Tylko jemu zawdzięczam, że uszedłem z rodziną żywym...

Urodziłem i wychowałem się na Wołyniu w powiecie włodzimierskim. Przez 26 lat pracowałem w niwie kulturalno-oświatowej w tymże powiecie, cieszyłem się wśród miejscowej ludności najlepszym zaufaniem, byłem dla tych ludzi ojcem, nauczycielem, doktorem, sędzią, wójtem, na każdym kroku pomagałem dobrą radą, toteż miałem prawie w każdej wsi znajomych, przyjaciół, kumów, dobrych sąsiadów, którzy wierzyli mi i zawsze zwracali się do mnie o poradę i o wszystkich wypadkach donosili, ja zaś starałem się przekonywać ludność, kto jest winien w tych wypadkach i jakie mogą w przyszłości być z tego konsekwencje. Ludność ta zawsze mnie zabezpieczała, że nic złego bez ich wiedzy stać mi się nie może. Wszyscy jednogłośnie potępiali rabunki, morderstwa i palenie zagród. Jednak mimo wszystko w tragicznym dniu 11 lipca br. wszyscy wiedzieli w tym, co się działo wokoło mnie, jednak nikt z najbliższych i najlepszych przyjaciół – sąsiadów nie chciał mnie ostrzec. Od 4 miesięcy w domu nie nocowałem, tylko po polach, w krzakach i tragicznej nocy też nie spałem w domu. Kiedy 11 lipca o godz. 2.30 usłyszałem na pobliskich koloniach strzały, sam udałem się do sąsiednich domów i pytałem się, co się dzieje, odpowiedź brzmiała jednogłośnie: „nic nie wiemy”. Ale na pół godziny przed napadem na mój dom, człowiek [Jan Bałut], który był złodziejem, był szereg razy karany za różne przestępstwa, w ostatniej chwili przybiegł do mego domu, płacząc jak małe dziecko i o wszystkim mi opowiedział, co było w nocy postanowione na zebraniu i co się dookoła dzieje – prosił mnie, że o ile mi się uda z rodziną ujść żywym, bym kiedyś w życiu i o nim wspomniał; wspomniał też, że był pewny, że najbliżsi sąsiedzi i przyjaciele mnie powiadomili, jednak nic mi do ostatniej chwili nie mówią, a widząc zbliżającą się śmierć moją wraz z rodziną spieszył, by ostrzec. I tylko zawdzięczając jemu, uszedłem z rodziną żywym.

Czytaj więcej...

W ostatnich dniach sierpnia 1943 roku

W drugiej połowie roku 1942 administracja ukraińska w Turyczanach, do której należy i nasza wieś Głęboczyca, przy udziale policji wyznacza przeważnie Polaków i odstawia na  transport na przymusowe roboty do Niemiec, z Ukraińców na ten przymusowy wyjazd wyznaczano niewielu. (…) Przechodząc przez Głęboczyce i inne wsie polskie oddziały policyjne muszą  zaśpiewać swoją piosenkę „Smert, smert lachom” (nie wiem, czy przez to nazywano ich słowiki). (…) Wtedy też dochodzi często do zabójstw pojedynczych Polaków. U nas w okolicy wtedy, co to jest mi znane, został zamordowany Bańko z Grabiny i Siek z kolonii Słowikówka, ale ofiar tych było dużo więcej, których nie znałem. Miejsca mordów są skrupulatnie maskowane, przeważnie przez napalenie ognia na zakopanej w rowie czy dole ofierze. Dlatego rodziny poszukujące swoich ofiar miały trudności w ich odnalezieniu. Do pojedynczych ofiar mordu wybierano Polaków świadomych i cieszących się na wsi autorytetem, a także z posiadaniem majątkowym. U nas w Turyczanach policja do pojedynczego mordowania wybrała sobie tzw. „Pniaki”, miejsce oddalone od Turyczan i Głęboczycy do kilku kilometrów. Nie było dnia, w którym nie wywieziono by ofiary na „Pniaki” do zamordowania, naszym traktem prowadzącym przez Turyczany i Głęboczyce obok Hajek i dalej do „Pniaków”. Było tam dobre miejsce zasłonięte krzakami z gotowymi dołami po pniach.  Od wiosny 1943 roku w naszych okolicach w promieniu około 20 km, już Niemca ze świecą nie ujrzał. Władzę sprawują Ukraińcy, wyłącznie UPA. Nawet kontyngenty tu się dla UPA odstawia. Mieliśmy nadzieję, że nie dotrą do nas, bo front się zbliżał. Mimo wszystko było przekonanie, że Ukraińcy nie mają powodu do mordowania Polaków jako od pokoleń żyjących spokojnie tu z nimi. Nie uczynili Ukraińcom nic złego. Nie do pomyślenia było, przecież dobrzy sąsiedzi ukraińscy uspokajali, że to nie jest prawdą. „W naszej wsi spokojnej żaden napad wam nie grozi”, mówili. Ale ludzie zaczęli się przygotowywać i kopać schrony i inne schowki.

Czytaj więcej...

