Dzisiejsza młodzież już tylko  z historii dowiaduje się o odzyskaniu przez ich kraj pełnej i prawdziwej niepodległości. Jeżeli natomiast trafiają na  wspomnienia sprzed 75 lat są to dla nich opisy z  lamusa. Nie mniej nie tylko warto do nich wracać, ale i trzeba, by nie umknęły z pamięci najmłodszych pokoleń. Żyją jeszcze i są wśród nas świadkowie tamtego czasu, a ci co odeszli zostawili po sobie spisane wspomnienia. Wszyscy oni nie mogli zapomnieć czasu kiedy cały świat zapomniał o Polsce i Kresach Wschodnich. Jak w kamieniu wryły się w ich pamięć dni i obrazy z września 1939 roku. Nie bez przyczyny w tytule wykorzystałem  fragment zdania jednego ze wspominających. Dla nich i dla wielu tysięcy Polaków z Kresów świat się zawalił nie tyle 1 września co 17. To, że przez pół wieku nie uczono w naszych szkołach o zdradzieckiej napaści Sowietów na nasz kraj, wmawiając nam ,że to była pomoc, to nic dziwnego, taka władza , takie czasy. Ale od 25 lat też wrzesień bardziej nagłaśniany jest jako napaść Niemców Hitlerowskich na Polskę, wspominając tylko półgębkiem o „Czerwonej Inwazji”. Stosunkowo łatwo nasze państwo pogodziło się z utratą Kresów II RP, może właśnie dlatego zapomina się o  ostatnim rozdziale tragicznej historii tych ziem. Kresowianie jednak nie pozwalają na tak daleko idąca amnezję historyczną i  ocalają  od zapomnienia zarówno czas jak i ludzi z nim związanych.

Tadeusz Olszański ,siedemnasty września w Stanisławowie: „Dziś już wiem dokładnie, że to 17 września wszystko się zawaliło i skończyła się polska niepodległość, a do Stanisławowa w trzy dni później wkroczyła Armia Czerwona. W szarych, wystrzępionych u dołu szynelach do samej ziemi, z bagnetami na sztyk na długich karabinach i z dziwnymi, szmacianymi woreczkami zawiązywanymi na sznurek zamiast wojskowych tornistrów na plecach. Szli godzinami od strony Majzli, przez wiadukt kolejowy, a potem Sapieżyńską przez miasto i ciągnął się za nimi zupełnie obcy, smrodliwy zapach mi to dziegciu, ni kału. Jechały śmieszne, ciągnięte przez koniki wózki na dwóch kółkach z kulomiotem, zwane taczankami, armaty oraz tankietki i ogromne tanki, jakich nigdy przedtem nie widzieliśmy. Entuzjastycznie witała ich na Sapieżyńskiej ukraińska i żydowska ludność, a pod nowoczesnym gmachem poczty odbył się nawet wiec powitalny z mnóstwem czerwonych flag, które nie wiadomo skąd się nagle wzięły. To było straszne, bo w tym wiecu uczestniczyli ludzie, których codziennie widywaliśmy na ulicach, a niektórych nawet znaliśmy i nigdy nie podejrzewalibyśmy, że będą świętować klęskę Polski. Nie mogliśmy uwierzyć i pozamykaliśmy się w domach”  [1]

Kazimierz Zięba - W roku 1939 ukończyłem klasę III i po wakacjach miałem iść do kl. IV. Wakacje były skromne. Krążyły pogłoski, że będzie wojna. W lipcu przeniesiono mnie z zuchów do 18 drużyny harcerskiej, która działała przy szkole nr 8 w centrum miasta. Odbywałem dość duże odległości na zbiórki. Tu organizowano podchody, zabawy i śpiewy. W rodzinie jednak panowała psychoza wojenna. W radiu ciągle mówiono o stanie przygotowań; zbierania darów na zakup karabinów maszynowych, ich przekazywanie uroczyste dla wojska.

