Gdy tylko Niemcy napadli na ZSRR, szybko pogonili Sowietów daleko na wschód. Muszę przyznać, że nie zauważyłem, aby ludność ukraińska z radością witała wkraczających hitlerowców. Ukraińcy z Kohylna, w tym czasie przejawiali inną, szczególną aktywność, otóż po ucieczce Sowietów, coraz częściej jeździli furmankami do lasu kohyleńskiego, gdzie znajdowało się b wiele broni i amunicji, pozostawionej przez pobitych Sowietów. Ich rajdy widziałem na własne oczy i to nie jeden raz, gdzieś to potem gromadzili, chyba w Kohylnie. Miejsce to było celem nie tylko Ukraińców, także wielu Polaków chodziło tam, aby zabrać dla swojej rodziny to co mogło sobą przedstawiać jakąś wartość. Ja sam wywiozłem stamtąd różne koce, prześcieradła oraz wiele innych cennych rzeczy gospodarczych.

Tymczasem Niemcy w dawnym Tartaku Kohyleńskim, który wcześniej należał do Żyda o nazwisku Kac, zorganizowali obóz jeniecki dla żołnierzy sowieckich. W moim przekonaniu jeńców tam przetrzymywanych było, co najwyżej kilkudziesięciu, może nawet jedynie 30. Słyszałem, że kilkunastu z nich zrobiło podkop pod budynkiem i udało im się sprytnie stamtąd uciec. Pamiętam, że Niemcy byli z tego powodu bardzo wściekli i szukali ich nawet w naszej kolonii Teresin. Bardzo się baliśmy, że jeszcze dojdzie do tego, że naszą kolonię spalą, ale wszystko skończyło się dobrze.

Po objęciu władzy przez Niemców, Ukraińcy od razu zaczęli z nimi szeroko współpracować. Objęli w swoje władanie niższe urzędy oraz stworzyli policję ukraińską, która wysługiwała się oprawcom. Pragnę podkreślić, że już od roku 1941, słychać było co pewien czas od ludzi, że policja ukraińska zabiera co pewien czas z domów pojedyńcze osoby, przeważnie co znaczniejszych i mężniejszych Polaków. Niestety, wielu z wezwanych, bądź zabranych przez tę policję, nigdy więcej do domu rodzinnego już nie wracała, a wszelki słuch po Tych osobach ginął. Krótko mówiąc: „Zapadali się pod ziemię!”.Oczywiście nasi Polacy, prawie wszyscy zdawali już sobie sprawę, że oni prawie na pewno zostali skrytobójczo, okrutnie zamordowani, póki co jednak pewności nie było. Na początku więc ginęli bez wieści byli oficerowie armii polskiej, wojskowi oraz członkowie elitarnej organizacji „Krakusy”. Krakusy to była przedwojenna organizacja wojskowa, której członkowie posiadali broń w pogotowiu i często wyjeżdżali na różne szkolenia wojskowe. W naszej kolonii do „Krakusów”należał Stanisław Terlecki. Warto także wspomnieć o innej formacji, o samoobronie, która została utworzona na czas wojny i miała prawo nosić broń. W naszej kolonii należeli do niej: Stanisław Omański, Tadeusz Wawrynowicz oraz Stanisław Bojko, który był komendantem w naszej gminie Werba.

Na wiosnę 1942 r. Niemcy zaczęli mordować Żydów w naszej okolicy, a pomagała im w tym czynnie policja ukraińska. W naszej wiosce mieszkała jedna rodzina żydowska, która prowadziła sklep spożywczy w Tartaku kohyleńskim, ale dziś już nie pamiętam, jak się nazywała. Żona tego Żyda miała na imię Gitla, mieli jednego syna, który chodził z nami szkoły w Teresinie. Kiedy zabrali jego rodziców, ukrywał się w Lesie Kohyleńskim. Ponieważ  ja i moi koledzy paśliśmy w tym czasie krowy na łąkach, nosiliśmy mu jedzenie, aby mógł przeżyć. Namawialiśmy go także, aby podpalił ukraińskie domy w Kohylnie, ale on nie chciał. Niestety jeszcze latem 1940 r., Ukraińcy wyśledzili go i złapali, a potem zamordowali. Jego ciało zaś wrzucili do byłego okopu sowieckiego i przysypali ziemią. Kiedy niedługo później znaleźliśmy świeżą ziemię domyśliliśmy się, że właśnie tam go zakopali.

W tych czasie Ukraińcy często już śpiewali wrogie piosenki przeciwko Polakom, także wtedy, gdy przejeżdżali furmanką przez naszą kolonię. Osobiście słyszałem nie raz takie słowa: „Smert, smert Lacham, Żydam i rosyjskiej komunie!” Jednego dnia zatrzymali się obok domu Polki Heleny Wysockiej i rwali sobie w najlepsze truskawki. Po chwili wyleciała z domu gospodyni i zaczęła na nich się wydzierać, chciała ich najwyraźniej przegonić, ale trwało to krótko. Jeden z nich krzyknął do niej wymownie:„Cicho bo zabijem! Zatrznij chapu bo zastrielem!”. W tym czasie Wysocka była naszą sąsiadką przez miedzę. Jednak nawet jeszcze w tym, tak gorącym już czasie w 1942 r., nie przypominam sobie, aby w naszej kolonii, czy w najbliższej okolicy ktoś zginął.

