Miałem wówczas 14 lat ......

Niedzielny ranek 29 sierpnia 1943 r. wstał gorący i duszny. W południe mieszkańcy Równa, Opalina, Ostrówek, Woli Ostrowieckiej, Jankowców, Nowego Jagodzina i szeregu innych mniejszych wiosek przybyli gromadnie na sumę do kościoła parafialnego w Ostrówkach. Mszę św. uroczyście odprawił ksiądz proboszcz Stanisław Dobrzański. Kazanie, które wygłosił z trwogą w głosie, było przerażające i paraliżowało nasze myśli. Nie ukrywając niczego, zalecał ostrożność i sugerował, by w miarę możliwości kobiety, dzieci i starcy opuścili wsie, gdyż, jak doniósł miejscowy wywiad i przyjaźni sąsiedzi, Ukraińcy zorganizowali dużą koncentrację sił we wsiach leżących na północ i północny wschód od polskich osad. Gdy informował o tym, to jednocześnie powiedział, że  organizatorami i przywódcami koncentracji są oddziały UPA, dowodzone przez byłych policjantów ukraińskich, którzy uciekali do lasu, a pochodzili głównie z Zapola, Huszczy, Połap i Sokoła. Po Mszy św. rozbiegli się gońcy po sąsiednich wioskach niosąc ostrzeżenie i przynosząc dodatkowe wieści. Potwierdziły się doniesienia o koncentracji sił ukraińskich. Dotarły do nas zalecenia, by zachować spokój i unikać prowokowania Ukraińców, dzięki którym  zostaliśmy uwolnieni od kontyngentów, danin, podatków i wywózki młodzieży na przymusowe roboty do Rzeszy. Opinie na temat zaistniałej sytuacji były podzielone. Część ludzi była za opuszczeniem wioski, inni namawiali do pozostania na miejscu. Ostatecznie postanowiono, że zostaniemy na noc we wsi, a dla bezpieczeństwa zostaną wystawione warty.

W nocy z 29 na 30 sierpnia 1943 r. od strony Ostrówek długo strzelała w niebo łuna pożaru. Domyślaliśmy się, że gdzieś za Zapolem płoną zabudowania. Nie było słychać strzałów ani tez innych odgłosów świadczących o walce. Byliśmy przyzwyczajeni do nocnych pożarów, które od marca 1943 r. wybuchały tu i ówdzie. Nic też dziwnego, że późno po północy wszyscy ściągnięci z opłotków i pobliskich kolonii warty – poszli spać. Ze snu zostaliśmy obudzeni salwami strzałów, niosących się od strony zarośli i pobliskich lasów: Kokorawca, Byrek, Brzeziny, Obelnika. Poranna poświata, seria wystrzałów, przecinające się w powietrzu smugi pocisków i świadomość zaniedbania własnego  bezpieczeństwa paraliżowały ruchy. Wszyscy wybiegli z mieszkań, starając się szukać schronienia. W myślach kłębiły się różne pomysły, a serce zdawało  się wołać: „Pagórki przykryjcie nas”. 
Pierścień okrążenia złożony z setek Ukraińców zaciskał się coraz szczelniej. Nikt nie był w stanie wydostać się poza obręb własnych opłotków, nie mówiąc już o ucieczce ze wsi.

