Rodzice moi w 1921 roku przybyli na Wołyń z Puław. Tatuś pochodził z Żychlina a mamusia z Lublina, To było cudowne, kochające się i bardzo szanujące małżeństwo. Ja byłam dzieckiem najmłodszym, tak zwaną pociechą na starość... Od brata przede mną urodzonego byłam młodsza o 15 lat. Następnie starszym bratem był Lucjan o półtora roku starszy od Henryka, Najstarsza zaś była siostra Helena znowu półtora roku starsza od Lucjana. Swoje dzieciństwo wspominam jako nieustające pasmo dobroci i miłości otrzymane od rodziców. Jakie to wielkie szczęście mieć wspomnienia z dzieciństwa dobre, jasne, do których można wracać, gdy bardzo w życiu źle. Ale zarazem dochodzę do przykrego stwierdzenia, że nie potrafiłam swoim rodzicom dać tyle miłości, na ile zasługiwali... Oni się nigdy nie skarżyli, oni wszystko rozumieli, oni byli dla nas dzieci od samego początku aż do wieku dojrzałego podporą. Od początku swojego małżeństwa wytyczyli sobie cel, aby swoim dzieciom zapewnić właściwy start w życie, wykształcić, by nie musiały ciężko pracować fizycznie. Tatuś był zdunem. Mamusia mając już troje dzieci postanowiła ukończyć szkołą dla położnych, aby móc pracować i pomagać w realizowaniu wspólnych zamierzeń. Tylko wielka miłość i ambicje dopomagały wytrwałości. Mimo ciężkiej pracy oboje wrażliwi byli na piękno przyrody i literaturę. Zupełnie odbiegali stylem życia od innych rodzin rzemieślniczych. W naszym domu nigdy nie pojawiała się wódka, ani nigdy nie byłam świadkiem żadnych awantur ani scysji. Rodzice mieli wielką kulturę osobistą, A gdy już troje z nas zdobyło wyższe wykształcenie (a przecież przed wojną i szkoła i uniwersytet były płatne, płacić również trzeba było za akademik) moi rodzice postanowili wybudować dom. Siostra ukończyła polonistykę - pracowała w Warszawie, brat Lucjan ukończył SGGW - Wydział Leśny i jednocześnie studiował w Akademii Sztuk Pięknych (był bardzo uzdolniony).