Pierwszego września, kiedy przygotowywałem się, by iść do szkoły, słyszałem komunikat w radiu o wojnie. Co jakiś czas nadawano: „Uwaga, uwaga nadchodzi”. Ojca mało widziałem, ciągle był zajęty. (W 1930 r. ojca przeniesiono do Łucka, gdzie do wojny pracował w policji śledczej. Ojciec był odznaczony wieloma medalami za bohaterską walkę, wśród nich był krzyż Virtuti Militari.) Kopaliśmy schron w sadzie u państwa Łukomskich, którzy mieszkali naprzeciw nas. Tam się chroniliśmy w czasie nalotów. W pierwszych dniach wojny Niemcy zbombardowali lotnisko, koszary wojskowe i inne ważne obiekty. Mówili, że pomagały im w rozpoznaniu kolonie niemieckie, jakie były w pobliżu miasta. Ojciec w obawie przed represjami nacjonalistów kazał nam zmienić miejsce zamieszkania. Załatwił, że pojechaliśmy do Kołek transportem rzecznym. W kilka dni po rozpoczęciu wojny popłynęliśmy statkiem do miasteczka Kołki. Tam zamieszkaliśmy u restauratora. Domek był piętrowy, na dole była restauracja, na górze mieszkał właściciel, a drugą część zajmowaliśmy my. Stołowaliśmy się w restauracji. Skończyły się nam pieniądze. Nie byliśmy zamożni. Nie mieliśmy odzieży, zabraliśmy tylko walizkę z bielizną. Mama postanowiła wrócić do Łucka. 16 września 1939 r., tą samą drogą rzeczną, płynęliśmy do domu. Nazajutrz płynąc rzeką blisko miejscowości (nie pamiętam jakich) usłyszeliśmy strzelaninę z karabinów. Potem zobaczyliśmy na łące w pobliżu rzeki uciekających dwóch żołnierzy. Statek nasz zatrzymał się i zabrał uciekinierów na pokład. Żołnierze opowiadali, że wycofywali się przed naporem niemieckim i pociągiem wracali na tereny wschodnie Polski. Dojeżdżając do jakiejś miejscowości Ukraińcy i Żydzi z czerwonymi opaskami oraz żołnierze radzieccy okrążyli pociąg żądając poddania się. Polacy otworzyli ogień; uciekli komu się udało. To już była agresja radziecka na Polskę. Daliśmy tym żołnierzom ubrania cywilne i zostali wpisani w poczet pasażerów. Niedługo potem podjechało NKWD, zatrzymali statek sprawdzając, czy nie zabraliśmy żołnierzy polskich. Nic nie wykryli. Zarządzili opuszczenie polskiej bandery i wciągnięcie flagi czerwonej. Nie było płótna czerwonego, więc jedna pani wysypała pierze z poduszki, a powłokę zbliżoną kolorem do czerwonej wciągnięto na maszt. Dopłynęliśmy do Łucka. Okazało się, że nasze wszystkie rzeczy ojciec trzema furmankami wysłał do Kołek. Do Kołek furmanki nie dojechały. W czasie natarcia sowieckiego zostały rozgrabione. Od tego czasu ojca więcej nie widzieliśmy. O tym, że ojciec rzeczy nasze wysłał furmankami dowiedzieliśmy się od sąsiadki. Nie mieliśmy poza łóżkami na czym spać, ani w co się ubrać. Dotarła do nas wiadomość, że nasze rzeczy zostały rozgrabione w Kiwerce koło Łucka. Podano też nazwisko - Orłowski, który nagrabił najwięcej. Mama pojechała do Kiwerc do pana Orłowskiego. Pokazał jej stodołę, w której obok innych znalazła nasze rzeczy, pościel i część ubrań. Przywiozła w węzełku. Pan Orłowski ostrzegł mamę, żeby więcej nie przyjeżdżała, bo spuści psy i stąd nie wyjdzie.

Później w naszym mieszkaniu zamieszkał radziecki oficer z żoną i dzieckiem. Mamę, siostrę i mnie przeniesiono do kuchni. Mieliśmy jedno łóżko, gdyż na inne nie mieliśmy pościeli. Spaliśmy w nim we troje. Nie mieliśmy co jeść, pieniędzy, ani ubrań i pościeli. Mama chodziła do pobliskiej wsi kopać ziemniaki, otrzymywała jedno wiadro ziemniaków za dzień pracy. Ziemniaki mieliśmy wysypane pod łóżkiem. [2]

