Korzenie mojej rodziny sięgają Kresów a dokładnie Wołynia. Rozpoczynając przygotowania do zbierania materiałów i pisania tej pracy, nie wiedziałem, co uda mi się odnaleźć. Materiałów nie przetrwało zbyt wiele - kilka fotografii, stary modlitewnik (po Dorocie Kucharskiej). Wojna i  kolejne przeprowadzki zrobiły swoje. Głównym źródłem informacji o rodzinie stała się dla mnie żyjąca siostra mojego dziadka, ciocia Maria ur. 9.09.1926 roku. Ona pamięta protoplastkę naszego rodu, moją prapraprababcię Paulinę. Przedstawia ją fotografia wraz z  jej córką Dorotą, siostrą mojego prapradziadka Aleksandra. Udało mi się ustalić, iż Paulina, urodzona w  1850 roku, prawdopodobnie Jasińska z  domu wraz z  mężem Stanisławem mieszkała we wsi Kąty (obecnie obwód Tarnopolski). Była zielarką i akuszerką wiejską, więc osobą bardzo cenioną w tamtych czasach. We wspomnieniach cioci Marysi jawi się jako przygarbiona staruszka, która zbiera zioła. Tak właśnie ją zapamiętała. Mój praprapradziadek Stanisław był krawcem, ręcznie szył, tzw. „burki”, był to rodzaj wierzchniego ciepłego okrycia. Mieli troje dzieci: córkę Dorotę (urodzona 1872 roku.), która wyszła za mąż za Piotra Śliwińskiego, policjanta, uczestnika I wojny światowej (stracił w niej obie nogi). O najmłodszym synu Janie wiemy tylko, że pozostał kawalerem. Prapraprababcia Paulina z córką Dorotą. Mój prapradziadek Aleksander wychował się w Kątach i tu postanowił założyć rodzinę. Istnieje nawet rodzinna anegdota opowiadająca, jak do tego doszło. Młodemu kawalerowi Olkowi szukano coraz to nowych kandydatek na żonę, jeżdżono do nich z tzw. „gościńcem”, a on po każdej wizycie wychodził z domu kandydatki twierdząc, że to nie ta. W końcu praprapradziadek  Stanisław zapytał, dlaczego tak jeździ i jakiej panny szuka, na co Olek odpowiedział, że jeździ, bo tak chcą rodzice, a pannę już dawno wybrał, mieszka po sąsiedzku i nazywa się Antonina Bindas. Mój dziadek Ludwik często wspomina tę historię, kiedy mowa o szukaniu życiowych partnerek. Moi prapradziadkowie Antonina i  Aleksander, jako małżeństwo, zamieszkali w  tej samej wsi, w  której zaczęła się historia mojej rodziny – w  Kątach. Do tego czasu wieś rozrosła się, liczyła około 300 gospodarstw, była samodzielną parafią z kościołem, posiadała szkołę i posterunek policji. Prapradziadkowie mieli trzy córki i czterech synów: Annę, Helenę, Józefę, Stanisława, Ludwika, Antoniego i Józefa. Najstarszą z  rodzeństwa była moja prababcia Anna, która przyszła na świat 15.11.1905 roku.  Ukończyła tylko jedną klasę szkoły powszechnej, ale była, jak mówi moja mama, kobietą niezwykłą - „bystrą i  przebojową”. Żyjąc współcześnie, byłaby pewnie bizneswoman. W  ciężkich czasach potrafiła sobie radzić, pracując i  trochę handlując, utrzymywała rodzinę. Będąc nastolatką już pracowała w Krzemieńcu w „bogatych domach”, jako pomoc domowa. Kiedy na świat przyszła jej córka, zamieszkała wraz z  rodziną w  Kątach, gdzie spokojnie żyła cała rodzina Kucharskich – rodzice, bracia i siostra Józefa ze swymi rodzinami. Druga siostra, Helena, wyszła za wdowca z dwójką dzieci i przeprowadziła się do pobliskiej wsi Suraż. Polskie rodziny żyły w skupiskach, wzajemnie sobie pomagając, ale nie unikali też kontaktów z  rodzinami ukraińskimi, łączono rodziny, wspólnie świętowano. Do czasu! Ukraińcy, postanowili mieć