Brat Henryk wybrał Szkołą Oficerską. Ja najmłodsza w tym czasie byłam sama w domu, właściwie czułam się jak jedynaczka. Chodziłam do Gimnazjum Ogólnokształcącego im. T. Kościuszki w Łucku. Nie mam po prostu słów, aby wypowiedzieć jak cudownie żyło się w naszej "budzie". Profesorowie kochani nie wzbudzali w nas strachu, byli naszymi przyjaciółmi. Zresztą mieli bardzo wysokie kwalifikacje, gdyż specjalnie dbano, aby na Kresach szkoły były na najlepszym poziomie. Wielu z nich miało tytuły doktorskie. Życie koleżeńskie było fantastyczne, Do naszego gimnazjum uczęszczali Polacy, Ukraińcy, Czesi, Żydzi, Rosjanie. Było nam ze sobą. dobrze - żadnych różnic nie robiliśmy. Tak mogło być tylko na Kresach. Szczęśliwe, niezapomniane czasy... Teraz bardzo wysoko oceniam nasze życie kulturalne. Obowiązkowe były koncerty i przedstawienia teatralne. Profesor Józef Lasocki prowadzący śpiew i muzykę założył prócz chóru, orkiestrę. Przy współudziale muzyków ze Średniej Szkoły Muzycznej (założonej również przez naszego profesora) wystawialiśmy w Teatrze Miejskim dla publiczności Sonety Krymskie, Dziady Mickiewicza oraz Halkę według muzyki Moniuszki. Niezapomniane były zabawy szkolne, prywatki urządzane w tak zwanych paczkach, obozy harcerskie, ćwiczenia P. W. K., wycieczki do Warszawy - Lwowa -Wilna, i w okolice Łucka, Pan profesor Stanisław Hertel - polonista, potrafił stworzyć z grona nauczycielskiego teatr amatorski i też wystawiać sztuki np. Powrót posła, Rajski ptak i inne. To był majstersztyk jego umiejętności reżyserskich. Dobrze rni było w tej szkole - tyle przyjaźni no i pierwsza sztubacka miłość.  Na wakacje wyjeżdżałam na Polesie do Krasnowoli. Zakochałam się bez reszty w przyrodzie tamtych stron. Jeździłam z koleżanką Wandą Zyssówną przez kilka lat do poznanych tam ludzi. Odwiedziłam kiedyś wujka policjanta zatrudnionego w Krasnowoli. Porobiłam cudowne znajomości wśród chłopów ukraińskich i Polaków nielicznie tam zamieszkujących. Razem z Wandą zbierałyśmy pieśni ukraińskie - Wanda nawet starała się pisać nuty do nich. Ja znowu pasjonowałam się haftami i strojem regionalnym. Robiłyśmy szkice chatynek. Byłyśmy zapraszane na wesela do chłopów, nie omijałyśmy żadnej okazji bycia na odpustach, jarmarkach tak polskich jak i ukraińskich. Wędrowałyśmy pieszo po różnych chaszczach i bagnach. Nikt nam nic złego nie zrobił - nie do pomyślenia byłyby teraz takie samotne wędrówki. Ciekawiła nas „inność" ludu ukraińskiego. Współczułyśmy tym prostym ludziom, czasem bardzo biednym. Oni to czuli i wywiązywała się nić przyjaźni. Pamiętam taką rodziną Fiediów, była tam córka w naszym wieku. Tak długo molestowałyśmy jej matkę, aż wreszcie puściła Nastię do Łucka, Pojechała razem z nami, gdy wracałyśmy z wakacji. Po tygodniu odprowadziłyśmy ją na statek rzeczny kursujący na Styrze aż do Prypeci - do Pińska. Ona jechała tylko za Kołki do Białobrzegów. Pokazywałyśmy tej dziewczynie miasto, dziewczynie, która nigdy nie widziała auta, elektryczności, kina, wielkiej katedry albo soboru. To było dla niej wielkie przeżycie, a dla naszych koleżanek była to sensacja, bo Nastia była ubrana w swój strój ludowy. W Zalesiu wiodłyśmy żywot zupełnie jak z książki Rodziewiczówny „Lato leśnych ludzi". Po przeprowadzce wujostwa do Kołek, następne wakacje spędzałyśmy w takim typowym, zaniedbanym nieco zaścianku Kraśnickich. Piękne wspomnienia mam z tych czasów i mogłabym pisać o nich w nieskończoność, ale komu to jest potrzebne, kto wyczuje ten specyficzny klimat tamtych lat, tamtej przyrody, tamtych ludzi... Niestety będę to musiała zabrać tam na drugi brzeg. Przedstawiłam taki bardzo skrócony zarys swojego szczęśliwego życia, aby na jego tle uwidocznił się cały ogrom nieszczęścia, klęski, tragedii jakim była wojna. Życie mojej rodziny dramatycznie zostało zdruzgotane...

Fragment  " MOJE WSPOMNIENIA  - WOŁYŃ"  JADWIGI  DĄBKOWSKIEJ, wyszukał i wstawił B. Szarwiło

za: http://www.nawolyniu.pl/wspomnienia/wspomnienia.pdf

 

P.S.

 Barbara Dębowska z Dąbkowskich, córka Jadwigi publikując  te wspomnienia napisała:  Mama nie wierzyła, że to co pisze jest interesujące dla ludzi urodzonych po wojnie, nie znających realiów życia na Kresach. Mam nadzieję, że się myliła i Jej wołyńskie wspomnienia znajdą czytelników. Przeczytałem całość i podzielam również nadzieję pani Barbary.


GTranslate

plbebgzh-TWhrcsdanlenetfrgldeelhuitjalvltnoptrorusrskslessvukyi

Włamanie do serwisu

Strona odtworzona po ataku hakerskim. W przypadku dostrzeżenia braków i niespójności z poprzednią zawartością serwisu oraz w celu zgłoszenia ew. uwag prosimy o kontakt z nami.

Wołyń naszych przodków

wp4.jpg

PAMIĘTAJ PAMIĘTAĆ

Czytaj także

 

 

Rzeź Wołyńska

lud3.jpg

Szukaj w serwisie

Gościmy

Odwiedza nas 316 gości oraz 0 użytkowników.

Statystyki

Odsłon artykułów:
7881411