Miejscowość w której mieszkali położona była na samym cyplu młodego państwa polskiego. Od ich domu do granicy z Rumunią było około 5 km, a do granicy ze Związkiem Sowieckim około 2 km. W pobliżu ich domu była też ostatnia polska stacja kolejowa Iwanie Puste. (...)  Na dzień 17 lutego 1944 r. zaplanowano zaręczyny młodej Ireny Urban z Polakiem z sąsiedniej miejscowości z Borszczowa, jak do protokołu w katowickiej prokuraturze w marcu 2004 r. zeznała Pani Ewa Bosakowska, z domu Mierzwińska, rówieśnica Pani Marii Urban, a najbliższa sąsiadka z rodzinnej wsi. Ten szczegół pamięta też Pani Zofia Urban, wdowa po Józefie, urodzona 28.08.1932 r. we Lwowie, doskonale znająca przeżycia swojego męża. Pani Ewa wspomina - narzeczony Ireny Urban nazywał się Leszek Bielawski i był synem majora Wojska Polskiego. Leszek pracował w okresie okupacyjnym z Panem Władysławem Urbanem, swoim niedoszłym teściem w Kudryńcach, w punkcie odbioru tytoniu. Pani Zofia uzupełniła jeszcze wypowiedź Pani Ewy o kolejny szczegół: ... dodać trzeba, że właśnie w okresie okupacji, kiedy mój teść stracił pracę w gospodarstwie hrabiego Borkowskiego, zajął się uprawą tytoniu. Uroczystość zaręczyn była starannie przygotowana. Przyszykowano się wystawnie pod kątem kulinarnym. Na ten dzień przyjechał narzeczony Leszek ze swoją matką, Panią Bielawską. Przywiózł ich saniami furman, który był Ukraińcem. W tym dniu panował duży mróz, było sporo śniegu, a wieczorem nadciągnęła jeszcze śnieżyca.

Tragiczna noc.

Na tę noc, z 17 na 18 lutego, z uwagi na to, że miało być wielu gości w domu Urbanów, kolega Józefa Urbana, Iwan Bojko – Ukrainiec, zaprosił przyjaciela na noc do siebie. Dom Bojki również był w tej samej wsi, ale oddalony o około 100 metrów od domu Urbanów. Józef przystał na tę propozycję, będąc świadomym, że na tę noc w ich rodzinnym domu miała zostać przyszła teściowa jego siostry, Leszek i ich woźnica. Wujek Józef miał wówczas 17 lat, był prawie dorosły – zaznacza Pani Irena. Nic tej nocy nie zapowiadało jako nocy tragicznej, za wyjątkiem zachowania się ich psa. Ów pies, to była duża suka, wabiła się Leda. Była zawsze czujna i mocno przywiązana do swoich właścicieli. Jak wspominała Pani Maria, wtedy właśnie miała małe szczenięta. W tym dniu pies zachowywał się dziwnie, jakoś inaczej. Był mocno pobudzony. Leda ciągle wpadała do domu i łapała zębami swoją gospodynię, tj. Panią Urbanową ciągnęła za ubranie, jakby chciała wyprowadzić ją z domu. Niezrozumiałe zachowanie psa zostało zauważone przez wszystkich domowników, ale je zlekceważono. Wszyscy się śpieszyli, by zdążyć na czas z przygotowaniami przed przyjazdem gości. Jedynie młodą Marię zaniepokoiło to bardziej i przykuło na dłużej jej uwagę. Jak wspominała po latach córce Irenie, ogarniał ją jakiś strach, wręcz przerażenie. 
W pewnym momencie, tuż przed przyjazdem gości, Leda poprzynosiła swoje szczenięta na próg domu. Pies coś ewidentnie przeczuwał. Moja mama zwracała się do swojego taty, czyli mojego dziadka z pytaniem o ich bezpieczeństwo, jak wspomina Pani Irena Bychawska, ale zanim cokolwiek dziadek odpowiedział mamie, babcia moja z wyprzedzeniem uspokajała mamę. Miała powiedzieć, że nie ma powodów, by się im coś złego mogło stać, by im miał ktoś zagrażać. Logika też podpowiadała, że tej najbliższej nocy dom miał być przecież pełen ludzi. Szybko nikt nie pójdzie spać. Maria zadawała sobie pytania i szybkie odpowiedzi. Ale dlaczego by miało dotknąć ich rodzinę coś złego? Dlaczego akurat tej nocy? I tak Maria postanowiła wyciszyć czujność swoją i Ledy.