Najeźdźcy szli pieszo, jechali konno i zapędzali wszystkich na zebranie do szkoły. Przygnano z Brzezin (oddalonych od Ostrówek ponad kilometr) rodzinę Stefana Jurczaka, właściciela kolejnej cegielni. Jadący na koniu Ukrainiec doprowadził do Ostrówek dziesięć osób, w tym ośmioro małych dzieci. Podobnie było też w Woli Ostrowieckiej. W Ostrówkach wszystkich mężczyzn spędzono do szkoły, a kobiety i dzieci do kościoła. Wśród nich były kobiety i dzieci z Woli Ostrowieckiej, które noc z 29 na 30 sierpnia 1943 r. ze względów bezpieczeństwa pędziły u rodzin w Ostrówkach. Miałem wówczas 14 lat z matką i ojcem zostałem zapędzony do szkoły w Ostrówkach. Małe pomieszczenia szkolne nie mogły pomieścić kilkuset osób, dlatego tez Ukraińcy rozkazali nam kłaść się na boisku szkolnym, którego obszar zamykał się w prostokącie o bokach 30×40 metrów. Po krótkiej chwili zmieniono rozkaz i zarządzono, by kobiety i dzieci udały się do kościoła, a mężczyźni do szkoły. Po wydaniu tego rozkazu, szosa od strony Lubomla wszedł do wsi duży oddział UPA. Gdy dotarł w pobliże szkoły, wyszedł mu na spotkanie oficer. Ukrainiec był niskiego wzrostu, krępej budowy ciała, ubrany w niebieski mundur, w czapce okrągłej oblamowanej srebrnym kordonkiem, z pistoletem u boku i w skórzanych rękawiczkach. Był to Maśluk, były policjant w służbie niemieckiej, pochodzący z Połap lub Wilczego Przewozu. Obok niego w stronę kolumny podążało kilku innych Ukraińców ubranych podobnie. Po chwili padł rozkaz: „Pulemetczyki ta bombemtczyki stanowyś!”

Wojsko stanęło posłusznie. Następnie wydano komendę do zajęcia stanowisk wokół szkoły i kościoła. Gdy to uczynili, do wejścia na plac szkolny zbliżył się najstarszy szarżą  ukraiński oficer. Stanął przed szkolnym gankiem i z imienia oraz nazwiska zaczął wywoływać Polaków. Gdy wyszli zażądał: „Lachy, widdajte zołoto!” W odpowiedzi usłyszał: „jesteśmy biednymi mieszkańcami wsi i złota nie mamy”. Padło następne żądanie: „Widdajte zroju, jaku majete w waszych chatach i sarajach!”. Odpowiedź była podobna. Zdenerwowany Ukrainiec krzyknął: „Widdajte wse i hodynnyki, a to wseh wybierno!”. Po tych słowach  z gardeł około stu pięćdziesięciu osób zgromadzonych w szkole wydobył się płacz i pieśń: „Kto się w opiekę odda Panu Swemu…”. Oprawcy rozkazali zamknąć okiennice, a następnie do wnętrza  weszli uzbrojeni Ukraińcy i zaczęli wyprowadzać po kilka osób (od czterech do ośmiu w grupie). Zabranych ze szkoły mężczyzn prowadzili przed sobą, bijąc ich, gdy w szkole zostało zaledwie kilku, oprawcy weszli do środka i strzelili w ich kierunku.

Wśród nich byli: Stefan Trusiuk, Wacław Gryc (lat 14) i Ulewicz. Jednym z pocisków został ugodzony Wacek. Stefan z płaczem w głosie zawołał do Ulewicza: „ Dajmy mu wody !” Usłyszał to stojący w pobliżu Ukrainiec, który krzyknął: „Ne treba, bude pyty swoju krow!” Wywlekli następnie tę trójkę na zewnątrz i za progiem szkoły zabili Wacka, a pozostałych popędzili w stronę zbiorowej mogiły u Ilków. Tam też ich zabili. Gdy szkołę opuściła ostatnia grupa mieszkańców Ostrówek, do wnętrza wbiegli inni oprawcy i zaczęli plądrować pomieszczenia zajmowane przez kierowniczkę szkoły Marię Blat z rodziną. Inny zaś Ukrainiec wspiął się po drabinie, stojącej przy ścianie korytarza, po której wcześniej wszedłem na strych, gdzie ukryłem się i zawołał donośnym głosem : „Je tam kto, wychod, a to szkołu spałym”. Ukraińcy zrealizowaliby swój zamiar, ale przeszkodzili im w tym Niemcy, którzy kolumną jechali od strony Huszczy do Ostrówek. Widząc ich, bandyci zarządzili odwrót. Ucieczkę przyspieszył niemiecki ostrzał. Ukraińcy nie zdążyli wymordować kobiet i dzieci zgromadzonych w kościele. Wyprowadzili zebranych ludzi i popędzili poza cmentarzem parafialnym w kierunku ukraińskiej wsi Sokół, gdzie ich zamordowali.

