Na temat ludobójstwa na Wołyniu, dokonanego przez Ukraińców na Polakach, napisano już wiele. Jako wołyński niedobitek i żywy świadek rzezi wołyńskiej i ja stanowię element tej historii. Dlatego obowiązkiem moim jest przywracać pamięć tych, dla których los nie był łaskawy i którzy zostali wymordowani tylko dlatego, że byli Polakami. Pełna bólu i żalu wspominam dziś krwawe wydarzenia, które rozegrały się w 1943 roku na wołyńskiej ziemi. Wtedy to bowiem zorganizowano zbrodniczą akcję przeciwko Polakom. W najokrutniejszy sposób, dyktowany nienawiścią, Ukraińcy mordowali polskich sąsiadów bez względu na wiek i płeć. Już od jesieni 1942 r. do mojej rodziny dochodziły wiadomości, że w innych wioskach Wołynia miały miejsce pojedyncze napady na Polaków, a nawet zabójstwa dokonywane przez Ukraińców. Moja rodzina nie dopuszczała do siebie myśli o zbliżającym się niebezpieczeństwie. Podejrzewała, że pojedyncze mordowanie Polaków dowodzi tylko jakichś porachunków indywidualnych. Pamiętam, że podczas dżdżystej jesieni 1942 r., mój dziadek przyniósł do domu wiadomość, że „mieszkaniec naszej  wsi,  Ukrainiec o nazwisku Chołodiuk, pomimo iż zawsze z nim rozmawiał bardzo długo i chętnie, a nawet dowcipkował, tak tym razem był jakiś dziwny, trochę jakby smutny, unikał wymiany zdań, stał milczący, tylko słuchał, a odchodząc, nawet ręki nie podał”. Pewnego razu wczesną wiosną 1943 roku wybrałam się z moim tatą na spacer, na zbieranie śnieżyczek. Po powrocie do domu, zastaliśmy w nim Pana Iwana Liszczenko, który przyjaźnił się z moim dziadkiem i często u nas bywał. Jako sześcioletnia dziewczynka zapamiętałam treść prowadzonej wtedy rozmowy. Pamiętam, że Pan Liszczenko powiedział: „Budemo Lachiw rizaty”. Mój tata stwierdził, że jest to niemożliwe, bo przecież nasze rodziny przyjaźnią się nawzajem. Na to  Pan Liszczenko powiedział, że wyczytał o tym z książek. Mój dziadek głośno się roześmiał i wykpił tę wiadomość stwierdzając: „Panie Liszczenko, jak to jest, że podpisujecie się krzyżykiem, a książki czytacie?” Wtedy Pan Iwan Liszczenko odpowiedział: „Już niedługo wam o tym przypomnę”. I przypomniał. Właśnie dzięki temu Ukraińcowi o nazwisku Iwan Liszczenko żyję. W przeddzień mającego się odbyć pierwszego napadu banderowców ukraińskich na Hucisko, Pan Iwan Liszczenko powiedział mojemu dziadkowi, że: „Od jutra (tj. w nocy z 22 na 23 kwietnia) planowany jest napad banderowców na Hucisko. Na „czarnej liście” jako pierwszy do rozstrzelania figuruje Józef Dobrzański, bo jako  młody,  silny  i  przeszkolony  w  czynnej służbie wojskowej,  jest  podejrzany  o to,  że  mógłby  dobrze  przewodzić  Polakom i utrudniłby walkę Ukraińcom o samostijną Ukrainę. Dlatego banderowcy wszystkich takich jak Dobrzański, chcą najpierw rozstrzelać, a dopiero wtedy dokonywać będą zagłady pozostałych Polaków”. Pan Iwan Liszczenko doradził dziadkowi, żeby wskazanej nocy jego zięć nie nocował w domu, „niech ucieknie z rodziną do lasu albo do Ostroga”- powiedział. Dodał przy tym: „Tyle wam Franciszek mogę powiedzieć, nic więcej, bo za każdego uratowanego Polaka, gołowa na pniaka”. Drugim Ukraińcem, dzięki któremu żyję, był Pan Walaszko Siuńko, który w przeddzień „święcenia noży na Polaków” uprzedził mojego dziadka, że „od jutrzejszej nocy będą mordowani Polacy. Noże na nich będą święcone jutro rano w cerkwiach i na cmentarzach”. Ukrainiec ten zdradził dziadkowi tajemnicę, że najpierw będą aresztowani i rozstrzelani młodzi, silni mężczyźni, bo później banderowcy i bulbowcy łatwiej sobie poradzą ze starcami i