Tadeusz Kaźmierczak -Rocznik 1932 Wspomina: Na początku lipca 1939 r. moja matka wyjechała ze mną i moją sześciomiesięczną siostrą do znajomego kolonisty, który w pobliskiej wiosce miał duży sad i las. Tak zalecił lekarz, ponieważ mieliśmy koklusz. 31 sierpnia przyjechał po nas posłaniec od mego ojca i zabrał nas do Horożanki. Pierwszego września przez radio dowiedzieliśmy się o rozpętanej przez Niemców wojnie. Pamiętam przekazywane przez radio alarmy dla miasta Warszawy: „Uwaga, nadchodzi! Przeszedł“. W pierwszych dniach września pożegnaliśmy się z naszym tatusiem, który zapakował nas wraz z całym dobytkiem na dwa drabiniaste wozy, pocałował matkę, mnie i siostrę. Tak rozstaliśmy się i pojechaliśmy do rodzinnego Borszczowa, On zaś został na posterunku w Horożance, powiat Podhajce, w województwie stanisławowskim, dokąd cztery lata wcześniej przyjechaliśmy z Borszczowa. Z żalem opuszczałem Horożankę. W Borszczowie poszedłem do drugiej klasy szkoły podstawowej. W domu zaciemnialiśmy wtedy okna kocami. Pamiętam, że odwiedzali nas znajomi, którzy wrócili z frontu z lżejszymi ranami rąk i nóg. Zapamiętałem też wkroczenie sowietów do Borszczowa 17 września 1939 r.. Z przodu jechał jeden czołg z czerwoną flagą, a za nim szła piechota. Jechały konne „taczanki“ z armatkami i karabinami maszynowymi. Piechurzy szli z karabinami gotowymi do strzału; karabiny nosili często na sznurkach. Na głowie mieli czapki spiczaste z dużymi czerwonymi gwiazdami –„budionowki“ (mówiliśmy, że ten szpic na czapce służy do rozrodu wszy). Z tyłu za nimi jechały zwykłe wozy. Nasi żołnierze stojący w koszarach borszczowskich daliby im radę, ale otrzymali rozkaz: „Nie strzelać“.

Borszczów zmieniał się. Często widziałem, jak Rosjanki po zakupieniu różnych rzeczy na rynku, szły przez miasto w kapeluszu, ale boso, zajadając kiszone ogórki. Pojawiły się tu i ówdzie portrety Lenina i Stalina. Moją matkę i ciocię często wzywało NKWD na przesłuchania.W szkole opowiadali nam na lekcjach o „raju radzieckim“, o bogatych kołchozach, uczyli młodzież nienawiści do „polskich panów i burżujów“. Zaczęli od razu zwalczać religię, wykorzystując do tego nawet piękne słowa wiersza Marii Konopnickiej: „A kto tę choinkę wyhodował z ziarna? Wychowała ją mateńka ziemia nasza czarna. A kto tę choinkę poił w ciemnym gaju? Ranne ją poiły rosy i woda z ruczaju“. W komentarzu komunistycznej nauczycielki usłyszeliśmy, że to przyroda jest wszechmocna i od niej wszystko zależy, a nie od Pana Boga.

Ostatni raz mojego ojca widziałem 2 września 1939 roku, kiedy jako komendant Policji Państwowej pożegnał się z nami w Horożance. Od tamtej chwili nie mieliśmy o nim żadnej wiadomości. Po ponad 58 latach, 10 października 1998 r. z „Rodziny Katyńskiej” nadeszła pierwsza wiadomość o moim ojcu następującej treści: „Prokuratura Generalna RP udostępniła naszej sekcji dokumenty przekazane przez Prokuraturę Generalną Ukrainy, dotyczące Polaków przetrzymywanych w więzieniach na terenie Ukrainy w latach 1939 - 1941. Wśród tych materiałów znajduje się „Wykaz byłych obywateli Polski, aresztowanych w latach 1939-1940 w Stanisławowskim (Iwano-Frankowskim) obwodzie i przewiezionych do więzienia NKWD miasta Żytomierza“. Pod pozycją 84 figuruje następujący zapis: Kaźmierczak Michał syn Michała ur. 1901 r., przewieziony 18. 04. 40 r. do Żytomierza. W załączeniu przesyłamy kserokopię strony tytułowej i tej, na której widnieje powyższy zapis”.