W grudniu 1942 r. było ostatnie Boże Narodzenie w naszym rodzinnym domu na Wołyniu i pamiętam je doskonale do dziś. W naszej okolicy było jeszcze spokojnie i nie obawialiśmy się pozostawać na święta w naszych domach. Jeszcze w tych dniach nie baliśmy się nocować w swoich domach. Nawet przez chwilę nie myśleliśmy, że to może być nasza ostania wigilia na Teresinie. Jak co roku składając sobie życzenia, często wspominano też zwyczajowo: „Abyśmy doczekali do nowego roku.”.Niestety większość mieszkańców polskiego Teresina, nowego roku pośród żyjących na tej ziemi, już nie doczekała. Póki co, pomimo czasu wojennego świętowaliśmy narodzenie Pana Jezusa. Jak zawsze była przy tym choinka oraz liczne ozdoby, lubiane prezenty oraz wiele potraw wigilijnych. Na początku była oczywiście wspólna modlitwa, potem dzieliliśmy się tradycyjnie opłatkiem, składając sobie serdecznie życzenia. W końcu były smaczne pierożki postne, kutia, kluseczki z makiem, grzyby smażone na maśle oraz śledziki. Kiedy wszyscy się już posilili rozpoczynaliśmy czas śpiewania kolęd. Pragnę podkreślić, że kiedyś kolędy umiano śpiewać, nie to co dzisiaj. Poza tym, w tamtych czasach, dużo się wspólnie śpiewało i to głośno, dzisiaj już się tego nie dostrzega, a szkoda bo to bardzo integrowało całą naszą rodzinę.

W marcu policja ukraińska zabierając ze sobą broń, porzuciła służbę dla Niemców i uciekła do lasów. Z tym wydarzeniem należy łączyć zdecydowane pogorszenie się sytuacji ludności polskiej w naszym pow. włodzimierskim. Od tego momentu rozpoczynają się pojedyncze mordy na ludności polskiej i co gorsza, z każdym dniem było ich coraz więcej.

Pamiętam, że gdzieś w marcu-kwietniu 1943 r. do naszej kolonii Teresin, podczas dnia przyjechali wozem uzbrojeni Ukraińcy. Zajechali przed dom polskiej rodziny Brzezickich i weszli po chwili do środka. Świadkiem naocznym tych wydarzeń była mieszkanka naszej kolonii Jadwiga Kasperska, sąsiadka Brzezickich przez drogę i sąsiadka Antoniego Bojko przez miedzę. Opowiadała potem w naszej wsi tak: „Ukraińcy weszli do domu Brzezickich i na oczach Jana zgwałcili jego żonę! Potem ich powiązali i zabrali ze sobą na wóz. W tym samym czasie, Ukraińcy z tej samej grupy, zabrali także ze sobą Antoniego Bojko oraz jego żonę Jadwigę.”.

Od tej chwili, wszelki słuch po nich zaginął, jestem prawie pewien, że zostali wtedy nieludzko zamordowani. Jan Brzezicki miał oko 60 lat, a jego żona, chyba Zofia, mogła mieć wtedy także około 60 lat. Podczas tego najścia, w domu nie było dwóch synów Brzezickich w wieku około 22 lat i właściwie nie wiem, co się później z nimi stało i jakie były potem ich dalsze losy. Małżeństwo Bojków było nieco młodsze od Brzezickich: Antoni lat około 45, a Jadwiga lat około 40.

Od tego wydarzenia, strach padł na mieszkańców naszej kolonii i rozpoczęło się upokarzające i ciężkie chowanie się Polaków, gdzie tylko można było. Byle nie nocować we własnym domu, do którego w każdej dosłownie chwili mogli wtargnąć żądni krwi banderowcy. Najczęściej ukrywaliśmy się w stodołach, stajniach, na strychu, a wiele osób budowało własne, podziemne schrony, w których chowała się niekiedy cała polska rodzina. Tymczasem niedługo później Ukraińcy z Lasu Świnarzyńskiego, znów przyjechali do naszej kolonii i tym razem zajechali na podwórko rodziny Kukułka. Gospodarz miał na imię chyba Stanisław lat około 45, który miał żonę lat około 42 oraz jednego syna Antoniego lat około 18 i jedną córkę, chyba miała na imię Zosia, lat około 23. Po odjeździe banderowców, po naszej kolonii rozpoczęto sobie opowiadać, co stało się z rodziną Kukułków. Ludzie mówili tak: „Banderowcy weszli do domu rodziny Kukułka, zgwałcili Zosię, a potem wszystkich zabrali ze sobą do lasu. Od tej pory wszelki słuch po nich zaginął. Pewnie ich w lesie bandziory pomordowali.”. Opowiadała o tym rodzina polska Topolanków, którzy mieszkali blisko rodziny Kukułków. To był niestety dopiero początek krzyżowej drogi naszej społeczności.