dziećmi. Powiedział też, że tym sposobem bandy ukraińskie rozpoczynają walkę z Polakami o „samostijną Ukrainę”, a mój tata jest pierwszym Polakiem wyszczególnionym na liście skazańców. Pan Walaszko radził, by tata uciekł czym prędzej. Wspomniał on też, że powiedział dziadkowi to, co najważniejsze, a dalej niech dziadek sam domyśla się i decyduje, bo on już więcej powiedzieć nie może. Nikt  z  mojej  rodziny  nie chciał uwierzyć w informacje uzyskane przez dziadka od wymienionych Ukraińców, którzy uprzedzili nas o mających się odbyć atakach Ukraińców na Polaków. Mój tata, pamiętnego dnia od samego rana przebywał w domu i obejściu gospodarskim, nigdzie się nie wybierał i nigdzie nie zamierzał uciekać. Pamiętam, że w tym nieszczęsnym dniu, rano, sądzę że między godziną 9.00 a 10.00, przyszedł na nasze podwórze jakiś młody, nieznany nam Ukrainiec. Ponieważ na podwórzu przebywałam z babcią, więc wszystko widziałam i słyszałam. Poprosił on najpierw babcię o wodę. Babcia podała mu wodę, którą wyciągnęła ze studni. Nieznajomy wyjaśnił, że jest człowiekiem ściganym przez jakichś bandytów, nie ma już siły uciekać i dlatego prosi, żeby go gdzieś ukryć. Babcia zaproponowała mu ukrycie w stodole, ale jemu to nie odpowiadało. Powiedział, że woli być ukryty pod łóżkiem, najlepiej w przechodnim pokoju, bo nawet jeśliby go tu szukano, to nikt nie domyśli się, że może być ukryty  w takim miejscu. Tak też się stało. Pod łóżkiem przebywał przez cały dzień. Babcia i mama podawały mu tam jedzenie i picie. Ja za każdym razem towarzyszyłam im, kucałam przy łóżku, by zobaczyć tego człowieka. Pamiętam, że przeważnie był on podparty na prawym łokciu, a kiedy jadł, to leżał na brzuchu. Po południu, około godziny 17.00 może 18.00, człowiek ten wyszedł spod łóżka, mówiąc wszystkim, że jeżeli do tej pory nikt go nie szukał, to już nie będzie. Może więc czuć się bezpieczny. Podziękował za gościnę i odszedł. Bardzo dobrze zapamiętałam twarz tego człowieka. Co więcej, rozpoznałam ją nawet po 53 latach, tj. w 1996 r. podczas mojej wycieczki w rodzinne strony, kiedy to odwiedziłam w/w Ukraińca. Wiedziałam, że po wojnie zamieszkał w Derewiańczu Małym i tu go odnalazłam. Wizytę u tego człowieka zaplanowałam celowo, po to by dać mu do zrozumienia, że  go rozpoznałam i wiem kim był w 1943 r.  Przekonana   jestem , że  z  rozmowy, którą z nim wtedy przeprowadziłam, doskonale zrozumiał, że znam jego bandycką przeszłość. Chociaż tylko w ten sposób mogłam mu się „odwdzięczyć” za to, co uczynił mojej rodzinie . Po opuszczenie naszego domu przez tego człowieka, wieczorem nic się nie działo. Jak co dzień poszliśmy wszyscy spać. Ponieważ mój dziadzio chorował na przepuklinę, dlatego kilkakrotnie w przeciągu każdej nocy wychodził na dwór za potrzebą. Gdy przed północą trzeci raz wrócił z dworu, obudził tatę i mamę. Kazał im natychmiast uciekać „bo banderowcy na koniach są pod lasem na łące, porozumiewają się gwizdami i słychać tam rżenie koni”. Rodzice  wciągnęli  na siebie podstawową odzież i jeszcze  na  wpół  śpiącą, w nocnej bieliźnie, ułożyli  mnie  na  kocu   złożonym w trójkąt. Po zawinięciu w koc, tata wziął mnie na ręce i wraz z mamą zaczęli biec. W pewnym momencie tata potknął się na podwórzu i upadł. Gdy podniósł się, spytałam, dokąd idziemy. Odpowiedział: „Cicho, powiem później”. Rodzice wybiegli ze mną na nasze pole (15 ha) za stodołą, gdzie znajdowały się pryzmy gnoju. W jednej z nich mama ręcznie zrobiła otwór, w który tata, wsunął się trzymając mnie na kolanach. Mama zasłoniła nas wygrzebanym nawozem. W sąsiedniej pryzmie, oddalonej o kilka kroków, sama sobie wygrzebała podobną kryjówkę. Tuż po ukryciu się, usłyszeliśmy szczekanie naszego psa Azora. Stawało się ono coraz mocniejsze. W pewnym momencie usłyszeliśmy skomlenie psa, co dowodziło, że był on bity.  