Dowiedziałem się, że mój ojciec z aresztu w Stanisławowie został przywieziony do Kijowa 10. 10. 1940 r., a zamordowany 18. 10. 1940 r. oraz „pochowany” we wspólnym dole z innymi w Bykowni. 22 czerwca 1994 r. w siedzibie „Rodziny Katyńskiej” w Krakowie odebrałem legitymację Nr 10224 na nazwisko Kaźmierczak Michał. Nadano mu pośmiertnie Krzyż Kampanii Wrześniowej 1939 r.[3]

 

Marian Mongiało pochodzi z Roubiszek na Nowogródczyźnie. W 1938 r. miał 21 lat. Wtedy został powołany do 7 Batalionu Pancernego w Grodnie. Był szeregowcem, mechanikiem i kierowcą czołgu. Wybuch wojny rozpoczął siedemnaście lat gehenny: wojny oraz prześladowań Sowietów. Także po powrocie do kraju w 1956 r. komunistyczne władze nie dawały mu spokoju.

Wybuchu wojny Marian Mongiało się spodziewał, ale atak Armii Czerwonej 17 września 1939 r. był zaskoczeniem. - Ten dzień zastał mnie w Warszawie, gdzie dotarłem ze swoim batalionem, by bronić stolicy - wspomina. - Gdy dowiedziałem się o agresji naszego sąsiada, bardzo niepokoiłem się losem rodziny, która została w Roubiszkach. Myślałem tylko o jednym, aby najszybciej jak to możliwe znaleźć się w rodzinnych stronach. 28 września Warszawa skapitulowała. Dostałem się do niewoli. Od pierwszej chwili wymarszu myślałem o ucieczce. Czekałem sposobnej chwili. Taka okazja zdarzyła się w okolicach Łomianek. Nasz oddział prowadziło tylko dwóch żołnierzy niemieckich, jeden z przodu, drugi z tyłu. Gdy przechodziliśmy obok gęstych zarośli, uciekłem. Konwojenci nic nie zauważyli. Aby ucieczka się powiodła pan Marian musiał zdobyć cywilne ubranie. - Nie miałem wyjścia, musiałem ryzykować - opowiada. - Zaszedłem do nieznanego mi mieszkania, gdzie była samotna kobieta. Dostałem od niej ubranie męża, który był na wojnie. Po wielu przygodach dotarłem do rodzinnych Roubiszek.

Dla Mariana Mongiały klęska wrześniowa zadana przez dwóch agresorów nie zakończyła wojny. Nie miał wątpliwości, że nikt go nie zwolnił z żołnierskiego obowiązku. Nawiązał kontakt ze Związkiem Walki Zbrojnej, został zaprzysiężony. - Pełniłem funkcję drużynowego cyklistów, którzy rozwozili meldunki do poszczególnych oddziałów - mówi pan Marian. - Brakowało broni, trzeba było ją zdobywać rozbrajając niemieckie posterunki. Obserwowaliśmy ruchy wojsk niemieckich i przekazywaliśmy informacje dowództwu. Gdy po agresji Niemiec na Związek Radziecki zaczęła się na Nowogródczyźnie pojawiać sowiecka partyzantka, oddziały Armii Krajowej z nią współpracowały. - Na początku wszystko dobrze się układało. Myśleliśmy, że Sowieci to jednak Słowianie, lepsi niż te szwaby - mówi Marian Mongiało. - Nasze przypuszczenia nie sprawdziły się. Gdy już Sowieci byli pewni, że pokonają Niemców zaczęli nas uważać za wrogów. Zaczęły się rozbrajania i aresztowania. [4]

Albert Szczesiula: Urodziłem się w 1931 r. na białostocczyźnie niedaleko Sokółki, w rodzinie średnio zamożnej. Odkąd pamiętam rodzice i dziadkowie dzień rozpoczynali modlitwą (na kolanach) i tego nas uczyli. W niedziele „po obrządzeniu” zwierząt, dziadek nakładał okulary i rozpoczynał „Godzinki”, inni pomagali. Często przychodzili sąsiedzi zapewne nie tylko na wspólną modlitwę, lecz by posłuchać, co się dzieje w świecie, o czym piszą w gazetach. W 1939 r. ukończyłem pierwszą klasę i na tym skończyła się moja edukacja. 1 września rozpoczęła się wojna, a nasza nauczycielka nie wróciła z urlopu. Dorośli poszli do pracy w polu, a ja z rodzeństwem zostałem w domu. Przed południem nadleciały bombowce i zrzuciły 6 ciężkich bomb, które eksplodowały z wielkim hukiem, tworząc ogromne leje. Przerażanie i płacz „maluchów” uciszyła mama, która przybiegła z pola. Kilkanaście dni później, 17 września 1939 r., terytoria wschodniej Polski zajęła armia sowiecka. Szybko opustoszały magazyny i sklepy. Rozpoczęto aresztowania „wrogów ludu i sowieckiego ustroju”. Tata był sołtysem i należał do Związku Strzeleckiego. 17 października zjawili się żołnierze NKWD, by przewieźć go do Sokółki „na przesłuchanie”. Nie było go w domu. Mama wysłała wiadomość by uciekał. On jednak nie widział podstaw by się ukrywać i wrócił. Twierdzili, że potrwa to kilkanaście minut. Uwierzył zapewnieniom i zapłacił życiem... [5]