W tych trudnych czasach wszystkie swoje troski, powierzaliśmy naszej umiłowanej Matce Bożej ze Swojczowa, do której chodziliśmy się często modlić, szczególnie w większe święta. Także w pierwszy dzień Wielkanocy 1943 r., udałem się rano z moją rodziną do naszego kościoła na uroczystą Mszę Świętą. Nabożeństwo rozpoczęło się tradycyjnie o godzinie 6.00 i jak zwykle przybyło bardzo dużo ludzi pięknie i odświętnie ubranych. Do dziś pamiętam, jak radośnie biły dzwony oraz niezwykle piękną procesję dookoła naszej świątyni, w której oczywiście wziąłem czynny udział. Po wejściu do kościoła udałem się na górę na nasz chór i tam uczestniczyłem z innymi w modlitwie. Na chórze bywałem często bowiem podobało mi się to miejsce i naprawdę pięknie tam śpiewali. Nagle podczas Mszy Świętej zauważyłem na dole, wśród wiernych jakieś poruszenie. Ludzie zachowywali się dziwnie i  niespokojnie, oglądali się do tyłu i coś sobie szeptali, zamiast skupić się na modlitwie. Jednak ksiądz Franciszek Jaworski, nasz proboszcz nie przerywał modlitwy.

Tymczasem po chwili i ja na własne oczy zobaczyłem, że do naszego kościoła przyszło około 15 uzbrojonych w karabiny Ukraińców. Ubrani byli w cywilne łachy, ale na plecach mieli ostrą broń. Pomimo, że trwało właśnie najbardziej uroczyste nabożeństwo w całym roku, Ukraińcy prowokacyjnie zaczęli chodzić pomiędzy ludźmi, po całym kościele. Przeszkadzali w ten sposób w spokojnej modlitwie, nikogo jednak nie zaczepiali i z nikim nie rozmawiali. Trwało to przynajmniej 10 minut, w końcu wyszli ze świątyni, powsiadali na furmanki i odjechali gdzieś w kierunku Kisielina.

Około maja 1943 r., do naszej kolonii Teresin znów przyjechali Ukraińcy i tym razem zabrali ze sobą przemocą sowieckiego oficera. Pamiętam że mieszkał z Polką Marią Świstowską lat około 35, ich ślub był w roku 1941 w kościele w Swojczowie. Kiedy go zabrali do lasu, to oczywiście wszelki słuch po nim zaginął. Ostatnia akcja ukraińska zapoczątkowała powolną ucieczkę naszej społeczności do miasta Włodzimierz Wołyński, gdzie wydawało się, że jest bezpieczniej. Ponieważ uciekały całe rodziny polskie, nasz naówczas sołtys, Ukrainiec Środa zwoływał przynajmniej kilka razy, ogólne zebrania mieszkańców naszej kolonii. Podczas tych spotkań uspokajał wszystkich, aby nie uciekali do miasta ponieważ na Teresinie nic im nie grozi. Tłumaczył, że Ukraińcy biorą do lasu tylko niektóre osoby i to te, które są im potrzebne do szkolenia wojskowego ich formacji. Natomiast los zabranych Polek, też nie jest gorszy bowiem w lesie są kucharkami w ukraińskiej kuchni.

Jedno z takich spotkań, na którym byłem osobiście, zorganizowano w stodole Stanisława Krochmala. Gdy  przybyło na nie wielu Polaków, nasz sołtys tak przemówił: „Nie uciekajcie do miasta, bo tam Niemcy wymordują was, tak jak Żydów! Nie martwcie się! Nie bójcie się, bo ci którzy zostali ostatnio zabrani do lasu, wrócą z powrotem do kolonii na żniwa. Na razie nie mogą wrócić ponieważ są w lesie potrzebni, aby szkolić ukraińskich partyzantów, a wasze kobiety gotują dla nich posiłki.”. Nasi ludzie siedzieli podczas tej przemowy cicho i nic się nie odzywali, jednak w swoich sercach nie wierzyli zapewnieniom sołtysa. W swoich domach najczęściej powtarzali tak: „Mowa sołtysa to nieprawda. To co mówił Środa to jest lipa!”. Dlatego ucieczki z naszej wsi do miasta nie ustawały i co chwilę kogoś ubywało. [fragment wspomnień Eugeniusza Świstowskiego z kolonii Teresin na Wołyniu, relację wysłuchał, spisał i opracował S. T. Roch]


GTranslate

plbebgzh-TWhrcsdanlenetfrgldeelhuitjalvltnoptrorusrskslessvukyi

Włamanie do serwisu

Strona odtworzona po ataku hakerskim. W przypadku dostrzeżenia braków i niespójności z poprzednią zawartością serwisu oraz w celu zgłoszenia ew. uwag prosimy o kontakt z nami.

Wołyń naszych przodków

wp2.jpg
Czytaj także

 

 

Rzeź Wołyńska

lud9.jpg

Szukaj w serwisie

Gościmy

Odwiedza nas 318 gości oraz 0 użytkowników.

Statystyki

Odsłon artykułów:
7429225