Następnie  usłyszeliśmy  okropny  krzyk i płacz babci, a potem krzyk dziadka i znów krzyk i płacz babci. Kiedy wszystko ucichło, my nadal siedzieliśmy w swoich kryjówkach. Baliśmy się bardzo. Gdy zaczęło lekko świtać, mama wyjrzała z pryzmy i powiedziała: „Pies nie szczeka, a koło domu nikogo nie widać”. Rodzice zdecydowali, że szybko pójdziemy do domu, ubierzemy się i od razu wyjedziemy do Ostroga. Tak też się stało. Po przybyciu do domu, rodzice szybko przebrali się, ubrali mnie, a posiniaczony dziadzio w tym czasie zaprzęgał konie do wozu. Babcia, która również cierpiała od pobicia, w pośpiechu opowiedziała nam, co się działo tuż po naszej ucieczce. Zgodnie z relacją babci, kilka minut po naszej ucieczce, do domu weszło czterech Ukraińców z bronią w ręku i z grubymi pończochami na głowach. Jeden z nich spytał babcię, gdzie jest jej zięć. Babcia odpowiedziała, że poszedł z dzieckiem do Nowomalina, do lekarza, bo dziecko zachorowało na dyfteryt. Kilkakrotnie ponawiano pytanie. Drugi Ukrainiec powiedział, że zięć w dzień był w domu, a dziecko było zdrowe. Zaczęli bić babcię i domagać się odpowiedzi na pytanie. Babcia ponawiała podaną wcześniej wersję. Jeden bandyta ciągnął babcię za włosy, a drugi bił. Wreszcie spytał dziadka, gdzie jest zięć. Usłyszał tę samą odpowiedź, potwierdzającą wersję babci. Dziadka również zaczęto bić po twarzy i po całym ciele. Babcia powiedziała banderowcom, że u Dobrzańskiego Stanisława, z powodu dyfterytu zmarło dziecko, dlatego zięć i córka szczególnie opiekują się zdrowiem swojego dziecka. W tym momencie jeden z bandytów ukraińskich zdjął z głowy pończochę i powiedział, że to on przez cały dzień widział obecnego w domu Dobrzańskiego i jego zdrowe dziecko. Już nie było wątpliwości, że był to człowiek, którego przechowywano pod łóżkiem. Kiedy bandyci nie mogli się dowiedzieć o miejscu pobytu mojego taty, wtedy zażądali ukrytego złota. Gdy i tego nie otrzymali, to zażądali miodu. Dziadek odpowiedział, że miód ma zakopany dla pszczół na pokarm. Wtedy usłyszał: „Twoje pszczoły niech wyzdychają, dawaj miód”. Musiał więc odkopać i dać im to czego żądali. Bandyci zmusili też dziadka do oddania mięsa i słoniny, które były w garnkach, ukryte pod stertą chrustu. Gdy to wszystko otrzymali, opuścili nasz dom. Dziadek wspomniał, że gdy prowadził bandytów na dwór po miód, to zauważył, że przy progu domu kilku Ukraińców pilnowało związanego Polaka o nazwisku Wasilewski. Potem okazało się, że wszyscy młodzi Polacy schwytani tej nocy, mieli być razem rozstrzelani. Ponieważ nie udało się schwytać mojego taty, dlatego wypuścili Wasilewskiego. Przypomnę, że mojego tatę banderowcy traktowali jako najbardziej szkodliwego, gdyż był on wysokim, silnym, bogatym i mądrym człowiekiem, który jako jedyny z Huciska odbył zasadniczą służbę wojskową, w związku z czym potrafił władać bronią i potrafiłby dowodzić. Tak więc w nocy z 22 na 23 kwietnia 1943 roku miał miejsce pierwszy, bezkrwawy napad banderowców na Hucisko. Gdy dziadzio zaprzągł konie do wozu, tata, mama i ja, bez śniadania i bez żadnego bagażu, wsiedliśmy na wóz i zaczęliśmy ucieczkę do Ostroga. Tuż po chwili dojechaliśmy do rozwidlenia dróg,  które  znajdowało  się  może  z pół kilometra od domu. Jedna z dróg prowadziła przez las prosto do Ostroga i była krótsza. Drugą drogą skręcającą w lewo też można było  dojechać do Ostroga, jednak była ona okrężna i  o wiele dłuższa. Na rozwidleniu dróg nasze konie stanęły i nie chciały wieźć nas drogą krótszą czyli tą, którą zawsze jeździliśmy do Ostroga. Tata bił je, krzyczał na konie, a one stawały na tylnych nogach i nie chciały ruszyć z miejsca. Wtedy tata spytał mamę: „Co o tym myślisz?”