Jan Stanisław Tumiłowicz: W połowie sierpnia 1939, tato otrzymał kartę mobilizacyjną na wojnę z Niemcami (należał do KOP, był plutonowym). Podczas obiadu pożegnalnego opowiedział swoje dzieje - „Pochodzę z bogatej rodziny ziemiańskiej.

Rodzice moi Szymon i Zofia Tumiłowiczowie mieli majątek ziemski w Borsukowej Grzędzie koło Mińska. Tu się urodziłem, mam starszą siostrę Olgę, zamężną z legionistą Okuliczem (obecnie jest na liście katyńskiej - przyp. autora). Sierotą zostałem w wieku 16 lat. Rodzice aresztowani przez władze sowieckie zginęli, majątek rozgrabiono, a myśmy z siostrą uciekli. Ja cudem  ocalałem, ukrywałem się w studni koło naszego majątku przez ponad 6 miesięcy. Dobry sąsiad wywiózł mnie pod Baranowicze pod kopą siana, tam pracowałem jako parobek. Po zwycięstwie Wojsk Polskich osiadłem w Hancewiczach, gdzie byłem leśniczym, potem właścicielem zakładu fotograficznego". Zwrócił się do mamy: „Jadziu pilnuj dzieci, nie wiem, czy wrócę". Ucałował nas, pożegnał słowami: „Zostańcie z Bogiem" i wyszedł. Więcej ojca żywego nie widziałem.

 

Ulicami Hancewicz maszerowały różnie ubrane oddziały pospolitego ruszenia z pałkami, szablami, karabinami. Miały bronić mieszkańców, bo coraz częściej mówiono o wojnie to z Rosjanami, to Niemcami. Przygotowywano zapasy żywności, budowano schrony, zamykano sklepy. Nocą przemieszczały się polskie wojska. Wykupywano sól, cukier, zapałki.

Tadeusz Bubień skonstruował radio kryształkowe, odbierające audycje z Baranowicz (około 50 km od Hancewicz). Już 1 września wiedzieliśmy o wojnie. Tadzio mówił: „bombardują lotniska"; „naloty na Warszawę, Modlin"; „uderzenie z Prus". Pierwsze naloty niemieckie - kilka bomb spadło na Hancewicze, są zabici i ranni. Zbombardowano Baranowicze. Widoczna nocą łuna pożarów. Brak łączności radiowej. Przed 10.IX.39 pod wieczór, mama obandażowała polskiego żołnierza, dała chleb, mleko, koc, on już ledwo szedł. Siadł pod drzewem. Nadlatywał niemiecki samolot, dość nisko, zabijając ludzi na drodze. Uciekaliśmy do schronu. Żołnierz przymierzył, strzelił z karabinu, samolot wyleciał w górę i spadł za lasem, ludzie wiwatowali, chcieli pogratulować, ale żołnierz już nie żył. Dziś wiem, że honor był silniejszy od śmierci. Naloty ustały. Wiedzieliśmy, że Polska jest pod okupacją niemiecką.

Byłem świadkiem napaści wojsk radzieckich na Polskę. Pamiętam niezwykle upalne lato roku 1939. Już nie wychodziliśmy poza nasz płot. Do Hancewicz zjechała cała nasza rodzina. Mieliśmy spore zapasy w piwnicach, wodę z własnej studni, zapas opału, suchary, drób. Coraz mniej ludzi przychodziło do zdjęć.

16 września do późnej nocy babcia piekła chleb, nosiłem opał z drewutni. 17 września obudził mnie około południa chrzęst żelastwa, wystrzały, krzyki i rżenie koni. Zerwałem się z łóżka, starsi z rodziny już stali przy oknie za firankami. Wcisnąłem się pod łokciami. Całą szerokością naszej ulicy szło wojsko sowieckie. Na czele oddziałów jechał konno dowódca. Nagle cofnęli się wszyscy. „Boże od nas" - krzyknęła babcia. Rzeczywiście, na koniu podjechał dowódca pod nasz płot i zniszczył szablą 6 czy 7 garnków wiszących na płocie - do dziś nie wiem dlaczego. Rozległy się strzały - strzelano do polskich żołnierzy, którzy nie zdążyli podnieść rąk w górę. Padli zabici.