Po ucieczce Ukraińców z Ostrówek wyszedłem z kryjówki na zewnątrz szkoły. Okazało się, że oprócz mnie w budynku byli ukryci: Aleksander Trusiuk, Aleksander Kuwałek, Czesław Suszko i Bolesław Wasiuk, którzy schowali się w szkolnej piwnicy. Poszedłem następnie do Jagodzina, a stamtąd do Lubomla, gdzie zostałem złapany przez Niemców i wywieziony do obozu przy ulicy Krochmalnej w Lublinie.

Relacja: Tomasza Trusiuka,  z „Na Rubieży” – nr 44/2000, wyszukał i wstawił: B. Szarwiło

W Sądowej z 600 osób uratowało się tylko 20….

Leokadia Firlej z Gubina urodziła się we Włodzimierzu Wołyńskim. - Mieszkaliśmy we wsi Sądowa. Było nas w domu ośmioro. Mój tato miał sześcioro dzieci, kiedy zmarła mu żona. Wdowiec po pewnym czasie ożenił się ponownie. Z moją mamą, z którą miał jeszcze dwie pociechy: mnie i mojego młodszego brata - wspomina pani Leokadia. - Ojciec był rzemieślnikiem i gospodarzem wiejskim. Mama zajmowała się domem i wychowywaniem dzieci. Wieś żyła ze sobą w zgodzie, niezależnie, czy sąsiadem był Polak, czy Ukrainiec. Wszyscy sobie pomagali. Dzielili się tym, co mieli. Wybuch II wojny światowej zakłócił sielskie życie. Najpierw, w 1939 roku, wkroczyli Rosjanie. Potem, w czerwcu 1941 - Niemcy. Strach towarzyszył mieszkańcom Sądowej każdego dnia. Jednak najgorsze miało nadejść nie ze strony Rosjan i Niemców. - W 1943 roku nacjonalistyczna banda UPA wydała rozkaz, by wszyscy byli gotowi do masowych mordów Polaków. Ukraińcy zaczęli szykować broń, odbieraną Rosjanom czy powracającym z wojny Polakom - opowiada L. Firlej. - Szykowali, kosy, noże, młotki, piły. Każde narzędzie było dobre, by dotychczasowych sąsiadów pozbawić życia. 14 lipca 1943 r. ich dom w Sądowej został otoczony. Dwóch mężczyzn weszło do mieszkania. - Jakiej jesteście narodowości? - zapytali. - Jesteśmy Polakami - odpowiedziała szczerze matka pani Leokadii. Wtedy wszystkich nas spędzili do jednego pokoju, ręce kazali unieść do góry. Zaczęli strzelać. - W pewnym momencie mamusia z braciszkiem na ręku wyskoczyła przez okno. Zaczęła uciekać. Strzelali w jej kierunku - wspomina pani Lodzia. - Ja z braćmi leżałam na podłodze.

Czytaj więcej...

