nieprzytomna. Jak długo leżała, nie wie. Kiedy odzyskała przytomność, zobaczyła ojca i męża w kałuży krwi. Na podwórku byli jeszcze Niemcy. Wyprowadzali konie i krowy ze stajni. Tylnymi drzwiami ucieka nieprzytomna ze strachu do sąsiada. Prawie w ślad za nią i tu przychodzą Niemcy i tu po raz drugi razem z sąsiadami została powtórnie postrzelona. Dostała znowu dwie kule. I tym razem strzały nie były śmiertelne. Po wyjściu Niemców, kobieta wyczołgała się z domu i uciekła. Po kilku dniach kobieta ta urodziła zdrowe dziecko. Drugi wypadek był taki: Niemcy zachodzą do jednego domu. Była tam liczna rodzina. Zbierają wszystkich pod ścianę, puszczają serię z automatu i wszyscy padają na ziemię. Matka całym ciężarem zwala się na swego syna, młodego chłopaka. Ten udaje zabitego i leży cicho. Po masakrze Niemcy wychodzą. Chłopak wysuwa się spod zwłok matki i przez okno ucieka do lasu. W ten sposób uratowało się, jak już pisałem kilka osób, z którymi rozmawiałem i od których dowiedziałem się, jak Niemcy przeprowadzali tę masakrę. Napisałem tylko o dwóch uratowanych. Ci, o których nie piszę, mniej więcej w ten sam sposób uszli śmierci. Po jakimś czasie spisałem nazwiska wszystkich pomordowanych i przechowuję je do tej chwili. A te pozostałe polskie zagrody na Krańcach Borszczówki w tym i moja zagroda w krótkim czasie były spalone przez Banderowców, a mieszkańcy którzy ocaleli rozbiegli się we wszystkie strony świata.  I tak przestała istnieć kol. Borszczówka. Pozostały tam tylko zgliszcza i wspólna mogiła, zapomniana przez ludzi i Boga. .[1]

Anna Morawska :Byłam mieszkanką Borszczówki, powiat Równe na Wołyniu, nazywałam się już wtedy Anna Morawska. Dnia 3 marca 1943 roku przyjechała karna akcja niemieckiego wojska, której pomagali Ukraińcy. Ponieważ to była okolica samych Polaków zabijali każdego nawet przechodniów. Od rana Niemcy wchodząc do każdego domu zabijali wszystkich. W moim domu została moja siostra Zofia Musił i lokatorka Honorata Sitracka. Mój mąż został zabity u sąsiada Niezbrzyckiego. Władysław Sikorski chrzestny mego syna zdążył swoje piękne konie zaprowadzić do naszej stajni i tam zostały spalone, a ich gospodarz został zabity na progu mojego domu granatem. Z mego domu uciekła moja lokatorka pani Sitracka - matka zabitej Honoraty. Uciekając przez okno niedaleko domu schowała się pod gałęzie ściętego drzewa, ponieważ w tym dniu padał śnieg. Śniegiem przykryło ją i to ona mnie opowiedziała – bo była naocznym świadkiem tej strasznej tragedii. Sołtys poprzez odezwę kazał żeby wszyscy byli w domu w dniu 3 marca 1943r. Przeżyłam dlatego, że pojechałam do moich rodziców do Żytynia Cukrowni po swego trzyletniego synka Józefa Morawskiego, który był tam kilka tygodni, bo tam było bezpieczniej, ale Tata mój prosił żebym nie wracała dzisiaj tylko na drugi dzień. Widocznie tak los chciał, bo gdybym pojechała w tym dniu to zginęłabym razem z synkiem i mężem. Kiedy miałam na drugi dzień pojechać, przyjechał do nas pan Harasiewicz i prosił rodziców czy mógłby zatrzymać się i konie zostawić. Moja mama zaprosiła go i powiedziała: „że jest u nas córka z Borszczówki”. Pan Harasiewicz mówi: „Boże jaka szczęśliwa bo Borszczówki już nie ma i nie ma do czego wracać. Wszyscy wybici i spaleni”.I tak zostałam z synkiem na pastwę losu. Został tylko ten kto nie był w domu albo uciekł. Zostało Nas niewielu i nazwano Nas Niedobitkami. U państwa Niezbrzyckich była kobieta z Rosji, ciężarna. Była ranna i jeszcze zaszła do sąsiada Pana Bobra (Pana De Bobre), prawdopodobnie jeszcze raz była ranna i potem urodziła dziecko. Straszne to ale prawdziwe. Po całej tej tragedii pojechałam z przyjacielem Ukraińcem sąsiadem oraz moją mamą Marią Musił. Chciałam zobaczyć i dowiedzieć się jak to było. Mama na miejscu naszego domu zbierała szczątki swojej córki Zofii. Powiedziano Nam, że mój mąż Jan Morawski został pochowany w skrzynce z ula. Po tragedii śniło mi się i w śnie powiedziano mi, „że mam iść do Niezbrzyckiego i co tam znajdę to moje będzie”. Tak się stało, że pod piecem leżał mój malutki chrześniak cały popalony, bo leżał pod piecem chlebowym, a w kuchni Niezbrzyckich znalazłam zapalniczkę mojego męża. Byłam pewna, że on tam zginął. Zapalniczkę mój mąż dostał od mego taty, była ona okrągła a na niej był polski orzeł a takich zapalniczek więcej nie widziałam i po tym rozpoznałam, że tam zabili mi męża. Kosteczki znalezione zostały umieszczone w butelce i pochowane we wspólnym grobie. Po tym wszystkim Niedobitki przychodzili i myśleli, że jakoś da się tam żyć, ale czyhali na nas Ukraińcy i trzeba było szybko uciekać. [2]