. Mama powiedziała: „Chyba konie przeczuwają niebezpieczeństwo, w lesie przed Ostrogiem może czekają na nas banderowcy”. Tata spytał: „To co robić?”. Mama odpowiedziała: „Może spróbujmy skręcić w lewo i jechać okrężną drogą”. Kiedy konie zostały skierowane w lewo, wtedy tata nie mógł ich zatrzymać. Tak pędziły, że trudno było usiedzieć na wozie. Tata cały czas stał na wozie i  mocno  trzymał   za  lejce,  próbował  zahamować, wydawał przy tym okrzyk „prrr...”.  Dopiero  po  kilku minutach konie zwolniły i mogliśmy jechać normalnie. Tym sposobem odbyliśmy dwa razy dłuższą drogę do Ostroga, ale dzięki temu dane nam było przeżyć. To dziwne, ale to z pewnością nasze konie uratowały nam życie. Wszyscy zatrzymaliśmy się w  domu  zamieszkanym  przez  rodzinę  Topolnickich, z którą od lat utrzymywaliśmy przyjazne relacje. W przeszłości (przed konfiskatą mienia) dom ten należał do moich przodków Dobrzańskich spod Dermania. Kilka godzin po naszej ucieczce, do Ostroga uciekała również inna polska rodzina. Poruszali się oni jednak tą krótszą drogą, wiodącą przez las. W  godzinach popołudniowych  oglądałam  tę  rodzinę  już martwą, przed szpitalem  w  Ostrogu.  Był to mężczyzna, kobieta i ich maleńkie dzieciątko, które miało może ze dwa lata, a może i mniej. Ich ciała leżały na furmance. Widok ten wywołał we mnie następny, tragiczny i niezapomniany wstrząs. Następnego dnia po naszej ucieczce z Huciska mieli dołączyć do nas, do Ostroga, babcia i dziadek. Z niepokojem oczekiwaliśmy na ich przyjazd. Niepokój nasz stawał się coraz większy, gdyż mieli oni przyjechać przed południem, a było już dawno po południu, słońce zachodziło i zaczęło lekko szarzeć. Wszyscy wiedzieliśmy, co może spotkać rodzinę po drodze. Ja z mamą wyszłam na spotkanie babci i dziadka. Mama płakała, ja jej wtórowałam i tak przez wiele godzin chodziłyśmy wzdłuż ulicy Bielmaż. Jedynie tą ulicą od Luczyna babcia z dziadkiem mogli nadjechać. Pamiętam, że na ulicy było już pusto. Mieszkańcy od wielu godzin przebywali w swych domach. W pewnym momencie na końcu ulicy ukazał się jakiś pies. Robił niesamowite susy. Z daleka nie mogłyśmy poznać co to za pies, gdyż było zbyt daleko i zbyt szaro. Bałyśmy się, bo pies pędził prosto na nas. Gdy już był blisko, poznałyśmy naszego Azora, który dopadł do nas z niesamowitą radością, zaczął nas lizać, tarzać się po ziemi, skomleć, skakać, znów lizać. Dla mnie taka reakcja Azora była zaskoczeniem, gdyż on mnie nigdy nie lubił, zawsze na mnie szczekał (przez co był uwiązany). Bardzo długo jeszcze czekałyśmy na babcię i dziadka. Wreszcie na końcu ulicy ukazał się ciemny i poruszający się punkt. Pies od nas nie odchodził. Było już całkiem ciemno, gdy dojechała do nas furmanka wypełniona różnymi rzeczami. Babcia i dziadek szli obok wozu, do którego była przywiązana krowa. Radość ze spotkania była ogromna. Cieszyliśmy się również, że jest z nami i nasz pies. Okazało się, że około 5 km przed Ostrogiem Azor zostawił babcię i dziadka z dobytkiem, wyrwał się jak strzała do przodu i uciekł. Pomyśleli oni, że zawsze był uwiązany, dlatego uciekł do wolności. Nikt nie pomyślał