W Ołyce wszystkich załadowano do towarowych wagonów

W nocy z 5 na 6 marca 1940 r. usłyszeli stukanie do okna. Zrobiło im się i zimno, i gorąco. Domyślili się, że to nic dobrego. Okazało się najgorsze. Przyszedł znajomy Ukrainiec na służbie Rosjan, enkawudzista i dwudziestu Rosjan. Przeczytano im rozkaz o przesiedleniu do innego województwa. Mogli zabrać z sobą 15 pudów (pud - 16 kg) bagażu. Na spakowanie dostali dwie godziny. Zaczęło się gorączkowe pakowanie. Enkawudzista okazał trochę przyzwoitości. Po cichu, by inni nie słyszeli, radził brać dużo żywności i ciepłe ubrania. (Bardzo potem się przydały). (…) Przywieźli ich na stację kolejową w Ołyce. Tam już był brat Dominik z rodziną i inni gajowi również z rodzinami. Wszyscy z obawami i poczuciem niepewności, co ich czeka. Mojego taty nie było na liście do wywozu, ale jak miał zostać na tych terenach, gdy cała rodzina jest wywożona? Ci, co zostawali, płakali, bo obawiali się o swoje życie. W Ołyce wszystkich załadowano do towarowych wagonów, które były zamykane z zewnątrz. W wagonach były prycze kilkupiętrowe i żelazny piecyk. Na większych stacjach otwierano wagony, by ludzie mogli zaopatrzyć się w węgiel, wodę czy żywność. To trzeba było kupić. Pociągiem jechali przez Brańsk, Moskwę, Mołotow (ob. Perm). Z Permu jechali elektrycznym pociągiem do miejscowości Bierezniki. (…) W Biereźnikach załadowano ich na okręty i płynęli 400 km w górę rzeki Kamy. Zostali zawiezieni do posiołka Giedówka, (okolice Gajny w republice Komi). Po przybyciu na miejsce rozlokowano ich w barakach w obozie po więźniach politycznych, których przeniesiono w inne miejsce.

Czytaj więcej...

W Lubieszowie UPA spaliła ludzi żywcem

Po I wojnie światowej Polacy zaczęli się osiedlać na Wołyniu. Tania ziemia przyciągała biednych ludzi zewsząd. Moi rodzice zakupili gospodarstwo w kolonii Bereżyce. Do Lubieszowa było 10 km drogi, przy której po lewej stronie leżała Reymontówka, a po prawej kolonia Bereżyce. Dalej był majątek, czyli posiadłość ziemska Michała Ordy. A za rzeką Stochód wieś Bereżyce, którą zamieszkiwali prawosławni. Michał Orda zmniejszał majątek i sprzedawał gorszą ziemię chłopom. To były bagna, zarośla i lasy sosnowe. Ludzie karczowali drzewa, odzyskiwali grunty pod zasiewy. Ręcznie wycinali sosny, by porżnąć je na bale do budowy domów. Siali zboże i sadzili ziemniaki. Pani dziedziczka z Lubieszowa sprzedawała ziemię chętnym z Choromecka i z dalszych wiosek. Dzieci chodziły do szkoły, młodzież robiła potańcówki. Wszyscy się wzajemnie szanowali, kolegowali. I nie miało znaczenia, że to Polak, a to prawosławny. Ludzie się cieszyli, bo to była Polska. (...)  Latem 1943 przychodziły wieści, że na południu Wołynia banda UPA Polaków morduje. W naszych stronach też ginęli ludzie. Jednej nocy przyszli po cywilnemu z bronią i zabrali ciepłą odzież, kożuch, obuwie i poduszki. Sąsiadowi prośną maciorę zabili i wzięli. Ludzie w popłochu zaczęli uciekać za Stochód, tam przyjeżdżali partyzanci i było bezpieczniej. Cała młodzież poszła do partyzantki, do oddziału Wandy Wasilewskiej pod dowództwem Fiodorowa. Moim rodzicom szkoda było opuszczać gospodarstwo. Ukrywali się w lesie. Do domu przychodzili coś ugotować i krowy pozaganiać do obory. Jednego ranka psy zaszczekały, to my uciekli do lasu. Dom był zamknięty na kłódkę.

Czytaj więcej...

Włamanie do serwisu

Strona odtworzona po ataku hakerskim. W przypadku dostrzeżenia braków i niespójności z poprzednią zawartością serwisu oraz w celu zgłoszenia ew. uwag prosimy o kontakt z nami.

Wołyń naszych przodków

wp2.jpg
Czytaj także

 

 

Rzeź Wołyńska

mapka.jpg

Szukaj w serwisie

Gościmy

Odwiedza nas 367 gości oraz 0 użytkowników.

Statystyki

Odsłon artykułów:
4496284