Ukrainę tylko dla siebie. Posiadamy oryginalny artykuł opisujący wydarzenia, dotyczące Kucharskich mieszkających w Kątach. Wiosną 1943 roku w Wielką Sobotę nastał dzień kaźni dla naszych bliskich i innych Polaków żyjących w Kątach, Surażu i innych polskich wsiach. Wieś została okrążona przez bojówkarzy  ukraińskich i podpalona. Prababci Ani i jej najbliższym udało się uciec, bo wcześniej ostrzegł ich znajomy policjant. Wielu krewnych jednak zginęło, wśród nich siostra prababci Helena z mężem i czworgiem dzieci (najmłodsze miało 3 miesiące). Łącznie, z naszej bliższej i dalszej rodziny, zginęły 24 osoby. Te wydarzenia przyczyniły się do tego, iż rodzina rozpierzchła się. Bracia prababci Anny walczyli na frontach II wojny światowej i  tam poginęli: Ludwik w czasie walk o Wał Pomorski – pochowany na cmentarzu wojskowym w Wałczu, Józef zginął pod Warszawą pochowany na Bródnie, Stanisław zaginął bez wieści. Ostatnia informacja o  nim otrzymana przez Polski Czerwony Krzyż, to wpis w „Księdze chorych i rannych”. Pozostały wdowy i sieroty. Ostatni z braci Kucharskich – Antoni przeżył wojnę. Po ucieczce z rodzinnych Kątów rodzice mojej prababci i jej siostra Józefa z  mężem przenieśli się początkowo do Szumska, a  później do miasta Ostróg. Tu moi prapradziadkowie dożyli swych ostatnich dni i  na tamtejszym cmentarzu są pochowani. Prababcia Anna, ze swą córką Marią i  jej mężem Józefem Wojciechowskim, dotarli do osady Smyga, gdzie przez pewien czas pracowali w  tartaku. Stamtąd na przełomie 1943/1944 roku przenieśli się do miasta Dubno z  nowo narodzoną córką Marii - Ireną. 01.03.1944 roku zostali wywiezieni na przymusowe roboty do Niemiec. Trudno sobie wyobrazić, jak przeżyli te ciężkie chwile. Oglądając filmy wojenne o deportacjach ludzi, mam w oczach obraz moich bliskich. Moja prababcia, wtedy kobieta trzydziestodziewięcioletnia, była w 6 miesiącu ciąży (z moim dziadkiem Ludwikiem) a jej wnuczka, córeczka cioci Marysi, miała ok. 6 miesięcy. Opowiadają czasami, jak suszyli pieluszki cioci Ireny, przykładając je do swego ciała. Przypominam, że był to marzec, a podróż nie odbywała się w wagonach z „kuszetkami” i  nie trwała kilka godzin. Wywieziono ich aż do Turyngii. Tam 13.05.1944 roku przyszedł na świat mój dziadek Ludwik. Ważył niespełna 2 kg. Odbierająca poród akuszerka żartowała, że gdyby nie nalot samolotów, pewnie dorósłby o te kilka deko. U „bauerów” przetrwali do końca wojny i kiedy ogłoszono w maju 1945 roku jej zakończenie, postanowili wracać do Polski. Postanowili, mimo że mieli inne możliwości. Wielu z  ich znajomych wybrało Zachód (Belgia, Anglia, Kanada). Ponieważ miejscowość Wangenheim, w której pracowali, wyzwolili Amerykanie, mogli z tej sytuacji skorzystać. Oni jednak wybrali Ziemie Odzyskane, bo na Wołyń nie mogli wracać. Pociągi wiozły ich w nieznane. Trafili do Czaplinka a stąd samochodami wojskowymi i furmankami dotarli do wsi Rakowo. Tu przydzielono im domy i  ziemię. Początkowo wszyscy, prababcia Anna z  rodziną i  jej córka Maria z rodziną, mieszkali w samej wsi. Później, kiedy zdobyli orientację w okolicy, przenieśli się na tzw. kolonie ok. 2 kilometry od wsi. Zaczęli na nowo żyć, budować swoją własną ojczyznę. Tu mój dziadek poszedł do Szkoły Powszechnej w  Rakowie. Ukończył wymagane 7 klas, uzyskał prawo jazdy i zaczął gospodarzyć wraz z