Na mieszkańców kolonii Sielce wydano wyrok

Moi rodzice też postanowili zmienić swoje życie. Sprzedali te kilka hektarów ziemi, za które dostali 2000 zł. Mając czwórkę dzieci, w 1936 r. wyjechali na Wołyń. Tato kupił większe gospodarstwo od poprzedniego i zostały jeszcze pieniądze na kupno krowy i konia. Zamieszkaliśmy w Sielcach. Była to mała kolonia w pow. kowelskim, liczyła cztery gospodarstwa otoczone lasami, łąkami, bagnami, położona daleko od szosy. Naszym najbliższym sąsiadem było starsze, bezdzietne małżeństwo ukraińskie Jakimów. Trochę dalej mieszkała rodzina Natałków, tam była wdowa, dorosły syn i dwie dziewczynki, koleżanki mojej starszej siostry Stasi. Dalej od naszej zagrody mieszkała polska rodzina Purców. Do najbliższego kościoła w Mielnicy było około 10 km. W mieście był aptekarz, lekarz, weterynarz. Moim rodzicom na Wołyniu żyło się dobrze, w gospodarstwie były dobre plony. Tato był pracowitym i zdolnym człowiekiem. Budował domy i budynki gospodarcze. (…) Mieszkało i żyło nam się dobrze w Sielcach. Sąsiedzi byli spokojni i przyjaźnie nastawieni do naszej rodziny. Tato zajmował się budową pieców w wiejskich domach, a zimą naprawiał i robił nowe buty.(…)  Wczesną wiosną 1943 r. na tym samym terenie rozpoczęły się gwałtowne niepokoje wzniecane przez Ukraińców. W marcu 1943 r. wymordowano wielu Polaków w gminach Hołoby, Maniewicze, Wielick, Mielnica. W Mielnicy zamordowano księdza, weterynarza, aptekarza. W tym samym czasie przyjechał ksiądz z Powórska. Czekaliśmy wszyscy niecierpliwie, czy uda mu się szczęśliwie dojechać, gdyż ciągle mówiono o mordowaniu całych rodzin i pojedynczych Polaków. (…) Zapamiętałam, jak wczesną wiosną 1943 r. pod wieczór stryj oporządzał krowy i konia. Na drodze dojazdowej do gościńca szło pięciu lub sześciu mężczyzn ubranych w czarne płaszcze, długie buty, z karabinami na plecach. Byli to banderowcy, którzy wracali wozami z akcji. Dwóch banderowców poszło do stryja pod stodołę, tam rozmawiali. Ciocia Zosia trzęsła się, że zabiją stryja. Trzech weszło do kuchni i pokoju, zabrali kieszonkowy zegarek z łańcuszkiem, który stryj dostał za pracę w kopalni i skrzypce, które wisiały na ścianie w pokoju. Odjechali, zostawili nas w spokoju.

Czytaj więcej...

Uciekajcie gdzie kto może, koniec naszego życia...

 Urodziłem się 29.07.1930 r. w Siomakach, chociaż rodzice, tak przypuszczam, mieszkali już w Rudni, w gajówce. Urodziłem się w Siomakach pod opieką matki leśniczego, która odebrała poród. Stosunki polsko-ukraińskie były b. dobre. Matka, prosta kobieta, często udzielała porad lekarskich ludności tubylczej (zioła, opatrunki, porady). Ojca szanowali, gdyż nigdy nie odmówił pomocy w potrzebie. Chyba dlatego obronili naszą rodzinę od wywózki na Sybir. Podobno w ludobójstwie nie brali udziału mieszkańcy Rudni ani Siomak chociaż tego potwierdzić nie mogę. (...) Wreszcie sierpień 1943 r. – docierają wieści o masowych morderstwach. W ostatnim dniu sierpnia jakaś kobieta, spokrewniona z rodziną w Siomakach, ostrzega i poleca ucieczkę do większych miast, informuje o masowych morderstwach. Moi rodzice z ostatniego sierpnia na 1-szy września czuwają całą noc, są zdecydowani opuścić Siomaki i wyjechać do Maciejowa lub Kowla, wszystko spakowane. Śpimy w odzieży. Matka czuwa rano. Śpię z bratem na jednym łóżku i nagle głos matki „uciekajcie, gdzie kto może, koniec naszego życia”. Wybiegam boso, po drodze chwytam czapkę, która leżała na stole maszyny do szycia, bez chwili namysłu biegnę przez podwórko za stodołę,  skąd, sikając (przepraszam), widzę pochylone osoby biegnące do domu sąsiada Jana Kasperkiewicza. Podobno wyrąbano ich (sąsiadów) siekierami, gdyż zastano ich śpiących (rodzice i czworo dzieci). W bestialski sposób podobno zamordowano Wiktorię Wolską, żonę Antoniego (str. 363 [książki „Ludobójstwo dokonane przez nacjonalistów ukraińskich na ludności polskiej Wołynia 1939-1945” W. i E. Siemaszków]): po przybiciu do stołu szewskiego, wygarnięto jelita i tak zostawiono do skonania. Podobno też Niewiarowską dobili szpadlami „grabarze”. O tych i innych zdarzeniach informował Polaków w Maciejowie Ukrainiec, który był kierowcą samochodu do transportu drewna tartacznego. Informował, drżąc o własne życie. Nazwisko nie jest mi znane. Po nagłym alarmie matki w dniu 1.09.1943 r., godz. ok. 605-610 rano, będąc już za stodołą, słyszałem strzał karabinowy, natychmiast zacząłem biec w stronę lasu odległego ok. 800 m.

Czytaj więcej...

Włamanie do serwisu

Strona odtworzona po ataku hakerskim. W przypadku dostrzeżenia braków i niespójności z poprzednią zawartością serwisu oraz w celu zgłoszenia ew. uwag prosimy o kontakt z nami.

Wołyń naszych przodków

wp10.jpg
Czytaj także

 

 

Rzeź Wołyńska

lud4.jpg

Szukaj w serwisie

Gościmy

Odwiedza nas 269 gości oraz 0 użytkowników.

Statystyki

Odsłon artykułów:
5102882