Przyjechali goście, a wśród nich tak wyczekiwany przez Irenę ukochany narzeczony. Biesiada, opowiadania, śmiechy i podniosła, radosna atmosfera trwały w najlepsze. Były przecież powody do radości. Zbliżała się już godzina 11 w nocy, gdy ktoś z uczestników zaręczyn zauważył, że za oknem są jacyś ludzie. Na tę noc jak nigdy, nie zamknięto i nie zaryglowano dużych i ciężkich drzwi wejściowych. Na jakąkolwiek reakcję ludzi będących w środku domu, było już za późno. Zaczęło się strzelanie. Zaatakowano ich dom! Babcia moja porwała dwie córki stojące najbliżej, Władysławę i Marię i przygarnęła do siebie, po czym poleciła im i małemu Tadzikowi uciekać na strych, a potem aby wyskoczyli przez okienko i uciekali gdziekolwiek, byle tylko znaleźli schronienie. Już wszyscy wiedzieli, że grozi im śmiertelne niebezpieczeństwo. Pani Maria relacjonowała córce, że aby dostać się na strych, trzeba było wyjść po drewnianej drabinie, a drzwi na strych, to była taka zamykająca się klapa powały (drewnianego sufitu). Gdy babcia ich wyprowadziła i zatrzasnęła klapę za sobą, Maria, Tadzik i Władysława usłyszeli strzały wewnątrz domu, a niektóre kule nawet przeszyły te drewniane strychowe drzwi. Przerażenie było ogromne. 
W tych sekundach moja mama zdała sobie sprawę, że napastnicy zabili jej mamę, a moją babcię. 
W domu rozlegały się przerażające krzyki napastników i ich ofiar. W tym czasie na strychu trójka rodzeństwa zauważyła, że pod okienkiem, którym mama poleciła im wyskoczyć, stoją jacyś mężczyźni i ich konie. Wtedy postanowili szybko uciekać przez strych do mieszkania ukraińskiej rodziny, gdzie mieszkała maleńka Hania. Gospodarza nie było tej nocy w domu, a mama Hani już zrozumiała, co dzieje się w sąsiednim mieszkaniu. Wiedziała, że zagraża im wszystkim wielkie niebezpieczeństwo, że za ścianą rozgrywa się tragedia. Mimo przerażenia nie odmówiła im schronienia. Każdego gdzieś ukryła. Mamę moją wsadziła do łóżka, w którym spała Hania pod wielką pierzynę – mówi Pani Irena. Przerażony Tadzik schował się do wnęki pod piecem, gdzie suszyło się drewno na opał. Wszedł tam podobnież jak kot, w najdalszy kąt. Gdzie schowała się ich siostra Władysława, nie wiadomo. Maria przerażona drżała pod pierzyną, prawie wstrzymując oddech, nie tylko ze strachu o siebie, ale i by usłyszeć wszystko, co dzieje się za ścianą. Ciągle było słychać wrzaski, jęki – kontynuuje wspomnienia mamy Pani Irena. W końcu wszystko ucichło. Po krótkiej chwili przerażającej ciszy i dolatujących rozmów w języku ukraińskim, dwóch mężczyzn wpadło do mieszkania, gdzie ukrywała się trójka rodzeństwa. Najpierw odnaleźli ciotkę Władysławę i pod groźbą, przystawiając jej karabin do głowy, przymuszali ją, by wydała im wszystkie ich konie. Dziadkowie mieli wówczas duże gospodarstw. Chyba z pięć koni, kilka krów, sporo świnek i innych zwierząt domowych. Jak zawsze relacjonowała moja mama, w ciotce Władysławie, choć zapewne była mocno przerażona, tkwiła jeszcze wielka duma i dlatego miała odpowiedzieć Ukraińcom, że dotychczas ani ona, ani konie im nie służyły, więc i teraz też służyć nie będą. Napastnik jednak stanowczo zażądał: „... a jednak wyjdziesz i wydasz mi te konie” - zacytowała wypowiedź napastnika pani Irena, którą często powtarzała Pani Maria. Pomimo stawiania oporu przez ciotkę, bandyta wyprowadził ją z domu na podwórko, a wystraszony do granic możliwości mały Tadzio opuścił w tym momencie kryjówkę i pędem pobiegł za starszą siostrą. Mama zapamiętała jeszcze słowa Ukraińca, który miał powiedzieć do chłopca: „... dobrze że jesteś, chodź z nami, pójdziesz tam, gdzie twoi mama i tata”. Mama wspominała też, że choć nie widziała napastników w izbie, to słyszała że zwłaszcza jeden z nich mówił bezbłędnie po polsku. Drugi z napastników biorących udział w akcji w tym mieszkaniu zaczął szukać kolejnych ukrytych.