rodzicami. W 1962 ożenił się a dnia 07.09.1963 roku przyszła na świat moja mama Jolanta. Dziadkowie doczekali się w 1966 roku jeszcze jednego potomka, syna Karola. Ciężko pracowali na gospodarstwie. Były to czasy, kiedy rolnik indywidualny był źle postrzegany politycznie, nigdy jednak nie zrezygnowali z tego, co robili do tej pory. Ziemię dziadek uprawiał z  pomocą koni, lecz wiele prac było wykonywanych ręcznie, np. liczne łąki koszono kosami. Pomagali sobie z  mężem cioci Marysi, wspólnie pożyczali pierwsze maszyny. Na wykopki i  omłoty wynajmowano ludzi z  wioski, przychodzili chętnie, czasem zamiast pieniędzy woleli ziemniaki albo zboże. Wszystkie ziemie były w  użytkowaniu. Przy tak ciężkiej pracy prawdziwą zmorą moich dziadków był brak prądu, dlatego też za własne  uskładane pieniądze zlecili przeprowadzenie linii elektrycznej do swego gospodarstwa. Stało się to dopiero w 1969 roku. Moja mama opowiada, że pamięta czasy lamp naftowych w  domu, miała wtedy 6 lat. Do Szkoły Podstawowej w Rakowie musiała pokonać codziennie 2 kilometry. Po skończeniu edukacji z  dyplomem pielęgniarki, moja mama postanowiła „ruszyć w świat”. Tę chęć podróży zaszczepiła w niej prababcia Anna, która często zabierała ją na liczne wyjazdy do rodziny. Prababcia uwielbiała podróże. Często wyjeżdżała do swojej siostry Józefy, która po wojnie została w Szumsku. Pomimo niebezpieczeństw, prababcia przynajmniej raz w roku odwiedzała siostrę. Realizowała w ten sposób też swoją pasję – handel. Tam wiozła coś z  Polski, a  stamtąd przywoziła zabawki, słodycze i złoto. Ta dawka adrenaliny dodawała jej sił. Pamiętam, że będąc dwulatkiem bawiłam się zabawkami, które Ona przywiozła. Celem podróży mojej mamy stał się Szczecin. Tu mieszkała i  pracowała od 1983 roku. Wyszła za mąż za chłopaka ze swojej wsi, Henryka Borowskiego (jak pradziadek Olek, któremu szukali daleko, znalazł blisko) w 1986

roku. Rok później, dokładnie 4 lipca 1987 roku na świat przyszedłem ja. Moi rodzice zdecydowali, że wracają w rodzinne strony. W 1989 roku osiedliliśmy się w  Łubowie, dokąd przeprowadzili się już dziadkowie. W tym samym roku przyszedł na świat mój brat Marcin. W  tym czasie moja prababcia Anna często nas odwiedzała. Mama spotkała ją po raz ostatni 06.05.1990 roku gdy wybierała się do swej siostry do Szumska. Wkrótce 08.05.1990 roku otrzymaliśmy wiadomość, że prababcia zmarła. Pochowano ją w Szumsku. Kilka miesięcy po jej śmierci, w czasie robót budowlanych, odnaleziono grób jej siostry Heleny z mężem i dziećmi. Ich doczesne szczątki pochowano obok prababci Anny, a w 2003 roku spoczęła obok nich ciotka Józefa. Tak rozłączone przez los za życia, znalazły się razem po śmierci. Moja rodzina, powiększona jeszcze o  najmłodszą siostrę Annę, nadal mieszka w Łubowie. I to już cała moja historia.

Autorem p/w jest Paweł Borowski – II nagroda 2005 rok  -  Łubowo, który wziął udział w konkursie ogłoszonym przez Muzeum Regionalne w Szczecinku w latach 2005 i 2006  dla uczniów szkół ponadgimnazjalnych. Konkurs „Skąd mój Ród” miał na celu zainteresowanie młodzieży historią własnej rodziny, a także historią miejscowości z której pochodzą.

Opublikowane w : 21 Szczecineckie Zapiski Historyczne - Numer Specjalny http://www.muzeum.szczecinek.pl/assets/files/szczecineckiezapiski.pdf

Wyszukał i opublikował: B. Szarwiło