Za piechotą szły konie ciągnące na wózkach z kołkami działa. Głuchy huk, czołgi, jadąc spychały i miażdżyły z ludźmi i końmi stające nad rowami wyładowane wozy. Nie da się tego zapomnieć. Strzelanina przeniosła się na bagna i oczerety. Trwało to aż do zmierzchu. Wbiegła do nas przestraszona Poleszuczka - „Pani, tam czerwono od krwi, gęsto leżą zabici, nie dotrę do swojej chaty". „Proszę przenocować u nas, zaraz podam kolację". To bronił się Korpus Ochrony Pogranicza. Dziś wiem, że nie miał szans, bo wojska ZSRR zaatakowały Polskę na całej długości granicy wschodniej (1400 km).

Zarządzono zebrania mieszkańców. Ogłoszono amnestię dla więźniów, powierzając im stanowiska. Powołano Radę Robotniczą. Zaczęły się spisy mieszkańców, tłumacząc, że armia radziecka wyzwoliła biedotę od panów i krwiopijców. Zamknięto sklepy. NKWD zarządziło stawienie się do prac publicznych wszystkich mężczyzn w wieku od 18 do 50 lat, po to, by sporządzić listy, potem wzywać na przesłuchanie. Wiele osób nigdy do domów nie wróciło. Piwniczne zapasy żywności malały. Nikt nie przychodził do zdjęć. Z banków nie można było pobrać oszczędności. Sąsiad również nie oddawał długu (to łącznie ponad 5000 zł strat). Jeszcze nam pozostały pełne szuflady monet, w tym srebrnych.(…) NKWD zamknęło kościół... śpiewamy ….., po polsku na głosy. Nagle łomot do okiennic, przekleństwa, jakiś żołdak krzyczy: „Kto tam pozwolił śpiewać, milczeć!". Dopiero teraz zdaliśmy sobie sprawę, że jesteśmy tu pod okupacją sowiecką. Zapanowała cisza... mogą nas aresztować. [6]

Zaprezentowałem tu tylko  fragmenty wspomnień  ludzi którzy nawet nie spodziewali się jak trudna i niebezpieczna czeka ich przyszłość. Przeżyli  ,wspominając tych którym to nie było dane i dając świadectwo tragicznej historii Kresów i ludności tam zamieszkałej.  Relacje  zostały zaczerpnięte z niżej przedstawionych źródeł.

 

[1] -Tadeusz Olszański, Kresy Kresów Stanisławów, dz. cyt., s. 11-12.

[2]- Kazimierz Zięba - Ścieżki mojego życia-Tygodnik Łobeski -2008.12.22 02

[3]-http://www.swiadkowiehistorii.pl/relacje.php?a=swiadectwo&id=64

[4]-Reportaż Grażyny Wosińskiej ( tekst ukazał się w piątkowym wydaniu Dziennika Elbląskiego, w dniu 18 września 2009 roku http://www.emazury.com/sybiracy/wspomnienia.htm

[5]  O. Albert Szczesiul, franciszkanin (+ 2010) http://www.severa.franciszkanie.pl/wiesci/Sybir1940.htm

[6]  Wspomnienia zesłańca    Z lamusa wspomnień   «ECHA POLESIA»

Kwartalnik Zjednoczenia Społecznego «Związek Polaków na Białorusi»


GTranslate

plbebgzh-TWhrcsdanlenetfrgldeelhuitjalvltnoptrorusrskslessvukyi

Włamanie do serwisu

Strona odtworzona po ataku hakerskim. W przypadku dostrzeżenia braków i niespójności z poprzednią zawartością serwisu oraz w celu zgłoszenia ew. uwag prosimy o kontakt z nami.

Wołyń naszych przodków

wp8.jpg

PAMIĘTAJ PAMIĘTAĆ

Czytaj także

 

 

Rzeź Wołyńska

lud11.jpg

Szukaj w serwisie

Gościmy

Odwiedza nas 353 gości oraz 0 użytkowników.

Statystyki

Odsłon artykułów:
8159315