W pewnym momencie podniósł pierzynę i ujrzał tam trzynastolatkę w ubraniu. Domyślił się, że uciekła z pogromu i jest córką Urbanów, jednak nie zabrał jej stamtąd. Ponoć Ukrainka, gospodyni tego mieszkania miała wyratować małą Marię mówiąc, że to jej córka. Bandyta odpuścił i wyszedł. Po krótkim czasie Maria usłyszała dwa pojedyncze strzały. Zdała sobie sprawę, że jej siostra 
i braciszek zostali zastrzeleni! Po przerażająco długiej nocy, podczas której nie zmrużyła oka 
i trwała w wielkiej niepewności, gdy już robiło się widno, Maria wyszła spod pierzyny
i postanowiła pójść do swojego mieszkania. Ukrainka, u której spędziła tę noc, ponoć pomimo usilnych próśb, nie była w stanie jej powstrzymać. Najbliżej wejścia do swojego mieszkania Maria ujrzała zastrzeloną Władysławę i Tadzika bez butów. Siostra trzymała go w objęciach, bo wybiegł za nią boso. To był obraz, w który nie chciała wierzyć całą noc. Gdy weszła dalej zmroziło ją! Ujrzała swojego ojca zarąbanego siekierą. Narzędzie zbrodni leżało obok ofiary. Mama Marii leżała zastrzelona na podłodze w kuchni, ale wszystko wskazywało na to, że zabito ją przy stole, po czym osunęła się na podłogę. Na stole i w wysuniętej szufladzie było pełno krwi. Mietek i Irena zginęli od strzałów. Matka Leszka Bielawskiego również była zastrzelona, a on był wyjątkowo zmasakrowany nożem. W ręce trzymał latarkę (naftową lampę przenośną). Ułożenie zwłok sprawiało wrażenie, jakby chował się przed napastnikami pod łóżko, a ci cięli go nożami po rękach. Z tego wynika, że tak długo dźgali nożem, aż trafili w serce. Wszystko wskazywało na to, że na nim mścili się najbardziej. Stangret – Ukrainiec, też był zastrzelony, znaleziono go pod łóżkiem.

Inny obrazek, jaki Maria zapamiętała z tych ciężkich chwil, to obecność pierza z podartych pierzyn i poduszek. Było ono sklejone z niewyobrażalną ilością krwi na podłodze. Te zastygłe już strugi i kałuże krwi rozlane były po wszystkich pomieszczeniach! Gdy dziewczynka była jeszcze 
w środku, do domu weszli Niemcy, z pewnością powiadomieni zostali o ukraińskiej zbrodni na rodzinie Urbanów. Jeden z nich wyciągnął mamę z mieszkania mówiąc łamaną polszczyzną; 
„... chodź stąd, to nie jest widok dla dziecka”, a sam był bardzo przerażony widokiem, który zobaczył. Na podwórko dotarł też brat mamy, który się uratował dzięki noclegowi u Iwana 
i zabrał siostrę Marię z powrotem do mieszkania sąsiadki Ukrainki, gdzie spędziła poprzednią, tragiczną noc. Wtem mama moja, w tym całym zgiełku panującym na zewnątrz zwróciła uwagę na wycie psa dochodzące zza innej ściany, jakby z mieszkania sąsiadów, Państwa Choinów.To było nieznośne, przerażające wycie – wspominała mama po latach. Przemknęła się między tłumem na podwórku i weszła do mieszkania Choinów. Zastała tam martwą sąsiadkę, panią Alfredę 
z roztrzaskaną głową, przy której zwłokach leżał pies wilczur i przeraźliwie wył! Sąsiadka była w 9 miesiącu ciąży! Tej nocy pana Choiny na szczęście nie było w domu.