o tym, że pies już na tak dużą odległość może wyczuć kogoś bardzo bliskiego. Po wyładowaniu rzeczy, zabezpieczeniu zwierząt, wysłuchaliśmy przerażających opowieści babci i dziadka. Otóż dzień po naszej ucieczce, o świtaniu, na rowerze do Ostroga  przyjechał  Pan  Walaszko  po  to , by  zabrać  od nas konie i wóz, którymi uciekaliśmy i przekazać je dziadkowi. Po ich przekazaniu, Pan Walaszko wraz z Panem Liszczenko pomogli dziadkom załadować na wóz niezbędne rzeczy. Na polecenie dziadka, krowy wypędzili z obory, owce z drugiego pomieszczenia, świnie z chlewa, kota z domu, psa spuścili z łańcucha, a kurnik zostawili otwarty. Tym sposobem części zwierząt zapewnili wolność, a część za zgodą dziadków zabrali do siebie. To Pan Walaszko był łącznikiem między kilkoma rodzinami polskimi z Huciska, które razem miały uciekać do Ostroga z moimi dziadkami. W dniu, w którym Hucisko opuszczali babcia i dziadek, dołączyły do nich inne polskie rodziny. Razem uzbierało się pięć załadowanych furmanek, które jechały jedna za drugą. Ludzie szli obok. Babcia opowiadała, że w pewnym momencie zza wzgórza na Derewiańczu Małym banderowcy zaczęli strzelać, prawdopodobnie z jednego karabinu.  Przerażeni  Polacy  ukryli  się  za wozami i chyłkiem popędzali konie, narzucając im szybkie tempo. Na szczęście strzały okazały się niecelne. Na naszym wozie, który jechał jako drugi, został przestrzelony tylko worek. Na ostatnim wozie także przestrzelono jedynie jakiś tobołek. Następnego ranka po szczęśliwym dołączeniu do nas dziadka i babci, ponownie w Ostrogu pojawił się Pan Walaszko, by zabrać wóz, konie i psa. Pies koniecznie chciał zostać z nami, ale został przywiązany do wozu i musiał wrócić do Huciska. Zgodnie z zaleceniami dziadka, konie miał Pan Walaszko zostawić na podwórzu w Hucisku lub wziąć sobie jednego, a drugiego dać dla Pana Liszczenko. Podobnie miał postąpić z innymi zwierzętami. Gdy przebywaliśmy w Ostrogu, pewnego wieczora zobaczyliśmy na tle ciemnego nieba od zachodu, wielkie morze płomieni. Olbrzymie kłęby dymu rwane były przez wiatr, a chmury iskier buchały pod ciemne niebo. Wiedzieliśmy, że to płonie nasze Hucisko. Ludzie, którzy mieszkali bliżej tej tragedii, opowiadali nam później, że słyszeli ryk bydła, rżenie koni, ujadanie psów i odgłosy innych zwierząt, które mieszały się z krzykiem i piskiem ludzi. Od tamtej pory do Huciska wracaliśmy już tylko myślami. Na wieczność w pamięci swojej zachować muszę nazwiska tych Ukraińców, dzięki którym żyję ja i przeżyła moja rodzina. Chylę czoła przed dwoma Ukraińcami, Panem Iwanem Liszczenko i Panem Siuńko Walaszko. Są i na zawsze pozostaną oni dla mnie prawdziwymi bohaterami, bo tylko  bohaterowie  znając  groźbę  za  swój  czyn, byli  w  stanie  dokonać uprzedzenia mojej rodziny o mającej nastąpić tragedii.

Fragment wspomnień jakie spisała Celestyna Janczak z d. Dobrzańska. Urodzona  w 1937 roku w Ostrogu, a wychowana w Hucisku, na ziemi wołyńskiej. Wyszukał i umieścił B. Szarwiło za: http://dobrzanscyzhuciska.pl/moje-wspomnienia/ucieczka-z-huciska/


GTranslate

plbebgzh-TWhrcsdanlenetfrgldeelhuitjalvltnoptrorusrskslessvukyi

Włamanie do serwisu

Strona odtworzona po ataku hakerskim. W przypadku dostrzeżenia braków i niespójności z poprzednią zawartością serwisu oraz w celu zgłoszenia ew. uwag prosimy o kontakt z nami.

Wołyń naszych przodków

wp6.jpg

PAMIĘTAJ PAMIĘTAĆ

Czytaj także

 

 

Rzeź Wołyńska

lud5.jpg

Szukaj w serwisie

Gościmy

Odwiedza nas 418 gości oraz 0 użytkowników.

Statystyki

Odsłon artykułów:
8017591