Mariusz Rutczyński: Tam zginął mój dziadek Władysław Sikorski i jego cała rodzina.  Podobny los spotkał Trockich, również moją rodzinę. Sikorscy mieszkali w Borszczówce bezpośrednio przy granicy z Rosją Sowiecką. Moja babcia opowiadała , że nasza rodzina przechowywała partyzantów -  z racji tego, że dziadkowie mieszkali za lasem tak trochę z boku - w bezpośredniej bliskości wspomnianej granicy. Opowiadała o tym, że partyzanci gościli u nich nawet do 2 tygodni, a były to oddziały liczące do 40 osób. Dużo opowiadała  o wymordowaniu mieszkańców i spaleniu domów w Borszczówce 3 marca 1943 r.. Trudno jednak dokładnie przytaczać w jaki sposób wymordowano ludzi, bo Babcia w ciąży z ciotką oraz z moją ponad roczną matką ukryła się w leśniczówce w Narajówce. Po kilku dniach wróciła do Borszczówki pochowała rodzinę. Ofiarami  zbrodni w dniu 3 marca 1943 r. z rodziny Sikorskich, mieszkańców Borszczówki, byli niżej wymienieni:

1.        Władysław Sikorskie syna Michała ur. około 1878 r.

2.         Dioniza Sikorska z domu Krasińska córka Mariana i Zofii z domu Terleckiej urodzona około 1888 r.

3.         Władysław Sikorski syn Władysława i Dionizy z domu Krasińskiej urodzony 8.12.1908 r.

4.         Janina Sikorska córka Władysława i Dionizy z domu Krasińskiej urodzona około 1910 r.

5.         Witold Sikorski syn Władysława i Dionizy z domu Krasińskiej urodzony około 1912 r.

6.         Stanisław Sikorski syn Władysława i Dionizy z domu Krasińskiej urodzony w 1916 r.

Ponieważ dom został w stanie nienaruszonym,  Babcia mieszkała jeszcze około miesiąca - ukrywając się nocami w stodole lub w polu. Dziś po Borszczówce nie ma nawet śladu, rośnie trawa i obok kępy lasu. [3]

1] Władysław Gruszecki- Fragmenty wspomnień – Zagłada Borszczówki http://wolyn.freehost.pl/wspomnienia/borszczowka-gruszecki_wladyslaw.html

2] Wspomnienia -Anna Morawska, listopad 2011 http://wolyn.freehost.pl/wspomnienia/borszczowka-anna_morawska.html

3] Korespondencja z  Mariuszem  Rutczyńskim

 


GTranslate

plbebgzh-TWhrcsdanlenetfrgldeelhuitjalvltnoptrorusrskslessvukyi

Włamanie do serwisu

Strona odtworzona po ataku hakerskim. W przypadku dostrzeżenia braków i niespójności z poprzednią zawartością serwisu oraz w celu zgłoszenia ew. uwag prosimy o kontakt z nami.

Wołyń naszych przodków

wp12.jpg
Czytaj także

 

 

Rzeź Wołyńska

lud10.jpg

Szukaj w serwisie

Gościmy

Odwiedza nas 445 gości oraz 0 użytkowników.

Statystyki

Odsłon artykułów:
7436818