Bardzo trudnym momentem, jak wspominała mama Pani Ireny, były przygotowania do pogrzebu. Ci którzy przeżyli, musieli uprzątnąć dom, usunąć ślady tragedii. Trzeba było zmyć krew 
i posprzątać po rabunku. Ukraińcy przyszli tam nie tylko po to aby zabić, ale również aby ukraść, co tylko się dało. Mieli na to całą noc. Ograbili dom nawet z ubrań. Maria i Józef nie mieli w co ubrać swojej mamy do trumny. Na nogi założyli jej jakieś stare pożyczane buty. Jakiś stolarz ze wsi zrobił sześć zwykłych trumien. Na cmentarzu przygotowano wielki grób – obszerny dół. 
W pierwszym rzędzie pochowani zostali moi babcia z dziadkiem i ich najstarsza córka, w drugim rzędzie pozostałe dzieci. Grób i tak okazał się za ciasny, bo trumnę małego Tadzika położyli jakby w nogach, na trumnach rodziców. Moja mama tak mocno przeżywała ten fakt, tak była przerażona, że straciła przy tym grobie pamięć. Odzyskała ją dopiero po trzech dniach w domu u sąsiadów. Tak żal jej było zwłaszcza najmłodszego braciszka. Strach towarzyszył nie tylko jej, ale wszystkim mieszkającym wokoło. Bali się przysłowiowego cienia, a w nocy każdego szmeru. Pani Maria ciągle czegoś nasłuchiwała. Wydawało się jej, że w każdej chwili, za każdym rogiem czyha na nią śmiertelne niebezpieczeństwo.

Pani Bosakowska ten wstrząsający poranek 18 lutego wspomina tak: wczesnym rankiem do naszego domu przyszedł Józef Urban i powiadomił nas, że jego rodzina za wyjątkiem Marii została wymordowana. Mierzwińscy już wiedzieli o tej tragedii, ale nie znali jej zakresu. Późnym wieczorem 17 lutego wpadł do ich domu stryj Bronisław i powiedział, że z domu Urbanów słychać jakieś strzały i dzieje się tam coś złego, że trzeba uciekać. Pani Ewa wspomina, że poubierali się 
i początkowo wyszli po prostu w pole, ale że był mróz i zamieć, a jej stryjenka miała na rękach dwuletnie dziecko, zdecydowali się wejść do domu znajomych Ukraińców o nazwisku Grypińczuk 
i poprosili o schronienie chociaż dla matki z dzieckiem. Ukrainka powiedziała im że się boi, ponieważ gdy przyjdą napastnicy, zabiją wszystkich Polaków i Ukraińców. Ostatecznie jednak przygarnęła ich wszystkich. Przy okazji okazało się, że jej męża nie było wówczas w domu na noc. Przeczekali do rana i wrócili do swoich domów. W niedługim czasie przyszedł do nich Józef Urban z informacją o tragedii i niektórzy z rodziny Mierzwńskich poszli na miejsce zbrodni. Wybrała się również i Pani Ewa. Jeszcze dziś to wydarzenie wspomina z przejęciem: gdy weszłyśmy z mamą do kuchni, zobaczyłam tam na podłodze zwłoki Leszka Bielawskiego, Władysławy Urban oraz jej rodziców Władysława i Pauliny Urbanów. Spod łóżka wystawały czyjeś ręce, potem mówiono, że to tego furmana, który przywiózł Bielawskich. Poza ciałami widziałam w domu wielki bałagan, pełno piór z porozrywanych poduszek, powywracane meble, pozrywane firanki. Ja nie widziałam, czy może nie zwróciłam uwagi na żadne obrażenia leżących ciał. Matka moja od razu mnie zabrała ze środka. Nie wchodziłyśmy dalej. Pani Ewa wspominała mi w czasie rozmowy telefonicznej, że 
w tym dniu rano na miejsce zbrodni przybyli również Niemcy, zrobili zdjęcia i odjechali.

Pod wpływem tych wydarzeń państwo Mierzwińscy podjęli szybką decyzję i w dniu 18 lutego wyjechali do Czortkowa, gdzie zamieszkali u znajomych. Dom opuściła Pani Ewa 
z rodzicami Heleną i Janem oraz bratem Michałem. Rodzina bała się, że następnej nocy zbrodniarze przyjdą do ich domu. Do swojej wsi Iwanie-Puste powrócili dopiero wówczas, gdy przeszedł front w czerwcu 1944 r.

W pomoc pozostałym przy życiu sierotom, Marii i Józefowi najbardziej zaangażował się Pan Choina, któremu zastrzelono żonę i odebrano nadzieję na dziecko. To on pomagał 
w zorganizowaniu pogrzebu, on sprzątał dom. Pan Choina przygarnął również osierocone dzieci.

Pani Zofia Urban na podstawie wspomnień męża tak opisuje pogrzeb: nie wiem, kto prowadził pogrzeb, czy to był ksiądz, czy pop. W tamtym czasie parafia rzymskokatolicka była
 w Mielnicy. W Iwaniu Pustym była tylko cerkiew. Ponoć na pogrzebie było tylko kilka osób, a za trumnami szły tylko sieroty uratowane z rzezi, tj. Maria i mój mąż. Z dziećmi na cmentarz szła jeszcze suka Leda, ich nieodłączny i równie przerażony przyjaciel. Gdy pytałam męża, dlaczego tak mało mieszkańców było na pogrzebie sześciorga ludzi, odpowiedział mi, że przecież się bali. Strach paraliżował wszystkich, tak Polaków jak i Ukraińców, którzy nie utożsamiali się 
z nacjonalistami – bandytami z UPA.

Po tragedii Maria i Józef nie zamieszkali już w dawnym swoim mieszkaniu. Pan Choina zabrał ich do Mielnicy. Wszystko, co dało się tylko zabrać z domu Urbanów, a czego ukraińscy napastnicy nie zdołali ukraść, zabrali ze sobą. W spiżarni pozostała ćwiartka krowy, wyroby wędliniarskie ze świni, jakieś zboża, nasiona, wielkie słoje miodów, suszone grzyby itp. Pan Choina zdeponował to wszystko gdzieś koło stacji w Mielnicy. Zapewne z myślą o przewiezieniu tych rzeczy wraz z sierotami do rodziny w Radziszowie. Wtedy Ukraińcy i jego zastrzelili. Zwłoki Pana Choiny i Bronisława Sokołowskiego znaleziono w pobliżu stacji kolejowej w Mielnicy. Zginęli 
w dniu 29 lutego 1944 r., zatem w 12-tym dniu po napadzie na Urbanów. Ten fakt doskonale pamięta Pani Ewa Bosakowska, bo świadkiem odnalezienia zwłok był jej ojciec, Pan Jan Mierzwiński, który w tym dniu pełnił służbę na kolei w Mielnicy. Sytuacja ocalałych dzieci bardzo się skomplikowała, przede wszystkim znów sparaliżował je strach. Ocalałe dobro przepadło, 
a nadzieja na wyjazd do krewnych oddaliła się. Rodzeństwo bało się również wrócić do rodzinnego domu. Marią zaopiekowała się jakaś Polka z Mielnicy, a Józef wkrótce wcielony został do służby wojskowej. Gdy w czerwcu 1944 r. Mierzwińscy wrócili do swojego domu w Iwaniu Pustym, przygarnęli Marię. Mieszkali razem jeszcze do stycznia 1945 r. Dopiero w drugiej połowie stycznia, Pan Mierzwiński załatwił wagon, którym jego rodzina razem z Marią i Józefem udała się do Polski. Było to w dniu 25 stycznia 1945 r.

Po latach Maria Jaskuła z bratem Józefem wspominali, że ich rodzina musiała być przed tragedią bacznie obserwowana. Oprawcy wiedzieli kiedy można zaatakować, kiedy czujność rodziny będzie uśpiona ze względu na zaręczyny siostry. Ten napad musiał być precyzyjnie zaplanowany, bo nic nie stało się przypadkowo. Ojciec kiedyś był policjantem, był patriotą, podobnie jak cała rodzina. Fragment wspomnień Marii Jaskuły z Radziszowa opublikowany przez Janusza Bierówki na: http://naszradziszow.com/ Wyszukał i wstawił:  B.Szarwiło


Włamanie do serwisu

Strona odtworzona po ataku hakerskim. W przypadku dostrzeżenia braków i niespójności z poprzednią zawartością serwisu oraz w celu zgłoszenia ew. uwag prosimy o kontakt z nami.

Wołyń naszych przodków

wp11.jpg
Czytaj także

 

 

Rzeź Wołyńska

lud18.jpg

Szukaj w serwisie

Gościmy

Odwiedza nas 414 gości oraz 0 użytkowników.

Statystyki

Odsłon artykułów:
4687968